Tęczowe brednie arcybiskupa

Brzmią jeszcze w wielu uszach słowa haniebnej homilii metropolity krakowskiego, abp. Marka Jędraszewskiego, w której nazwał on osoby LGBT „tęczową zarazą”. Ambona kościelna, z której winny płynąć jedynie słowa pokoju i miłości stała się trybuną siania nienawiści i podżegania do tępienia „zarazy”. Tą „zarazą” jest mój brat i moja siostra we wspólnym człowieczym losie, dlatego milczeć nie mogę.
Dowodzić nie trzeba, iż termin „zaraza” kojarzy się każdemu z nas z czymś pejoratywnym, niebezpiecznym; czymś, przed czym słusznie się ucieka i chroni.
Sięgam do słownika języka polskiego i odszukuję wyraz „zaraza”. Słownik temu terminowi nadaje trzy znaczenia, wszystkie negatywne. A więc czytam: „Zaraza:
1. choroba zakaźna występująca masowo;
2. groźne, trudne do zwalczenia zjawisko;
3. wyzwisko lub przekleństwo”.
Jedynym sposobem wykorzenienia ze środowiska zarazy jest zwalczenie jej lekiem lub środkiem owadobójczym. Dawniej wyraz „zaraza” był synonimem dżumy. Dziś Jędraszewski określa tak osoby LGBT, naruszając ich fundamentalne prawo do godności, własnej autonomii seksualnej, po prostu dyskryminując ich w cieniu kościelnej ambony.
Czy do tego wzywał arcybiskupa królewskiego grodu Chrystus, który każdego nakazywał kochać? Czy to mu nakazał papież Franciszek, który przyjął geja na prywatnej audiencji, obdarzył go słowem wsparcia i uchylił się od osądzania kogokolwiek ze względu na jego kondycję seksualną?
Nie! Tego typu wypowiedzi lęgną się w umysłach skażonych zarazą, ale nie tęczową (bo taka nie istnieje), ale zarazą głupoty i kretynizmu, o czym kilka dni temu pisałem. Każda zewnętrzna wypowiedź człowieka bierze swoje źródło w umyśle. Inaczej być nie może. Umysł Jędraszewskiego oceniam jako dotknięty daleko posuniętym rakiem moralnym. Jeśli to, co powiedział ma mieć swe źródło dalsze, to na pewno nie jest nim nauka Chrystusa i papieża, ale jakieś najciemniejsze czeluści piekieł. Stamtąd arcybiskup czerpie swe zboczone natchnienia.
Nazywanie osoby czy grupy osób „zarazą” ma na celu wzbudzenie odrazy dla tych jednostek, albowiem przed zarazą każdy rozsądny ucieka. Mało, że ucieka. Każdy źródło zarazy chce zlikwidować.
Do czego zatem wzywa „między wierszami” metropolita? Czy nie do tego, do czego – jeszcze z dużą wówczas ostrożnością – wzywał pewien pan o imieniu Adolf, zanim na dobre się nie „rozkręcił” w swych diabelskich zapędach?
Strach przed zarazą wciąż jest wielki. Jakakolwiek byłaby to zaraza. Ten strach zawsze dzielił. Nie tylko na zdrowych i chorych. Dotknięci zarazą stawali się niebezpieczni, swój zamieniał się nagle w obcego (gdyż był zakażony), ktoś najbliższy zaczynał zagrażać życiu. Przybysza podejrzewano, że świadomie lub bezwiednie niesie w zanadrzu śmierć, bakcyla zarazy. Komplikowały się sprawy zwyczajne, rosły napięcia, wynaturzały się relacje między ludźmi. Nieufność utrudniała kontakty, lęk rwał więzi społeczne.
Odgradzanie się od dotkniętych zarazą było rzeczą naturalną. Dziś straszy nas metropolita krakowski „tęczową zarazą”, podżega do likwidacji zakażonych (choć nie wprost to wypowiada), zachęca do separowania się od nich. Analogie w postawach lękowych wobec groźby zagłady morowej, atomowej czy ekologicznej są aż nadto jasne. Co się działo wówczas, gdy ludzie dali wiarę twierdzeniom, że jakieś zjawisko jest zarazą? Zawsze obumierała wówczas kultura, w niebyt zapadały się rozpoczęte dzieła, ustawały zamiary, zakażonych zabijano lub pozwalano im umierać w rynsztokach. Nikt nie poważył zbliżyć się do dotkniętego zarazą.
Jaki moralny tytuł ma arcybiskup krakowski, aby tak straszne słowa wypowiadać? Czy nie zdaje on sobie sprawy, że zagrzewa swoich wyznawców do walki z „odmiennymi”? Ależ on to wie doskonale. I o to mu właśnie chodzi.
Czy nie zna Jędraszewski art. 32 ust. 2 polskiej Konstytucji, która mówi, że nikt w jakimkolwiek obszarze życia nie może być dyskryminowany z jakiejkolwiek przyczyny. „Z jakiejkolwiek przyczyny” – a zatem kategorycznie i bezwzględnie. Inaczej: dyskryminacja nie może zostać usprawiedliwiona żadną wartością, która mogłaby posłużyć do uzasadnienia odstępstwa od „zwykłej” zasady równości.
Na uwagę zasługują dwa wyroki przeciw Polsce, w których dopatrzono się dyskryminacji ze względu na orientację seksualną (wyrok ETPCz z 3.05.2007 r., Bączkowski i inni przeciw Polsce).
Trybunał stwierdził w nim, że prezydent m. st. Warszawy, podejmujący decyzję w sprawie zgody na zgromadzenie, wyraził w mediach osobiste opinie mogące zostać uznane za homofobiczne. Można było w konsekwencji przyjąć, że poglądy te w istotny sposób wpłynęły na wydany zakaz zgromadzenia i w rezultacie naruszyły prawo przewidziane w art. 11 EKPCz w sposób oznaczający dyskryminację.
W drugiej ze spraw ETPCz oceniał brak możliwości wstąpienia w stosunek najmu po zmarłym partnerze tej samej płci. Trybunał podkreślił, że państwo musi uwzględniać zmiany następujące w społeczeństwie i w postrzeganiu problemów społecznych dotyczących statusu cywilnego oraz relacji międzyludzkich, w tym fakt, że nie istnieje wyłącznie jeden dopuszczalny wybór w sferze życia prywatnego lub rodzinnego. Zdaniem ETPCz polskie władze, odmawiając możliwości przyjęcia najmu po zmarłym partnerze tej samej płci, naruszyły konwencyjny zakaz dyskryminacji z uwagi na odmienne traktowanie par homoseksualnych w stosunku do znajdujących się w identycznej sytuacji par heteroseksualnych (wyrok ETPCz z 2.03. 2010 r., Kozak przeciw Polsce).
Oczywiście Jędraszewski i Konstytucję i wyroki Trybunału Europejskiego ma w swoim biskupim nosie, albo w innej biskupiej, mniej eleganckiej, części ciała. On jako biskup na stolicy krakowskiej jest i twórcą i interpretatorem Konstytucji oraz najwyższą instancją sądową. Oczywiście we własnym jedynie mniemaniu.
Zaraza. Dla mnie zarazą są czyny licznych kolegów po fachu czcigodnego metropolity.
Mam na myśli zarazę pedofilską. Te same ręce, które przed chwilą w erotycznej obrzydliwej ekstazie dotykały ciała dziecka, teraz podają wiernym Komunię i błogosławią wiernych, te same usta, które przed momentem pieściły genitalia małoletnich chłopców czy dziewcząt pouczają wiernych z ambon o moralności, stawiają siebie za wzory, w które ci wierni mają się wpatrywać.
Ten sam rozum, który dany jest człowiekowi na pożytek i odróżnia go od bydlęcia obmyśla teraz taktykę obrony procesowej, to znaczy jak wybrnąć z „kłopotliwej” sytuacji, jak się wykręcić, jak zrobić sąd „w konia”. Może to nie było zgwałcenie pedofilskie, ale „ciumek”, albo oględziny ciała dziecka? Może niewinna zabawa? To jest zaraza! Parszywa, obrzydliwa, wstrętna czarna pedofilska zaraza!
I takiej i podobnej zarazy jest wśród towarzyszy zawodowych Jędraszewskiego cała masa. I to ich trzeba się lękać, uciekać od nich, chronić się przed nimi, ale także stawiać przed sądami i wypalać tego piekielnego bakcyla gorącym żelazem. Niech sobie Jędraszewski przypomni scenę z Ewangelii, kiedy chciano ukamienować Marię Magdalenę, która była nierządnicą, która była – jakbyśmy dziś powiedzieli – pospolitą kur…ą, jak ten Chrystus wziął ją w obronę. Niech sobie ten pan w purpurowej sukni przedstawi przed oczyma taką scenę, w której przed Chrystusem stoi sponiewierany gej i kapłan pedofil. Ja widzę tę scenę i oczyma wyobraźni widzę jak Chrystus mówi do pierwszego: „Ja cię nie potępiam”, a do drugiego: „Zgorszyłeś dziecko, skrzywdziłeś je. Lepiej byłoby ci kamień młyński uwiązać u szyi i zatopić w głębiach morza. Nie znam cię”.
Chcę ci powiedzieć zakłamany hipokryto i wichrzycielu w arcybiskupiej purpurze, że niejednej z osób, o których tak podle się wyraziłeś, do pięt nie dorastasz!
Jeśli prawdą jest, to, co powiedział św. Augustyn, że „pod wieczór, tj. pod koniec naszego życia sądzeni będziemy tylko z miłości”, to obawiam się, że możesz nie wypaść najlepiej, w przeciwieństwie do tych, których publicznie znieważyłeś.
Przemysław L. Lis (Studio Opinii)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *