Wariat Wszechpolski

Polak niesfrustrowany to Polak zły.

Na świecie jak człowiek się zdenerwuje, to kupuje spluwę, idzie do najbliższej szkoły albo płynie na wyspę Utoya i urządza sobie ostre strzelanie. Kiedy jest bardziej wkurzony, wysyła listy z materiałem wybuchowym. Jeśli frustrat spotka kolegów, to dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa jazda. Powstaje Frakcja Armii Czerwonej, albo inne Czerwone Brygady, i wszyscy startują w konkurencji o nazwie polowanie z nagonką medialną na przemysłowców i polityków.

Tymczasem u nas tak nie ma. W szkołach krew leje się jedynie podczas standardowych konfliktów koleżeńskich. Brak broni palnej w powszechnym obiegu też nie generuje niebezpieczeństwa bycia zastrzelonym w miejscu publicznym. Poza tym nasi desperaci sami eliminują się ze społeczeństwa. Wypalają frustrację ogniem pod Pałacem Kultury czy w łowickiej przychodni. No chyba, że nadchodzi Boże Narodzenie. Dla wielu Polaków od lat te „radosne” święta stają się świetnym pretekstem do pożegnania tego łez padołu. Wigilijne samobójstwa rozkładają się równomiernie pomiędzy młodych a starych, biednych i bogatych, zdrowych i chorych. Zniekształcają też statystyki. Nie na tyle jednak, by zdetronizować najlepszych. I dlatego grupą zawodową najliczniej reprezentowaną wśród dopadniętych pociągiem do zabijania się są u nas policjanci. Rocznie strzela do siebie, a wielokroć i do rodziny, prawie 30 stróżów prawa.

Francuskie pieski

Tym, co ponoć pcha policjantów do samobójczej śmierci, są: niejasny system motywacyjny, straszenie odpowiedzialnością dyscyplinarną, presja wyniku, niewysokie zarobki, przedmiotowe traktowanie przez przełożonych. Czyli to, co spotyka każdego pracującego. Gdyby to była prawda, to samobójstw w Polsce powinno być kilkadziesiąt razy więcej niż teraz.

Ale mundurowi i tak mają większy komfort niż reszta pospólstwa, bo nikt ich na zbitą mordę z dnia na dzień z roboty nie wywali. Dlaczego zatem robią ze swojej głowy tarcze strzelnicze? Odpowiedź jest prosta: bo mają pod ręką spluwę i nie wahają się jej użyć.

Statystyczny samobójca w Polsce ma nieco ponad 50 lat, natomiast samobójca policjant 30–40. Jak wynika z badań prowadzonych wśród policjantów, połowa z nich nie widzi szans na zmianę swojego położenia i rozwój kariery; 13 na 100 czuje się stłamszonych, 12 – wypalonych. Kilka lat temu specjaliści z Zakładu Medycyny Pracy w Łodzi sprawdzali, co doskwiera funkcjonariuszom. Już wtedy szacowali, że niemal pięć tysięcy z nich przystępuje do codziennych obowiązków, mając objawy stresu traumatycznego. A korposzczury i nauczyciele idą do pracy z pieśnią na ustach i przekonaniem, że to, co zrobią, będzie miało wyższy sens?

Ogniomistrze

Jacek T. ma na koncie około dwudziestu spalonych bryk. Jako syn adwokata problemów nie miał. Nie chorował i nie zawiódł się w miłości. Według standardów specjalistów od frustracji, nie miał się czym stresować. A tu proszę…
Jego przykład poszedł w Polskę. Autka zapłonęły w Brzeszczach – tych Brzeszczach. Ale tylko dwa. Za to w Gdańsku jednej nocy facet spalił aż 20 pojazdów. Miał prawo się wkurzyć, bo jak się ma 34 lata i jest na utrzymaniu rodziców, to rzeczywiście człowiekowi może odbić. Szczególnie że poprzednie podpalenie 12 aut pomogło jego stanowi psychicznemu na całe dwa lata.

Raz żyletką, raz młotem

W Koninie facet wlazł na drzewo, przywiązał do szyi sznur i groził, że się zabije. Ale funkcjonariusze skutecznie mu to wyperswadowali. Mężczyzna trafił pod opiekę psychiatrów.

Nieco inną formę redukcji frustracji wybrał 18-letni mieszkaniec Człuchowa. Pojechał do Piły i chlastał przechodniów żyletką. Kroplą przelewającą czarę jego goryczy było niezdanie egzaminu na prawo jazdy.

Za to w Dąbrowie Górniczej policji udało się obezwładnić obywatela, który chciał zabić młotkiem ludzi stojących na przystanku. Nawet to mu się nie udało, bo dwaj poszkodowani mają co prawda pogruchotane czaszki, ale żyją. Nie wiadomo, co kierowało sprawcą.
W Wojcieszowie pod Złotoryją pan postanowił spuścić z siebie napięcie poprzez rzucenie się z 20-metrowego komina, na który uprzednio wszedł. Redukowanie stresu zajęło policjantom pięć godzin.

Frustraci mają też swoje ulubione miejsca. Jednym z nich jest Krzyż Milenijny w Bolesławcu, gdzie przeciętnie raz na miesiąc władza sprowadza desperata na ziemię.

Pomoc niespecjalnie społeczna

Parę lat temu wśród desperatów panowała moda na nawiedzanie ośrodków pomocy społecznej. W Szczecinie odwiedzało się w tym celu Rejonowy Ośrodek Pomocy Rodzinie – Zachód. Wpadało się z pojemnikiem do oprysków, rozpylało jego zawartość, wyjmowało zapalniczkę i groziło, że za chwilę to wszystko wybuchnie. A potem dawało się obezwładnić straży miejskiej i oświadczało, że gdyby się miało dostęp do broni, toby się wszystkich powystrzelało.

Niezłym miejscem do zmniejszania napięć psychicznych był też Ośrodek Pomocy Społecznej w Górze Kalwarii. Sprawdziła to pani, która przyszedłszy tam ugodziła nożem kierowniczkę OPS oraz pracownicę socjalną.

Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej w Makowie w powiecie skierniewickim stał się słynny po tym, jak odwiedził go pan wyposażony w łatwo palną ciecz i zapalniczkę. Płyn rozlał na korytarzu i w jednym z pomieszczeń. Spłonęły dwie pracownice GOPS.

Bombowe chłopaki

Frustracja polityczna może być przyczyną wielu interesujących eksperymentów pirotechnicznych. Sylwester A. podkładał w Krakowie w 1996 r. ładunki trotylu bez zapalników. Żądał pół miliona marek niemieckich, a większość ładunków podłożył w kościołach. Antyreligijność kierowała też Ryszardem M. ps. Mohan z sekty Himawanti, który w tym samym 1996 r. groził, że w okresie szczytu pielgrzymkowego dokona zamachu na Jasnej Górze. Poprzestał na groźbach.

W 2006 r. w Warszawie objawił się – do dziś niewykryty – terrorysta, nazwany przez media „gejobomberem”. W kilkunastu miejscach podłożył atrapy bomb, czym sparaliżował miasto. Z jego listu wynikało, że chce w ten sposób przeciwstawić się dyskryminacji gejów w Polsce.

Najpoważniejszy w skutkach sposób rozładowania stresu politycznego zdarzył się jesienią 2010 r. w Łodzi. 62-letni Ryszard Cyba, taksówkarz z Częstochowy, napadł na biuro PiS-u. Zastrzelił jego szefa Marka Rosiaka i ciężko ranił jednego z pracowników. Zatrzymany krzyczał, że chciał „zabić Kaczyńskiego”. No i jest jeszcze Brunon Kwiecień, co to chciał wysadzić w powietrze Sejm wraz z prezydentem i premierem. Z nim jest problem. Nie wiadomo, na ile facet zakładał własną Al-Kaidę, a na ile pomagała mu w tym ABW. Tak czy inaczej, skupował hurtowo saletrę, kombinował zapalniki i werbował ludzi.

W jego twórczości internetowej widać, jak rośnie w nim frustracja. Na forach głosił tezę, że zamachy z 11 września to spisek finansjery, a dodawanie fluoru do pasty do zębów służy otępianiu ludzi. Cztery miesiące przed aresztowaniem napisał zaś: „Czas najwyższy przestać pieprzyć i zacząć działać. Polacy, jeśli dalej tym złodziejom pozwolimy na wyprzedawanie wszystkiego, to i z nas zrobią niewolników. Obudźcie się! TRZEBA Z NIMI ZROBIĆ PORZĄDEK (…) 30 POLAKÓW NA 1 ŻYDA I PO PROBLEMIE”.

Gdyby jednak wszystkich wypisujących coś takiego pakować do psychuszek lub więzień, to nie miałby w tym kraju kto pracować.

Koiciel polskich dusz

Polski frustrat polityczny, w odróżnieniu od frustrata finansowego i miłosnego, ma co ze sobą zrobić. Nie musi podpalać, strzelać, rąbać czy dusić. On się może wyklaskać i wykrzyczeć. A potem pozwolić wygrać wybory partii frustratów. I wtedy zaczyna się problem. Im więcej postulatów się zrealizuje, tym bardziej będzie narastał radykalizm. Największym wrogiem sfrustrowanego elektoratu stają się zdrajcy. U desperata politycznego kara za zdradę jest jedna – kara śmierci dla wczorajszych idoli.

Prezes zdaje sobie z tego sprawę doskonale. Nie bez przyczyny od lat porusza się wyłącznie w obstawie ochroniarzy.