Uchodźcy nie zniknęli

Małgorzata Kulbaczewska-Figat
Ci wstrętni okupanci

uchodźcy Litwa

Doniesienia z granicy polsko-białoruskiej po cichu zeszły z pasków informacyjnych. Po prostu przestały „grzać”. Tragedia migrantów rozgrywa się dalej, po cichu.

Nie zniknęło prowizoryczne schronienie dla migrantów w hangarze w biaoruskich Bruzgach, niedaleko polskiego przejścia granicznego w Kuźnicy. To tam kilka miesięcy temu przyjechał Aleksandr Łukaszenko. W listopadzie i grudniu w Bruzgach przebywało kilka tysięcy osób, trzymających się nadziei, że Unia Europejska otworzy w końcu korytarze humanitarne. Inni byli zdeterminowani iść przez polską granicę po raz kolejny, nawet jeśli mieli za sobą pushbacki. W kraju nic na nich nie czekało, zamierzali próbować do skutku.

Obecnie w Bruzgach pozostało kilkaset osób, w urągających wszystkim normom pomieszczeniach, z utrudnionym dostępem do wody i toalet. To stamtąd białoruscy pogranicznicy wiozą na granicę ludzi, którzy potem usiłują dostać się do Polski. Wprost na podłodze hangaru koczują całe rodziny.

Wołania o pomoc

Również aktywiści, którzy pomagają migrantom po polskiej stronie granicy, dostarczając im ciepłe posiłki, leki i śpiwory, alarmują: ciągle otrzymujemy zgłoszenia od ludzi potrzebujących pomocy. Mnożą się również pytania od rodzin tych, którzy ruszyli do Europy: nie mamy kontaktu z naszym krewnym, czy ktoś wie, gdzie on/a może być? Oficjalny bilans ofiar śmiertelnych kryzysu – 21 zmarłych z wyczerpania, odwodnienia i chorób – z całą pewnością dawno stał się zaniżony.

Zamknięte ośrodki

W dniach 14-16 stycznia w Polsce gościła delegacja niemieckiej lewicowej partii Die Linke, by spotkać się z aktywistami oraz polskimi działaczami lewicowymi oraz omówić możliwe formy współpracy. Sześć polityczek Die Linke zamierzało również na własne oczy przekonać się, jakie warunki panują obecnie na granicy i jak wygląda sytuacja w zamkniętych ośrodkach dla migrantów. w Wędrzynie i Krośnie Odrzańskim Były w Hajnówce, w Sokółce, Katarzyna Wappa, lokalna mieszkanka zaangażowana w pomoc razem z Grupą Granica, opowiedziała, jak w listopadzie przy drodze w rejonie Hajnówki spotkała skrajnie wyczerpanego, głodnego i odwodnionego mężczyznę, bez dokumentów, które wcześniej zniszczyli mu pogranicznicy białoruscy. Do ośrodków delegacji nie wpuszczono – oficjalne uzasadnienie brzmiało: nie możemy dopuścić do nich obywateli państwa trzeciego, a poza tym mamy pandemię.

Współwinna Europa

– Uchodźcy, którzy mimo wszystko dostaną się do Polski, są tutaj bez wyjątku więzieni. Postępując w ten sposób, polski rząd łamie międzynarodowe i europejskie prawa uchodźców. A zamiast krytykować go za bezprzykładne naruszenia praw, Komisja Europejska, państwa członkowie, w tym i nowy rząd Niemiec popierają takie podejście

– mówiła przed wizytą Juliane Nagel, radna miejska Lipska i działaczka Die Linke w Saksonii, a także rzeczniczka partii ds. polityki azylowej i migracyjnej. Nagel jeszcze w październiku wzywała, by Saksonia w godny sposób przyjęła migrantów z polsko-białoruskiej granicy. Tytułem kontrastu – prawicowym politykom z jej regionu marzy się… mur graniczny, by powstrzymać migrantów, którym uda się uniknąć pushbacku i przemierzyć całą Polskę.

Specjalne uprawnienia

Tymczasem w Parlamencie Europejskim dyskutowano, czy w związku z kryzysem Polska powinna otrzymać od KE specjalne uprawnienia, sprowadzające się do zaakceptowania pushbacków.

– Ten projekt polega na omijaniu praw Unii, na omijaniu Parlamentu Europejskiego, na atakowaniu praw ludzi na granicy, których wcześniej instrumentalnie wykorzystał Łukaszenka – grzmiała Sylvie Guillaume, reprezentantka Europejskich Socjalistów. Propozycja wejdzie w życie, jeśli w Radzie UE poprze ją 15 państw zamieszkanych przez 65 proc. całej populacji UE.

Poprzedni

„Uzależniony od Moskwy, ale… patriota”

Następny

„Kissinger” – studium władzy