Bullingdon Boy u steru

Nie zaskakuje, że schedę po Theresie May – zarówno przywództwo Partii Konserwatywnej jak i funcję szefa brytyjskiego rządu – przejmuje akurat Boris Johnson. Warto się jednak zastanowić, jakie przyniesie to konsekwencje.

Torysi przeprowadzili wybory przewodniczącego w sposób wysoce demokratyczny – głosowało 87,4 proc spośród prawie 160 tys. członków partii, z czego Johnsona poparło 66,4 proc. W konsekwencji dziś premier Theresa May wręczy królowej swoją dymisję.
Boris Johnson – były Lord Major Londynu i były minister spraw zagranicznych – był od początku zdecydowanym faworytem, co wskazuje, że większa część torysów akceptuje perspektywę „twardego brexitu”. Przypuszczalnie nawet więcej niż głosowało na Johnsona, albowiem jego rywal Jeremy Hunt także godził się z brexitem bezumownym, może tylko bardziej to owijając w bawełnę i opakowując w obietnice podejmowania dalszych negocjacji z Brukselą, choć skądinąd wiadomo, że ze strony UE nie pojawiały się żadne sygnały wskazujące na wolę ponownego otwierania negocjacji uznanych za sfinalizowane. W konsekwencji może to wszakże oznaczać, że wśród torysów dokona się pewna erozja na rzecz partii Liberalnych Demokratów, która w ostatni weekend także wybrała sobie nową szefową – została nią Jo Swinson – i deklaruje wolę odwrócenia procesu wychodzenia Wielkiej Brytanii z UE.
Boris Johnson z kolei gwarantuje – choć może jest to słowo niezupełnie adekwatne w stosunku do polityka, któremu zdarzają się zmiany zdania i chimeryczne nastroje – poprawa klimatu między Londynem a Waszyngtonem, ochłodzonego czasowo po wycieku depesz krytykujących prezydenta Donalda Trumpa i jego ekipę z brytyjskiej ambasady. Sam Trump niedwuznacznie dawał do zrozumienia, że Johnson jest jego zdecydowanym faworytem jako następca Theresy May, z którym będzie się znakomicie dogadywał. W czym jest zapewne trochę racji, bo obu polityków łączy znacznie więcej niż tylko przydługie włosy o bladożółtym kolorze.
Urodzony w 1964 r. Johnson może mieć imaż populisty, figury nierzadko kontrowersyjnej i popełniającej gafy w polityce zagranicznej – jak choćby publiczne recytowanie „Mandalay” Rudyarda Kiplinga podczas wizyty w birmańskiej świątyni, porównywanie obchodów dnia św. Patryka do propagandy irlandzkiego nacjonalizmu w stylu Sinn Féin czy porównywanie UE do imepriów Napoleona i Hitlera, tylko „działającego innymi metodami”. Z drugiej wszakże strony jako polityk opozycyjny działał na rzecz obalenia Tony’ego Blaira w związku z inwazją na Irak, którą określił „kolosalny błąd i nieszczęście”, choć z drugiej strony w 2003 r. głosował za udziałem w niej Wielkiej Brytanii. „Od zawsze” deklarował się jako eursceptyk.
Na koniec należałoby wyjaśnić tytuł tego artykułu. Otóż Bullingon Club – rodzaj nieformalnego elitarnego stowarzyszenia zamożnych studentów Uniwersytetu Oxfordzkiego, znanego z urządzania wystawnych bankietów z zasady kończących się dogłębnym zdemolowaniem lokalu – za co, trzeba dodać, uczestnicy tych pijatyk nie uchylali się od ponoszenia kosztów. Dochodziło także do bijatyk z lewicowo nastawionymi grupami studentów. W tym samym członkami Bullingdon Club byli też były premier David Cameron, rywalizujący o przywództwo z Johnsonem Jeremy Hunt oraz – przygarnięty przez swoich zamożniejszych i lepiej uplasowanych kolegów polski imigrant –Radek Sikorski. Po latach Johnson odżegnywał się od udziału w tych breweriach, nazywając je „młodzieńczą arogancją”. Ale też coś z tej nieobliczalności w nim chyba dotąd zostało.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *