Sierpniowo-wrześniowa agenda

W polskim kalendarzu obchodzimy rocznice historycznych wydarzeń w jakże różnym, acz jednak podobnym wymiarze, odnoszącym się do współczesności.

1 sierpień – Powstanie Warszawskie 

Pozostając w zbiorowej pamięci zawsze budziło gorące spory wyrażające się w swoim czasie także wkoło nazwy warszawskiego monumentu. Czy ma być to pomnik Powstańców Warszawy czy też Powstania Warszawskiego ? Krytycznie oceniano jego polityczne cele, możliwości militarnego sukcesu i tragiczne, w niewyobrażalnej hekatombie, skutki dla mieszkańców i miasta. Tu wyjątkowo często panowała zgoda między licznymi emigracyjnymi osądami i krajowymi, nie koniecznie rządowymi czy lewicowymi, środowiskami. 

Warszawski Pomnik Bohaterów Powstania Warszawskiego 1944, stanowiący dziś także centrum rocznicowych obchodów, odsłonięty został wreszcie po 45 latach od tamtych wydarzeń. I co prawda tę rocznicę obchodzono publicznie po stalinowskich czasach to w przestrzeni Warszawy przypominały ją tylko powstańcze kwatery na Powązkach. Idea budowy monumentu zrodziła się w 1984 roku, a w 1989  odsłaniał go prezydent Wojciech Jaruzelski. O tym dziś mało kto wie, albo chce pamiętać.

    Rocznica wybuchu Powstania stała się okazją do licznych wypowiedzi: Tomasz Nałęcz, jak zwykle pokrętnie rozwodząc się na temat 250 lat polskiej insurekcji, uniknął jasnej oceny Powstania. Natomiast Anna Machcewicz w materiale  „Czy powstanie nas połączy?” („GW – Ale historia”, teksty z 4-5. 09 i 28-29.08.2021) pisze: „jeśli będziemy pielęgnować nie powierzchowną pamięć ograniczoną do rocznic, pomników… lecz kulturę pamięci – innymi słowy, jeśli będziemy uprawiać krytyczne spojrzenie – odnajdywać będziemy sens tego wydarzenia dla każdego nowego pokolenia”. Skwituje to stwierdzeniem, że całe to wydarzenie czyli Powstanie Warszawskie od samego zamysłu po swój tragiczny koniec było bez sensu. Pozostaje tylko chwała jego bohaterom. 

31 sierpień – porozumienia sierpniowe w Gdańsku 

stały się asumptem dla Romana Kurkiewicza do napisania tekstu „Solidarność, moja miłość” i dopełnienia „Pierwsza Solidarność chciała innej Polski niż ta, którą mamy.” („Przegląd”, 30.08-5.09.2021). Bywa tak w życiu, że pierwsza miłość zawodzi, szczególnie wtedy, gdy wspomnienia snuje ówczesny licealista m. in. o roznoszeniu ulotek i wspaniałym czasie solidarnościowego karnawału. Ja po moich młodzieńczych doświadczeniach – wydarzeniach Polskiego Października i krwawym stłumieniu węgierskiego powstania – pozbyłem się złudzeń na całe życie. I nic to nie miało wspólnego z miłością, a z racjonalnym oglądem Polski w świecie.

31 sierpień – z Afganistanu uciekają, 

po dwudziestu latach zmarnowanego pobytu, żołnierze największej armii świata – bez wcześniejszego planu, ładu, porządku, z wielkimi problemami przy ewakuacji współpracujących z nimi Afgańczyków. Strategiczne oceny sytuacji analityków Pentagonu i rozlicznych służb wywiadowczych były tak samo celne, jak przy rejteradzie z wietnamskiego Sajgonu w 1975 roku. Zostawili wojskowe wyposażenie wartości, wg „The Times”, 85 mld dol. Jak donosi portal Defence24.pl „Amerykańskie wojsko przed opuszczeniem Afganistanu dokonało zniszczenia pozostawionego na lotnisku w Kabulu sprzętu wojskowego. Jak się okazuje, jest to niewielki wycinek tego, co zostało pozostawione przez nich w kraju zajętym przez talibów”. Ciekawe czy znalazły się tam także przeciwlotnicze rakiety Stringer, w które w latach 80’ CIA wyposażało bogato mudżahedinów walczących z wojskami radzieckimi ? Nie ma to jak hodować żmiję za własnym przyzwoleniem, co uświadomiły sobie Stany Zjednoczone wiele lat później. Na tym samym portalu 4 września ppłk. US Army Daniel L. Davis bez ogródek mówi: „Wszyscy doskonale wiedzą co wiedzieliśmy, a co mówiliśmy. Wiedzą, że walczyliśmy w wojnie nie do wygrania, obieraliśmy cele, których nie dało się zrealizować. Wiedzą, że ciągle kłamaliśmy.” I dlatego  już dziś oglądamy zdjęcia talibów w amerykańskich mundurach i z pozostawioną amerykańską bronią. Kiedyś bałagan i bezład slangowo nazywano sajgonem, obecnie zmienił się na kabul.

Porzucili także swoich najbliższych towarzyszy broni – jak donosi „Daily Mail” – wojskowe psy zostały przez Amerykanów zostawione w Afganistanie, co słusznie oburzyło obrońców zwierząt. Cytowana w mediach organizacja American Humane ocenia, że psy będą torturowane przez talibów.  

Zostawiam te fakty bez komentarza (a może wręcz odwrotnie) wszystkim tym, którzy tak bardzo kochają i wierzą w Amerykę. Ciekaw jestem także czy wolne media w postaci TVN zdobędą się na całą prawdę w tej hańbiącej sprawie – może w programie „Szkło kontaktowe” – „Każdy zwierz ma swój Czubaszek.”

Przypomnieć wypada, że wycofujące się w lutym 1989 roku z Afganistanu wojska radzieckie, po dziesięciu latach mało skutecznej obecności, zabrały ze sobą cały swój sprzęt i „swoich Afgańczyków”. Nie było ich zresztą wielu, bo ówczesny rząd afgański, w odróżnieniu od obecnego, upadł dopiero trzy lata później.

1 wrzesień – Wrzesień mógł być lepszy, 

to w nawiązaniu do rozważań Janusza Rolickiego („Przegląd”, 30.08-5.09.2021) o przyczynach naszej wrześniowej klęski, a w dalszej konsekwencji gehenny lat wojny i okupacji kraju przez Niemcy i ZSRR. 

    Poza dawno i skutecznie skompromitowanym pomysłem paktu Ribbentrop – Beck, tym razem obronę i wybielanie polityki Józefa Becka podjęli profesorowie Mariusz Wołos i Marek Kornat obszernie przekonując, że „To nie Beck wywołał wojnę” („GW – Ala historia” – 4-5.09.2021). Apelując do czytelnika o wyciagnięcie z tych wywodów własnych wniosków zgadzam się w pełni w jednym z autorami: to rzeczywiście nie Józef Beck wywołał wojnę.

Dodać jednak do tych wszystkich rozważań koniecznie należy jeden istotny element o znaczeniu polityczno-militarnym. Nie wiedzieć dlaczego powszechnie niedostrzegany, a może marginalizowany, przez wszystkich podejmujących temat tamtych wydarzeń.

Jedynym, który w tamtym szczególnym dla Polski czasie mógł stanowić pewien ratunek, byłby odpowiednio wcześniej zawarty pakt obronny Mościcki – Beneš. Ten związek Polski z Czechosłowacją, wspólnie zagrożonych przez hitlerowskie Niemcy, stanowiłoby jakąś szansę bardziej skutecznego oporu, mającego być może także wpływ na inne rozgrywające mocarstwa. Do bardzo poważnego przemysłu zbrojeniowego Czechosłowacji (wykorzystanego później nadzwyczaj owocnie przez niemieckiego okupanta) dodać należy dużą, nieźle uzbrojoną, także w broń pancerną, lotnictwo i transport, armię oraz poważne fortyfikacje na zachodniej granicy tego kraju. Wspólny wysiłek przemysłów obronnych oraz sztabów wojskowych, wraz z twardym, jednolitym politycznym odporem stanowiłby orzech do zgryzienia przez agresora. Również namysł dla drugiego.

    Z taką propozycją współpracy wielokrotnie i w różnych formach zwracał się do nas południowy sąsiad, o czym zresztą, na podstawie dokumentów, pisała w swoim czasie także „Gazeta Wyborcza”. Ale wrogość rozpoczęta granicznymi sporami po I wojnie światowej, potem odmienna polska i czechosłowacka optyka międzynarodowa, wreszcie lekceważenie południowego sąsiada wraz z okazywaną arogancją, budowały przez lata co najmniej chłodne stosunki. Nie powinno to jednak stanowić barier nie do przekroczenia przez ówczesnych polskich polityków w sytuacji śmiertelnego zagrożenia. Zakończyła się to u nas jak zwykle: my tryumfalnie zajęliśmy w 1938 roku Zaolzie, a potem Hitler powybierał nas razem, jak ślepe kocięta. 

    Zapewne zupełnie nie na temat będzie przypomnienie, że w odróżnieniu od czeskiej Škody gdzieś w transformacyjnej mgle zapodziały się nasze osobowe samochody, ale za to wyłonił się w całej swojej skomplikowanej wyjątkowości polski Turów.

1 września – zakończył się Campus Polska, 

który bardzo wielu zadziwił, gdyż politycy mogli spotkać się z młodymi bez pośrednictwa policyjnych pałek. Rafał Trzaskowski – inicjator imprezy – z racji swojego wieku może nie wiedzieć, że chcący – niechcący „odgapił” pomysł „spotkań z ciekawymi ludźmi”, który stanowił podstawową część programu na wszystkich, bardzo licznych letnich obozach, zimowiskach i seminariach organizowanych w latach Polski Ludowej przez młodzieżowe organizacje ZMS, ZMW i ZSP.  

 Brali w nich udział nie tylko politycy, także ważne publiczne postacie – nie zapomnę studenckiego spotkania z Andrzejem Kurzem (wtedy I sekretarzem Krakowskiego Komitetu Miejskiego PZPR), Jerzym Olszewskim (ministrem przemysłu chemicznego), ze Zbyszkiem Cybulskim oraz Lidią Zamkow i Leszkiem Herdegenem. Także odpowiedzi kuratora na pytanie czy dyrektor szkoły ma prawo obcinać zbyt długie włosy uczniom: „Tak, pod warunkiem, że posiada czeladniczy dyplom fryzjera.” Sam takie spotkania organizowałem, a wiele lat później brałem w jednym z nich udział w Grodku nad Dunajcem. Jak poprzednikom, nie było łatwo i mnie, bo odważnych, młodych nigdy nie brakuje – jak zawsze wtedy i dziś – wyprzedzają bieżący czas oczekując na to aby było wreszcie mądrzej, więcej. lepiej. I bardzo dobrze. Ale była wtedy oczywiście i zabawa, najmodniejsza muzyka do późnej nocy, a czasem i białego rana, która na ogół kończyła się niezawodnym „Obozowym tangiem.”

Opinie na temat Campus Polska Przyszłości są podzielone. W „Trybunie” Izabela Balicka nazywa go po prostu „Campusem Zaprzeszłości” (1-2.09.2021), natomiast w podobnym czasie czytam na Onecie: „Uczestnicy spotkania zadawali Leszkowi Balcerowiczowi wiele pytań, z których wiele było polemicznych. Najostrzejszy spór wywołała sprawa kryzysu klimatycznego…Odpowiedź Balcerowicza wywołała gwałtowne głosy polemiczne młodych uczestników…To człowiek odpowiada głównie za ocieplenie klimatu, wszystkie poglądy są zgodne, że potrzebne są szybkie i masowe redukcje emisji. W tym kontekście stanowisko FOR i pana jest po prostu błędne – mówił jeden z uczestników, wzbudzając aplauz.”

Nie da się osiągnąć wszystkich oczekiwanych efektów w rozchwianym poglądowo gronie gości i młodzieży, tym bardziej pod taką egidą. Także słysząc błędne opinie Trzaskowskiego, że nie ma obecnie podziału w Polsce na lewicę i prawicę, a jedynie na partie anty lub proeuropejskie. Natomiast oczekiwany skutek Campusu w postaci przyciągnięcia młodych do PO jest nadal bardzo wątpliwy. 

To wszystko jednak żadną miarą nie umniejsza tego unikatowego spotkania i ma rację Tomasz Sawczuk („Kultura Liberalna”, 1.09.2021) twierdząc : „Imprezy takie jak Campus Polska powinny odbywać się wiele razy w roku, organizowane przez różne środowiska polityczne. Potrzebujemy żywej, demokratycznej sfery publicznej, a udział młodych ludzi w tych wydarzeniach jest absolutnie niezbędny.”

?  ? wrzesień – Czy samotny lider, 

daleko wyrastający ponad potencjał własnej partii i podzielonej opozycji, może wygrać z całym państwem PiS ? Tak, może choć całe pytanie postawione jest na głowie – odpowiadam Cezaremu Michalskiemu, który w  „Newsweeku” (22 16-22.08.2021) pisze, że Tusk wrócił i co dalej?

    Nie wdając się w semantyczną analizę znaczenia wyrazu „samotny” przypominam, że liderem stać się można tylko będąc przywódcą jakiej grupy, a tego rodzaju stanowisko uzyskuje się wyrastając ponad swoje środowisko. Samotnie to można na przykład iść w góry, ale odradzam. Na pozycję lidera nikt nikogo wołami nie ciągnie, samemu do niej usilnie się dąży przy wielu temu awansowi przeciwnych. Natomiast podziały w politycznej opozycji, z uwagi na znajdujące się w niej różne podmioty są tak naturalne jak codzienny wschód słońca.

    Powszechnie powtarza się fundamentalne pytanie, kiedyś – wejdą czy nie wejdą?, dziś – opozycja zjednoczy się czy nie? „Donald Tusk otwarcie mówi o tym, że najlepszym wariantem byłby wspólny start z jednej listy w wyborach KO, PSL i ruchu Hołowni” („Newsweek”, 30.08-5.09.2021). Dużo wcześniej Jacek Żakowski tłumaczył „Po co komu lewica i jaką ma przyszłość?” („GW”, 10-11.07.2021). Zastanawiał się także czy demokracja może być bez lewicy, bo w Europie to się dotychczas nie udało.

W tuskowym wariancie brak arytmetyki – z obijającym się o próg wyborczy PSL-em nie da się odsunąć PIS od władzy; po prostu brakować będzie tych 8-10 %% lewicowych głosów. 

Jak z powyższego wynika ta samotność lidera jest bardzo ograniczona, choć tu nie idzie tyle o Donalda Tuska, a o naszą wspólną obywatelską podmiotowość.