Prezesi pisarzy

Wspomnienia o spotkaniach i współpracy.

Autora „Kamiennych tablic” Wojciecha Żukrowskiego poznałem w 1979 roku w Warszawie. Wcześniej znałem go, ale jako pisarza, czytając jego książki. Był bardzo popularny również w moim, wojskowym środowisku. Szczególnie spotkania autorskie w klubach garnizonowych i żołnierskich cieszyły się dużym zainteresowaniem. Mówił pięknym językiem, barwnie przedstawiając znaczenie literatury pięknej w życiu człowieka. Te spotkania z ludźmi w mundurach to interesujące rozmowy Polaków.
Ojczyzna to matka
Umiał on nasze dzieje narodowe, te najnowsze, ale także i minionych epok, przekazywać młodemu czytelnikowi w zderzeniu z aktualną rzeczywistością. Jego opowieści, ciekawe epizody z walk narodu polskiego, były jakże interesującymi lekcjami o naszych, polskich zachowaniach i postawach.
– Ojczyzna – mówił często – to matka, a o matce nie wolno mówić źle. Te jego słowa pamiętam nie tylko ja, jak sądzę, ale tysiące tych, którzy lubią jego pisarstwo. Na jego książkach, tak bogatych w patriotyczne treści, wychowało się kilka żołnierskich pokoleń.
Pisząc powieści i inne formy literackie, doceniał potrzebę kontaktów z czytelnikami. Chciał wiedzieć, jak jego książki oceniają młodzi ludzie, czy są czytane i wzbudzają zainteresowanie. Nic też dziwnego, że bardzo lubił spotkania autorskie. Przyjeżdżał do jednostek, by spotkać się z żołnierzami. Nie trzeba było go zbytnio namawiać, aby zechciał wziąć udział w spotkaniu. Pod ich wpływem wielu sięgało po jego książki, ale nie tylko jego. To, co mówił zachęcało uczestników spotkań do kontaktów z literaturą, dobrą książką.
To właśnie Wojciech Żukrowski był przez wiele lat współorganizatorem dni literatury w garnizonach wojskowych, np. w Żaganiu, Gubinie i Krośnie Odrzańskim. Miasta te przecież kiedyś wojskiem stały. Dziś to już przeszłość, historia. Takie są wymogi nowej rzeczywistości, wynikające ze zmian polityczno-militarnych, jakie się dokonały po 1990 roku. Będąc prezesem ZLP zabiegał o poszerzanie kontaktów z wojskiem i z jego pionem kulturalno-oświatowym. Ale o tym później.
A teraz trochę osobistych wspomnień o spotkaniach i rozmowach z Wojciechem Żukrowskim.
Pracując w Warszawie, spotykałem go dość często w naszej instytucji. To nie były spotkania na tematy polityczne. Rozmawiano o współpracy literatów z wojskiem.
Przybliżanie małych form literackich
Jako zastępca gen. dr. Tadeusza Szaciły miałem okazję wielokrotnie uczestniczyć w tych spotkaniach, w czasie których podejmowano decyzje o konkretnych zamierzeniach organizowanych wspólnie przez wojsko i ZLP. Odbywały się np. co parę lat konferencje na temat: wojsko i literatura.
Było to duże zamierzenie wymagające merytorycznych i organizacyjnych przygotowań. Ktoś musiał opracować referaty i inne materiały dla uczestników konferencji, następnie upowszechnić je w formie wydawnictwa książkowego.
Innym przykładem może być inicjatywa wydawania dodatku literackiego „Nike” do miesięcznika „Żołnierz Polski”. Na łamach tego pisma publikowano prozę i poezję autorów wojskowych. Pamiętam jak „Nike” tworzono i jakie później wzbudzała zainteresowanie w wojskowym środowisku. Zachowałem do dziś kilka numerów tego wydawnictwa, w których były drukowane i moje opowiadania: „Dwoje i wojna” i inne. „Nike” była ważnym wydarzeniem literackim w wojsku.
Przecież to był wyraz dostrzegania potrzeby przybliżenia małych form literackich żołnierzom Wojska Polskiego. Muszę w tym miejscu dodać, że Wojciech Żukrowski, jako przewodniczący Rady Redakcyjnej „Nike”, stawiał wysokie wymagania przed autorami, którzy chcieli publikować swoje prace na jego łamach. Pomogło ono zdobyć ostrogi tak konieczne do pisania prozy i poezji. Zaświadczają o tym m.in. tomiki wydane przez wojskowe koła literackie.
Przychodzą inne czasy. Sytuacja społeczno-polityczna gromadzi groźne chmury nad naszym krajem. „Solidarność”, a właściwie jej polityczne otoczenie, wyraźnie dąży do objęcia władzy. Trwa proces destrukcji gospodarki i struktur państwowych. Groźba totalnej nawałnicy, która może rozpętać piekło na polskiej ziemi. Sąsiedzi czekali tylko na sygnał, okazję, by Polaków przywołać do porządku. Ale to dla wielu działaczy „Solidarności” nie było ważne, liczył się tylko cel – zburzyć istniejący system władzy. Jakie są dziś tego skutki, to widać w życiu wielu milionów Polaków. Stało się to za sprawą amatorów, pseudopolityków. Stan wojenny, mimo że dla wielu był dokuczliwy, uchronił nas od piekła i najgorszego, tu, na naszej ziemi.
Wojciech Żukrowski, szczery patriota, ubolewał nad rozwojem zdarzeń. Nie bał się, miał odwagę iść pod potężny prąd. Jako jeden z niewielu wystąpił w telewizji i powiedział, co myśli o stanie wojennym i zagrożeniach, jakie dostrzegał dla Polski. To jego telewizyjne wystąpienie było napiętnowane, krytykowane m.in. przez jego kolegów pisarzy. Przeżywał to bardzo, ubolewając, że źle został zrozumiany. Przecież jego intencją było, jak powie później, ostrzec Polaków przed bratobójczą walką.
Książki na progu
Pamiętam, jak w pierwszych dniach stanu wojennego, w godzinach wieczornych, przyszedł do nas na Królewską 2 w Warszawie wielce wzburzony. – Jak tak można, co ja takiego powiedziałem w telewizji, że zrobili mi taki afront – powiedział do mnie przed wejściem do mojego szefa.
– Co się stało, jaki jest powód pańskiego zdenerwowania – zapytałem. – Przyniesiono moje książki i rzucono je pod drzwi mieszkania z wulgarnymi słowami napisanymi na kartce.
Coś mu powiedziałem, próbując go uspokoić, bo czułem się do tego zobowiązany.
A on był po prostu sobą. Tak postępują ludzie zasad. To nie było zachowanie koniunkturalne. W trudnej sytuacji zachował taką twarz, jaką miał, bo masek nie nosił. Po kilku latach powiedział: miałem ulec tym, co niszczyli wszystko, nawet to, co było dobre i godne obrony; przecież byłem za tym, by konieczne zmiany w naszym kraju dokonywały się w sposób cywilizowany, godny naszych tradycji.
Spotykałem go wielokrotnie na spacerach nad Wisłą w godzinach wieczornych. Tematy rozmów były różne. Najwięcej rozmawialiśmy o książkach, literaturze. Ubolewał, że środowiska twórcze się podzieliły, w tym również literaci, ze szkodą dla nich.
Jest rok 1989. Już istniały dwa związki pisarzy: Związek Literatów Polskich z prezesem Wojciechem Żukrowskim i Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, któremu prezesował Jan Józef Szczepański. Wojsko w tym czasie współpracowało z ZLP na podstawie podpisanej w 1985 roku umowy. Ale zaczęło już otwierać bramy koszar również dla tych, którzy byli w opozycji wobec władzy. Wystąpiliśmy z propozycją, by podobne porozumienie podpisać też z SPP.
Obrażeni na wojsko
Sprawę przekonsultowałem z gen. broni dr. Tadeuszem Szaciłą, uzyskując jego poparcie dla tej inicjatywy. Ale zasugerował, abym uprzednio porozmawiał w tej sprawie z Wojciechem Żukrowskim. Mieliśmy na uwadze jego opinię i zrozumienie, że to wcale nie będzie przeszkodą w dalszej współpracy z jego związkiem. Nawet obawialiśmy się, że nasi zaprzyjaźnieni literaci mogą obrazić się na wojsko. A w istocie zależało nam nie na życiorysach prozaików i poetów, a jedynie na wartości tego, co oni tworzą.
Mając przyzwolenie jako przedstawiciel wojska w sprawach kontaktów z twórcami kultury zadzwoniłem do Wojciecha Żukrowskiego, proponując spotkanie. Przyjął moje zaproszenie bez wahania, wiedząc w jakiej sprawie. Informując o naszym zamiarze podpisania porozumienia o współpracy z SPP, związkiem Jana Józefa Szczepańskiego, nadmieniłem jednocześnie, że to wcale nie oznacza, iż będziemy osłabiać kontakty z ZLP.
Przyznam, że miałem obawy, iż nasz dotychczasowy partner może się obrazić na nas. Nic z tych obaw nie zostało. Wojciech Żukrowski przyjął z zadowoleniem nasze propozycje nawiązania współpracy z SPP.
– Proszę bardzo, róbcie to, możemy nawet uczestniczyć we wspólnych spotkaniach, które wojsko będzie organizowało z pisarzami – powiedział. Była to z jego strony duża roztropność i zrozumienie nowej sytuacji, jaka powstała w tym środowisku. Wyraził także gotowość spotkania się z kierownictwem SPP.
Do końca prezesowania Wojciecha Żukrowskiego były żywe kontakty klubów i bibliotek wojskowych z pisarzami. Nawet zachęcał nas, by w tych spotkaniach brali udział pisarze z obu związków twórczych. Byli jednak tacy, i są do dziś, którzy temu wielkiemu pisarzowi mieli za złe dobre kontakty z władzami PRL.
Państwo realne
Polska w tym czasie była realnym państwem, uznawanym niemal przez cały świat. I on miał świadomość, że właśnie w tym państwie trzeba działać na rzecz rozwoju polskiej literatury. Stąd jego zabiegi i troska o tworzenie warunków, dla tych, którzy chcieli twórczo pracować, by wzbogacać polską literaturę. Na ostatnim spotkaniu ubolewał, że nie można było utworzyć jednej organizacji związkowej prozaików i poetów. Martwiły go też te małe wzajemne wojenki oraz napaści kolegów po piórze.
– Nie ma już przecież cenzury, piszemy co uważamy za konieczne, mamy wolność słowa. I po co ta wrogość? – pytał. – Gdyby nasze środowisko było zintegrowane, moglibyśmy więcej zrobić dla polskiej kultury, zwłaszcza literatury – mówił ze smutkiem.
Z Janem Józefem Szczepańskim, znakomitym pisarzem, miałem okazję spotkać się i rozmawiać wielokrotnie w latach 1989-1991. Wcześniej znałem tylko jego twórczość, niektóre książki. Ale pierwszy kontakt i rozmowa miały miejsce dopiero w 1989 roku. W moim środowisku był znany i czytany, mimo że oceniano go jako pisarza niezależnego i łączono z opozycją. W bibliotekach wojskowych były jego książki, spotkań autorskich jednak nie organizowano i nie zalecano. A szkoda, bo, jak się później mogłem przekonać był to niezwykle ciekawy człowiek i pisarz.
W 1989 roku powołano Stowarzyszenie Pisarzy Polskich. Jego członkami byli ci, którzy wystąpili z ZLP oraz ci, którzy go dotychczas bojkotowali i nie chcieli doń wstępować.
Rozłam po piórze
Były to czasy, że wszyscy się dzielili. Ważne były życiorysy, skąd przychodzimy. Ten rozłam także miał miejsce wśród ludzi pióra. I tak jest do dziś, mimo upływu lat i zmian, jakie dokonały się w naszym kraju. Jan Józef Szczepański był pierwszym prezesem tego stowarzyszenia. W jego zarządzie działali też m.in. Julian Braun i Jerzy S. Sito, prezes i redaktor naczelny „Czytelnika”.
Wiedząc, że takie stowarzyszenie powstało i jego członkami są znani pisarze, prozaicy i poeci pomyślałem, że wojsko powinno mieć kontakty i z tym związkiem twórców.
Ta myśl torowała sobie drogę do realnej i konkretnej współpracy powoli, choć nie bez oporów i uprzedzeń. Ale generalnie wojsko otwierało się na przemiany, stopniowo odchodząc od kanonów polityczno-ideowych, dając pierwszeństwo wartościom narodowym i uniwersalnym. Kierownictwo MON z jego ministrem gen. Florianem Siwickim podejmowało wiele decyzji, by reformować wszystkie dziedziny życia i szkolenia wojska.
Strefa chroniona
Trochę powoli przebiegał proces restrukturyzacji, unowocześniania jego struktur. Natomiast jeśli chodzi o system wychowania i działalności kulturalno-oświatowej, to działano szybko i zdecydowanie. Potwierdza to wypowiedź ministra Siwickiego, która była naszą wytyczną: „Kultura strefą chronioną”. Trzeba więcej humanizmu i pierwiastka narodowego w prowadzonej pracy wychowawczej. Tworzono więc warunki dla mnie jako szefa kultury i oświaty w wojsku do zdecydowanego reformowania ośrodków kulturalnych, wzbogacenia oferty dla wojskowych i cywilnych odbiorców.
W takich warunkach ma miejsce pierwsze spotkanie z Janem Józefem Szczepańskim. Z płk. dr. Józefem Skrzypcem, szefem oddziału oświaty, uzgodniliśmy, jak nawiązać pierwszy kontakt z tym nowym dla nas środowiskiem. Powiem szczerze, że miałem trochę obaw, czy podejmą naszą propozycję i zgodzą się nawiązać z nami ścisłą współpracę. Przecież nie byli oni zapraszani dotychczas na spotkania z czytelnikami wojskowymi, byli nie ci, nie nasi. Pierwsze sondaże były pomyślne. Płk Józef Skrzypiec poinformował mnie, że SPP jest za tym, by współpracować z wojskiem. Spotkałem się z Janem Józefem Szczepańskim. Przewidywałem, że będzie krytyka traktowania ich inaczej niż tych ich kolegów, którzy należeli do ZLP. Że w nowej sytuacji dostrzegamy ich, a dotychczas? Nic z tych obaw się nie potwierdziło. Miłe, serdeczne spotkanie, robocze, bardzo konkretne.
Pojednanie
Poinformowałem moich rozmówców o tym, co dotychczas robiliśmy w zakresie upowszechniania czytelnictwa, literatury pięknej i co dalej chcemy robić, ale już z udziałem i wsparciem członków SPP. Rozmowy zakończono powołaniem zespołu do opracowania projektu umowy o współpracy. Zespół składał się z przedstawicieli wojska i władz zarządu stowarzyszenia. Jego działalność rozpoczęto od konsultacji z wieloma osobami z obu stron. Z naszej m.in. z kierownikami i szefami instytucji wojskowych ośrodków kulturalnych.
Po paru tygodniach powstał projekt umowy o współpracy. Zapoznaliśmy z nim kierownictwo wojska. Nie wniesiono zasadniczych poprawek. Miałem więc rekomendację, by tę umowę podpisać. Uroczysty akt podpisania miał miejsce 8 stycznia 1990 roku. Podpisali ją Jan Józef Szczepański i ja w imieniu wojska.
Obie strony wyraziły zadowolenie i przekonanie, że to, co podpisaliśmy, będzie realizowane. Początki wykonywania naszych ustaleń były zachęcające. Płk Józef Skrzypiec był odpowiedzialny za tzw. pilotowanie przyjętych ustaleń, by nie stały się one martwym zapisem.
Mając na uwadze to, co ustalono, wystąpiliśmy z inicjatywą zorganizowania różnych zamierzeń, zwłaszcza spotkań pisarzy z czytelnikami w kilku garnizonach i uzupełnienie księgozbiorów bibliotek w pozycje, których autorami byli członkowie SPP. Ale nie tylko. Prosiliśmy o udział w przygotowaniu wielu materiałów dotyczących wprowadzonych zmian w działalności kulturalno-oświatowej. Jan Józef Szczepański pomagał nam w opracowaniu nowych rozwiązań, np. kształtu oraz treści ceremoniału wojskowego na uroczystości państwowe i wojskowe. Zapraszaliśmy go także na spotkania dyskusyjne z działaczami kultury i oświaty, a także konferencje. Stało się niemal zwyczajem, że przedstawiciele SPP byli zapraszani do koszar, na poligony i na ważniejsze imprezy. Inspirował je wcześniej gen. Wojciech Jaruzelski, a później gen. Florian Siwicki.
Uwiarygodnić wizerunek wojska
Oczywiste jest, że zabiegając o współpracę ze Stowarzyszeniem Jana Józefa Szczepańskiego mieliśmy swój cel. Nie tylko uwiarygodnić wizerunek wojska, pokazać jakim się ono staje, lecz także z uwagi na to, że ich obecność wśród żołnierzy może być inspiracją dla nich do napisania czegoś pozytywnego o wojsku, niekoniecznie książki, lecz mniejszych form literackich. I niektórzy to czynili, podejmując problemy wojska i obronności w swojej twórczości.
A teraz nieco ogólniejsza refleksja. Otóż te spotkania i rozmowy z Janem Józefem Szczepańskim były dla mnie ważną edukacją intelektualną z udziałem człowieka wielkiego umysłu i jednocześnie jakże skromnego, otwartego partnera do rozmów w sprawach nawet niezwykle trudnych, bo dotyczących naszej przeszłości. Każda rozmowa z nim była dla mnie impulsem do mojej działalności.
Chłonąłem to, co ten utalentowany pisarz mówił do mnie. Przyjmowanie wypowiadanych myśli ułatwiała mi jego osobowość. Potrafił rozmawiać z każdym, również z żołnierzem. Rzeczy ważne ujmował językiem precyzyjnym i zrozumiałym dla jego rozmówcy.
Autorytet nieurzędowy
Jan Józef Szczepański mieszkał w Krakowie. Do Warszawy przyjeżdżał w zależności od potrzeb. Jeśli nie był w stanie przyjechać na nasze zaproszenie do udziału w spotkaniu organizowanym przez nas, zawsze przepraszał listownie. Ale też pisał o tym, co chciałby powiedzieć, gdyby był obecny, wyrażając swój pogląd o problemach, które były rozpatrywane na danym spotkaniu.
Byłem bardzo rad, że miałem jego opinie, na które mogłem się powołać podczas moich starań o realizację zamierzeń. Informowałem Jana Jóżefa Szczepańskiego, jeżeli tylko miałem okazję, najczęściej telefonicznie, że w podejmowaniu wielu decyzji powoływałem się na jego opinię i zdanie.
Był dla nas autorytetem, społecznym, nie urzędowym. Moje środowisko bardzo go ceniło i szanowało. Takiego człowieka, o wielkim dorobku twórczym, intelektualisty, niezwykle skromnego, nie można zapomnieć.
Dlatego napisałem to krótkie wspomnienie o nim. Bo w istocie znałem go tylko przez parę lat. Ale ślad w naszej pamięci, mojej także, pozostawił po sobie. To jego twórczy dorobek i osobowość nie pozwalają o nim zapomnieć.