Żeby nie było, że nie było

Tomasz Miłkowski
Żeby nie było, że nie było

Różne bywają gusty:

Tygrys nie jada kapusty.

Jan Sztaudynger

Wszyscy mówili, że to najweselszy barak w obozie socjalistycznym. I każdy miał taki raj, jaki był ten kraj” – tak kończy się opowieść o Polsce Ludowej widzianej przez pryzmat wakacji. I to nie byle jakich, bo wakacji gwiazd.

„Wakacje gwiazd w PRL” Krystyny Gucewicz to nie rozprawa socjologiczna, raport z badań czy też informacja typu statystycznego: gdzie, kto, ile i za co. Ale kto wie, czy nie przynosi pełniejszego niż w naukowych dociekaniach obrazu minionej epoki. Niejako prywatnej, choć nieco odświętnej historii PRL-u naszkicowanej pewną ręką autorki. Zwłaszcza że pełnymi garściami czepie interesujące ją smakołyki, perełki, pianę kolorowych odprysków, wszystko co wystaje ponad przeciętność i nudę z nader wiarygodnych źródeł (nie wspominając o jej własnej pamięci bez dna).

Na samym końcu książki zamieszcza ich listę pod kokieteryjną nazwą „moje ściągi”, a na niej znaleźć można same potężne nazwiska artystycznej elity, królującej w Sopotach i Zakopcu, w Chałupach, Krynicy i na Mazurach (ach, ta leśniczówka Pranie). Kogóż tu nie ma. Dość tylko wymienić dla przykładu Krystynę Cierniak-Morgenstern, Marię Dąbrowską, Irenę Dziedzic, Kirę Gałczyńską, Stefanię Grodzieńską, Jerzego Gruzę, Jarosława Iwaszkiewicza, Stefana Kisielewskiego, Tadeusz Konwickiego, Eryka Lipińskiego, Janusza Minkiewicza, Wojciecha Młynarskiego, Sławomira Mrożka, Agnieszkę Osiecką, Krystynę Sienkiewicz, Stanisława Tyma, Leopolda Tyrmanda, Franciszka Walickiego, Magdalenę Zawadzką czy Monikę Żeromską. A to przecież nie wszyscy, bo przyprawy do swojej opowieści czerpała autorka sponad 70 książek tuzów naszej Muzy nie tylko rozrywkowej.

O skali tej kwerendy świadczy też indeks nazwisk, w którym znalazło się ponad 500 artystek i artystów. O wszystkich w książce mowa, czasem wielokrotnie. Są przecież i ulubieńcy, mistrzowie wykwintnego dowcipu, na których Gucewicz z upodobaniem się powołuje, bodaj najczęściej na Agnieszkę Osiecką, Stefanię Grodzieńską, Leopolda Tyrmanda, Staszka Tyma, Jerzego Waldorffa i Jerzego Kisielewskiego, syna Stefana. Aż strach pisać, ale większość z nich już odeszła na zawsze.

Dzięki takiemu wsparciu opisuje autorka z właściwą swemu temperamentowi swadą wakacje gwiazd, urlopujących od Bałtyku po Tatry, w kurortach, uzdrowiskach, kąpieliskach, uroczyskach, zakątkach, zapadłych dziurach i w blasku sławy. To co, że czasy bywały różne, najczęściej szare, czasem dramatyczne, ale życie nie składa się przecież z samych urazów i katastrof. Bywa pięknie, a humor, mierzony dowcip, ironia i autoironia zawsze był bronią, która pomagała nie dawać się strapieniom.

A zresztą co tu wyrzekać, skoro Gucewicz pisze to, co wielu nie może przejść przez gardło, tak celebrują w sobie pokłady hodowanej latami żółci: „Żeby nie było, że nie było. W Polsce Ludowej wiernej Związkowi Radzieckiemu i klasie robotniczej z dodatkiem wsi, sztuka miała się dobrze. A nawet jeszcze lepiej. Niepełne półwiecze PRL-u przyniosło opus magnum polskiego teatru, plastyki, muzyki, filmu, literatury. A że łatwo nie było – jak głosi durny żarcik: „nikt nie obiecywał, że będzie”.

Krystyna Gucewicz nie przesładza, ale i nie przeczernia obrazu. Stara się możliwie najwierniej odtwarzać atmosferę, której daleko było do rozpaczy i bezradności. Za dowód niechaj posłuży przytaczany przez autorkę bezinteresowny dowcip góralski (bez żadnych podtekstów czy kontekstów), podsłuchany na Harendzie:

„ – Widzisz, jak mi koty odpowiadają, miauczą jak do kolegi.

– Eee, znałem gościa, co tak potrafił piać jak kogut, że za każdym razem wschodziło słońce”.

Pewnie wielu czytelnikom starszej generacji otwierały się przestrzenie już zapomniane, wracają dawne obrazy. Takie odczucia towarzyszyły mojej lekturze. Choćby fragmentowi o Ciechocinku z jego tężniami, grzybkiem i muszlą koncertową w parku zdrojowym, no i przepysznymi poziomkami w śmietanie w Orbisie. Prawdę mówiąc, po latach wydaje mi się, że to były truskawki, a może i jedne, i drugie, tak czy owak cudownie aromatyczne. Jeździło się do wód (to o mnie), cierpiało na zatoki, brało kąpiele i inhalacje, a w nagrodę babcia prowadziła do ogródka w Orbisie. Widywałem tam Lopka – Kazimierza Krukowskiego, który w swoim kółku przy sąsiednim stoliku grywał w bridża (właśnie: „bridża”, tak mówili, a nie „brydża”) albo przesiadywał z Ludwikiem Sempolińskim i moim stryjem Zygmuntem Karasińskim, niekoronowanym królem Ciechocinka. Bo to właśnie stryj na spółkę z Szymonem Kataszkiem skomponowali tango „Na to jest Ciechocinek”, które w roku 1932 stało się przebojem uzdrowiska:

Na to jest Ciechocinek,

Pełen słońca i róż,

Z stukilowych dziewczynek

Greta Garbo i już.Basen sam się uśmiecha,do pływalni więc w mig!Kto o kulach przyjechał,ten wyjedzie jak smyk. Podobno słowa ułożyli sami kuracjusze. Tak czy owak, kiedy pewnego lata, a był to rok 1965 albo 1966 zajechaliśmy ze stryjem na dworzec w Ciechocinku, sława stryjowego przeboju nie przeminęła. Wystarczyło, że wychylił się przez okno i zagwizdał kilka pierwszych traktów nieoficjalnego hymnu uzdrowiska, a już zjawił się tragarz, pogwizdując ciąg dalszy, i taszczył nasze bagaże do czekającego na nas fiakra. Tak to bywało w one lata. Mógłbym snuć te ciechocińskie opowieści i dłużej, ale już tylko jeden smaczek, podsłuchana odzywka wakacyjnego adonisa, który tak zagaja rozmowę z pewną damą zażywającą jodu na deptaku w Ciechocinku: – O widzę, że pani coś spadło? – Co takiego? – Chyba ciśnienie. Wracam do lektury. Krystyna Gucewicz rozpoczyna wakacyjną podróż wspomnień od najsławniejszych kurortów, jeszcze przedwojennych, a po wojnie równie sławnych i snobistycznych: Krynicy, Zakopanego i Sopotu. To tam ciągnęli artyści przyciągani magią tych miejsc, to tam rodziły się rozmaite, czasem trwające latami, a nawet przekraczające granice zmiany ustroju wielkie wydarzenia. Takie jak Festiwal Sopocki dyrygowany przez Jerzego Gruzę, czy Festiwal Moniuszkowski wymyślony przez Bogusława Kaczyńskiego i dziesiątki innych, niezapomnianych pomysłów. „Socjalizm lansował – pisze Gucewicz – zdrowy snobizm na sztukę i ludzie interesowali wszystkim, co na fali, zachłannie korzystali z różnorodnej oferty kulturalnej. Właśnie w Sopocie chodzili tłumnie na wystawy w legendarnym, nieistniejącym już pawilonie sztuki obok Grand Hotelu”. Chodzili, ale nie zawsze powodowani głodem sztuki – na dowód anegdota, którą przytacza autorka z przepastnych zbiorów Wiesława Ochmana: – Czy widziałeś już ostatnią wystawę Molskiego? – Nie. Ale gdybym wiedział, że to ostatnia, już bym tam był. Wydarzenia ściągały tłumy, były przecież antidotum na szare godziny codzienności. A kto od tłumów uciekał, szukał gdzie indziej schronienia. I po tych odkrywanych wtedy uroczyskach, które (niestety) już dawno uroczyskami być przestały, bo czego to ludzie nie wypatrzą, opowiada autorka, prowadząc nas w okolice magicznej leśniczówki Pranie, ostoi poezji Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, czy na Półwysep Helski zdobywany stopniowo (Chałupy, a już sprzed wojną Jurata, polska Palm Beach) a konsekwentnie przez dziesiątki artystów – tam niemal osiadły tryb życia wiedli aktorzy Teatru Ateneum zjeżdżający tu na czele z Aleksandrą Śląską i jej mężem, dyrektorem Januszem Warmińskim.

Podczas lektury „Wakacji gwiazd” czytelnik czuje się jak w fotoplastikonie. Wciąż zmieniają się krajobrazy, klimaty, okoliczności. Patchworkowy charakter powstającego opowiadania daje wrażenie ogromnego bogactwa i prawdziwej uciechy, jaką miewali artyści z płatanych dowcipów, czasem bardzo niepolitycznych. Znajdziemy tu wydarzenia górne i chmurne i bardzo potoczne, dziesiątki nawiązań do przebojów tamtych lat, muzycznych, filmowych, a także powszechnie połykanych lektur. Snuje się w tych opowieściach zapach czasu bez sentymentalizowania i natrętnej nostalgii, czasem zaprawiony goryczą, ale jakoś przedziwnie znajomy i co tu gadać – bliski. Może dlatego, że autorka nie udaje, że urodziła się wczoraj albo że spadła z Księżyca, co – jak wiadomo – jest przypadłością dość często występującą w polskiej przyrodzie. Świadczą o zapachu czasu także nadzwyczaj starannie dobrane zdjęcia, ilustrujące wakacje artystów w onych latach, ale i wakacje autorki często towarzyszącej im w tych sytuacjach.

„Gucewicz ma oko na Polskę Ludową. Czyta się tę książkę jak dobrze zmrożoną wódkę” – ocenił Jerzy Iwaszkiewicz. Trudno się z nim nie zgodzić.

Swoją barwną, utkaną z wielu wątków opowieść kończy jak bliską każdemu bajkę:

„Była raz sobie Polska Ludowa.

Ni pies ni wydra, Sen wariata śniony nieprzytomnie. Wtedy i zawsze po prostu nasz Kraj. Z czasem kość niezgody – i właśnie na to nie ma zgody. Bo się tam przecież wtedy było, żyło i śniło. Po prostu, najnormalniej w świecie, mimo wszystko. A może właśnie dlatego, że pragnienie normalności zawsze umiera ostatnie”.

WAKACJE GWIAZD W PRL, Krystyna Gucewicz, Wydawnictwo Muza, stron 445, Warszawa 2021. ISBN 978-83-287-1676-6

Poprzedni

Listy od przyjaciół

Następny

Globalna pandemia – i co dalej?

Zostaw komentarz