Potrójne objawienie

W minionym tygodniu doznałem iluminacji trzykrotnej. Po trzykroć przekonałem się, że żyjemy w jakiejś groteskowej krainie, w której ludziom nie starcza już modlenie się do rzeźb. Przesuwają więc granicę o krok dalej i poczynają modlić się do samochodów.

To z tymi samochodami, to z Radzymina pod Warszawą. Tego samego, gdzie dawno temu cudownym zrządzeniem woli boskiej, Piłsudski zatrzymał bolszewicką barbarię. Dziś już wiadomo, że w czasie natarcia i bitwy, marszałek truchlał ze strachu przed pogromem i musiano go długo przekonywać, żeby nie porzucał towarzyszy broni, bo jego stan psychiczny daleki był od zadowalającego. W Radzyminie, w czasach zupełnie dzisiejszych, postawiono na terenie przykościelnym, w specjalnej, przeszklonej gablocie, opla vectrę, którym Jan Paweł II podróżował podczas peregrynacji do ojczyzny w latach 90. Zadbany, niebity, Niemiec płakał, jak sprzedawał. Stoi więc tak opelek, nie na giełdzie w Słomczynie, tylko w Radzyminie i cieszy oko proboszcza, wiernych i przyjezdnej gawiedzi, która żegna się przed samochodem, a pewnikiem, w maju będzie się gromadzić przed cudownym autem na cowieczornych nabożeństwach. Jak się odpali światła, o ile akumulator na chodzie, to będzie można śpiewać „majówki” do ciemnej nocy. Tu oświeciło mnie po raz pierwszy. A może raczej, oświetliło. Kolega mój, który lubował się w zbytku i życiu na pokaz, kupił sobie kiedyś, pod wpływem chwili, starego mercedesa, którym jeździł podobnież sam prałat Jankowski. Piękny, stary kabriolet w białej skórze. Zapragnął pojechać nim do Francji, na finał mistrzostw świata w piłce nożnej. Ruszył prałatowskim cabrio z Warszawy, a gdzieś pod Essen zatarł na dobre silnik. Czekał ponad tydzień na nowy, żyjąc kątem u kolegi, dwie wioseczki obok miejsca, gdzie pojazd wyzionął ducha. Na finały nie zdążył. Auto scholował mu znajomy laweciarz spod Przasnysza, bo okazało się, że zakład naprawczy u Niemców był lewizną, w którym, pod przykrywką naprawy samochodów, handlowano zielskiem i pigułami na większą skalę. Opowieść jak z enerdowskiego kryminału, jednak prawdziwa i do tego z happyendem. Ciekaw jestem, jaki rodowód ma bryczka pod pleksą z Radzymina, którą wożona „naszego” papieża. Nic bowiem, co się jego tyczy, nie jest już na tym padole bez skazy, jak papieska łza. Nawet kremówki, jak się okazuje, mogą być zatrute genem światowego pedalstwa. I tu iluminacja dopadła mnie tydzień temu po raz drugi.

Okazuje się bowiem, że słynny organizator gejowskich gang-bangów z Brukseli, z którego chaty węgierski europoseł, spuszczał się, za przeproszeniem, po rynnie, to jeden z naszych. Żeby było ciekawiej, syn wadowickiej ziemi, wnuczek piekarza, który wypiekał papieskie kremówki. Przynajmniej senior rodu tak twierdzi, bo co do wieku oraz pochodzenia tego jegomościa, pewności nie ma. Jeśli jednak wierzyć dziadkowi, chłopiec od najmłodszych lat miał mieć smykałkę do interesów, zwłaszcza tych podejrzanych, która ostatecznie zaprowadziła go przed nasze i zagraniczne sądy, skutkując wydaniem zań europejskiego nakazu aresztowania. I wtedy zilunominowało mnie po raz trzeci.

Kilka lat temu, w styczniu, bawiłem wraz z grupą młodzieżową na K. w Wadowicach. Graliśmy tam koncert w miejscowym domu kultury. Zakwaterowano nas w hotelu, dość ekskluzywnym, w którym już od wejścia, czuć było lekką spinkę, a w miarę upływu czasu, spinka tylko się pogłębiała. Po koncercie, kiedyśmy wrócili na pokoje, w recepcji, niby to półoficjalnie, dowiedzieliśmy się, że tego samego wieczoru co i my, nocować w nim będzie prezydent Duda, który od paru dni bawi na nartach nieopodal. Mimo tego zeszliśmy, ja i kolega, do hotelowego baru, który był bardzo dobrze zaopatrzony. Barman początkowo nie chciał nam sprzedawać alkoholi, oficjalnie nie mógł podać powodu, ale gdy dostał zielone światło od kierownictwa, jął lać nam co chcieliśmy, uważając na słowa. Prohibicji w Wadowicach nie ogłoszono. Była jednak nieformalna dyspozycja władz, tak przynajmniej twierdził barman, żeby nie lać wódki hotelowym gościom, w obawie przed zakłócaniem wypoczynku panu prezydentowi. Pamiętam, że staraliśmy się być cicho, choć korciło, żeby pośpiewać serenady pod oknem. Nazajutrz nie zastaliśmy pana prezydenta na śniadaniu. Inna sprawa, że posiedzieliśmy w barze długo i załapaliśmy się na końcówkę, kiedy wszystko było już przejedzone.

W minionym tygodniu prezydent oburzył się na ministra Gowina, że ten chce zamykać stoki narciarskie, kiedy naród spragniony jest szusowania, po miesiącach wyrzeczeń. Nie godzi się zabraniać ludziom dostępu do aktywności fizycznej. Akurat, na czym jak na czym, ale na szusowaniu prezydent się zna. Wie też, do jakiego hotelu się udać. Odpocząć, nabrać sił. Nie miał więc wyjścia Gowin i uległ. Stoki będą otwarte. Hotele-zamknięte. Bary hotelowe też. Wszystko się zgadza. Skoro prezydent może jeździć na nartach, to czemu by nie ja. Na początku roku wybieram się na narty z rodziną. Mamy hotel. Rezerwację. Ze strony hotelu nie dostaliśmy informacji o żadnych, dodatkowych obostrzeniach. Gdyby każdy, tak jak ja, mógł doznawać oświecenia co najmniej trzy razy w tygodniu, życie w końcu miałoby jakiś sens. Wiem już czym jeździć, na czym, gdzie, czym się żywić a czego unikać, gdzie spać, jak mnie sen zmoże. Czego i Państwu życzę.