Ostry cień wielkiej góry, czyli jak Polska kocha swoich artystów

Jarek Ważny

Od ponad roku nie pracują. Nie dlatego, że im się nie chce, bo chcą wrócić do zawodu i to bardzo. Niestety, od ponad roku Państwo polskie nie wymyśliło dla nich innej propozycji niż ta, którą jeden z ministrów zaproponował podczas spotkania z przedstawicielami branży eventowej: niech się przebranżowią. I rzeczywiście, część już to robi lub zrobiła. Inni jednak wciąż żyją nadzieją, że za kolejne dwa tygodnie, rząd poluzuje obostrzenia i wrócą koncerty, a wraz z nimi, wróci do nich nadzieja i świadomość, że to co robili przez całe życie, ma sens.

Nie ma chyba w Polsce branży, która bardziej dostałaby po tyłku od pandemii, niż szeroko rozumiana rozrywka. Ale i tu należy poczynić rozróżnienie, bo w przepastnym worze z napisem kultura i sztuka, są równi i równiejsi. Z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i bazy BIK, wynika, że działalność związana z kulturą i rozrywką (PKD R90) w ciągu ostatniego roku zwiększyła swoje zaległości o 29 proc., a kina o 82 proc. Liczba firm zajmujących się kulturą i rozrywką z problemami w rozliczeniach z bankami i dostawcami wzrosła w minionym roku z 875 do 981, a ich zaległości z 27 do 35 mln zł. O ile kina znalazły się na liście przewidzianych do przyznania pomocy z Tarczy finansowej 2.0., to już artyści nie. Zaległości artystów, aktorów, muzyków, zespołów muzycznych, tancerzy, piosenkarzy, lektorów i prezenterów podniosły się w ciągu roku o jedną czwartą, do 17,5 mln zł, a reżyserów, producentów, scenografów, projektantów i wykonawców teatralnych dekoracji scenicznych, maszynistów sceny, oraz specjalistów od oświetlenia o jedną szóstą, do 6,2 mln zł. Nic więc dziwnego, że część ludzi porzuca swoją dawną profesję i stara się znaleźć pomysł na życie gdzie indziej. Bo ile można czekać i wypatrywać światełka w tunelu, którego wciąż nie widać? Widać za to piętrzące się rachunki, wezwania do zapłaty i puste garnki, do których trzeba coś włożyć każdego dnia.

Grzegorz Barszczewski, znany w świecie oświetleniowców jako „Jolo”, jeden z bardziej wziętych i cenionych fachowców od inżynierii światła, współpracujący m.in. z Bajmem i Kultem, mieszkający na stałe w Szwecji, podjął decyzję o zawieszeniu swojej działalności. Zatrudnił się poza branżą. Najpierw pracował jako pielęgniarz w domu starców. Zwolnili go po paru miesiącach, bo pensjonariusze umierali, a w dobie „korony” nie było nowych przyjęć. Tym samym, nie było sensu utrzymywać nadmiarowych pracowników. Teraz pracuje w Sztokholmie, w firmie kurierskiej. Nie wie, czy kiedykolwiek powróci do tego co wykonywał z powodzeniem przez całe, dorosłe życie. – Inna rzecz, że na razie nie ma do czego wracać – dodaje. Koncerty i imprezy masowe są przewidziane jako ostatnie do odmrożenia. Pojawiają się próby grania imprez transmitowanych przez internet, ale zarówno u nas, jak i na świecie, są to jedynie namiastki tego, z czym ludzie mieli do czynienia przed pandemią. Sami muzycy jak i publiczność, podchodzi do tego typu występów jak do uświadomionej konieczności. Żadnej ze stron nie przynosi to satysfakcji, tak artystycznej jak i finansowej. Tym bardziej, że pandemia dotknęła polską branżę w momencie największej dlań prosperity. Dość powiedzieć, że w 2019 roku, polscy artyści notowali zyski na niespotykaną dotąd skalę. To właśnie wtedy Taco Hemingway wyprzedał Stadion Narodowy, a Dawid Podsiadło sprzedał trzy „Torwary” w niecały kwadrans. Takie rzeczy zdarzały się, kiedy przyjeżdżali do Polski Stonesi albo Madonna, ale żeby na rodzime gwiazdy? Tego u nas jeszcze nie grali. Bilety na cykl „Męskiego Grania” rozchodziły się jak świeże bułeczki, a kluby i sale koncertowe nie notowały nigdy takich frekwencji, jak wtedy. Na raz wszystko się skończyło. Nikt nie potrafi powiedzieć, czy jeszcze kiedykolwiek powróci do tamtego poziomu.
Tomasz Organek, dla którego rok 2019 był równie udany jak dla wspomnianych Taco i Dawida Podsiadło, w listopadzie ubiegłego roku ciężko przeszedł covid. Prócz dolegliwości somatycznych, choroba nie pozostała bez wpływu dla jego zdrowia psychicznego. M.in. dlatego Tomasz zaangażował się w akcję mapawsparcia.pl, która pomaga ludziom ciężko doświadczanym przez covid i jego następstwa, poradzić sobie w najgorszym dla siebie czasie. – Psychika strasznie mi siadła przez pandemię, więc staram się pomagać jak mogę innym w potrzebie-dodaje muzyk. Tomasz Organek, podobnie jak cały zespół i sztab ludzi, który z nim pracował, od półtora roku pozostaje bez pracy. Nie załapał się na tarczę pomocową, bo jest muzykiem, a nie przedsiębiorcą. Jego team techniczny musiał poszukać sobie innego zajęcia. – Road menager zatrudnił się InPoście, jeden z technicznych najął się w budowlance i wykańcza mieszkania. Reszta czeka. Na razie, nie wiadomo na co-kończy rozmowę.

Dr Joanna Ostasz, psychiatra i psychoterapeuta z warszawskiej klinki „Psychokrates” przyznaje, że sytuacja z którą zmagają się dziś ludzie z branży artystycznej, może rodzić dla nich bardzo poważne skutki zdrowotne na przyszłość. – Wyczekiwanie lepszych czasów nie jest sposobem radzenia sobie ze stresem, i prędzej lub później, przyjdzie się im zmierzyć z problemem, w którym to nie świat dopasuje się do nich, ale oni muszą spróbować znaleźć sobie nowe miejsce w całkiem nowym świecie-konkluduje pani doktor. Pytanie tylko, jak to zrobić, kiedy przepracowało się na scenach kilkadziesiąt lat i nie umie się robić nic innego. Czy artysta jest jeszcze w Polsce komukolwiek do czegoś potrzeby? Dr Ostasz przyznaje, że próba znalezienia odpowiedzi na to pytanie, może dziś niejednego człowieka sztuki przerosnąć. Wizyta u specjalisty jest w takich momentach pomocna, a nawet wskazana. Jednakowoż, terminy w stołecznych poradniach, tak prywatnych jak i publicznych, są na tę chwilę bardzo odległe. Nie tylko artyści nie potrafią sobie poradzić z kryzysem. Poza tym, za coś trzeba uregulować należność. I koło się zamyka.

Może więc Państwo wzięłoby na siebie ciężar pomocy? Okazuje się, że Państwo pomaga, najlepiej jak potrafi i na ile je stać. Tak przynajmniej twierdzi minister Gliński i cały rząd. Głośnym echem odbiła się kilka miesięcy temu sprawa 400 mln zł dotacji z Funduszu Wsparcia Kultury. Beneficjentami zostało 2064 podmiotów. Blisko 95 mln zł otrzymać miały 144 samorządowe instytucje artystyczne, ponad 38 mln zł – 306 organizacji pozarządowych, 91 mln zł – 448 przedsiębiorców, zaś ponad 175 mln zł – 1166 firmy świadczące usługi zaplecza scenotechnicznego. Podmioty mogły otrzymać maksymalnie do 50 procent utraconych dochodów z okresu 12 marca 2020-do końca roku. Kiedy okazało się, że wśród obdarowanych są m.in. Bracia Golec i Bayer Full, w sieci zawrzało. Finał był taki, że minister unieważnił cały konkurs, i nakazał rozpisać go od nowa. Mocno w całej akcji wypowiedzieli się muzycy grupy Kult, którzy odcięli się od państwowego rozdawnictwa, apelując jednocześnie do fanów, aby, jeśli chcą pomóc artystom, kupili ich najnowszą płytę. I poskutkowało. Płyta Kultu z koncertu z Pol’and’Rock świetnie się sprzedała. Pozwoliło to muzykom zapomnieć na chwilę o sytuacji w jakiej się znaleźli, ale nie na długo. Ireneusz „Jeżyk” Wereński, basista grupy Kult, najbardziej nie może pogodzić się z tym, że na ponad rok przestał być muzykiem. – Doceniam bardzo to, jak ludzie przyjęli nasz apel i że sięgnęli do portfeli, żeby nas wspomóc, to bardzo budujące – ocenia Jeżyk. Dodaje jednak, że na taką niezależność, oni, czyli Kult, mogli sobie pozwolić. – Niezależność kosztuje. Nie każdego jest na nią stać i nie każdy może sobie na nią pozwolić-dodaje.
Jakie były losy Funduszu Wsparcia, dawno już w Polsce zapomniano. Okazuje się, że zorganizowano go od nowa. Pieniądze zgarnęły firmy oraz samorządowe instytucje, tak jak było i przedtem. Może na mniejszą skalę, ale oprócz medialnego zamieszania, tyle musiało się zmienić, żeby nic się nie zmieniło. A co z pozostałymi? Mowa o tych, których w kulturze jest najwięcej-wykluczonych, czyli artystach, pracujących na śmieciówkach w obrębie branży kultury, którzy są niewidoczni dla systemu. Ci, jeśli w porę zgłosili do MKiDN wniosek, w którym argumentowali swoją trudną sytuację życiową oraz wykazali się dorobkiem artystycznym, mogli liczyć na jednorazowe wsparcie. Każdorazowo większość z „nołnejmów”; muzyków sesyjnych, choreografów, techników scenicznych, dostawała od ministra Glińskiego po 1800 zł na rękę. Raz w 2020 r. Drugi raz w 2021. Rzadko kiedy ktoś dostawał więcej lub częściej. I raczej nie dostanie. Na forach internetowych i fejsbukowych grupach, zrzeszających muzyków i ludzi pracujących „w kulturze” na śmieciówkach, co i rusz padają zapytania, czy Ministerstwo nie uruchomiło nowej puli środków na pomoc dla „biedoty”. Odpowiedź jest wciąż taka sama. Pieniędzy nie ma i nie będzie. Donoszą o tym przedstawiciele branż artystycznych i eventowych, zrzeszeni w Izbie Gospodarczej Menedżerów Artystów Polskich. 14 kwietnia, na spotkaniu z minister Olgą Semeniuk usłyszeli, że rząd – mimo przedłużonych obostrzeń – nie planuje dla branż zamkniętych żadnych nowych form wsparcia ponad to, co już dla nich „wygospodarował”. „Nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim”, a „pomoc ma być kierowana do strategicznych i najbardziej dotkniętych obszarów gospodarki”, miała mówić pani minister. 90% spadków i zamknięcie działalności od marca 2020 r. w przypadku m.in. koncertów czy targów, nie kwalifikuje więc do uzyskania wsparcia. Być może, gdy spadki sięgną 99 %, rząd uzna że wystarczająco mocno kryzys dotknął branżę i głębiej sięgnie do państwowej kieszeni. Ponadto, po raz kolejny rząd nie zająknął się ani na jotę na temat wielu firm rodzinnych i jednoosobowych działalności gospodarczych, pozbawionych od 13 miesięcy jakiejkolwiek pomocy. Lepiej na tym polu wypadają prywatne mecenaty. Dla członków zwyczajnych, zrzeszonych w ZAiKS-ie, organizacja wypłacała na początku trwania pandemii, bezzwrotne zapomogi, nie mniejsze niż kilka tysięcy złotych. Z kolei STOART, instytucja zrzeszająca artystów wykonawców, wypłacił każdemu ze swoich członków, których liczebność szacuje się na niespełna 10 tys. ludzi., po ok. 3,5 tys. zł netto jednorazowej zapomogi na ciężkie czasy.

Dziś, pewnym jest, że do 15 maja żaden koncert ani widowisko z udziałem publiczności w Polsce się nie odbędzie. Wielce prawdopodobne jest, że do końca maja nic w tej kwestii się nie zmieni. Dalej też czeka muzyków i całą branżę jedna, wielka niewiadoma. Może rządzący łaskawie pozwolą na plenery do kilkuset osób albo eventy z połową zajętości miejsc na widowni. Na pewno jednak nie pozwolą, żeby ulżyć artyście publicznym groszem, o czym nie mówią głośno, ale na zmianę trendu nikt w branży nie liczy. W zasadzie mało kto w artystycznym, polskim światku liczy dziś na cokolwiek. Panuje degrengolada, depresja i marazm. Znikąd nadziei.

Niedawno w Barcelonie zorganizowano koncert na 3,5 tys. ludzi. Każdy z uczestników w cenie biletu otrzymywał podstawowy test na obecności wirusa oraz maseczkę. Mimo że wiązało się to z niedogodnością, w postaci konieczności przybycia na miejsce na kilka godzin przed planowym rozpoczęciem celem pobrania wymazów, koncert został w całości sprzedany. Ludzie byli spragnieni innych. Czekali na żywą muzykę, jak na gwiazdkę, a dźwięki ze sceny wdychali jak życiodajny tlen. U nas też jest już ogromne ciśnienie na to, żeby pozwolić ludziom wyjść i cieszyć się wspólnie, na koncercie, wernisażu czy spektaklu. Ale, dla naszego dobra, trzeba będzie jeszcze poczekać Jak długo? Nikt tego nie wie-poczynając od samych artystów, a kończąc na ministrze. W końcu, jak śpiewał kiedyś Kazik, cały czas w Polsce „urzędnik jednak wie lepiej”.

Poprzedni

Dezubekizacja w Strasburgu

Następny

Żegnamy…

Zostaw komentarz