Nie rozpędzajmy się tak bardzo,

gdyż niezręczna zbitka słów wywołuje co najmniej spore wątpliwości.

Prawo prasowe przyznaje redakcji możliwość nadania tytułu tekstowi planowanemu do druku. Często jednak, szczególnie gdy nie ma ku temu potrzeby, akceptuje tytuł zaproponowany przez autora. W tym przypadku ma miejsce druga okoliczność, co wynika z treści materiału zamieszczonego w „Dziennik-Trybuna” (21-22.09) pt. „Armia Radziecka a suwerenność Polski”.
Tytuł czyli nazwa własna utworu
ze względu na jego związek z utworem może: wskazywać centralną postać bądź sprawę, wyjaśnia jego ideologię, wskazuje główny motyw czy nastrój, określa jego najważniejszy rys. Ze względu na konstrukcję mogą być tytuły: reklamowe, tajemnicze, oryginalne w doborze elementów, również w ujęciu formalnym, ale i bezbarwne (wg „Encyklopedii prasy polskiej”). Można także w tytule przywoływać powszechnie znane tytuły innych utworów, tworzyć ich parafrazy, nadto wprowadzać grę słów, cytaty, ciekawe powiedzenia, fragmenty zamieszczanego tekstu.
Jeżeli pod takim właśnie kątem spojrzymy na przywoływany tytuł to jest to niewątpliwie gra słów o ideologicznym zabarwieniu. Nie wiadomo tylko czy zamierzona, czy też przypadkowa, bo w sumie wywołująca konotacje dalekie od przekonań i przemyśleń autora tekstu.
Konstrukcja artykułu
obejmuje kilka wątków, niestety bardzo często wzajemnie i nie zawsze zasadnie przenikających się, co w swojej ostatecznej wymowie przypomina raczej orację, przepełnioną aktywnością mówcy, niż zwarty wywód publicysty. Autor pisze niejako o wszystkim: o wielkiej polityce tamtych czasów i o niemieckim rewizjonizmie, o zadłużeniu Polski w okresie Gierka i, jego zdaniem, niespójnej polityce Zachodu, szeroko o Legnicy jako małej Moskwie i dużo szerzej o dyslokacji jednostek radzieckich w Polsce, a następnie o ich wycofaniu z naszych terenów. Spora część wypowiedzi stanowi także krytyka treści tablicy – nota bene to znana i w swoim czasie szeroko opisana sprawa – na ścianie Sanktuarium Matki Boskiej Zwycięskiej na Pradze, naprzeciw dworca kolejowego Warszawa-Wschodnia.
Spośród tych licznych myśli niektóre zasługują na szczególną uwagę.
Wyjaśnijmy na początku
co znaczy słowo suwerenność. Wg autora omawianego materiału Gabriela Zmarzlińskiego: „Suwerenność najkrócej jest rozumiana jako zależność władzy państwowej w stosunkach z innymi państwami i organizacjami międzynarodowymi”, natomiast w myśl powszechnego rozumienia tego pojęcia to zdolność do samodzielnego, niezależnego od innych działania, a suwerenność państwa oznacza niezależność w sprawach wewnętrznych i zewnętrznych.
Jeżeli nawet autor przeoczył to „nie”, to jednak pozostaje wiele fragmentów tego artykułu do wyjaśnienia.
Należy przede wszystkim uściślić następujące kwestie.
Po pierwsze – łącznie roli armii, a w tym przypadku Armii Radzieckiej, z suwerennością Polski jest zbyt dalekim i w sumie błędnym skrótem myślowym. Wpływ na zakres naszej ówczesnej suwerenności zależał od dokonanego podziału na sfery wpływu wielkich, zwycięskich mocarstw, a co za tym nie od wojska, ale od ich rządów i prowadzonej przez nie polityki w stosunku do podległych państw. Siły zbrojne mogły – i czyniły to w różny sposób – wspierać rządowe decyzje będąc jedynie ich narzędziem, ale same nigdy w Europie Wschodniej nie były podmiotem w omawianej dziedzinie.
Po drugie – jest rzeczą oczywistą, że zawsze granice suwerenności danego państwa były z różnych względów i powodów ograniczone, tak przez odmienny rodzaj dominacji hegemona, rozliczne związki i zależności międzynarodowe, także dobrowolnie poprzez udział w międzynarodowych organizacjach. Nie zmienia to jednak faktu, że można określać i nazywać granice tej suwerenności, również wymuszonego przystawania na decyzje, w naszym położeniu, ZSRR.
Po trzecie – nie ma żadnych wątpliwości, że radzieckie decyzje w polskich kwestiach w latach 1944-1989, co prawda w różnym stopniu i zakresie zależały od wielu czynników, miały jednak wpływ liczący się, a często i decydujący.
Po czwarte – nie zmienia to w żadnym stopniu doniosłego faktu, że w ograniczonej suwerennie Polsce Ludowej lewicowy program społeczno-ekonomiczny oraz niektóre inicjatywy zagraniczne, podobnie jak zachowanie rodzimej historii i narodowej tradycji, również dokonania różnie przecież myślących Polaków, zmieniły w zasadniczym, pozytywnym stopniu oblicze kraju. Godne więc są szacunku jak i dobrej pamięci.
Skorygować również należy pewne opinie i interpretacje autora dotyczące także kwestii suwerenności.
„Austria – Armia Radziecka kwaterowała do 1957 r. Czy to oznacza, że kraj ten nie był suwerenny?” – oczywiście, że nie był (nie tle kraj co państwo) gdyż teren Austrii, podobnie jak Niemiec, podzielony został na strefy okupacyjne czterech wielkich mocarstw. Wojska radzieckie, podobnie jak wszystkie obce, wycofały się nie w 1957,a w 1955 roku po tzw. traktacie państwowym.
„Podobnie CSRS – do 1968 r. wojsk radzieckich nie było!” – ubolewam nad wyobrażeniami autora, że tyko za pomocą wojska można ograniczać czyjąś państwową suwerenność. Zależność ówczesnej Czechosłowacji od ZSRR była głębsza i pełniejsza niż PRL, w której stacjonowała Północna Grupa Armii Radzieckiej.
„Węgry – Armia Radziecka stacjonowała od zakończenia wojny. Podczas pamiętnych zdarzeń Października ’56 [nazwa tego miesiąca pisana z dużej litery odnosi się do wydarzeń w Polsce, natomiast przyjęło się używać sformułowanie „wydarzenia węgierskie”, które rozciągnęły się na dwa miesiące – Z.T.], garnizon wojskowy wyszedł na kilka dni z Budapesztu. Powrócił na prośbę władz, właśnie węgierskich, gdy na ulicach stolicy doszło do krwawych, bratobójczych walk. Czyli – można mniemać – że był potrzebny, był „pod ręką”.” Tych wyjść i powrotów było dwa i to z różnych powodów – po raz drugi na prośbę utworzonego w Szolnoku proradzieckiego rządu Jánosa Kádára, który prosił władze ZSRR o pomoc w stłumieniu „kontrrewolucyjnego powstania”. A tak na marginesie to zapewne nie tylko ja bardzo dziękuję za to „pod ręką”.
Wyjaśnijmy sobie
jak lewicowiec z lewicowcem, ale również jak Polak z Polakiem, że spore obiekcje budzi fragment pierwszego akapitu tekstu: „Można być niemal pewnym, że w Polsce nie spotka się nikogo, kto zaprzeczyłby, że Armia Radziecka pozbawiała nas suwerenności.” Aby zrozumieć
stosunek Polaków do sił zbrojnych ZSRR należy odnieść się do stosunkowo niedawnych historycznych wydarzeń, w zasadniczym stopniu diametralnie odmiennych. Abstrahując od chronologii, pierwszymi przedstawionymi odniesieniami będą te lepsze, dobre, pozytywne.
Nie ulega żadnej wątpliwości,
poza sfałszowaną historią w wydaniu IPN, upowszechnianą obecnie w szkolnictwie i poprzez propagandę, że wyzwolenia Polski spod hitlerowskiej okupacji dokonała Armia Czerwona, okupując to wielkimi stratami. Nie może zmienić tej fundamentalnej oceny rozgrywająca się, na tle ówczesnych militarnych wysiłków, gra polityczna o rodzaj rządów i wpływów w Polsce, wyrażająca się w akcjach typu „Ostra Brama” czy Powstanie Warszawskie, ale także aresztowanie przywódców Polskiego Państwa Podziemnego czy podobnych działań władz radzieckich.
Incydentalne, niejako naturalne w okresie wojny, wydarzenia konfliktowe jak maruderstwo, zabór minia (imiejesz czasy?) i wszystkie oboczne nie ograniczają w żadnym stopniu pozytywnej oceny tego istotnego aktu wyzwolenia i dlatego skandalem jest obecna, powszechna akcja zacierania jego śladów w przestrzeni publicznej i świadomości współczesnego pokolenia. Tym bardziej, że dotyczą tragicznych losów przede wszystkim szeregowych, radzieckich żołnierzy, często jednak i dowódców o rożnych rangach.
Natomiast przywoływany przez autora fakt „że Armia Radziecka stała się gwarantem polskiej granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej” jest tylko cząstkową prawdą, gdyż taką pewność dawała przede wszystkim obecność Polski w Układzie Warszawskim, szerzej w bloku ówczesnej wspólnoty socjalistyczne, a na samym końcu w polityce prowadzonej przez władze Związku Radzieckiego.
Ale również nie ulega wątpliwości,
że złe konotacje dotyczące działań Armii Czerwonej, a później Radzieckiej mają swoje podstawy nie tyle w rozbiorowych czasach, co przede wszystkim w wieku XX.
Wojna polsko-bolszewicka, której początek dała nasza wyprawa aż na Kijów, niosła w możliwych skutkach utratę niedawno przez Polskę odzyskanej niepodległości i suwerenności. Powszechne narodowe zjednoczenie w ich obronie, poniesione straty i wojenne czyny pozostały na trwale w powszechnej pamięci, i to nie tylko dlatego, że obecnie tak dużo o nich się mówi.
Agresja radziecka na suwerenną Polskę w dniu 17 września 1939 roku nie zapisuje także chwalebnych kart Armii Czerwonej w naszych wspomnieniach, podobnie jak osamotnione, z winy londyńskich polityków i AK-owskich dowódców, dogorywające warszawskie powstanie.
Jeszcze podczas trwającej wojny, szczególnie, ale nie tylko, na Kresach Wschodnich miały miejsce ataki polskich oddziałów partyzanckich różnej proweniencji na wojskowe jednostki radzieckie, traktowane jako nowy okupant. Podobnie jak we wczesnych latach powojennych gdy nie tylko przeciętny obserwator nie dostrzegał różnicy między oddziałami Armii Czerwonej, a jednostkami wojsk NKWD, które uczestniczyły również w walce ze zbrojnym podziemiem.
W okresie stalinizmu obsadzenie przez radzieckich wojskowych dowódczych stanowisk w Ludowym Wojsku Polskim, także w jego osławionej Informacji, nie wzbudzało powszechnego zachwytu. I co prawda wielu z nich, jak wybitny strateg marszałek Konstanty Rokossowski, nota bene syn Polaka, swym wojskowym doświadczeniem wielokrotnie przewyższało polskich odpowiedników, to nie zmienia to faktu, że przybyli z Armii Radzieckiej.
Stacjonujące na stałe radzieckie jednostki w Polsce Ludowej nie wywoływały protestu, okolicznych mieszkańców często cieszyły wzajemnie korzystne handlowe kontakty, to jednak potencjalnie stanowiły zagrożenie dla ewentualnych suwerennych decyzji władz polskich. Tak było jesienią 1956 roku, gdy radzieckie czołgi zbliżyły się do Warszawy na 150 km, podobnie być mogło zimą 1980 i w roku następnym.
Historia jest bardziej skomplikowana
niż proste rozróżnienie na biel i czerń, stąd warto, mimo swoich sympatii, wstrzymać się z apologią związku Armii Radzieckiej z suwerennością Polski, w imię rzeczywistej roli jaką w swoim czasie odgrywała. Tak będzie najlepiej, bo dużo bliżej prawdy, nie tylko wkoło tego dziejowego sporu.