Magdalena Ostrowska (1978-2017)

Pojutrze minie rok od śmierci naszej redakcyjnej koleżanki.

 

Magda była osobą niezwykłą. Była świetną dziennikarką, ale zupełnie nie pociągało Jej dziennikarstwo „polityczne”, relacjonowanie wydarzeń z życia politycznego jako rodzaj przedstawianie w którym jeden pan (lub pani) drugiemu panu (względnie też pani) powiedział (powiedziała). Z dwóch, zasadniczych Jej zdaniem powodów. Po pierwsze, dlatego że brzydziła się polityką zredukowaną do poziomu utarczek słownych czy mniej lub bardziej finezyjnych rozgrywek. Taktycznymi sojuszami i gierkami mającymi zapewnić doraźne korzyści. Wzrost słupków, możliwość zawarcia aliansu, utrącenia inicjatywy przeciwników, nie mówiąc już o sprawach zaspokojenia własnych ambicji polityków. Mierziło Ją to. Ale drugi powód był jeszcze istotniejszy niż wstręt do politycznej kuchni – uważała, że takie relacjonowanie polityki służy pogłębianiu oderwania jej od tego, co w Jej rozumieniu było naprawdę istotne: od fundamentalnego konfliktu pomiędzy wyzyskującym a wyzyskiwanym. Bo Magda była prawdziwą marksistką i rewolucjonistką z przekonania. Dla Niej wszystkie inne podziały i identyfikacje , mówiąc językiem marksistowskim, dokonujące się tylko w obrębie nadbudowy, były nie dość że bez istotnego znaczenia, to były wręcz szkodliwe, bo odwracały uwagę od tego, co naprawdę ważne, służyły temu, aby zaciemniać zrozumienie tego, co stanowi absolutną podstawę stosunków społecznych. Swoje dziennikarstwo traktowała więc jako misję, chodziło Jej bowiem nie o to, aby relacjonować igrzyska, ale by tłumaczyć świat. I być zawsze po stronie pokrzywdzonych.

Podobnie rozumiała swoje drugie posłannictwo, którym była edukacja – równolegle z pracą dziennikarską pracowała jako nauczyciel akademicki. Nie szukała kariery, nie dbała o granty i tytuły. Jej niegdyś zaczęty doktorat do tej pory leży w kartonowym pudle. Nigdy go nie dokończyła, bo miała ważniejsze sprawy. Wolała uczyć, a w Jej rozumieniu znaczyło to też przede wszystkim objaśniać i inspirować.

Jej domeną były więc przede wszystkim konflikty socjalne. Nie „sprawy socjalne” będące w swojej istocie pojęciem przejętym przez niektóre nurty lewicy, w szczególności socjaldemokratów, a wywodzące się z myśli chadeckiej, lecz właśnie „konflikty”. Bo każdą z opisywanych przez siebie spraw właśnie jako konflikt postrzegała.

Nietrudno zdać sobie sprawę, jak trudno komuś z takim nastawieniem znaleźć dla siebie miejsce. Bo też ciągle komuś wchodziła w drogę. Swoją misję rozpoczynała z entuzjazmem, tracąc po drodze chyba wszystkie złudzenia, jakie można było mieć i stracić – do polityków z gębami wypchanymi frazesami lecz skłonnych traktować głoszone przez siebie poglądy jako przedmiot przetargu, do związkowców skłonnych poświęcać pracowniczy interes w imię politycznej kalkulacji, do mediów godzących się na swoją dyspozycyjność wobec finansowych i politycznych sponsorów. I wiedziała też, że w tym świecie nie da się działać bez chodzenia na kompromisy, choć to słowo nie miało dla Niej pozytywnych odcieni bycia synonimem jakiegoś „złotego środka”. Znaczyło tylko „musieć z czegoś zrezygnować, aby coś ocalić”. I aby móc pisać.

Choroba uniemożliwiła Jej pisanie już kilka miesięcy przed śmiercią. Dla Niej, osoby dla której było ono sensem życia, to poczucie niemocy było wręcz niewyobrażalnie dotkliwe. Ale do końca starała się nie poddawać, przekuwać swoją niemoc i swój gniew w jakieś konstruktywne działania. Sparaliżowana, dzień w dzień czyniła wielki wysiłek, aby nauczyć się poruszać na wózku, aby znów móc siąść przed klawiaturą komputera.

Nie udało się. Choć chorowała długo, Magda odeszła nagle i niespodziewanie. Niewiele ponad tydzień po swoich 39-tych urodzinach. Banalne i niestosowne jest stwierdzenie, że to za wcześnie. Od roku świat nie jest już taki sam jak przedtem. I nigdy już nie będzie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *