Polska nad Morzem Śródziemnym

Tragedia kilkudziesięciu migrantów na polsko – białoruskiej granicy, bez względu na to, jak zostanie zakończona, była (a może jeszcze jest) jednocześnie satyrycznym przykładem nieudolności organizacyjnej i bałaganu kompetencyjnego.

Szczyt absurdu

Szczyt absurdu osiągnęli niektórzy z prominentni przedstawiciele obecnego rządu, którzy uzasadniali decyzję blokowania koczującej grupy przykładem doświadczeń Włoch, Grecji i Hiszpanii, do których napływały tysiące migrantów z wybrzeży Afryki, korzystających „dmuchanych” pontonów.
Słuchając tych wypowiedzi początkowo wpadłem w euforię, bo za młodu marzyłem, aby polskie granice sięgały do jakiegoś ciepłego morza.

Sięgnąłem po szkolny atlas i mój entuzjazm nieco ostygł. Przykład – niestety – nie był trafny. Migranci do Polski mogą przybywać tylko droga lądową i to zaledwie z trzech graniczących z nami krajów – Ukrainy, Białorusi i Rosji. Trudno, żeby przypływali wodami zimnego Bałtyku albo masowo przekraczali granice z państw strefy Schengen, z którymi sąsiadujemy od południa i zachodu.

Przykłady migracji z tamtych regionów zupełnie do nas nie pasują. Do nas trzeba dojechać, dolecieć, albo dojść, a nie przypłynąć. Stąd też opowiadania o dziesiątkach tysięcy migrantów, którzy tylko czekają na objaw słabości albo litości z naszej strony, aby „zalać” nasze terytorium wydaje mi się nie tylko przesadzony, ale wręcz nierealny. Zalać to nas mogą Ukraińcy. I robią to bez sensacji i wysiłku, a my się nawet z tego cieszymy. A uchodźcy z Afganistanu mają znacznie dłuższą drogę – przez Pakistan, Turcję, dawne południowe republiki radzieckie i w końcu właśnie przez Ukrainę, albo Rosje i Białoruś

W moich felietonikach nie mam zwyczaju przynudzać cytowaniem przepisów. Ale „stoi w nich” jasno, że jeśli ktoś zjawia się na naszej granicy i prosi o międzynarodową ochronę, to powinniśmy go wpuścić i stworzyć mu godziwe warunki oczekiwania na decyzję. Trzymanie kilkudziesięcioosobowej grupy ludzi w przygranicznych zaroślach i nie dopuszczanie do nich dopływu jedzenia, wody i opieki medycznej, jest bezsensowne, a zarazem okrutne. Używanie do tego większego tłumu „zielonych ludzików”, w mundurach pobawionych oznaczeń jednostki, stwarza takie rażenie, jakby ci ludzie mieli ze sobą broń atomową.
Wszyscy uczestniczący w realizacji tej komedii powołują się na rozkazy, ale nikt nie mówi, kto je wydał, i kto ponosi odpowiedzialność za jej skutki.

A Powstanie jeszcze trwa

Jako reprezentant prawie 40-to milionowego narodu nie wiem, czy patrząc na te manewry obecnej władzy mam się śmiać, czy płakać? Powstanie Warszawskie trwało 63 dni i jego rocznicę mamy w sierpniu i wrześniu. Uczymy młodzież, że było przykładem nie tylko patriotyzmu, ale także wzajemnej pomocy i współczucia obcych sobie ludzi. I nie dziwię się Frasyniukowi, że użył mocnych słów, oceniając istniejącą sytuację.

W tym czasie, kiedy znęcano się nad grupą migrantów na polsko – białoruskiej granicy, nasze samoloty przywiozły z Afganistanu ponad 800 osób, w tym większość Afgańczyków. Oni byli „dobrzy”, bo ich znaliśmy, współpracowali z naszą misją w Afganistanie. A ci na granicy są „źli”, bo ich nie znamy, nie wiemy, kim są i mamy udokumentowane podejrzenie, że z ich pomocą białoruski dyktator chce nam zrobić kuku. Wierząca rządzącej partii część naszego elektoratu pochwala nasze „twarde” stanowisko wobec tej grupy i innych „przecieków granicznych”. Część z nich już się szykuje do tego, aby bić na ulicy czy w tramwaju każdego, kto ma ciemniejszy kolor skóry. A głupie kolorowe dziewczyny nie pozwalają nawet obejrzeć twarzy, nie mówiąc o innych, bardziej intymnych częściach ciała.

Kto nami rządzi?

Mam coraz bardziej wyraźne wrażenie, że obecna władza zapomina o wielkości i pozycji politycznej i geograficznej naszego kraju. Usiłuje rządzić tak, jak można to czasem zaobserwować w małych państwach Ameryki Południowej. Obrazki z zabawy w berka żołnierzy straży granicznej z posłem PO usiłującym zanieść trochę żywności koczującej grupie migrantów, obrazki odmowy dopuszczenia do nich wicemarszałkini Senatu RP, przedstawicielom organizacji pomocowych a nawet księdza, nasuwają niepokojące przypuszczenia. Może nie zauważyłem, jak w Polsce, po cichu, przeprowadzono wojskowy zamachu stanu? Może liczna ochrona najważniejszego Prezesa i premiera nie zapewnia im bezpieczeństwa, tylko przyciska do pleców lufy pistoletów, każąc podejmować szkodliwe dla państwa decyzje?

Panowie i Panie dzierżący władzę – obudźcie się! Nie zniszczy nas trzydzieści kilka osób, które marzły albo nadal marzną w zaroślach granicznych. Może kilka tysięcy osób będzie ich naśladowało, ale i z nimi sobie poradzimy. A opowiadania o kilkudziesięciu tysiącach śniadolicych zdążających do nas przez Białoruś, Ukrainę lub Rosję – włóżcie między bajki. Wasi czołowi wojownicy, w opowiadaniu bajek, są przecież niezastąpieni!!