Koniec wolności w sieci

Komisja Prawna Parlamentu Europejskiego dała zielone światło dyrektywie o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym. Głosy obrońców wolności w internecie zostały zignorowane, chociaż zarzuty formułowane przez nich pod adresem nowych przepisów są wyjątkowo poważne. Jeśli dyrektywa przejdzie w głosowaniu w PE, może być to koniec internetu w obecnym kształcie.

 

Komisja Prawna (JURI) zagłosowała za przyjęciem dyrektywy, która ma dostosować unijne regulacje dotyczące internetu do realiów współczesnego cyfrowego świata. Podzieliła stanowisko jej głównego autora, niemieckiego eurodeputowanego Axela Vossa, który przekonywał, że internetowi potrzebna jest przede wszystkim ściślejsza ochrona praw autorskich i zagwarantowanie, by wydawcy zarabiali na opublikowanych przez siebie treściach, które zostały następnie udostępnione na innych platformach (np. portalach społecznościowych). Jednak jak twierdzą zgodnie obrońcy wolności w sieci, skutkiem wprowadzenia dyrektywy będzie raczej dramatyczne utrudnienie życia mniejszym wydawcom i ustanowienie cenzury prewencyjnej.

Sprzeciw budzą artykuły 11 i 13 dyrektywy. W myśl pierwszego nie będzie można opublikować na zewnętrznej platformie żadnego linku z cytatem ze wskazywanego tekstu, jeśli wcześniej dana platforma nie wykupi od wydawcy linkowanego materiału licencji. Jak wielokrotnie ostrzegała europosłanka Partii Piratów Julia Reda, animatorka kampanii informacyjnych przeciwko dyrektywie, doprowadzi on do sytuacji, w której mali wydawcy, dla których upowszechnianie swoich treści za pomocą udostępniania linków w mediach społecznościowych jest znaczącą strategią docierania do odbiorców, będą na przegranej pozycji w stosunku do najpotężniejszych graczy na rynku medialnym. Artykuł 13 wymusi z kolei na stronach, które umożliwiają użytkownikom przesyłanie treści, wmontowanie mechanizmu automatycznej cenzury prewencyjnej pod kątem praw autorskich. Jej wykonawcami zostaną algorytmy. Efektem może być zablokowanie nie tylko np. pirackich kopii filmów, ale i materiałów, które mogłyby znaleźć się w sieci w myśl przepisów o dozwolonym użytku. – Automatyczne filtry popełniają mnóstwo błędów, a ciężar ich poprawiania spadnie na użytkowników. Ale, uprzedzając pytanie: użytkownicy nie będą mogli ich poprawiać.

Czy algorytm będzie w stanie wykryć przypadki dozwolonego użytku cudzych utworów, np. puszczenie fragmentu piosenki w celach edukacyjnych podczas wykładu, z którego nagranie trafiło do sieci? Czy automat przepuści parodię w postaci przerobionego zdjęcia polityka? – pyta z kolei fundacja Panoptykon. Odpowiedzi są, niestety, raczej oczywiste.

Przed skutkami nowych przepisów ostrzega również jeden z twórców Wikipedii – Jimmy Wales. Największa internetowa encyklopedia tworzona przez internautów w razie wdrożenia dyrektywy zostałaby niemalże sparaliżowana (chociaż najnowsze zmiany w dyrektywie zdają się wychodzić jej naprzeciw). A i na tym nie koniec zagrożeń.

– Propozycja zakłada wprowadzenie obowiązkowych opłat za korzystanie z materiałów na potrzeby edukacji. Dodatkowo, propozycja umożliwia państwom członkowskim „wyłączenie” wyjątku i zastąpienie go systemem licencjonowania. Czyli kolejnych opłat i dalszych ograniczeń – podkreślają autorzy z Centrum Cyfrowego.

Nikt wreszcie nie może zagwarantować, że raz skonstruowane filtry, teoretycznie służące do ochrony praw autorskich, w przyszłości nie zostaną „ulepszone”, by pełnić również funkcję cenzorów politycznych czy obyczajowych.

Tak skonstruowana dyrektywa zyskała poparcie 14 eurodeputowanych przeciwko 9, przy dwóch głosach wstrzymujących. Ostatnią szansą na jej powstrzymanie jest głosowanie plenarne w PE.
Przeciwnicy ustawy nie składają broni – zachęcają do kontaktowania się z eurodeputowanymi z poszczególnych państw. Przekonują, że były już w historii UE złe akty prawne, które udało się powstrzymać w ostatniej chwili.