Biskupi emeryci – jak żyć?

Małgorzata Kulbaczewska-Figat
Kościół nie daje

kler na glowie 2

Jesienią ub. roku ukazał się ciekawy artykuł autorstwa Marcina Wójcika pt.: Kościół sp. z o.o….) i temat szybko ucichł. A szkoda, bo dowiedzieliśmy się w nim, z czego żyją podstawowe jego komórki, co jest wiedzą raczej notoryjną (ludowi znaną). Ale niewiele wiemy, jak żyją zarządy i rady owej spółki, także po odejściu na zasłużoną emeryturę. A ponieważ zajmuję się finansami, niestety niekościelnymi, to temat wydaje się interesujący.

Emerytowany ksiądz profesor, zapytany: Ile pieniędzy ma polski Kościół?, powiada: To wie tylko Pan Bóg! Ujawnianie tajemnicy finansowej to poważne nadużycie, ale cóż począć! – To biedny emeryt! Dodajmy jednak: przyrównanie do spółki z o.o. jest mało adekwatne, bowiem tam, oprócz Boga, o finansach musi wiedzieć wielu śmiertelników!

Temat wydaje się interesujący, bo dowiadujemy się, że kilka znanych postaci odesłano na przymusową emeryturę, więc pojawił się problem: jak żyć? Pytanie ważne, bo zadają je emeryci, tyle, że kto miałby odpowiedzieć, skoro Franciszek tematu unika, a władza Najwyższa też umywa ręce. Ale wyjaśnijmy, owi włodarze średniego szczebla to erudyci, którzy, w przeciwieństwie do ludu, posiedli dziejowe mądrości, by uzmysłowić sobie, że z tym wiekuistym błogostanem pewności nie ma, więc w życiu doczesnym nie wypada otaczać się jedynie tzw. res pauperem (rzeczy liche). A swoją drogą ciekawe, że wśród owych ”uczonych w piśmie” nie spotkamy wielu profesorów! Niemniej jednak warto się uczyć, o czym z żalem mówi kolega, któremu zachorowali pracownicy (czytaj: poszli na L4), więc biznes leży, więc z rozrzewnieniem wspomina:, jako młody i głupi nie skorzystałem z propozycji! Dziś byłbym biskupem z podwójną emeryturą, i miałbym gdzieś zmartwienia o czyjeś chorobowe! Ale są też dobre wieści, odnalazły się daniele abpa, ale pojawił się problem następny, zaginął gdzieś drugi hierarcha.

Ci, co nic nie mają, rzadko zasługują na chwałę, o czym zaświadczył o. Dyrektor, dostąpiwszy łaski napotkania śp. Stanisława. Od tego czasu kłaniam się w pas każdemu tułaczowi; a nuż ma choćby jedną, nawet używaną gablotę. Niestety, widać na takie dary zasługują jedynie ludzie niezłomnej wiary.

Wiemy, zatem, że do szczęścia nie tylko doczesnego, niezbędne są dobra materialne, czego doświadczamy powszechnie. Dlatego należy pamiętać o taryfikatorach, stojących kopertach, o podziale parafii na „miedziane, mieszane i papierowe” itd. Mniej zorientowanym wyjaśniam: to taki korporacyjny slang – podział parafii według zamożności i hojności wiernych (np. papierowe – to dochodowe, miedziane – same miedziaki). Brak wiedzy możemy uzupełnić czytając komentarze internautów, np.: „ … Kościół katolicki jest najstarszą formą, Piramidy Finansowej”, u której podstaw, jako tak zwane pracownice mrówki, albo pszczółki robotnice, występują: księża, zakonnice, mnisi itp., zobowiązani swą pracą przysparzać wpływów finansowych. A z wpływów tych najwięcej korzystają biskupi i kardynałowie, na luksusowe życie w swych pałacach, rezydencjach!!!” Są też komentarze o wstrzemięźliwości, idei ubóstwa wspomaganiu potrzebujących itp., Ale skoro komentujemy finanse, to tematu ubóstwem zajmować się nie wypada. Wypada natomiast wyjaśnić znaczenie „stojących kopert”. Rozumienie tego terminu, dość powszechne w czasach minionych, w społeczeństwie powoli zanika, choć funkcjonuje nadal, co potwierdzam.In film „Kler”. Tradycje trzeba kultywować, a slang korporacyjny też warto znać, bo możemy nie rozumieć prostych rozmów np. przy obiedzie, czego przykładem jest niżej opisana przygoda.

Za czasów rządów Platformy i PSL, znalazłem się niespodzianie na odświętnym obiedzie w jednej z warszawskich parafii, znanej ze szczególnego uwielbienia miłościwie nam panujących, nawet bardziej cywilnych niż kościelnych. Byłem tam uważany za „ziomala”, (bez sprawdzenia, – co dziś byłoby niemożliwe), więc tematy poruszane przy stole były dość swobodne, ogólnie „luźno” związane z religią. Niewiele obeznany w temacie i środowisku, jako korporacyjny klon, zagaiłem naiwnie gospodarza: „Dużo pracy chyba w parafii, bo tylu księży!?

Proboszcz na to szczerze: „ Nie tak dużo; tych kilkunastu wikarych muszę trzymać, bo nie mam, co z nimi zrobić. Aby wysłać na jakąś parafię, trzeba dać 300 tys. złotych, a za parafię w Warszawie to nawet 2-3 razy tyle. Ja takich pieniędzy nie mam, oni też, dlatego tu są. Chyba odruchowo wyraziłem zdziwienie, więc ksiądz perorował dalej: „każda parafia jest wyceniona, ile ma przynieść dochodu, a nabywca np. „papierowej” parafii, jako proboszcz, dla zachowania poprawnych stosunków z kurią, przy każdej wizycie winien zapewnić kopertę raczej „stojącą”. Jeśli nie, to, jako marny władca dusz, wysyłany jest na parafię „miedzianą”. A jak młody – to na misje do ciepłych krajów”. Rozmowa toczyła się w miłej i przyjaznej atmosferze, a wśród słuchaczy chyba, jako jedyny nie kumałem zanadto, pewnie też reagowałem dziwnie, bo spytano mnie czy aby smakuje obiad. Potwierdziłem, że bardzo i wróciłem do konsumpcji, bo dania były znakomite.

Nie uczestniczyłem więcej w podobnych uroczystościach, czy obiadach w tak dostojnym składzie, ale zarządca tejże parafii opowiadał wszystko z taką swobodą, otwarcie i bez cienia zakłopotania, że nie pozostawało cienia wątpliwości, iż owe zwyczaje i korpojęzyk są raczej powszechne. Ponieważ podobne wątki opowiadają inni, chciałbym uwierzyć, że opisany przykład jest w polskim Kościele wynaturzeniem, a nie normą. Wygląda na to, że takie zachowania nie są grzeszne, co potwierdza Tadeo Rydzyk, bo … kto nie grzeszy? Według tego przedsiębiorcy np. pedofilia jest niby grzechem, ale raczej lekkim, czego nie rozumieją nieprzyjazne media.

Dla porównania – w kościołach chrześcijan protestantów podobne zjawiska raczej nie występują, mimo iż społeczeństwa, w których one funkcjonują, są z reguły bogatsze, a księża/ pastorzy posiadając rodziny, nie muszą traktować seksu i pieniędzy, jako szczególnego przywileju i nagrody za wypełnianie „ misji” wyznaczonej przez szefów, od której odwołać się niepodobna nawet do Franciszka. A instancja najwyższa równie nieskuteczna! Albo w ogóle jej nie ma, o czym oświeceni hierarchowie są w większości przekonani.

Poprzedni

W mętnej wodzie łatwo łowić ryby

Następny

Nasz obcoplemienny rodak

Zostaw komentarz