Między lipcem i czerwcem

Refleksje o Polsce Ludowej

W tym roku mamy dwie „okrągłe” rocznice: jedną obchodzoną hucznie, choć w atmosferze ostrego podziału politycznego, a drugą całkowicie zapomnianą – przynajmniej w sferze oficjalnej polityki. Czwartego czerwca obchodziliśmy trzydziestą rocznicę wyborów do Sejmu i Senatu, które otworzyły proces demontażu starego systemu i budowania w Polsce demokracji parlamentarnej. Dwudziestego drugiego lipca minie siedemdziesiąt pięć lat od momentu, gdy na pierwszym skrawku wyzwolonej spod hitlerowskiej okupacji ziemi polskiej zaczęto budować państwo nazwane później Polską Ludową.
Dwa okresy historyczne wyznaczane tymi datami są już porównywalne pod względem długości. 45 lat Polski Ludowej to półtora okresu trwania Trzeciej Rzeczypospolitej.
Oba te okresy są przedmiotem kontrowersji historycznych i politycznych. O ile jednak w sporze o ocenę Trzeciej Rzeczypospolitej siły obrońców i krytyków są mniej więcej wyrównane, to w ocenie (przynajmniej oficjalnej) Polski Ludowej panuje narzucona czarna legenda. Warto więc poważnie zastanowić się nad tym, czym był ten okres w historii narodu, jakie pozostawił dziedzictwo następnym pokoleniom.
Ocena okresu Polski Ludowej – tych czterdziestu pięciu lat między drugą wojną światową a upadkiem systemu „realnego socjalizmu” w Europie – pozostaje jednym z najbardziej kontrowersyjnych problemów politycznych. Upływ czasu nie powoduje wygaszania dawnych sporów, a raczej sprzyja radykalizacji ocen. Rządy „Prawa i Sprawiedliwości” oznaczają między innymi radykalizację negatywnej oceny tego okresu – aż po kuriozalną wypowiedź Mateusza Morawieckiego, jakoby w tym okresie państwa polskiego „nie było”.
Historycy zajmują się tym okresem i ich prace pozwalają coraz lepiej zrozumieć ówczesne dylematy. Byłoby jednak naiwnością sądzić, że sprawę oceny Polski Ludowej można po prostu pozostawić historykom. Jest to – i przez dłuższy jeszcze czas pozostanie – problem polityczny, gdyż totalne potępienie tego okresu stanowi broń w ręku prawicy dążącej do delegitymizacji, a tym samym politycznej izolacji, tego nurtu lewicy, który wywodzi się z sił kierujących państwem w latach 1944-1989 i który tego swego rodowodu nie ma zamiaru się wypierać.
Błędem politycznym niektórych polityków lewicy było (a niekiedy nadal jest) uciekanie przed tym problemem, między innymi przez odwołanie się do „przywileju późnego urodzenia”, by użyć znanego sformułowania Helmuta Kohla. Od oceny tego okresu się nie ucieknie, gdyż ma ona istotny wpływ na dzisiejsze podziały polityczne. Nie może ona polegać na potępieniu w czambuł tego okresu w imię czystych ideałów socjalistycznych, co ma miejsce zwłaszcza w wystąpieniach niektórych polityków partii „Razem”.
W pierwszych latach po zmianie systemu w szeregach Socjaldemokracji RP dokonaliśmy poważnej pracy nad oceną tego okresu. Znalazło to wyraz w kilku konferencjach, w uchwałach kongresowych i w publicystyce (zwłaszcza na łamach „Dziś”, „Myśli Socjaldemokratycznej” i „Zdania”). Pisałem o tych sprawach wielokrotnie, zwłaszcza w książkach z lat dziewięćdziesiątych („Zmierzch systemu: historia i perspektywy demokratycznego socjalizmu”, 1991, „Socjologia wielkiej przemiany”, 1999). W spojrzeniu na lata Polski Ludowej daleki jestem od apologetyki, co nie powinno dziwić skoro przez lata – nie bezpodstawnie – byłem krytykowany za „rewizjonizm”. Uważałem jednak i nadal uważam, że uczciwa ocena tego okresu jest niezbędnym warunkiem tego, by odrodzona lewica mogła odgrywać należną jej rolę w polityce polskiej. Później sprawa ta zeszła na bok, nie bez negatywnych konsekwencji dla politycznych losów SLD. Dziś wraca zapotrzebowanie na poważną debatę, gdyż wymusza ją agresywny atak prawicy na cały okres Polski Ludowej.
Oceniając okres Polski Ludowej trzeba koncentrować uwagę na trzech głównych pytaniach. Po pierwsze: czym było państwo polskie tego okresu i jak jego polityka miała się do realizacji polskiego interesu narodowego? Po drugie: jaki jest bilans przemian ekonomicznych, społecznych i kulturalnych? Po trzecie: jak ocenić stan praw i wolności obywatelskich?
Punktem wyjścia dla dyskusji na temat pierwszego z tych zagadnień jest oczywiste stwierdzenie, że po drugiej wojnie światowej Polska stała się państwem zależnym od ZSRR. Wynikało to z militarnego zwycięstwa tego mocarstwa w naszej części Europy oraz z zaakceptowania przez USA i Wielką Brytanię powojennego podziału Europy na strefy wpływów. Żadna siła polityczna nie była w stanie tego zmienić. Ani zbrojna walka podziemia antykomunistycznego, ani pokojowe wysiłki polityków obozu londyńskiego, którzy podjęli próbę udziału w powojennym systemie tego zmienić nie mogły. Stan uzależnienia od ZSRR mógł zostać zniesiony dopiero wtedy, gdy w ZSRR do władzy doszli reformatorzy z Michaiłem Gorbaczowem na czele.
Polityków okresu PRL należy oceniać nie za to, że rządzili Polską zależną od ZSRR, lecz za to, jak wykorzystywali szanse tkwiące w tej – wymuszonej przez układ sił światowych – sytuacji. Patrząc z tego punktu widzenia można i trzeba bardzo surowo oceniać pierwsze kilkanaście lat powojennych, zwłaszcza lata 1948-1954, gdy stalinizacja Polski przybrała najbardziej brutalne formy. Należy zarazem wysoko oceniać rolę odegraną przez patriotyczne skrzydło PZPR w 1956 roku, gdy Polska jako jedyne państwo socjalistyczne dokonała daleko idącej liberalizacji systemu i skutecznie oparła się szantażowi radzieckiemu. Polska stała się wówczas symbolem nadziei, iż hegemonię radziecka można stopniowo ograniczać i że nawet w trudnych warunkach zimnej wojny możliwe jest realizowanie polskiego interesu narodowego. Rozumieli to najświatlejsi przedstawiciele powojennej emigracji, o czym mogłem przekonać się w czasie mojego pierwszego pobytu w Londynie wiosną 1957 roku. Pisał o tym wyraźnie Zbigniew Brzeziński, którego nie można wszak podejrzewać o sympatie komunistyczne.
W roku 1981, gdy nad Polską ponownie zawisła groźba radzieckiej interwencji, wprowadzenie stanu wojennego – przy wszystkich jego negatywnych konsekwencjach – uratowało tę ograniczoną suwerenność, bez której Polska stałaby się po prostu radzieckim protektoratem. Poszczególne decyzje tego okresu muszą być tak właśnie oceniane – z perspektywy tego, czy służyły polskiemu interesowi narodowemu.
Patrząc z tego punktu widzenia za największe, wręcz historyczne, osiągnięcie Polski Ludowej trzeba uznać obronienie nowej granicy polsko-niemieckiej, uzyskanie dla niej międzynarodowego uznania i zagospodarowanie tych ziem. Naiwności lub złej woli można przypisać twierdzenie, że dokonałoby się to bez działań ówczesnego państwa polskiego. Istniały – także w kalkulacjach politycznych ZSRR – inne scenariusze, których realizacja wcale nie była z góry wykluczona. Ustroje się zmieniają, a polski stan posiadania nad Odrą i Nysą stanowi trwałe dziedzictwo Polski Ludowej.
W okresie tym dokonał się także wielki, ale nierównomierny, postęp ekonomiczny, społeczny i kulturalny. Bilans Polski Ludowej pod tym względem jest jednak niejednoznaczny. Po stronie pozytywów należy zapisać przede wszystkim imponujące tempo odbudowy powojennej. Dosłownie z gruzów odbudowaliśmy polskie miasta, w tym najbardziej zniszczone Warszawę, Gdańsk i Wrocław. Z zacofanego, głównie rolniczego, kraju, jakim była Polska przedwojenna uczyniliśmy kraj o gospodarce przemysłowo-rolniczej, wciąż znacznie biedniejszy od Europy zachodniej, ale stopniowo zmniejszający dzielący go od niej dystans. Poprawa stanu zdrowotnego ludności, a zwłaszcza opieka nad matką i dzieckiem skutkowały niemającym precedensu w całej historii Polski wzrostem liczby ludności – z 24 milionów w 1946 roku do 38 milionów w roku 1989 i to mimo ujemnego bilansu migracyjnego. Nastąpił rozkwit nauki i kultury. Wyższe wykształcenie uzyskało parę milionów ludzi, głownie wywodzących się ze środowisk robotniczych i chłopskich. Kultura polska zdobyła wysokie miejsce w świecie, by przypomnieć choćby światowe sukcesy polskiej szkoły filmowej..
Zarazem jednak występowały zjawiska negatywne. Tempo wzrostu gospodarczego w drugiej połowie tego okresu wyraźnie spadło, gdyż wyczerpywały się proste źródła tego wzrostu, a konserwatyzm kolejnych ekip rządzących uniemożliwiał dokonanie poważnej reformy gospodarczej. Zbyt wolno rosła stopa życiowa ludności, co rodziło masowe frustracje i prowadziło do kolejnych wybuchów społecznego protestu. Stopniowo – jak pokazały badania socjologiczne, zwłaszcza Henryka Domańskiego – wygasały procesy ruchliwości społecznej. Właśnie te negatywne procesy ekonomiczno-społeczne decydująco wpłynęły na erozję poparcia dla ówczesnego systemu i ostatecznie spowodowały jego upadek.
Najgorzej, moim daniem, wypada ocena okresu Polski Ludowej w płaszczyźnie praw i swobód obywatelskich. Pierwsze kilkanaście lat powojennych to okres policyjnego terroru, najpierw w warunkach trwającej walki z podziemiem, potem już tylko w ramach narzuconej i nadzorowanej przez ZSRR polityki stalinizacji. Po 1956 roku ten stan rzeczy uległ znaczącej poprawie, ale nigdy – aż do końca tego okresu – nie był zgodny z normami i wartościami państwa demokratycznego. Część, ale tylko część, odpowiedzialności za ten stan rzeczy spada na stale istniejącą presję radziecką, ale nie tłumaczy ona wszystkiego. Z całą pewnością można powiedzieć, że szczególnie kompromitująca Polską antysemicka kampania 1968 roku była dziełem wewnętrznych sił politycznych, konsekwencją brutalnej walki o władzę w PZPR. Słusznie więc od tego aspektu polityki PRL lewica wyraźnie i jednoznacznie odcięła się po 1989 roku.
Co wynika z tego szkicowo zarysowanego bilansu?
Po pierwsze – potrzeba jasnego i uczciwego bronienia tego, co cenne, a zarazem wyraźnego odrzucania tego, co złe, w dorobku Polski Ludowej. Młode pokolenie polskiej lewicy nie ucieknie przed tym problemem. Powinno mieć odwagę i rozum, by sprawy te podejmować, bez czego nie odzyska społecznego poparcia.
Po drugie – potrzeba dokumentowania pamięci o tym okresie. Pokolenie, które tworzyło Polską Ludową odchodzi. Ludzie tego pokolenia powinni zostawiać ślad swych doświadczeń i przemyśleń. Częściowo już to się dzieje – by wspomnieć niezwykle ciekawe przemyślenia przedstawione ostatnio przez Karola Modzelewskiego i Andrzeja Werblana w znakomitej książce „Polska Ludowa”. Winni to jesteśmy następnym pokoleniom.
Polska Ludowa istniała w czasie złej dla Polski koniunktury międzynarodowej, na co nie mieliśmy wpływu. Mamy prawo być dumni z tego, że w tej sytuacji zrobiliśmy dla Polski, dla jej interesu narodowego, tyle, ile można było osiągnąć. Dla pokolenia, na którym dziś spoczywa odpowiedzialność za Polskę, oznacza to wyzwanie. Ma obowiązek doskonała koniunkturę światową wykorzystać co najmniej tak, jak pokolenie Polski Ludowej potrafiło wykorzystać dostępne mu atuty w podzielonym świecie okresu zimnej wojny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *