Horror nędzy i demoralizacji

Jednoprocentowy wynik nie wszędzie okazuje się przesłanką do kapitulacji. Tyle uzyskała niezależna lewicowa kandydatka w Bułgarii – Wania Grigorowa. Wystartowała zupełnie samodzielnie, bez żadnego wsparcia finansowego czy strukturalnego. „To dopiero początek, i to jest dobry początek” – mówi w rozmowie z Bojanem Stanisławskim (strajk.eu).

Jeden procent to bardzo słaby rezultat. Traktowanie tego w kategoriach zwycięstwa jest nieporozumieniem. Twój entuzjazm zdaje się wpisywać w długą listę poznawczych problemów, które zjadają lewicę od dekad, takich jak właśnie mylenie porażek ze zwycięstwami. Tak się nie da robić poważnej polityki.
Po pierwsze, nigdy i nigdzie nie powiedziałem, że ten wynik to jakieś „zwycięstwo”. Jasnym jest dla każdego przytomnego człowieka, że w kategoriach walki o władzę jest to niski rezultat. Niemniej udział w wyborach, choć w ostatecznym rozrachunku musi się do tego sprowadzać, może też służyć innym, pomniejszym i bardziej pośrednim celom. Ja właśnie takie sobie postawiłam, a liczba głosów, którą uzyskałam, zwłaszcza przy możliwościach, którymi dysponowałam, była przeze mnie spodziewana. To oznacza, że działam z poczuciem proporcji i mam dobre rozeznanie własnych możliwości.
Oczywiście, każdy liczy na jak najwięcej, ale dobry polityk to taki, który potrafi przystosować swoje taktyki i strategie do okoliczności, również powyborczych. Walka o władzę to sprawa fundamentalna, niemniej w bułgarskich warunkach i przy moich i mojego sztabu możliwościach, nie da się przeprowadzić tego w ciągu jednego cyklu wyborczego. Poza tym, przypominam, to były wybory do Parlamentu Europejskiego. O jakiej walce o władzę w Bułgarii, technicznie biorąc, można mówić przy tej okazji?
Nie wiem. Ty zdecydowałaś się wystartować w tych wyborach. Opowiedz więc o swojej motywacji, skoro nie było nią zdobycie władzy.
W polityce zawsze chodzi o władzę, ale nie zawsze można o nią walczyć z natychmiastowym efektem i stawiać sobie maksymalistycznych oczekiwań. Dla mnie ta kampania i te wybory są początkiem początku i wcale nie są początkiem złym, czy choćby zniechęcającym. Nie bardzo rozumiem, dlaczego w Twoich pytaniach pojawiają się tego typu implikacje.
Dlatego, że napatrzyłem się w Polsce, przez ostatnie dwadzieścia lat na „niezależnych kandydatów”, na „niezależną lewicę” i temu podobne byty, które tonęły w odmętach wyborczych starć i zostały wypchnięte na zupełne peryferie życia politycznego, gdzie przepoczwarzają się w zespoły wzajemnego pocieszenia. Politycy i działacze z dużym stażem popełniali rażące błędy, fatalnie kalkulowali własne możliwości i źle oceniali nastroje społeczne. W ostatecznym rozrachunku tracili wiarygodność i mandaty.
Nie znam polskiej sytuacji i nie mogę jej komentować, ale z tego wynika, że sytuacja wyjściowa tam była zupełnie inna niż moja. Ja nie mam za sobą żadnej kariery w polityce, nie mam partii czy jakiegoś stanowiska, która mogłam stracić. Jeśli chodzi o mój wizerunek, to go tylko wzmocniłam i zyskałam bardzo ważną wiedzę dotyczącą tego jak działać dalej. Nie skalkulowałam niczego źle, dostałam tyle głosów, ile się spodziewałam.
W trakcie kampanii otworzyłam wiele drzwi. Dotarłam do ludzi, którzy są gotowi poprzeć lewicowy program pomimo całego zepsucia polityki, kultury i w ogóle moralnej, politycznej i ekonomicznej degrengolady jaką sprowadziła na Bułgarię transformacja. Dla mnie to były zwiady, początek początku. Wcale niezły.
Nie jestem na żadnych peryferiach życia politycznego. Tego nie można mierzyć wyłącznie rezultatem wyborczym, zwłaszcza w takich wyborach jak te do Parlamentu Europejskiego. Jestem na początku jakiejś drogi. Bułgaria to nie Wielka Brytania uwikłana w Brexit, gdzie dość było jednego charyzmatycznego prawicowego demagoga, by wygrać wybory i pokazać elitom środkowy palec. To też nie Francja, gdzie trwa masowa mobilizacja społeczna.
Co zatem wynika z tej misji zwiadowczej?
Bardzo wiele. Mój sztab wciąż analizuje wyniki i wspólnie pracujemy nad finalnymi wnioskami. Posłużą nam one do dalszej politycznej pracy. Nie jestem pewna, czy potrafię w tej chwili uszeregować te elementy pod względem ich wagi dla lewicowej sprawy w Bułgarii.
Co jednak wydaje Ci się najistotniejsze?
Najwięcej głosów uzyskałam w Sofii, w Płowdiwie i dwóch innych, sporych jak na Bułgarię, ośrodkach miejskich. Poparcie dla mnie wśród Bułgarów mieszkających zagranicą również bardzo mnie zaskoczyło. Są rejony, gdzie moja lista uzyskała drugi wynik, po partii GERB Bojko Borisowa [premiera Bułgarii – przyp. red.]. Np. na wyspie Rodos w Grecji. To oznacza, że mój przekaz, przy naprawdę bardzo skromnej kampanii dotarł nie do turystów jak sugerowały niektóre media, ale do bułgarskich pracownic migracyjnych, które zatrudnione są tam w hotelach jako sprzątaczki i kelnerki. To bardzo ważny sygnał, bo to jedna z grup, która jest dla mnie priorytetowa.
Kolejną ważną sprawą była próba wejścia w dialog w mieszkańcami wsi małych miast. Okazało się to nieco bardziej skomplikowane niż sądziłam i myślę, że to był największy niedostatek mojej kampanii. Moja kampania została przeprowadzona wyłącznie siłami mojego niewielkiego sztabu – grupy lewicowych dziennikarzy i aktywistów. Żadnych bogatych sponsorów. Wszystko jak najtaniej, a jednak zorganizowaliśmy mnóstwo spotkań w całym kraju. Robiliśmy „zrzutki” na benzynę, czasem także wśród osób, które przychodziły na spotkania. Własnym sumptem stworzyliśmy stronę internetową i działaliśmy w sieciach społecznościowych. Kilka razy w tygodniu byłam gościem różnych programów telewizyjnych i radiowych.
Niemniej jesteś osobą rozpoznawalną w Bułgarii. Jesteś głównym doradcą przewodniczącego drugiej co do wielkości organizacji związkowej w Bułgarii – KT Podkrepa, ten, kto interesuje się polityką, zna Twoje nazwisko. Zdumiewa mnie, że ruch pracowniczy nie rozpoznał w Tobie swojej kandydatki. Zanim jednak opowiesz o tym, dlaczego tak się stało, wróćmy do tematu małych miejscowości.
Tam występuje kilka bardzo poważnych problemów, które są wynikiem ogólnocywilizacyjnego upadku jakiego Bułgaria doświadczyła i cały czas doświadcza od 1989 r. Wszystko sprowadza się do biedy i wynikającego z niej ogólnoegzystencjalnego bezsensu. Nasz kraj znajduje się w stanie katastrofy gospodarczej i demograficznej. Wyludnienie obszarów wiejskich i małych miast jest jak gangrena. Niszczy wszystko! Dość powiedzieć, że w Bułgarii, pod koniec lat 80., mieszkało blisko 10 mln obywateli. Teraz, według oficjalnych statystyk, jest nas niecałe 7 mln. Tak naprawdę jeszcze mniej, bo wiele osób, które wyjechały za granicę nie zarejestrowały tam jeszcze rezydentury podatkowej i nie wymeldowały się ze swojego pierwotnego adresu w Bułgarii.
Skutek tego jest między innymi taki, że ludzie kompletnie utracili kontakt ze światem i przestali się interesować czymkolwiek co wykracza poza granice ich bezpośredniej codzienności, a ta jest niczym innym jak walką o ocalenie. Moja kampania o tyle była istotna, o tyle przyciągnęła uwagę, że mowa w niej była niemal wyłącznie o dochodach, tudzież o ich braku. Jako bodaj jedyna koncentrowałam się na kwestiach stricte socjalnych i to była podstawowa dźwignia mojej kampanii. Wzbudziłam spore zainteresowanie, ale – poza kilkoma wyjątkowymi punktami – na wsi i w małych miastach poradziłam sobie bardzo słabo.
Dotarcie do tych społeczności wymaga zdobycia ich zaufania, na co nie było czasu. Większość osób, gdy przyjeżdżałam, było przekonanych, że będę im oferowała pieniądze za głosy! Byłam w szoku. Zdawałam sobie, oczywiście, sprawę z tego jak gigantycznym problemem jest korupcja wyborcza w Bułgarii, ale nie sądziłam, że są w tym kraju miejsca, gdzie ludzie po prostu czekają na przyjazd kilku Jeepów, z których wysiądzie kilku dużych kolesi z walizkami pieniędzy i zacznie „zatrudniać” wyborców.
To jest horror nędzy i demoralizacji, żeby doprowadzić społeczeństwo do stanu, w którym całe rzesze ludzi czekają na to, by ich skorumpować. Ba, czują się dziwnie, są rozczarowani, gdy im się ogłasza, że nie, nie przyjechałam niczego kupować, przyjechałam zrobić spotkanie i namówić ich do głosowania na mnie i mój program. Oczywiście przegrałam z tym zjawiskiem.
Druga sprawa to kwestia totalnej trybalizacji polityki. Wyborcy w Bułgarii zachowują się już od 15 lat jak kibice klubów piłkarskich. Mamy dwie trzy ważne partie – Obywatele na Rzecz Europejskiego Rozwoju Bułgarii (GERB), Bułgarską Partię Socjalistyczną i koalicyjną przybudówkę dla każdego rządu pod nazwą Ruch na Rzecz Praw i Swobód (DPS). Głosuje się na nie. Każda ma swoich „ultrasów” oraz zaciąg medialnych janczarów. Cokolwiek stronnictwa te nie uczynią, „kibice” będą na nie głosowali. Rzecz w wyborach idzie o to, kto zmobilizuje swoich fanów skuteczniej i kto kupi więcej głosów. Ja się oczywiście do tego nie zapisuję.
Natomiast w tym schemacie też działają związki zawodowe. Niektóre organizacje mnie poparły, że załogi kilku konkretnych dużych zakładów zagłosowały na mnie. To jednak wyjątki.
Dobrze, to gdzie w tym wszystkim widzisz szansę na sukces?
Przede wszystkim w tym, że lewica w Bułgarii wykonała pierwszy krok. Udało się przeprowadzić kampanię bez wsparcia tego czy innego oligarchy. Policzyliśmy się. Jest nas co najmniej 10 tys. Jak na bułgarskie warunki to naprawdę dużo!
Co więcej, nasza kampania była naprawdę polityczna. Żadnej propagandowej gadaniny o demokracji, społeczeństwie obywatelskim, komunizmie, gender, LGBT, konwencji stambulskiej. Ominęliśmy skutecznie wszystkie symboliczne nonsensy i klisze, którymi wszystkie partie maskują impotencję ideową. I jest odzew! Teraz musimy opracować plan na to, w jaki sposób tę rzeszę ludzi zjednoczyć. Przytomna lewica w Bułgarii właśnie się zaczyna!
Były już próby stworzenia alternatywy wobec prawicowej, establishmentowej Bułgarskiej Partii Socjalistycznej. Raczej nieudane.
Niektóre udane, niektóre nieudane. Partia ABW, bodaj największa taka inicjatywa, kierowana przez byłego prezydenta Georgi Pyrwanowa zdobyła mniej więcej tyle samo głosów co ja. A tam jest jednak struktura, są pieniądze, są nazwiska. Ja wystartowałam od zera i już dogoniłam największą z tych alternatyw.
Zresztą nie ma co spoglądać z żalem wstecz. Czas ucieka, państwo jest na krawędzi zupełnego rozpadu, społeczeństwo się rozlatuje. Trzeba działać i to szybko. Przed nami stoi nie kwestia jakichś kosmetycznych zmian, tylko ocalenia. Nie wiem, czy ktoś w Polsce to zrozumie, na Zachodzie jest to niemal niepojęte, póki co przynajmniej. Ale tak właśnie jest. Unia Europejska to też Bułgaria, gdzie powstaje nowy Trzeci Świat.
Ale co Ty i Twój sztab zrobicie? Jak chcecie temu przeciwdziałać?
Zbudujemy klasycznie lewicowy ruch, który zajmie się najważniejszymi zagadnieniami – biedą, służbą zdrowia, usługami publicznymi i odzyskaniem suwerenności w kwestiach polityki zagranicznej. Bułgarią nie będą rządzili oligarchowie i ambasady. Nie ma na to naszej zgody! Nie ma na to niczyjej zgody poza wąską, uprzywilejowaną grupką; poza naszą patologiczną elitą. Trzeba stworzyć polityczną dźwignię, by „odkleić” ludzi od tego schematu, dając im inny punkt odniesienia. Do tego potrzebna jest właśnie lewica z klasowym programem. Czyli my!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *