Podróże kształcą (I)

Z PKF przez Polskę i świat: Opowieść o pracy w Polskiej Kronice Filmowej i życiu w PRL – wyprawa na „Lechistanie II”

W latach, które tu opisuję, wyjazdy zagraniczne nie były tak powszechne jak obecnie. Kroniki – „oczka w głowie” – jak dziś niektórzy twierdzą, władze nie rozpieszczały, więc każda nadarzająca się okazja wyjazdu była nie lada gratką. Toteż propozycja, jaką otrzymałem od ministra żeglugi Jerzego Szopy, została zaakceptowana przez szefa kroniki i zaczęliśmy się sposobić z Ryszardem Golcem, operatorem PKF, do wielkiej podróży morskiej. Na pokładzie statku Polskich Linii Oceanicznych „Lechistan II” mieliśmy opłynąć basen Morza Śródziemnego, przywieźć dla kroniki reportaże i zrealizować dla Ministerstwa Żeglugi film o statku i jego załodze. Minister Jerzy Szopa postanowił nawet zakupić barwną taśmę Kodaka i sprawił, że armator zapewniał nam transport w każdym porcie. Słowem, nic nie stało na przeszkodzie, byśmy wypłynęli z Ryszardem, w nasz pierwszy wielki rejs.
Jerzy Raczkowski, kapitan żeglugi wielkiej, w czasie spotkania w Gdyni poinformował nas, że pasażerów i gości ministra obowiązuje taka sama dyscyplina, jak członków załogi, z jednym wszakże wyjątkiem – będziemy mogli w czasie rejsu kupić na statku alkohol, którego nie sprzedaje się załodze. Zaznaczył żartobliwie, iż ma nadzieję, że nie nadużyjemy tego przywileju. Choć „Lechistan II” płynął pod polską banderą i był skrawkiem polskiego terytorium wszelkie transakcje handlowe odbywały się w walucie amerykańskiej, czyli w dolarach. Zapewniliśmy kapitana, że nie osuszymy mu „piwniczki”, albowiem ojczyzna socjalistyczna dała nam na cały rejs po 20, słownie – dwadzieścia – dolarów! Nie ukrywaliśmy przed nim, że mamy trochę prywatnych zasobów, ale nie tyle, aby każdego dnia kupić flaszkę. Przyjął nasze wyjaśnienie ze zrozumieniem. Dowiedzieliśmy się w tej rozmowie, że będziemy mieli towarzystwo, bo popłynie statkiem jeszcze jeden dziennikarz z Warszawy. Niestety, kapitan nie mógł sobie przypomnieć jego nazwiska.
21 marca 1971 roku, punktualnie o godzinie 12, na pokładzie rozległy się różnorodnie brzmiące dzwonki, a na mostku statku pojawił się kapitan w galowym mundurze. „Lechistan II” drgnął na naprężonych linach i holownik odciągnął go od nabrzeża. Minęliśmy Westerplatte spowite miękką, wiosenną mgłą, która na morzu jeszcze zgęstniała. Ryszard natychmiast przystąpił do rozpakowania sprzętu. Ułożył wszystko na właściwym miejscu: obiektywy, taśmę, magnetofon i potrzebne przybory. Z pokładu dociera do nas stłumiony głos syreny, znaczy to, że mgła nie ustępuje.
Naszym sąsiadem jest redaktor Tadeusz Kur. Znany ze swoich artykułów publikowanych w „Prawie i Życiu” w marcu 1968 roku. Sławy w środowisku przysporzył mu felieton Darka Fikusa pod znamiennym tytułem „Kur-wie lepiej,” który, niestety, nie ukazał się w „Polityce”, bo zdjęła go cenzura. Redaktor Kur okazał się człowiekiem nadzwyczaj elokwentnym, mówienie go nie męczyło, przy czym nie dopuszczał nikogo do głosu. Nieważny był temat rozmowy: hodowla róż, produkcja samochodów, pogoda – każdy kończył się na Żydach. Żydzi, zdaniem redaktora, są źródłem wszystkich nieszczęść świata, a zwłaszcza Polski. Żadne racjonalne argumenty nie docierały do niego. Jak my to wytrzymamy? Rejs potrwa przecież prawie dwa miesiące…

Varberg – pierwsze zeetknięcie z „Zachodem”

Pierwszy port, do którego statek zawija to Varberg w Szwecji, miasteczko położone nad cieśniną Kattegat. „Lechistan II” przywiózł tu plastikowe łodzie, wyprodukowane w Polsce. Połączone drewnianymi listwami w zestawy po cztery zajmowały cały pokład statku. Pierwszy oficer odpowiedzialny za przewożenie towarów nie przewidywał długiego postoju. Dwa dni najdłużej. Ryszard Golc i ja nie mieliśmy szwedzkich wiz, w ambasadzie powiedziano nam, że na dwa dni nie warto wiz wypisywać. Zapewniając przy tym, że będziemy mogli bez najmniejszych przeszkód filmować port i miasteczko. Piszę miasteczko, bo wiosną 1971 roku zamieszkiwało je niewiele więcej niż dwadzieścia tysięcy ludzi. Pierwsze kroki i pierwsze zaskoczenia. Wychodząc z portu nie natknęliśmy się na żadne posterunki, kontrolę celną bądź graniczną. Ot, tak po prostu wyszliśmy i udaliśmy się do miasta. To stare szwedzkie miasto, z twierdzą z XIII wieku, okazało się sterylnie czyste, lśniące i pachnące, wprost wymuskane. Ludzie pogodni i uprzejmi, uśmiechnięci. Dużo rowerzystów, samochody wymyte do połysku i bardzo ich dużo jak na tak małą miejscowość. Znaleźliśmy nawet salon samochodowy. Volvo, saab i inne europejskie marki – proszę bardzo – każdy może kupić, w dodatku bez przydziałów i talonów, wystarczą szwedzkie korony. Dolarów nie przyjmują, wszak Varberg jest miastem szwedzkim. Sklepy spożywcze i domy towarowe to oazy konsumpcyjnej rozpusty. Pomarańcze, cytryny, winogrona, śliwki i owoce egzotyczne z całego świata. Świeże pomidory, kalafiory i ogórki. Aby ułatwić klientowi szybkie wydanie pieniędzy, szklane drzwi wiodące do miejscowego domu towarowego, zwanego tu marketem, automatycznie same się przed nim otwierają, jak przed bezgrzesznym, bramy raju. Przyznaję, że zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Szybko wróciłem myślą na MDM, gdzie z trudem można otworzyć kute w metalu, solidne, ciężkie drzwi.
No i… magazyny erotyczne w kioskach. Roznegliżowane dziewczęta kuszą z każdej okładki, dzieci i młodzież przechodzą obok tych seks-wydawnictw obojętnie. Za to nasi marynarze zaopatrują się w „świerszczyki” hurtowo. Spotkani na ulicy pytają, dlaczego tego towaru nie kupujemy, to przecież najlepsza waluta wymienna w portach, do których płyniemy. Odpowiadamy, że nie mamy pieniędzy. Nie wierzą, po prostu nie wierzą.
Wieczorem do kajuty przychodzi dwóch spotkanych w miasteczku marynarzy, by porozmawiać na ten temat i przekonać się, czy rzeczywiście nie mamy „zielonych”? Oświadczamy, że mamy trochę dolarów, bo dostaliśmy po dwadzieścia na głowę, na całą podróż. Śmieją się i nadal nie wierzą. Pokazuję im wszystkie pieniądze, jakie mam przy sobie, i dokumenty z banku. Wtedy pada propozycja – pytanie: czy obdarzymy ich zaufaniem, choć się przecież nie znamy, i powierzymy im swoje zasoby, a oni zwrócą je nam, pomnożone, w Istambule? Mówię, że nie mogę wyzbyć się całej sumy, bo muszę przecież mieć na taksówkę, na coca-colę, gdy zachcę się czegoś napić. Proponują, że przed każdym wyjściem do portu będziemy mogli pobrać odpowiednią sumę, ale po powrocie z miasta musimy ją zwrócić.
Nie wiedziałem na czym ta gra polega, ale lubię ryzyko i propozycję przyjmuję. Ryszard, który nie ma w sobie nic z hazardzisty, jeszcze się waha, ale po chwili idzie w moje ślady. Następnego dnia, gdy wychodzimy do miasta, pierwszy oficer przypomina, że dziś po południu odpływamy i prosi, abyśmy o tym pamiętali i wrócili przed czternastą. Ryszard zrobił jeszcze kilkanaście ujęć, najbardziej podobały mu się szklane drzwi, w domu towarowym, które się same przed wchodzącym otwierają. W miasteczku spotkaliśmy dwukrotnie patrole policyjne w samochodach, ale policjanci nie zwrócili na nas uwagi. Wróciliśmy na statek przed wyznaczonym terminem. Nie wyszliśmy jednak w tym dniu w morze, ponieważ nie rozładowano do końca statku. Zostało jeszcze sześć zestawów łodzi. O godzinie piętnastej Szwedzi skończyli pracę, nie pomogły prośby pierwszego oficera. Odpowiedź dokerów brzmiała: „Załatw to ze związkami zawodowymi”. – Nie możemy – wyjaśniali – bez zgody związku zawodowego naruszać prawa. Tyle lat walczyliśmy o to, aby nas nie wyzyskiwano. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że szwedzkie związki zawodowe nie organizują współzawodnictwa, nie podejmują zobowiązań produkcyjnych, a praca na akord jest w Szwecji zabroniona.
Po południu ponownie wyruszyliśmy do miasta. Wracamy przed wieczorem. I znowu zaskoczenie. W porcie kilkanaście samochodów osobowych. Czyżby dokerzy powrócili , aby rozładować statek? Nic podobnego. Przyjechali Szwedzi, ale nie do pracy, lecz po wódkę, wszak Polska produkuje dobry alkohol, no i najtańszy.
Wieczorem w mesie oficerskiej, w czasie kolacji, rozgorzała dyskusja. Wymieniamy na gorąco wrażenia z Varbergu, porównania z krajem nasuwają się same. Oficerowie, którzy znają świat, a Varberg to dla nich prowincjonalne miasteczko, ciekawi są naszych spostrzeżeń. Wymiana obserwacji i poglądów trwa krótko, do głosu bowiem dochodzi redaktor Kur, a on wie wszystko lepiej.
Przed wyjściem w morze na statku nagle pojawiła się szwedzka policja. Sądziliśmy, że może przyszli spytać nas o zezwolenie na filmowanie, Ryszard obawiał się o taśmę. Oni tymczasem chcieli tylko, aby marynarz, który kupił okazyjnie pasy do samochodu opisał wygląd człowieka, handlarz bowiem ukradł te pasy w „markecie”. Ot, i nieprzyjemny zgrzyt na zakończenie naszego pobytu w Szwecji. Po wyjściu w morze kapitan zaprasza na wieczorek zapoznawczy. Płyną z nami dwie panie, żony marynarzy, ale tylko jedna zaszczyciła nas swoją obecnością, druga pani poczuła się źle i pozostała w kajucie.

Dunkierka – jak wygląda strajk

W sobotę dopływamy do Dunkierki, statek wchodzi do portu, gdzie dowiadujemy się, że właśnie strajkują dokerzy. Kapitan nie jest tą wiadomością zachwycony.
Port w Dunkierce nie przypomina tego z Varbergu. Przerasta szwedzki wielokrotnie wielkością, a także i sławą zdobytą w drugiej wojnie światowej. Tu również nie ma bram ze strażami, kontroli, sprawdzania paszportów i celników. We Francji czujemy się pewniej niż w Szwecji, mamy w paszportach wizy, przebywamy tu za zgodą władz francuskich. W niedzielę Dunkierka wygląda jak miasto opuszczone: puste ulice, ruch samochodów niewielki, sklepy pozamykane. Pogoda prawdziwie wiosenna, świeci słońce, mieszkańcy więc wyjechali za miasto. W poniedziałek filmujemy pochód strajkujących dokerów, uformowany w porcie. Na czele pochodu idzie około pięćdziesiąt osób – organizatorzy strajku, działacze związków zawodowych, przedstawiciele załóg z różnych firm, które dołączyły się do dokerów na znak solidarności. Za czołem pochodu jadą na skuterach i rowerach strajkujący, a za nimi wolno sunie najdłuższa kolumna strajkujących w samochodach osobowych. Na centralnym placu pochód się rozwiązuje. Część dokerów udaje się do gmachu, gdzie mieści się CGT (Confédération Générale du Travail), reszta uczestników pochodu rozchodzi się po kafejkach. Wstępujemy do tej, do której weszło najwięcej strajkujących. Witają nas bardzo serdecznie, pytają skąd jesteśmy. Zauważyli, że ich filmowaliśmy. Spotkanie z dokerami jest dla nas następną lekcją. O tym, o czym rozmawialiśmy nie uczono nas ani w szkole, ani na wyższej uczelni. Nastrój, jaki panuje w lokalu odbiega od tego, co zwykliśmy oglądać w kinie, w filmach pokazujących strajkujących robotników. I od tego, co przeżyliśmy z Ryszardem w styczniu 1971 roku, podczas filmowania w Stoczni im. W. Lenina w Gdańsku. Tu w kawiarni atmosfera jest wesoła. Strajkujący piją kawę bądź piwo. Słychać śmiechy i żarty. Na pytanie, dlaczego strajkują, słyszymy różne odpowiedzi. Można je streścić w kilku zdaniach.
Pragną przypomnieć kapitalistom, że są silni i nikt nie powinien tej siły lekceważyć. Pewności siebie i własnej wartości przydaje im dobra organizacja, dyscyplina i robotnicza solidarność, no i oczywiście związek zawodowy. Drugi powód – prawie trzy lata nie strajkowali. Każdy członek CGT co miesiąc wpłaca określoną sumę pieniędzy na fundusz strajkowy. Przez trzy lata uzbierało się sporo franków, trzeba je więc odzyskać. Dowiadujemy się ponadto, że aby pracować w porcie, trzeba posiadać kartę dokera, wydawaną przez związki zawodowe. Pracodawca nie może w razie strajku przyjąć nikogo do pracy bez karty. Dokerzy mają zagwarantowane dwadzieścia dni pracy w miesiącu. Gdy z winy pracodawcy nie ma roboty, muszą otrzymać zapłatę za dwadzieścia dni. Pytam o współzawodnictwo pracy. Nie wiedzą, o co mi chodzi, nie mogą zrozumieć. Tłumaczą, że robotnik nie może pracować więcej niż przewiduje układ zbiorowy, bo wtedy jest to eksploatacja człowieka i jawny wyzysk. Wieczorem znowu dyskutujemy i porównujemy to z czym się zetknęliśmy we Francji z tym co w Polsce.
Na marginesie wspomnę, że na targu w Dunkierce w czasie filmowania usłyszeliśmy: panowie z Polski? Zadał je pan Henryk Paluch, rodak zamieszkały w Lille, właściciel straganu ze świecidełkami, pochodzący z pod krośnieńskiej wsi Bajdy. Opisałem to spotkanie w „Chłopskiej Drodze” (17 października 1971 r.). Dzięki temu rodzina odnalazła krewnego, którego uznawała za zaginionego w czasie wojny.

Bruksela – w poszukiwaniu taśmy

W Antwerpii natychmiast udajemy się do siedziby spółki polsko-belgijskiej (PSAL), mamy tu odebrać barwną taśmę, obiecaną przez ministra Szopę. Przyjmuje nas dyrektor firmy, Ryszard Karger, częstuje kawą i koniakiem. Już na początku rozmowy pojawia się ważny problem. W Warszawie dyrektor WFD, Zygmunt Kniaziołucki, poinformował mnie, że metr taśmy barwnej kosztuje pół dolara, tymczasem okazuje się, że tu, w Belgii, trzeba za metr zapłacić dolara. Dzwonimy do Warszawy, wyjaśniamy. Dyrektor podał nam ceny hurtowe, obowiązujące przy zakupie dużych partii. Trzy tysiące metrów to detal. Ostatecznie dyrektor Karger, potargowawszy się, podejmuje samodzielną decyzję. Po taśmę udajemy się z nim do Brukseli.
Była to następna lekcja poznawania świata. Oto opowieść dyrektora, którą usłyszeliśmy na autostradzie między Antwerpią, a Brukselą. Kierowałem spółką już ponad pół roku, współpraca z moim belgijskim zastępcą układała się znakomicie. Mogę nawet powiedzieć, że zaprzyjaźniliśmy się. Spotykaliśmy się na gruncie prywatnym – rodzinnym. Ale ciągle się czymś zaskakiwaliśmy. Pewnego dnia, gdy narzekałem na to, że ledwo wiążę koniec z końcem, mój belgijski przyjaciel zapytał: musisz mieć jakieś nadzwyczajne wydatki, skoro mamy takie same rodziny, a zarabiasz więcej ode mnie? Ja ze swojej pensji utrzymuję dom i jeszcze oszczędzam. Wtedy wyjaśniłem mu, że polska firma wypłaca mi tylko połowę moich zarobków. Belg nie mógł tego pojąć. Ja natomiast nie mogłem zrozumieć przyjaciela, gdy przed urlopem przyszedł się ze mną pożegnać. Po kurtuazyjnej wymianie zdań obowiązującej w takich sytuacjach, po złożeniu mu życzeń przyjemnego urlopu, mój zastępca nie podniósł się nawet z fotela, tylko siedział z miną jakby na coś czekał. Zapytałem więc, co mogę jeszcze dla niego zrobić? „Wypłacić mi pensję na urlop” – odpowiedział.
– Jaką pensję, przecież pierwszego firma przelała ci na konto pieniądze?
– To prawda – odpowiedział Belg – ale należy mi się wypłata urlopowa.
– Nic o tym nie wiem – odpowiedziałem.
– Przykro mi, że nasz parlament podejmując ustawę nie uzgodnił jej z tobą.
Zwyczajowo, dyrektor wypisuje swojemu zastępcy, polecenie wypłaty za urlop na zwykłej kartce. Niemal co krok pobieraliśmy kolejne lekcje i wzbogacaliśmy swoją wiedzę o świecie. W Brukseli po zakupie taśmy zwiedziliśmy stare miasto i uliczkę, gdzie w witrynach siedziały roznegliżowane panie w różnym wieku i o różnych kolorach skóry. Z nieskrępowaną swobodą prezentowały swoje wdzięki i zachęcały do wypicia szampana. Nie ukrywam, że w kwietniu 1971 roku owa uliczka wywołała w nas prawdziwy szok.
W czasie obiadu w wytwornej restauracji, Rysiek wyciągnął z kieszeni różowy banknot i zapytał, czy można wymienić go na współczesną walutę. Dyrektor przyjrzał się papierkowi dokładnie i stwierdził, że jest to banknot sprzed dziewięćdziesięciu lat i pochodzi z byłych terytoriów zamorskich United Kingdom, i że można go wymienić na współczesne funty w każdym brytyjskim banku. Po obiedzie przekonaliśmy się, że dyrektor Karger miał rację. Ryszard nie mógł się nadziwić, że nie wiedzieli o tym w polskich bankach w Warszawie.
W drodze powrotnej do Antwerpii jeszcze jedna ciekawostka: parterowe bungalowy z wielkimi oszklonymi oknami stojące przy autostradzie, a w witrynach roznegliżowane panienki. Znużony monotonnością autostrady kierowca może tu wstąpić na azjatycki masaż, może wziąć prysznic i skorzystać z innych przyjemności. Następnego dnia obiad zjedliśmy we włoskiej restauracji, na kolację zaś pojechaliśmy do Westmalle, gdzie w gospodzie „Trapistów” piliśmy piwo o smaku wina, warzone przez mnichów z tamtejszego klasztoru i tylko tu do nabycia, do tego żółty ser z musztardą i inne zakąski również przez nich przygotowane. Kolacja kończyła nasz pobyt w Antwerpii. Będziemy ją długo wspominać, Antwerpię i dyrektora Kargera.

Solidna firma

Późnym wieczorem „Lechistan II” wyszedł w morze. Przez siedem dni i nocy nie zawinęliśmy do żadnego portu. 3 kwietnia Ryszard obchodzi imieniny, więc składam mu życzenia. Na pełnym morzu zaczyna mocno kołysać statkiem. Marynarze pocieszają nas, że to zaledwie wstęp, przygotowanie przed Zatoką Biskajską, tam dopiero porzuca statkiem, przekonacie się, do czego zdolne jest morze… „Biskaje” przepływamy jak jezioro, wkoło cisza, morze jak lustro. To rzecz niebywała – mówią doświadczeni marynarze. Może dlatego na kolację niespodzianka: placki ziemniaczane. Pyszne i pożywne. Chwalimy ochmistrza i szefa kuchni. Oficerowie przyjmują nasze „ochy” i „achy” z powściągliwością. Informują, że ochmistrz na statku handlowym to polski wymysł. Nie istnieje ta funkcja na statkach angielskich, holenderskich i norweskich ani na żadnych innych. U nas wymyślono ją, po to, aby zatrudnić pracowników z wojska, MSW i MO. Funkcja ochmistrza nie wymaga kwalifikacji. Dowiaduję się, że zdarzają się ochmistrzowie, którzy na statku najbardziej narzekają, a w kraju jeżdżą mercedesami.
W nocy, 7 kwietnia przepływamy przez Gibraltar, wczesnym rankiem „chief” wzywa nas na pokład i informuje, że do statku zbliżają się delfiny. Piękne powitanie na Morzu Śródziemnym. W dodatku kapitan zaskakuje nas przy podwieczorku. Na stole mieni się w butelce zmrożona „Wyborowa.” – „Co się stało?” – pytamy chórem. Okazuje się , że dziś do kapitana zadzwoniła żona i poinformowała go, że otrzymała telefon z redakcji Polskiej Kroniki Filmowej, iż o 22.15 telewizja wyemituje kronikę z tematem o „Lechistanie II.” Kapitan stawia zatem wódkę i wznosi toast za Kronikę, solidną firmę.
Pijemy więc za kronikę i za tych co na morzu. Jeszcze tego wieczoru spotykamy się z załogą statku i opowiadamy, jak powstaje kronika. Mnóstwo pytań, ale najważniejsze to: kto i dlaczego wycofał Polską Kronikę Filmową z polskich statków? I komentarz: to oburzające. Na morzu panuje dobry, niepisany zwyczaj, mówi jeden z marynarzy. Statki różnych bander wymieniają między sobą filmy. Norwegowie do dziś pytają o Kronikę. 8 kwietnia, o piątej rano, chief znowu wzywa nas na pokład. Mijamy właśnie Algier. Naszą uwagę przykuwa niecodzienne zjawisko, fale wytwarzane przez statek tworzą wokół „Lechistanu II” fosforyzującą zielonkawą otoczkę. Bajkowy widok! Plankton występujący w tym miejscu daje takie cudowne efekty. Znowu pojawiają się delfiny. Dziś o 18.30, redaktor Tadeusz Kur spotyka się z załogą.

Tekst pochodzi ze strony www.pekaefczyk.com. W kolejnych wydaniach magazynowych „Dziennika Trybuna”pojawiać się będą dalsze odcinki wspomnień Autora.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *