Wielka Październikowa Rewolucja Butelkowa

Dlaczego naród, który wydał na świat Kopernika, Dmowskiego i Piłsudskiego, nie jest w stanie posegregować swych śmieci?

Pierwszego października 2025 roku wybuchła w Polsce wielka rewolucja. Konsumencka. Tak pewnie za sto lat pisać będą jej kronikarze.

W życiu moim udało mi się już przeżyć wiele dramatycznych, czasem nawet rewolucyjnych wydarzeń. Wystarczy wymienić Jasnogórskie Śluby Milenijne w 1966 roku, Zimę Stulecia 1978, solidarnościową Rewolucję bez rewolucji w 1981 roku, Stan wojenny z 1982 roku, plan Balcerowicza wprowadzany od 1990 roku, czy Powódź Tysiąclecia z 1997 roku.

Pamiętam też wypowiedziane przez Joannę Szczepkowską podczas telewizyjnego wywiadu zdanie: „Chciałabym podać jedną wspaniałą wiadomość. Proszę państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm”.

Teraz czekam, komu pierwszemu uda się zakomunikować spracowanemu narodowi polskiemu:
Narodzie przez Boga wybrany! Dnia pierwszego października roku pamiętnego 2025 w Polsce znów pojawiły się butelki zwrotne.

Wiele lat przeżyłem w socjalistycznej gospodarce niedoboru. Tam nie było zjawiska „butelki bezzwrotnej”. Nie było też butelek lądujących na śmietnikowym wysypisku, jak Zbyszek Cybulski w ekranowym „Popiele i diamencie”.

Starsi Czytelnicy pamiętają, że w tamtej Polsce każdą butelkę podnoszono z ziemi przez uszanowanie Matki Ziemi — i matki butelki też. Bo w tamtej Polsce każda butelka, nawet pusta, miała swą dodaną metafizyczną wartość.

„Pusta butelka jest jak trumna bez nieboszczyka” — mawiano w moich studenckich czasach. Dlatego patriotycznym obowiązkiem każdego Polaka należało ją szybko ponownie treścią napełnić.

Pędem oddać ją do punktu skupu. Wielość oddanych, jak krew przodków, butelek dawała nam kwotę początkową, która po dalszym cudownym rozmnożeniu lub realnym uzupełnieniu pozwalała na zakup kolejnej butelki już z nową treścią w środku.

Dlatego w tamtych czasach każda butelka była wartością samą w sobie. Zbierali je emeryci starych portfeli, harcerze na zakup sprzętu biwakowego, studenci żywot pędzący, by go sobie osłodzić. Bo każdą odzyskaną, jak Ziemie Zachodnie, butelkę można było oddać w każdym sklepie w relacji pusta butelka za pełną butelkę.

Można też było zbiór takich butelek oddać w skupie w relacji jedna butelka za jedną polską złotówkę. Albo zamienić te butelki na równie deficytowy wtedy papier toaletowy. Albo gustowną siatkę ze sznurka, idealną na zakupy i noszenie butelek do skupu.

„Nie wszystko można kupić za pieniądze” — mawiano w czasach mojej młodości.

W latach osiemdziesiątych XX wieku wartość butelek wzrosła. Kiedy do lokalnego sklepu „rzucono piwo”, czyli przywieziono długo nieobecny tam napój, nie można go było kupić ot tak, jedynie za posiadane pieniądze. Trzeba było mieć też swoje butelki zwrotne.

Podobnie było w barze piwnym w spolonizowanym miasteczku Spychowo na Mazurach. W jedynym tam barze serwującym piwo patriotycznej marki „Jurand”, wprost z ocalałego poniemieckiego browaru, można było je kupić jedynie w dwóch przypadkach — na wynos, jeśli posiadałeś kanister, lub na miejscu, jeśli miałeś własny kufel.

Na szczęście szefująca barem bufetowa była osobą przyjazną piwoszom i dopuszczała zamiennik kufla w postaci słoja po ogórkach. Częściej wtedy dostępnego.

Przez dwa lata byłem obserwatorem Parlamentu Europejskiego w Brukseli — mieście, gdzie serwują ponad trzysta marek piwa, podając go w kilkudziesięciu rodzajach kufli. I choć z niejednego kufla tam nieraz piłem, bo na koszt belgijskiego podatnika, to w pamięci pozostał mi jedynie smak tego Juranda ze słoika.

Ukoronowaniem zjawiska wyższości butelek zwrotnych była w ostatniej dekadzie Polski Ludowej działalność gospodarcza pioniera nowej polskiej klasy średniej, który kupował w sklepach przeceniony przecier szczawiowy w butelkach i wylewał go do kanalizacji miejskiej.

Sens ekonomiczny tkwił nie w szczawiu, tylko w butelkach. Bo produkt „szczaw w butelce” kosztował 26 groszy, a oddana w skupie butelka dawała jedną złotówkę.

Pijąc Juranda ze słoika nieraz dumałem o przyszłości. Nie spodziewałem się wtedy, że dożyję czasów rozpasanej konsumpcji. A potem dzikich plaż usłanych butelkami, foliowymi jednorazówkami i polskich kniei zawalonych zużytymi oponami.

Z gospodarki niedoboru wpadliśmy w rozrastający się śmietnik odpadów. W gospodarkę dóbr jednorazowych. Nienaprawialnych. Bezzwrotnych.

W dyktaturę mody nakazującej nam wymieniać nadal sprawne, dobre ubrania, sprzęt AGD, RTV na nowe. W pułapki wypasionych opakowań zachęcających do zakupów produktów codziennego użytku.

Czy zastanawialiście się, czemu kupujecie tubkę pasty do zębów albo kawałek sera w dodatkowym kartonowym opakowaniu?

Upiększającym i zwiększającym wagę oraz wymiar oferowanego produktu. Opakowaniu, które wyrzucamy od razu, bo zupełnie niepotrzebne nam.

Czy zastanawialiście się, kto płaci za ten niepotrzebny, chwilowy luksus?

Nie tylko w formie ceny produktu. Każda taka niepotrzebna działalność produkcyjna to grabież naszego środowiska naturalnego. I jeszcze koszty częściowej utylizacji, przerobu niepotrzebnych produktów.

Od pierwszego października 2025 roku Polacy wracają do butelek zwrotnych. Ciężko będzie, pewnie dlatego od razu przyjęto trzymiesięczny okres przejściowy. Oby nie utrwalił się on na stałe.

Codziennie wyrzucam śmieci do wspólnotowego śmietnika. Nadal, pomimo kilku lat obowiązkowego segregowania, nie wszyscy sąsiedzi opanowali jeszcze sztukę wyrzucania śmieci — podziału ich na grupy i przede wszystkim trafiania do odpowiednich, różnorodnych kolorowo pojemników.

Dlaczego naród, który szczyci się galerią wybitnych rodaków, nie jest w stanie posegregować swych śmieci?

A przecież ten naród chce szybko zbudować sobie mega lotnisko, mega elektrownię atomową i własną atomową bombę. A w narodowym śmietniku dalej wali zmieszane do papieru.

PS. Więcej w „Tygodniku NIE”

Piotr Gadzinowski

Poprzedni

Liberałowie wracają do gry, skrajna prawica wciąż mocna w Holandii

Następny

Upadek księcia Andrzeja. Karol III odciął brata jak zgniłą gałąź