Flaczki tygodnia

Jeszcze 7 sierpnia w rozmowie z Radiem RMF FM pan minister Łukasz Szumowski zdecydowanie zaprzeczał plotkom o swej dymisji: „Nigdzie się nie wybieram. W takiej sytuacji, jaką mamy, nie można w ogóle rozmawiać o opuszczeniu okrętu. Jestem żeglarzem i sternikiem, wiem, że takich rzeczy się nie robi”. Dziesięć dni tylko minęło i pan minister ogłosił, że jednak odchodzi.

Dlaczego tak szybko zmienił zdanie? Najprościej można by rzec, że 7 sierpnia pan minister kłamał. Nie pierwszy raz i może nie ostatni. Kłamał, bo mógł. Bo jego szef – pan premier Mateusz Morawiecki jest uważany za notorycznego kłamcę. Bo cała polityką PiS polega na potędze zakłamanych obietnic. Zwykle nie spełnianych. Poza obietnicami rozdawania nam naszych pieniędzy. Tych pochodzących z naszych podatków.

Ale wiewiórki w Warszawie ćwierkają, że pan minister Szumowski prysnął jak szczur z rządowego „okrętu” za strachu. Bo prokuratorzy pana ministra Ziobry, zwanego „Zbyszkiem Mściwym”, posiadają już zeznania jednoznacznie dowodzące udziału pana ministra, i jego zastępcy pana Janusza Cieszyńskiego też, w gigantycznych, wielo milionowych przekrętach finansowych. Zakupach wadliwych maseczek i nieistniejących respiratorów.
Dlatego „Zbyszko Mściwy” złożył ponoć panu ministrowi od przekrętów propozycję „nie do odrzucenia”. Albo dostanie oficjalne zarzuty prokuratorskie albo ogłosi swą dymisję. Dlatego też obaj podejrzani o finansowe przekręty „żeglarze i sternicy” dali w przysłowiową długą.

Po co panu prokuratorowi generalnemu i ministrowi sprawiedliwości w jednym Zbigniewie Ziobrze była taka zagrywka? Zawodowi PiSolodzy uważają, że wyeliminowanie obu ministrów osłabiło pozycję polityczną pana premiera Morawickiego. Osobistego wroga i konkurenta politycznego „Zbyszka Mściwego”.

Ale nie płaczcie po szczurzych ucieczkach panów ministrów. Bo choć jaśniepan prezes Kaczyński kiedyś deklarował, że „do polityki nie idzie się dla pieniędzy”, to zapewne kłamał on, jak jego pan premier i jego ministrowie. Niepełne zwykle oświadczenia majątkowe prominentów PiS dowodzą, że każdy z nich zdążył już uzbierać sobie na przyszłość przysłowiową „poduszkę finansową”. Niejedną nierzadko, bo niejeden zaopatrzył w nią swe kolejne żony, mężów i posiadane potomstwo. Przodował w tym procederze pan minister Szumowski. On zapewnił sobie zapewne nie tylko skromną poduszkę, lecz ciepłą „pierzynę finansową”. Teraz może pod nią bezpiecznie spać aż do końca swego żywota.

Teraz stać go na to, żeby nie być już ministrem w rządzie jaśniepana prezesa.

Następcą „złotego chłopaka” PiS, czyli pana ministra Szumowskiego został nieznany do tej pory dyrektor oddziału NSZ. Ponieważ w Polsce ministrowie zdrowia zmieniają się szybko, to nie podajemy teraz jego nazwiska. Po co je zapamiętywać, skoro niebawem mogą kazać je zapomnieć.

Wielki sukces zawodowy odniósł pan minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz. Po wielu tygodniach przypominania, że bardzo chce się podać do dymisji wreszcie skutecznie opuścił ten rząd. Decyzja o dymisji to najlepsza ze wszystkich jakie podjął w czasie swego urzędowania. Od początku był uważany za „eksperyment” jaśniepana prezesa, czyli osobę tymczasową na tym stanowisku. Nie miał wiele tam do powiedzenia i roboty. Bo służalczymi relacjami z USA zajmują się panowie ministrowie Szczerski i Błaszczak, a obrażaniem Unii Europejskiej pan Konrad Szymański, osobisty minister pana premiera.
Dlatego kierowany przez pana ministra Czaputowicza resort stał się przede wszystkim „biurem obsługi ambasad”. Zresztą czym mógłby się więcej zajmować skoro rządzące elity PiS skłóciły Polskę ze wszystkimi potencjalnymi partnerami. Poza orbanowskimi Węgrami i amerykańskim Suwerenem.

Następcą pana ministra Czaputowicza został pan poseł Zbigniew Rau. Były senator RP, były wojewoda łódzki. Profesor, prawnik. Obecny szef sejmowej komisji spraw zagranicznych i delegacji Sejmu RP do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy. Nowy minister już na wstępie został obsobaczony przez opozycję liberalną, i lewicową też, za niedawne ultra konserwatywne wypowiedzi. Krytykujące liberalną Unię Europejską.„Flaczki” mają jednak słabość do pana profesora Raua, bo w latach 2005-2007 były wraz z nim w delegacji Sejmu RP do ZP Rady Europy. I pamiętają go jako fascynującego rozmówcę, wielce interesującego partnera wielu inspirujących dyskusji.
Dlatego „Flaczki” będą teraz życzliwie obserwować działalność nowego ministra. Pamiętając, że posiada on odznakę „Zasłużony dla Ochrony Przeciwpożarowej”, co może pomoc mu w gaszeniu przyszłych, politycznych pożarów. Współczując mu kierowania resortem, który przez wielu prominentów PiS uważany jest za drugorzędny. Bo przecież tam o uzbieraniu sobie na pierzynkę finansową trudno liczyć.

Zmarł niestety Andrzej Walicki. Mądry historyk idei, znawca relacji polsko-rosyjskich. Nowy minister spraw zagranicznych zna zapewne książki profesora Walickiego, zwłaszcza „O Rosji inaczej”. Dobrze by się stało gdyby konserwatywny liberał Rau znalazł wspólny język z konserwatywnymi liberałami rządzącymi obecnie Rosją i choć trochę poprawił relacje polsko- rosyjskie.