Flaczki tygodnia

Rozkręca się wojna polskiej straży granicznej z białoruską. Białoruska systematycznie wpycha na terytorium polskie sprowadzonych z Bliskiego Wschodu uchodźców. Przekonując ich, że od nas już blisko jest do zasobnej, gościnnej i humanitarnej Unii Europejskiej. W odpowiedzi polska straż wypycha uchodźców na białoruską stronę, aby dowieść wszystkim szczelności polskiej granicy, i swojej skuteczności też. Potem białoruskie, prorządowe media ochoczo filmują zmarzniętych, głodnych, schorowanych wypchniętych z Polski uchodźców, aby dowieść nieludzkiego traktowania ich przez wrażych Polaków. Po nakarmieniu, zachęcają ich do ponownych prób przekroczenia granicy, ale już w innych miejscach. Tam trafiają oni znowu na polską straż wspieraną przez wojsko i policję. Znowu zostają wypychani na białoruską stronę. Ponieważ nie są przez polskie media filmowani, no to posiłków nie dostają. Wracają na Białoruś, gdzie otrzymują prowiant i propozycje forsowania granicy aż do skutku. Coraz częściej śmiertelnego. Wielu czynić to musi, bo zainwestowali w ten transfer wszystkie swe oszczędności.

Tak trwa wojna, w której obie strony czują się coraz bardziej wygrane. Reżim Łukaszenki skutecznie odgrywa się na państwach Unii Europejskiej za nałożone nań sankcje i jednocześnie składa jej ofertę zahamowania fali migracji jeśli sankcje zostaną zdjęte lub ograniczone. Wojna propagandowa wszczęta z „niehumanitarną” Polską jednoczy humanitarnych Białorusinów z prezydentem Łukaszenką. Politykiem dbającym o ciepły, medialny wizerunek i ludzkie warunki przy nielegalnym przekraczaniu granicy białorusko-polskiej. Taka wojna przykrywa też propagandowo wojnę jego autorytarnego reżimu z opozycją prodemokratyczną. Dziś wszyscy mówią o zagłodzonych i zamarzniętych uchodźcach, a rzadko kto wspomina w mediach o demokratycznej opozycji siedzącej w więzieniach. O granicy zamkniętej też dla białoruskiej opozycji.

Wygranym propagandowo czuje się też reżim pana prezesa Kaczyńskiego. Drutem, głodem i chłodem powstrzymał on niechętnie widzianych w Polsce muzułmańskich migrantów. Znów rozgrzał nacjonalistyczne nastroje i odzyskał niedawno utraconą popularność. To pewnie przekonał „generałów” prezesa, że warto walczyć tak dalej. Drutować, głodzić, wypychać. Stany wyjątkowe przedłużać. I nie przejmować się, że coraz częściej będą znajdować w przygranicznych lasach zwłoki uchodźców. To przecież nie są nasze zwłoki. To tylko narzędzia wypowiedzianej przez reżim Łukaszenki wojny hybrydowej. To ideologia, nie ludzie. Zresztą im więcej ich będzie,tym prędzej dotrze do wiadomości potencjalnych uchodźców z Azji i Afryki,że nie tędy droga. Że przez Polskę nie przejdą. Niech sobie poszukają dróg innych. Dość moralizowania. Trzeba przyjąć, że każdy znaleziony trup uchodźcy świadczy jedynie o skuteczności narodowo- katolickiego drutu i polskiej straży granicznej. O trafności twardej polityki przyjętej przez elity PiS.

Nie da się, niestety, równie szybko i skutecznie, odgrodzić drutem granicy z Czechami. Choć pan premier Mateusz Morawiecki krok pierwszy uczynił i odgrodził się politycznym od premiera Czech. Demonstracyjnie zbojkotował spotkanie przywódców Grupy Wyszehradzkiej w Budapeszcie. Niech wraży Czesi osobiście poczują skutki braku polskiego pana.

Niestety nie stanął na wysokości zadania gospodarz szczytu, premier Węgier Orban. Jedyny zdeklarowany przyjaciel PiS w Europie. Orban nie tylko nie bojkotował czeskiego premiera,ale łasił się do niego na każdym kroku. Tak jak to on potrafi. Nie wiem jeszcze co mu ten Babisz obiecał, ale na pewno propozycja padła. Orban nigdy nie łasi się bezinteresownie.

Jeśli spojrzymy na efekty sześciu lat polityki zagranicznej PiS, to odnotujemy jedynie ciąg pustych deklaracji i gestów. Dowodzących politycznej impotencji tej formacji na arenie międzynarodowej. Polityka zagraniczna PiS miała opierać się na trzech filarach. Pierwszy to Grupa Wyszehradzka, drugi – USA jako patron Trójmorza oraz Izrael jako dodatkowy, skuteczny lobbysta polskich interesów. Relacje z Izraelem są najgorsze w ciągu ostatnich 30 lat, z USA relacje są zamrożone od listopada zeszłego roku, a Grupa Wyszehradzka stała się teraz przedmiotem bojkotu elit PiS. Z reżimem pana prezesa Kaczyńskiego rzadko kto jeszcze chce gadać.

Podczas czterodniowego pobytu w Nowym Jorku pan prezydent rozmawiał dłużej z prezydentem Mongolii Uchnaagijnem Churelsuchem oraz z prezydentem Brazylii Jairem Bolsonaro. Pierwszy z prezydentów to dawny komunista. Do 1990 roku był oficerem politycznym w armii mongolskiej. Ale pan prezydent Duda przełamał swe antylewicowe fobie. Doceniając wagę stosunków z Mongolią zaproponował jeszcze większe ich zacieśnienie. Wielce sympatycznie upłynęły mu rozmowy z prezydentem Bolsonaro, bo to ideowy koronasceptyk i antyszczepionkowiec. Został zaproszony do Warszawy.

Wszystkim, którzy narzekają na eskalację wojny polsko-polskiej, zwłaszcza wojny plemiennej PiS z PO, narzekają na beznadzieję, bezpłodność i bezproduktywność tego przedłużającego się konfliktu, polecam do pilnego przeczytania, właśnie wydanej przez Muzę, książkę Anny Mieszczanek „Dzień cez Teleranka”. To zapis lat 1980 – 1985. Czasu zwanego „Karnawałem Solidarności” i potem „Stanu wojennego”. Uważanego powszechnie za najczarniejszy okres w polskiej historii po II wojnie światowej. To relacje grupy bohaterów reprezentujących różne środowiska, przede wszystkim miejskiej inteligencji. Ale nie bohaterów z pierwszych stron gazet, pierwszych rzędów zjazdów, kongresów, narad. Reprezentantów działaczy drugiego szeregu. Ludzi zaangażowanych, ludzi jedynie wspierających, i tych przypadkowo wciągniętych w wiry zmian. Relacje spisywane, nagrywane w tamtych, historycznych czasach, uzupełnione wspomnieniami nagranymi już po 1989 roku i później. Oczywiście, jak w każdej takiej zbiorowej relacji, znajdujemy i tu nadreprezentację środowisk i prezentowanych poglądów. Sympatii politycznych bohaterów i komentującej rzeczywistość autorki. Niechęci wobec swych dawnych przeciwników politycznych, niekiedy małostkowych. Jak choćby redukowanie postaci i dorobku Mieczysława Rakowskiego do kariery wojskowego politruka. Ale to wszystko nie przesłania podstawowej wartości książki. Barwnego, różnorodnego, nadal żywego zapisu czasów już minionych. Pozwalającego powrócić w tamte klimaty. Zapisu stanu wojny polsko- polskiej, ostrych podziałów rodzinnych, środowiskowych, zawodowych. I przede wszystkim „stanu beznadziei”. Czarnej dziury,wtedy bez szans na szybkie z niej wyjście. I oto minęło jedynie 8 lat i wojenni przeciwnicy usiedli do politycznych rozmów przy jednym stole. Następne 15 lat i Polska wstąpiła do Unii Europejskiej.

Zatem nie traćcie nadziei. Skoro można było wtedy wyjść ze stanu „stanu wojennego”,to i koszmar „Dobrej zmiany” też kiedyś minie.