Władza czyści kamienice

Polityka mieszkaniowa PiS nadaje się tylko do radia Erewań. Mieli mieszkania rozdawać, a będą odbierać.

„Mieszkanie plus” zanim zdechło, zdążyło zaowocować zalewanymi parterami w Jarocinie, i wynajmowaniem „gotowych pod klucz” mieszkań w Białej Podlaskiej, bez podłóg, drzwi i oczywiście urządzeń kuchennych, czy łazienkowych. I w jednym i w drugim przypadku zamiast obiecywanej ceny wynajmu lokalu na poziomie 70-80 proc. tego czego żąda wolny rynek, skończyło się na czynszach wyższych niż w okolicy. Obiecywana opcja dochodzenia do własności okazała się bajką, a regulamin najmu jest taki, że jak ktoś zachoruje, albo straci pracę, i nie zapłaci, to wylatuje z mieszkania. Na bruk, bez żadnej możliwości wyszukiwania takiej osobie lokali zastępczych.

Afera z warszawskimi bonifikatami na wykup gruntów z dzierżawy wieczystej, wykazała, że i w tak nieskomplikowanej dziedzinie, PiS jest w stanie wprowadzić chaos. Wystarczyło, że zastosowali 60 proc. stawkę zniżki dla gruntów państwowych i możliwość 90 proc. bonifikaty dla ziemi należącej do samorządu, żeby wszyscy wszystkim skoczyli do gardeł. 

Mieszkasz, to pokazuj

Najlepsze jednak przed nami. Od 21 kwietnia 2019 r. obowiązuje prawo klepnięte bez rozgłosu rok wcześniej. A ono mówi, że osoby mieszkające w lokalach komunalnych, mogą za nie płacić czynsz w wysokości 40 zł za metr kwadratowy. Lub więcej.

Ustawa każe gminom kontrolować dochody każdemu, komu przyznają mieszkanie. Raz na 2,5 roku lokator mieszkania komunalnego ma zatem zaopatrzyć administrację w deklarację zarobków wszystkich pomieszkujących z nim osób za poprzednie 3 miesiące. I jakby najemca zarabiał więcej niż wynosi ustalony przez gminę limit, to wtedy gmina podniesie mu czynsz nawet do 8 proc. „wartości odtworzeniowej lokalu” (czyli ceny rynkowej). 

A nie daj Boże, żeby taka 4-osobowa rodzina z mieszkania komunalnego, dostała w spadku jakąś kawalerkę. Wtedy gmina wywali taką familię do jej odziedziczonej posiadłości już po miesięcznym wypowiedzeniu. 

Kara za podwyżkę zarobków

Miesięczny czynsz w wysokości 40 zł/metr kw. może być oczywiście wyższy. Tyle bowiem wychodzi za mieszkanie wycenione na 6 tys. zł za metr. Czyli w przypadku Warszawy za jakieś stołeczne peryferia. W centrum, wartość odtworzeniowa spokojnie mogłaby wynosić i 8-9 tys zł. I wtedy ktoś mieszkający w kamienicy w Śródmieściu, za 60 metrowe mieszkanie, za które teraz płaci niecałe 450 zł, musiałby wykładać 3 600 zł czynszu miesiąc w miesiąc. Wystarczyłoby, żeby taki lokator samorządowego mieszkania, będący posiadaczem jednego dziecka, zarabiał wraz małżonką 4000 zł na rękę. Bo warszawskie przepisy komunalne określają, że limit przychodów lokatora w wieloosobowym gospodarstwie to 1330 zł na osobę. Gdy więc mąż i żona dostają na konto po 2 tysiące, to od kwietnia będą jako krezusi płacili za komunalną chałupę znacznie więcej niż takie samo mieszkanko wynajęte prywatnie. 

A gdy nie będą chcieli płacić, to właściwe służby będą miały obowiązek wywalenia ich na zbitą twarz.

Nie musi tak jednak być, bo pisowska ustawa jest ludzka. I nie nakazuje, ale pozwala, gminom skorzystać z opcji niepodnoszenia czynszu do maksimum, ale np. do wysokości, w której zmieści się to, co lokator zarabia powyżej limitu. Czyli, jak mąż czy żona dostaną w pracy podwyżkę, o 300-400 zł miesięcznie, to mają tę kasę przelać na konta samorządu, bo o tyle wzrośnie im czynsz. To oczywiście nader motywujące dla każdego… 

W związku z czym pomysły te jeszcze bardziej nakręcą rozwinięty przez „500 plus” system płacenia pod stołem.

Kierunek przedmieście

Pocieszeniem dla większości ludzi mieszkających w lokalach komunalnych jest to, że nowe przepisy będą obowiązywać tylko osoby, które podpiszą umowę najmu po 20 kwietnia. Tyle, że w ustawie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zmusić do tego osoby mające od lat najem na czas nieokreślony. Jak urząd zagnie parol na jakąś nieruchomość, to przecież znajdzie setki powodów aby przenieść „starych” lokatorów no nowych lokali. A wtedy będzie potrzebna nowa, restrykcyjna finansowo umowa nakazująca płacić horrendalne stawki. Budynki trzeba wszak rewitalizować i dokonywać kapitalnych remontów w obawie przed katastrofa budowlaną. 

Przepis o niedziałaniu prawa wstecz spowodował, że do urzędów biegają wszyscy, którzy mieli dotąd umowy na czas określony. Sądzą, że jak zdążą przed kwietniem stać się posiadaczami umów na wynajem bezterminowy, to im się upiecze. Sęk w tym, że urzędnicy też to wiedzą i albo sprawy przeciągają poza 20 kwietnia, albo wydają decyzje odmowne.  

Jaki będzie efekt opieki państwa PiS nad setkami tysięcy lokatorów mieszkań komunalnych łatwo przewidzieć. Oberwą, jak zwykle, najbiedniejsi, którzy, nie mogąc zakombinować z pracodawcą przy zarobkach, będą musieli wynieść się z horrendalnie drogich mieszkań komunalnych i zamieszkując na obrzeżach wielkich miast, płacić na wolnym rynku nawet połowę tego, co zarabiają. Choć i tak mniej niż za mieszkanie komunalne.

Jak stracić na dopłacie

Ale, ale. Przecież od stycznia weszły przepisy pisowskiej ustawy „o pomocy państwa w ponoszeniu wydatków mieszkaniowych w pierwszych latach najmu mieszkania”. To się nazywa „Mieszkanie na start” i polegać ma na tym, że dopłaty do czynszu pomogą Polakom w obniżeniu kosztów życia. Według Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju „program dopłat do czynszów jest kierowany do ludzi, których nie stać na wynajem czy zakup mieszkania na rynku komercyjnym, a ich dochody są zbyt wysokie, by mogli ubiegać się o mieszkania komunalne”. Tacy ludzie przez 15 lat będą mogli dostawać dopłaty do czynszu. W przypadku 4-osobowych rodzin dotacja może wynieść nawet od 300 do 560 zł miesięcznie. W tym roku na ten cel państwo wyłoży 200 mln zł. I odtąd co rok będzie wydawało o kolejne 200 mln zł więcej, by w 2034 osiągnąć 3,2 mld zł i przestać rosnąć. 

O dotację do czynszu może się starać tak singiel jak i rodzina. Tyle, że osoba pojedyncza nie może zarabiać więcej niż 2600 zł brutto. A dochody czteroosobowej rodziny winny być niższe od 6 400 zł.

I na tym koniec dobrych wiadomości. Dopłaty będą przyznawane osobom wynajmującym mieszkania wyłącznie w nowym budownictwie i tylko po zawarciu stosownej umowy z gminą. Czyli nie będą przyznawane tym, którzy wynajmują używane mieszkanie od osób prywatnych.

Jest zatem tak, że dopłaty są dla limitów znacznie wyższych niż te ustalane dla mieszkań komunalnych przez gminy. A ponieważ wejdą do dochodu lokatorów, to zostaną zeżarte przez podwyżkę czynszu. Dokona się zatem transfer z kasy państwa na konto samorządów. Co samo w sobie, jest może idiotyczne, ale nie złe. 

A, że wywaleni w mieszkań komunalnych nic z tego nie będą mieli? No cóż… Kazał im ktoś zarabiać więcej niż najniższa krajowa?

PiS, zamiast opowiadać jak robi dobrze ludziom z problemami mieszkaniowymi, mógłby zrobić coś konkretnego. I to dla milionów Polaków. Znieść, albo choć obniżyć podatki od wynajmowanych mieszkań. Dziś wynajmujący płaci właścicielowi mieszkania za jego podatek. A ten wynosi 18 lub 32 proc, w zależności od przychodów posesjonata, gdy ten chce opodatkować się według „normalnych” zasad, czyli z odliczaniem kosztów. Albo 8,5 proc. podatku zryczałtowanego, gdy właściciel jest leniwy.  

Oczywiście podatki takie płaci – zdaniem ekspertów – najwyżej co dziesiąty wynajmujący. Co nie przeszkadza większości z nich wliczać go w koszt najmu. Gdyby zatem podatek taki znieść, to budżet nawet by tego nie poczuł. A gdyby wprowadzić tylko ryczałt w wysokości 1 proc., to mogłoby się okazać, że dochody państwa będą większe niż dziś. Płacenie paru złotych miesięcznie nie byłoby problemem dla właścicieli, a powodowałoby, że mogliby bez strachu przed fiskusem rejestrować taki najem. I spaliby spokojnie, że lokatorzy – świadomi, że trzymają w szachu niepłacącego podatków właściciela – nie sprzedadzą wyposażenia lokalu. I to w poczuciu zupełnej bezkarności. Bo jak można ścigać kogoś, kto formalnie lokatorem nie był? 

Na tej operacji skorzystaliby i lokatorzy. Może nie 30 proc., jak w mitycznym „Mieszkaniu plus”, ale co dziesiątą złotówkę, by zaoszczędzili.