Lis, Bodnar, mój Brat i Ja

Jarek Ważny

Czasami żałuję, że nie jestem naiwniakiem i nie wierzę w prawo; w nieuchronność kary; w to, że w kraju nad Wisłą, żyjąc uczciwie, osiągnie się zbawienie i dostatek. W takich chwilach zwątpienia potrafię zrobić rzecz idiotyczną; zacząć pragnąć i łaknąć sprawiedliwości.

Do tego stopnia, że bez broni przy skroni, piszę pismo do Adama Bodnara, wiedząc, że ów Bodnar właśnie kończy się pakować i gdzie mu tam się chce zajmować nowymi sprawami. Mi przynajmniej by się nie chciało.

Mój brat jest studentem weterynarii. Ma 23 lata. Nie zdążył jeszcze do reszty stracić wiary w prawo i państwo, jak ja i wielu naszych rodaków. Jest oczywiście na dobrej drodze, ale nadal ma w sobie nieodkryte pokłady propaństwowego myślenia i zaufania. Wiadomo, młody, to i głupi.

Mój brat, jako student weterynarii, upodobał sobie bardzo świeże powietrze i obcowanie z naturą. W związku z tym, kiedy tylko bywa w domu rodzinnym, wybiera się na piesze wycieczki do lasu wraz z naszymi dwoma psami, które muszą się wyhasać. Miesiąc temu, a może trochę więcej, podczas jednej z takich wycieczek, mój brat odnalazł pod amboną myśliwską truchło lisa. Normalny człowiek zostawiłby toto w spokoju i poszedł w swoją stronę, ale nie mój brat, 23-letni student weterynarii. Wiedziony obywatelskim obowiązkiem chwycił za telefon i wykonał połączenie do miejscowego Sanepidu. Poinformował miłe Panie, że odnalazł lisie ścierwo, które nie wiadomo w jaki sposób utraciło żywot. W związku z tym zgłasza ten fakt, a na Sanepidzie spoczywa obowiązek zabezpieczenia truchła, na okoliczność potencjalnej wścieklizny, której, jak powszechnie wiadomo, lisy są transmiterami. Jeśli więc lis jest padły, a jest, mógł zejść niekoniecznie od kuli albo sideł, ale właśnie od zarazy i to bynajmniej nie covidu. Miłe panie z Sanepidu westchnęły głęboko, ale zgłoszenie przyjąć musiały, bo klient był pewny swego i do tego uczony w pismach. Przyjechały więc po paru godzinach na wieś, na garsonki naciągnęły flizelinowe kombinezony i ruszyły, przez błota i pola, do lasu, żeby zabrać kawałek nieżywego lisa do badań. Na miejscu okazało się, że pod futerkiem, lis jest zupełnie pusty, bo robactwo wyprawiło go jak najlepszy chirurg, znakiem tego, padł był lis jakiś czas temu, co oczywiście wścieklizny nie wyklucza. W związku z tym że lisa jest za mało, Panie z Sanepidu mówią, że nie wezmą próbek bo nie ma z czego. Na to rzecze mój brat, student weterynarii, że według jego wiedzy, można w takich wypadkach pobrać próbkę z mózgu. Trzeba więc oddzielić lisi łeb od kadłubka. Panie z Sanepidu na to, że nie mają ze sobą nawet pilnika do paznokci, jeno saperkę, którą podnosiły lisie zwłoki. Mój brat bierze więc saperkę i własnoręcznie odrąbuje lisowi łeb. Panie pakują łeb do worka i wracają, przez pola i lasy, do auta. Na odchodne pytają brata, czy był w lesie sam. Ten, z rozbrajającą szczerością odpowiada, że był z psami, na co miłe Panie z Sanepidu, do reszty już wkurwione, nakładają na psy trzymiesięczną kwarantannę. W to, że brat powie urzędnikowi całą prawdę, nie wątpiłem nigdy. Jak rzekłem na wstępie, młody, to i głupi, nie wie jak się zachować w takiej sytuacji. Nie to jednak w tej historyjce najbardziej mnie rozbawiło i zaciekawiło jednocześnie. Ni jak bowiem nie mogłem pojąć, po co mój młodszy brat uruchomił całą tę machinę urzędniczą. Bo że jest legalistą, to wiedziałem i bez tego. -Chciałem zobaczyć, jak zadziałają procedury, odrzekł młodzian. Ech, pomyślałem po raz trzeci tego dnia, młody, to i głupi…

Po decyzji rządzącej bandy trojga – Ka. – Mo. – Nie., zezwalającej na koncerty w liczbie widzów 250 na sztukę, a na mecze piłkarskie w liczbie 20 tys. poczułem się potraktowany niesprawiedliwie. Nawet bardzo. Nadal zresztą się tak czuję; że moje Państwo dzieli obywateli na lepszych i gorszych, a nie może wszak tego robić, bo łamie wówczas Konstytucję. W związku z tym, pod wpływem impulsu oraz alkoholu, postanowiłem napisać do Rzecznika Praw Obywatelskich, którym pozostaje jeszcze przez chwilę Adam Bodnar, z nadzieją, że pochyli się nade mną biednym, i chociaż pogrozi palcem albo zaalarmuje kogo trzeba na świecie, bo bardziej jawnej niesprawiedliwości dawno ten kraj nie widział. Opisałem w liście wszystko, co wiedziałem, przywołując fakty, dane, liczby i daty. Uzasadniałem całość, najlepiej jak umiałem, i puściłem pocztą mejlową do biura RPO. Kiedy dostałem informację zwrotną, że mejl dotarł do adresata, przyszło opamiętanie. Zacząłem pytać samego siebie, nihilistę i niedowiarka, po co to wszystko; czy nie lepiej było te pół godziny poświęcić na film albo książkę; czy naprawdę wierzę w sens takiego działania?

Przecież nie raz i nie dwa, odbijałem się od urzędów, jeszcze jako dziennikarz. Widziałem, jak traktuje się petenta; jak odgania się od gardłujących obywateli, jak od natrętnej muchy, a mimo to sam zachowałem się dokładnie tak samo. Jak mucha, która lata przy urzędniczym uchu i psuje powietrze. Po jaką cholerę w ogóle się wygłupiałem z tym Rzecznikiem; jakbym wierzył, że znajdzie dla nas, dla mnie, czas. Przecież nie wierzę…ale…cały czas mam nadzieję…że może jednak, nawet jeden głos, coś jeszcze w tym kraju znaczy. Jeśli więc czyta to Adam Bodnar albo jego sekretarz, proszę odkopać mój list, o czym uprzejmie donoszę ja, muzykant z grupy Kult, łaknący i pragnący równego traktowania i sprawiedliwości.

Co się zaś tyczy lisa, nic na razie nie wiadomo. Brat nie dostał żadnej odpowiedzi, czy zwierzę było chore czy tylko martwe. Na wszelki wypadek wychodzimy więc do lasu z psami po 16-tej, kiedy Panie z Sanepidu kończą pracę.

Poprzedni

Aleksander Krawczuk rozpoczyna setny rok życia

Następny

Broszka polska

Zostaw komentarz