Koniec ery Bońka w PZPN

W środę odbędzie się walne zgromadzenie PZPN i tego dnia Zbigniew Boniek po dziewięciu latach przestanie pełnić funkcję prezesa. To jednak nie oznacza, że utraci realną władzę w polskim futbolu. Już ponad 20 lat temu potrafił rządzić związkiem „z drugiego fotela” jako wiceprezes ds. marketingu.

Boniek objął funkcję prezesa PZPN w 2012 roku zastępując dawnego kolegę z reprezentacji Polski Grzegorza Lato. W trakcie dwóch jego kadencji (na kolejne nie pozwalało już polskie prawo) reprezentacja Polski dwukrotnie zagrała w mistrzostwach Europy i raz w mistrzostwach świata. Na stronie internetowej PZPN służby medialne PZPN opublikowały liczącą 70 punktów listę najważniejszych dokonań związku w ostatnich dziewięciu latach. Ale te pożegnalne fanfary nie robią na nikim wrażenia. Piłkarskie środowisko chce odmiany i jeśli nie zdarzy się nic nieprzewidzianego, przedłużone o rok z powodu pandemii koronawirusa rządy Bońka i jego świty dobiegną końca w środę 18 sierpnia.
Kulesza w roli faworyta
Chęć ubiegania się stanowisko sternika naszej piłkarskiej federacji zgłosili dwaj dotychczasowi wiceprezesi PZPN – Marek Koźmiński i Cezary Kulesza, ale niewykluczone, że w ostatniej chwili pojawią się jeszcze jacyś inni kandydaci. Wedle medialnych spekulacji murowanym faworytem do zwycięstwa jest Kulesza, do niedawna prezes Jagiellonii Białystok. Musi jednak na niego zagłosować co najmniej 60 ze 118 delegatów. Nie powinien mieć z tym kłopotu. W wyborach w 2012 wszedł do zarządu PZPN z 59 głosami elektorów, ale w 2016 zagłosowało na niego już 115. Uzyskał tym samym lepszy wynik nawet od Bońka, który dostał 99 głosów. Kulesza przez ostatnie lata solidnie pracował na sympatię środowiska – objechał Polskę wzdłuż i wszerz, pobiesiadował, porozmawiał, naobiecywał, czyli zrobił to wszystko, czego nie chciało się robić Koźmińskiemu.
W hermetycznym piłkarskim środowisku po dziewięciu latach rządów lubującej się w luksusie i blichtrze ekipy Bońka wróciła tęsknota za „swojskością” w relacjach i podmiotowością w relacjach z piłkarską centralą. Kulesza nie ma „parcia na szkło”, nie przepada za publicznymi wystąpieniami i w odróżnieniu od Bońka będzie raczej reglamentował swoją obecność w mediach. Na razie nie wyjawił co konkretnie zamierza zmienić w PZPN, poza enigmatyczną obietnicą „poprawienia jakości szkolenia”. A za ten pion w związku przez ostatnie cztery lata odpowiadał właśnie Koźmiński.
Ustępujący prezes oficjalnie nie poparł żadnego z kandydatów. Ogłosił to jednak dopiero po kwietniowych wyborach do komitetu wykonawczego UEFA, w którym to gremium zasiadał już wcześniej i do którego został wybrany ponownie, tym razem na czteroletnią kadencję, a jeszcze na dodatek z awansem na funkcję jednego z wiceprezydentów UEFA. Tak wysoko w strukturach Europejskiej Unii Piłkarskiej nie zaszedł żaden polski działacz. W tej sytuacji Boniek nie musiał już walczyć o zachowanie wpływów w Polskim Związku Piłki Nożnej. Mówiąc kolokwialnie, w tej chwili w polskim futbolu nie ma takiego mocnego, który mógłby mu podskoczyć. Obojętnie zatem kto wygra wybory na nowego prezesa i jacy ludzie wejdą do zarządu, raczej „grzebania w papierach” nie będzie i żadne „kwity” nie wypłyną.
Nikt cię nie chwali, pochwal się sam
Na pewno skończy się jednak era gloryfikowania dokonań Bońka i jego ekipy. Ustępujący prezes chyba ma tego świadomość, bo na odchodnym nie omieszkał zrobić kwerendy po zaprzyjaźnionych mediach i pochwalić się w nich efektami swoich dziewięcioletnich rządów. Dowodzą tego jego wypowiedzi. „Uważam, że w przeciwieństwie do moich poprzedników nie wychodzę ze złamanymi nogami, obciążonym wizerunkiem. Niedawno zrobiliśmy specjalną ankietę i wiem, jak to wygląda. Czuję sympatię ludzi, gdy jestem w przestrzeni publicznej. Oczywiście, zdarza się hejt. Niektórzy dzięki anonimowości czują się odważni. Ale ja wiem doskonale, co ludzie o mnie myślą, bo czuję to codziennie na ulicy. Na pewno nie żałuję żadnego dnia na tym stanowisku” – przekonywał Boniek. Ale w wywiadzie dla PAP odrzucił już jednak pozory skromności. „Chciałem być prezesem, żeby polskiej piłce pomóc. I uważam, że zostawiam nasz futbol w dobrej sytuacji. Zrobiliśmy produkt premium, jeżeli chodzi o postrzeganie federacji, promocję. Dzisiaj reprezentacja Polski, również kobiet, to zupełnie inna rzeczywistość organizacyjnie i logistycznie. A teraz musimy starać się robić produkt premium na boisku. Ale ludzie tego nie widzą. Uważają, że Boniek i PZPN są odpowiedzialni za to, jak kto kopie piłkę. Nie jesteśmy. Odpowiadamy za wiele innych spraw, z których można nas rozliczać” – przekonywał wskazując, za co należy go rozliczać: za reformę szkolenia i rozgrywek, promocję i popularyzację polskiej piłki oraz zarządzanie i finanse federacji.
W tym samym wywiadzie na pytanie, co go zaskoczyło najbardziej podczas sprawowania funkcji prezesa PZPN, odpowiedział: „Uderzyła mnie zmiana postępowania ludzi, wzajemne stosunki, agresywność, hejt, wpływ polityki na codzienne życie. My sobie z tym radziliśmy, ale to będzie największe wyzwanie przed moimi następcami. Gdy Marek Koźmiński zgłosił gotowość startu w wyborach, powiedziałem mu, że jeśli chce, niech się ubiega o stanowisko, bo jest dobrym kandydatem. Później dołączył drugi z naszych wiceprezesów, Cezary Kulesza. Myślałem, że może kontrkandydatem będzie ktoś z zewnątrz. Powiedziałem im, że współpracowali ze mną ponad osiem lat, akceptowali nasze programy, w niektórych brali udział. Dlatego ja się nie będę wypowiadał publicznie na temat ich kandydowania ani wtrącał do ich wyborczych kampanii. I tego się trzymałem do końca” – zapewniał Boniek. I podkreślił, że jedyne czego żałuje, to porażki reprezentacji Polski w meczu ze Słowacją na Euro 2021.
Minusów było jednak sporo
Nie wszyscy w Polsce podzielają jednak wysoką samoocenę ustępującego prezesa. Do tego coraz już liczniejszego grona zalicza się choćby Marek Wawrzynowski, publicysta portalu SportoweFakty pl. (…)Słysząc opowieści o tym, że prezes PZPN zastał piłkę drewnianą, a zostawił murowaną, wyobrażam sobie, że nasza liga jest wśród solidnych europejskich lig, kadra odnotowała pasmo sukcesów, piłkarze są rozchwytywani przez czołowe kluby zagraniczne, nasi trenerzy są postrzegani jako nowatorscy, zaś z małych klubów do dużych akademii przechodzą masowo superutalentowane dzieci. Rzeczywistość jest brutalna. Nasza PKO Ekstraklasa jest jedną ze słabszych w Europie, jeśli chodzi o piłkę profesjonalną. Reprezentacja Polski odpadła w marnym stylu w dwóch kolejnych dużych imprezach już w fazie grupowej, polski piłkarz nie jest pożądany w dużej piłce, zaś na koniec kadencji siłę pokazała drużyna do lat 17, która przegrała 1:10 z Niemcami(…). Gdyby wystawić ocenę Bońkowi za sprawy typu marketing, PR, organizacja, była to kadencja świetna. Ekipa Bońka podniosła piłkę wizerunkowo, opakowała znakomicie produkt. Mecze kadry na Stadionie Narodowym były fantastycznymi widowiskami na wysokim europejskim poziomie. Na pewno bardzo poprawiły się warunki dla kadry narodowej. Zawodnicy nie narzekali na brak niczego, mieli tylko wyjść i grać. Może dla nas, dziennikarzy, warunki do pracy były słabe, ale to pewnie nie jest z punktu widzenia kibica sprawa pierwszorzędna. Do tego doszła sprawna komunikacja z kibicami, m.in. poprzez kanał Łączy Nas Piłka. Przeznaczony bardziej dla młodszych odbiorców pokazywał kulisy kadry. Kapitalne było też wykorzystanie wizerunku kadry. W księgarniach można było kupić zeszyty do kolorowania z piłkarzami, w sklepach, gry i pełno różnych gadżetów. Wątpię, by poprzednia ekipa potrafiła tak wykorzystać wizerunek reprezentacji i zwłaszcza Roberta Lewandowskiego. Na duży plus są też imprezy, które za kadencji Bońka organizowano w Polsce. Turnieje młodzieżowe rangi międzynarodowej, mecze finałowe europejskich pucharów. Wszystkie te działania sprawiły, że PZPN jako przedsiębiorstwo stoi mocno na nogach, jest bogatą firmą, ma ogromne możliwości. Jest jednak druga strona tych dwóch kadencji. Sportowa. I tu niestety Zbigniew Boniek oblał egzamin. (…)
Ostatnie dwie dekady na Zachodzie to wielkie zmiany w futbolowej edukacji. Szwajcaria od lat gra w dużych turniejach i wychodzi regularnie do II rundy. Efekt reform federacji. Anglia znowu jest wśród największych – efekt pracy federacji. Francja, Dania, Belgia, Hiszpania, Holandia, Austria i tak dalej. Każda licząca się federacja zainwestowała wiele pracy w reformy w szkoleniu piłkarzy oraz trenerów, nasza wprowadzała bezsensowne i nieefektywne programy typu Akademia Młodych Orłów, wydawała na nie fortunę (szacunkowo 20 milionów złotych), obudowywała PR-owo, by po 6 latach po cichu je zlikwidować. Dlaczego szkolenie jest tak istotnym tematem? Widzimy to na co dzień w polskiej ekstraklasie, widzimy w kadrze narodowej. Polski piłkarz nie umie grać jeden na jednego, nie potrafi poruszać się w tłoku, ma często podstawowe braki techniczne, nie jest kreatywny. Są oczywiście wyjątki, ale… to wyjątki”.(…)
Pretensje są słuszne i krytyka zasłużona. Rzecz w tym, że poza osobami osobiści zaangażowanymi w szkolenie mało kto sobie tym zawraca głowę. Dlatego Boniek może spokojnie chadzać po ulicach, z czym jego poprzednik, Grzegorz Lato, u schyłku kadencji miał pewien kłopot.