Warszawo ma

Warszawski wieżowiec Intraco miał być zburzony. A w jego miejsce miał powstać mniej więcej identyczny. Temu oczywistemu szaleństwu i marnotrawstwu zapobiegł konserwator zabytków, który w ostatniej chwili zdołał nadać pierwszemu w Warszawie po pałacu Kultury drapaczowi chmur status zabytku, bowiem Intraco ma już 50 lat.

Wciąż jesteśmy w Warszawie świadkami burzenia wieżowców, galerii handlowych, biurowców w centrum aby w ich miejsce powstały równie albo nawet bardziej okazałe budowle. Zabawa w burzenie i budowanie w tym samym miejscu na nowo to fajna i twórcza rozrywka dla dzieci, kiedy bawią się klockami. Natomiast takie brewerie w centrum dużego miasta to wielkie marnotrawstwo pieniędzy materiałów budowlanych, ludzkiego wysiłku, które dokonuje się przy znacznym zatruciu środowiska. Deweloperzy zarabiają na budowaniu. Zysk sięga trzydziestu i więcej procent, więc kiedy brakuje terenów pod zabudowę trzeba burzyć, by móc od nowa budować i zarabiać.

Do normy należy budowanie tam gdzie dotychczas były wolne przestrzenie, skwery, parki, drzewa. Ktoś kto kupił mieszkanie z widokiem na zieleń, niebo, horyzont, budzi się nagle a za oknami widać okna, ściany bardzo blisko wtłoczonego sąsiedniego budynku. Kiedy moja studiująca dziś córeczka miała kilka lat, bardzo narzekała, że z okna jej pokoju nie widać nieba. A było to zwykłe blokowisko z PRL gdzie odległości między domami nie były takie znów małe. Tyle, że mieszkaliśmy na parterze, a widok nieba zasłaniały drzewa.

Warszawa po wojnie była w gruzach. Urbaniści mogli więc poszaleć i poszaleli. Zbudowane miasto pełne przestrzeni, zieleni, powietrza i światła. Przyszedł rynek i krok po kroku odbiera nam powietrze i przestrzeń. Latem w Śródmieściu powietrze stoi, bo wiatr nie ma już gdzie wiać. Miasto przewiewne staje się miastem dusznym. Protestujący mieszkańcy, którym odebrano wiatr, i widok z okna nie mają szans z wielkim kapitałem, który zarabia na pozbawianiu nas przestrzeni i widoku. Kiedy patrzymy na anarchię budowlaną mamy wrażenie, ze żyjemy w jakimś trzecio światowym mrowisku, w którym człowiek nie ma już żadnego znaczenia, a jego potrzeby są nieistotne.

Lud, który po wojnie wkraczał do Śródmieścia musi je opuścić, bo centrum jest dla zwykłych ludzi za drogie. Budowniczowie nowej Warszawy nie mogą nawet marzyć o mieszkaniu w centrum, inaczej niż bywało z murarzami, którzy wznosili Stare Miasto, Mariensztat czy MDM. Budowlańcy ściągający z odległych zakątków kraju nocują w kontenerach lud kwaterach gdzie dziesięciu ludzi śpi na piętrowych pryczach w jednej izbie, by po skończonej robocie wracać do siebie na wieś.

Stare zaniedbane kamienice wracają do dawnej świetności tylko jeżeli staną się za pomocą szwindli reprywatyzacyjnych lub po prostu wyprzedaży, własnością prywatnych inwestorów. Wyprzedaż starej, często zabytkowej substancji mieszkaniowej stało się jedyną metodą miasta na restaurację pięknych, starych kamienic. Miasto praktycznie nie remontuje, tylko czeka na właścicieli, którym te domy wyprzedaje albo jak to miało miejsce w ramach reprywatyzacji, oddaje. Skorumpowani urzędnicy bogacą się nie pomiernie oddając to co wspólne osobom prywatnym, które bogacą się niepomiernie bardziej. Nie było dziełem przypadku, że po wymuszonej przez ruch lokatorski specjalnej sesji Rady Miasta ws. reprywatyzacji ówczesna prezydent miasta Hanna Gronkiewicz-Waltz zdymisjonowała kilku wiceprezydentów. Najgorsze jest to, że za rozgrabienie wielomiliardowego majątku miasta nikt nie poszedł siedzieć. Bo to wyraźny sygnał, że za rozkradanie majątku Warszawy nic nie grozi. A ofiary tego procederu, czyszczenia kamienic nie dostały ani grosza odszkodowania choć specjalna powołana w tym celu komisja przyznała odszkodowania, których miasto nie chce wypłacić.

Kolejny rozdział w walce o warszawskie kamienice to walka o dom przy Al. Solidarności, w którym mieści się założony i zbudowany przez śp. Emiliana Kamińskiego Teatr Kamienica. Nie wiedzieć czemu miasto będące większościowym właścicielem nieruchomości sprzedało prywatnemu inwestorowi strychy. W ten sposób wszedł on do wspólnoty mieszkaniowej i robi wszystko, żeby w tym budynku Teatru nie było. Inwestor walczy o wykup budynku, żeby zarobić. Teatr chce odkupić od miasta tę część, którą zajmuje, żeby realizować swoją ambitną misję. Oferuje rozsądną cenę. Ale na interesach z Teatrem nikt nie zarobi, a potencjalny kamienicznik będzie się miał czym podzielić z chciwymi urzędnikami. W konfrontacyjnej rozmowie z ciężko chorym Emilianem Kamińskim „inwestor” miał powiedzieć: „Ja mam czas i pieniądze więc wygram. Ty nie masz pieniędzy ani czasu” Wkrótce potem Kamiński zmarł. A jego zona i syn dalej walczą o przetrwanie Teatru w sercu miasta. Emiliana Kamińskiego, aktora i społecznika ciągano po sądach bo śmiał nazwać mafię po imieniu. Walka trwa, póki teatr gra.


Źródło: Facebook / Piotr Ikonowicz

Piotr Ikonowicz

Poprzedni

USA szykują się na kolejną rozprawę z Iranem

Następny

OPZZ: Europa nie może dłużej czekać. Potrzebne natychmiastowe działania dla przemysłu i miejsc pracy