19 sierpnia 2022

loader

Nasza kochana suwerenność

’@lolson410 – Twitter

Mój zaprzyjaźniony Nurek Śmietnikowy prosił mnie ostatnio, abym spróbował przystępnie opisać, co właściwie powoduje pogorszenie naszych stosunków z Unią Europejską, której przecież jesteśmy członkami z własnej woli i chęci. W naszej podwarszawskiej miejscowości ma opinię znakomitego komentatora politycznego i w czasie wizyt w śmietnikach i zabaw z zaprzyjaźnionymi psami, mieszkańcy często go o to pytają.

Pan Nurek jest dla mnie autorytetem, więc niechętnie postanowiłem wykonać to zadanie.

Dobre czasy

Przez kilkanaście lat otrzymywaliśmy z Unii znacznie więcej, niż do niej wkładaliśmy. Materialne efekty tej „wymiany” widać niemal w każdej miejscowości. Korzystaliśmy z ułatwień nawiązywania współpracy technologicznej i wymiany handlowej w ramach Unii, jeździliśmy po Europie bez granicznych formalności i nawet bez paszportów. Nasi Rodacy byli i są bardzo ważnymi urzędnikami Unii. Powoli, ale konsekwentnie, dołączaliśmy d grupy krajów wywierających największy wpływ na jej działania i politykę.

To wszystko składało się na dobrą atmosferę, która nagle zaczęła się psuć w końcówce 2020 i w 2021 roku. 

Dlaczego?

Rząd PISu i jego mentor postawili sobie za cel doprowadzenie Polski do „dobrej zmiany” w niemal wszystkich dziedzinach funkcjonowania państwa. Przypuszczam, że mieli jakiś wymyślony w czasie nieprzespanych nocy wzorzec, który wymagał wprowadzenia autokracji, z elementami narodowego socjalizmu. Autokracja była niezbędną p[odstawą nowego ustroju, ponieważ Mentor wierzy tylko w swoją mądrość i nieomylność.  Zbliżanie się do tego celu oznaczało odejście od trójpodziału władzy i stopniowe przejęcie wszystkich jej części przez rządzącą partię. Autokracja w doświadczeniach europejskich zawsze stopniowo przekształcała się w dyktaturę, więc przyszłość wydawała się twórcom pomysłu jasna i zdyscyplinowana.

 Niemiłe złego początki

Inne kraje Unii i jej „centrum zarządzające” spoglądały na te zmiany z niepokojem i podejrzliwością, ale nie podejmowały żadnych „twardych” działań. Wychodziły z założenia, że dopóki Polska będzie przestrzegać unijnych praw, a szczególnie wykonywać wyroki jej trybunałów, to jeszcze jej działania nie naruszają podstaw funkcjonowania Unii. A wyrokami można korygować największe, popełniane przez Polskę, błędy. 

Sytuacja uległa jednak zmianie z chwilą, gdy Polska oficjalnie zwątpiła w słuszność wydawanych wyroków – zwłaszcza tych, które obciążały ją karami finansowymi. Szczególnie dwie takie sprawy zainteresowały i trochę rozbawiły Europę. Jeden z wyroków nakazywał zaprzestanie działania dodatkowo powołanej izby Sądu Najwyższego, zwanej Dyscyplinarną. Miała ona karać nieposłusznych sędziów, zbyt poważnie traktujących ich niezależność, niezawisłość i immunitet.  Nowa izba mogła przerywać ich pracę, nakazowo przenosić w inne regiony kraju, obniżać ich zarobki. Międzynarodowy Trybunał uznał, że ta izba de facto nie jest sądem i została utworzona z naruszeniem prawa. Za każdy dzień jej dalszego funkcjonowania Polska ma zapłacić wysoką karę.

Druga sprawa, w kawiarnianych rozmowach prawników w Europie, stała się tematem niewybrednych żartów.  Polska ma historycznie, kulturowo i językowo bliskiego sąsiada – Republikę Czeską. Rząd PISu nawet z nią wywołał konflikt.

Niemal na samej granicy, w rejonie miejscowości Bogatynia, pracuje kopalnia węgla brunatnego Turów i wykorzystująca ten węgiel, elektrownia. Czesi od wielu lat alarmowali, że kopalnia coraz bardziej zaburza gospodarkę wodną regionu, powoduje obniżanie poziomu wód gruntowych, zanieczyszcza wodę i zakłóca zasilanie w nią okolicznych miejscowości. Podobne pretensje zgłaszali Niemcy, a ściślej terenowe władze Saksonii. Polska nie reagowała, więc Czesi poskarżyli się w UE. Unijny Trybunał Sprawiedliwości polecił wstrzymać pracę kopalni i przeprowadzić międzypaństwowe negocjacje, ustalające formę i skalę odszkodowań, oraz określające przyszłość kopalni i elektrowni. Dla Polski kombinat Turów jest ważny, bo zaspakaja ok. 5% popytu na energię i zatrudnia kilka tysięcy ludzi.

Negocjacje trwają z przerwami, ale nie dają wyniku. Turów nie przerwał pracy, więc Trybunał nałożył kary za każdy dzień jej kontynuowania, po wyroku nakazującym przerwanie działalności. 

Te dwie „sprawy” niezwykle podgrzały atmosferę naszych stosunków z komisją zarządzającą Unii. Niemal do stanu wrzenia doprowadził je jednak wyrok polskiego Trybunału Konstytucyjnego, który na wniosek premiera orzekł, że prawo krajowe oparte na naszej konstytucji jest ważniejsze niż prawo Unii, mimo, że podpisaliśmy odpowiednie traktaty zobowiązujące nas do jego stosowania. Eo Ipso – nie będziemy wykonywać wyroków unijnych trybunałów, jeśli – naszym zdaniem – są sprzeczne w konstytucją i nam się nie podobają. A więc także tych, które wymagają od nas płacenia jakiś nieuzasadnionych kar!

Powstał więc w relacjach z administracją Unii trudny do rozwiązania węzełek prawny, a nie mamy Aleksandra Macedońskiego, który by go przeciął ostrym mieczem. Wobec tego panuje stan sporu i oczekiwania na nowe decyzje.

Zapewniłem mego przyjaciela, nurka śmietnikowego, że w zasadzie wszyscy obywatele znają tą historię, zwłaszcza zaprezentowaną w takim uproszczeniu, na jakie sobie pozwoliłem. Powiedział, że to nieprawda.  Gazety czyta niewielu naszych mieszkańców, władza miesza im w głowach publiczną telewizją i znaczna ich część jest przekonana, że pogorszenie stosunków, to tylko efekt złośliwości urzędników Unii. Bo oni koniecznie chcą doprowadzić do tego, abyśmy stracili suwerenność i o wszystko musieli prosić, znowu klęcząc na bolących kolanach.

Nie oddamy suwerenności! 

Na tło tego sporu nakładają się więc tłumaczenia miłościwie panującej nam władzy, która – oczywiście -winę psucia stosunków widzi tylko po przeciwnej stronie. Zarzuty braku kompetencji, nieznajomości prawa, nielegalnego wtrącania się w nasze wewnętrzne sprawy, płyną nieprzetrwanym strumieniem z ust członków rządu i aktywu rządzącej partii. Coraz dosadniej i coraz częściej spina je właśnie zarzut prób ograniczania naszej suwerenności. Suwerenności dumnego państwa Słowian, zjednoczonych przez Mieszka Pierwszego. Wprawdzie to było tylko kilka plemion, bo inne stworzyły państwa Czechów, Słowaków, Ukraińców i Rusinów, ale nasze było geograficznie najbardziej zachodnie i musiało bez przerwy walczyć z Germanami. Utrzymaliśmy jednak naszą suwerenność i nie dopuścimy do tego, aby ktoś dyktował nam nasze prawa i ośmielał się coś nakazywać lub zakazywać. 

     Już widzę tych, którzy będą na mnie „wieszać psy” i nazwą odszczepieńcem. Staram się bowiem zachować stosowną powagę, ale – niestety – pojmowanie suwerenności w pisowskim wydaniu, od dawna budzi mój chichot. We współczesnym świecie  nie ma już takiej, wymarzonej, pełnej suwerenności, czyli sytuacji, w której suweren może robić co chce, nie oglądając się na innych. Nawet USA, najsilniejsze militarnie państwo tego świata, musi przed podjęciem ważnych decyzji brać pod uwagę, co na to powiedzą Chiny, Rosja, Unia Europejska a nawet Korea Północna. Człowiek, teoretycznie mikrosuweren, decydujący o swoim życiu, zobowiązuje się do określonych zachowań wstępując do jakiegoś klubu, a nawet wsiadając do pociągu czy samolotu. Nikt się nie dziwi, że w pociągu nie wolno się wychylać z okien w czasie jazdy i palić papierosów w przedziałach „dla niepalących”, a w samolocie zaglądać do kabiny pilotów.

Wstępując do Unii Europejskiej podpisaliśmy traktaty w pewnych sprawach nie tyle ograniczające naszą suwerenność, ile zobowiązujące do przestrzegania unijnych zasad współpracy i unijnego prawa, To przeszkadza obecnej władzy, marzącej o przestrzeganiu prawa wyłącznie takiego, jakie sama ustala. Przesiąknięci głęboką megalomanią dowódcy tej władzy byli przekonani, że naród podziela ich marzenia o władzy autokratycznej, która nikomu i z niczego nie musi się tłumaczyć. Aby to osiągnąć byli nawet gotowi wyjść z Unii Europejskiej. To błąd. Manifestacje w całym kraju, jakie odbyły się 10 października 3021 dowiodły, że naród ma inne zdanie. Chce być w Unii i chyba jest nawet gotowy, na dalszą jej federalizację. Dowiodły też, że znaczna część elektoratu chce się z obecną władzą pożegnać. I to możliwie jak najszybciej.

Pan Nurek Śmietnikowy wziął ten tekst na pendrivie, przeniósł go do znalezionego w śmietniku starego i uszkodzonego laptopa i powielił na również znalezionej drukarce Siemensa. Rozdaje egzemplarze tym okolicznym mieszkańcom, którzy wciągają go w polityczne dyskusje. Udzielił mi pochwały, którą jestem niezwykle usatysfakcjonowany, To w końcu jakaś część głosu ludu – czyli właśnie suwerena. 

Małgorzata Kulbaczewska-Figat

Poprzedni

Stanowisko RN Polskiej Partii Socjalistycznej w sprawie wyroku TK

Następny

Sprostowanie do prasowego wywiadu

Zostaw komentarz