Armagedon postsolidarnościowego mitu i polityki

Wypowiedzi Andrzeja Romanowskiego należą do jednych z najcelniejszych ocen polskiej rzeczywistości. Najnowsza jego książka, w pełni to potwierdzając, jest obowiązkowa dla polityków, ale oni takich lektur nie czytają.

Magdalena Środa, zagubiona, jak bardzo wielu w dzisiejszym, niepewnym życiu politycznym pyta: „gdzie dziś są intelektualiści, którzy przez lata pełnili funkcje sumienia narodu, którzy byli punktem orientacyjnym dla obywateli pogubionych w politycznych dyskursach i racjach? Gdzie ci, którzy wskażą stanowisko, którego trzeba bronić za wszelką cenę, i powiedzą jak Luter na sądzie w Wormacji: „Stoję przy tym, bo inaczej nie mogę”, czy jak Bartoszewski zakrzykną: „Warto być przyzwoitym” („GW”, 28.04.2020).

To dobre, lecz spóźnione pytanie,

na które już dużo wcześniej, bo były ku temu poważne powody, podejmowano próby odpowiedzi. Można tych naszych myślicieli umownie usystematyzować:

Optymiści – jest dobrze, a będzie coraz lepiej – zachwyceni bezrefleksyjnie zwycięstwem Solidarności i nowym polityczno-ekonomicznym ładem;
Pragmatycy – co prawda szereg problemów jest nadal do rozwiązania, jednak wywalczone warunki wolności, demokracji i wolnego rynku umożliwiają ich pokonanie;
Symetryści – popełniliśmy wiele błędów, ale mamy ogromne zasługi;
Samokrytycy – Solidarność i jej kontynuatorzy winni są wielu poważnych uchybień, nie bardzo jednak wiadomo co dalej;
Umiarkowani nihiliści – stan obecny naszego państwa i społeczeństwa jest w tak krytycznym położeniu, nadto dopełnionym przeszłością i narodowymi wadami, że tylko jakieś nadzwyczajne wydarzenia bądź nadprzyrodzone siły mogą temu zaradzić.

Radykalny pogląd, niejako podsumowujący tę kategoryzację, wyraziła Mira Suchodolska („Gazeta Prawna’, 21.08.2016): „aby dostosować się do zmieniającego świata, potrzeba elit. A tych nie mamy. Pełno za to na każdym kroku intelektualnych celebrytów suflujących maluczkim swoją narrację. Mającą na celu nie postęp, ale obronę status quo.”

Wszechogarniająca fala aktywności

takich właśnie elit, których współczesna mowa-trawa przyjmowana z satysfakcją przez kolejne rządowe gremia i upowszechniana przez mas-media, zalewa każdą odważną i krytyczną wypowiedź. Są jeszcze inne sposoby: przemilczanie i niedostrzeganie, nie podejmowanie polemiki, wreszcie obrzucenie autora postkomunistycznym błotem. Zresztą w naszym kapitalistycznym ustroju, o którym marzyło sporo intelektualistów, i o który równie wielu aktywnie walczyło, okazało się, że są obecnie zupełnie zbędni, gdyż z powodzeniem zastępują ich elity finansowe i podlegli im politycy, wyznaczający, według własnych potrzeb, naszą codzienność i przyszłość.

Na szczęście, na przekór tej nijakiej, miałkiej narracji o współczesności, są jednak w Polsce postacie odważne, wszechstronnie wykształcone i logicznie myślące, wiarygodne, zasługujące na miano intelektualnej elity. Niestety – w powszechnie w tym kraju panującej głuchocie i upadku czytelnictwa – te Ich mądre, a czasem prorocze, słowa przez niewielu są słyszane i zrozumiane.

Od ukazania się książki

Andrzeja Romanowskiego w 2011 roku „Wielkość i upadek „Tygodnika Powszechnego” oraz inne szkice”, którą zdecydowanie zaistniał na krajowej arenie publicystycznej, jestem stałym czytelnikiem jego prasowych tekstów. Uwiodły mnie, poza wielką erudycją udokumentowaną treścią oraz najlepszymi, modelowymi wręcz, cechami tego dziennikarskiego gatunku, w równym stopniu postawa autora. Wiedzieć bowiem trzeba, że Andrzej Romanowski, literaturoznawca, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego i redaktor naczelny Polskiego Słownika Biograficznego, w latach 1976 –2002 publikował i był również redaktorem „Tygodnika Powszechnego”, wchodził w skład władz Unii Wolności, a w 2012 roku został członkiem rady politycznej Partii Demokratycznej.

Do tamtego czasu nawiązał w jednym z tekstów: „Nie chodzi mi… o piętnowanie kogokolwiek, wypominanie dawnych grzechów i dawnej postawy – najbardziej winien jestem ja sam, bo zbyt długo służyłem złej sprawie i zbyt długo milczałem.” Taka właśnie droga życiowa, niewątpliwie pełna doświadczeń i przemyśleń, dokonana samoocena i wybory tak rzadko spotykane, a wśród postsolidarnościowych działaczy jednostkowe, nie tylko stawiają autora poza tradycyjnym atakiem za postkomunizm, lewicowość czy lewactwo, ale stanowią fundamentalną podstawę dla głęboko przemyślanych wypowiedzi.

Najnowsza książka

Andrzeja Romanowskiego „Antykomunizm czyli upadek Polski. Publicystyka lat 1998-2019”, wydana przez UNIVERSITAS Kraków, składa się z sześciu części: W stronę destrukcji, Polskie piekło, Cywilizacja kłamstwa, Kościół i Kraków, Szukanie równowagi, Miejsce pod słońcem.
Obszerna, ponad czterystu stronicowa praca stanowi zbiór czterdziestu opublikowanych wcześniej tekstów, jednego, który nie doczekał się publikacji i kolejnego „Wszyscy jesteśmy z PiS”, którego sekwencja brzmi następująco: „A tymczasem wróg czaił się zupełnie gdzie indziej. Nie mogliśmy go dostrzec, skoro był jednym z nas.” Poważne jej fragmenty przedstawił ostatnio „Przegląd” (27.04-3.05.2020).

Najlepiej problematykę książki przedstawił autor

„Upadek Polski następował od początku Trzeciej Rzeczypospolitej. Niezależnie od jej wyjątkowych, wręcz niewyobrażalnych, sukcesów. Przyczyną był ideowy fundament tego państwa: solidarnościowy anty-komunizm (faktycznie: łże-antykomunizm), sprzężony z politycznym katolicyzmem (faktycznie: łże-katolicyzmem). Rozumiane w ten sposób antykomunizm i katolicyzm paraliżowały odzyskane państwo od początku. Stawały się ważniejsze niż Polska.

Trzecia Rzeczpospolita była najlepszym państwem w polskich dziejach. Ale była nie do utrzymania – podkopywana przez antykomunizm i katolicyzm, została skazana w kolebce. Ta sekwencja wydarzeń dopiero dziś układa się w logiczną całość. Bo dopiero dziś możemy zobaczyć, co naprawdę się stało w momencie zaprzysiężenia przez prezydenta Andrzeja Dudę sędziów-dublerów Trybunału Konstytucyjnego. Jakże łatwo, jak niemal niezauważalnie, wtedy, nocą 2/3 grudnia 2015 roku, Trzecia Rzeczpospolita przestała istnieć.”

Ten przebieg wydarzeń,

którego spiritus movens były postsolidarnościowe elity, opisywały wcześniej inne, lewicowe publikacje, ale ta książkowa ma szczególną wymowę z uwagi na dokonany ich zbiór i osobę autora. Publikowane teksty Romanowskiego, te o IPN, rotmistrzu Pileckim czy „Polska, Ruś i racja stanu”, wzbudzały w swoim czasie żywą polemikę. Opublikowana książka daje nadzieję na poważną, szeroką, ogólnopolską dyskusję na wzór – to może dla niektórych nie do przełknięcia – wielkich rozważań, przede wszystkim na łamach licznych wtedy tygodników społeczno-kulturalnych, w zniewolonej Polsce Ludowej. Warta jest tego niewątpliwie, gdyż dotyczy najżywotniejszych, w ostatecznym rozrachunku, spraw każdego z nas.

Można by z pewną dozą ironii

stwierdzić, że Prawo i Sprawiedliwość stanowi najwyższe stadium postsolidarnościowego mitu i polityki. Ale jednak nie, bo jego rozliczni kontynuatorzy, twórczo rozwijając dotychczasowe osiągnięcia tej partii, mogą nam jeszcze urządzić nie symboliczną a rzeczywistą polsko-polską wojnę.