Koronaepidemia na marginesie

Tadeusz Jasiński

Dwa numery temu cały, monograficzny numer „Le Monde diplomatique” poświęcony był pandemii koronawirusa. W numerze poprzednim już tylko kilka tekstów było jej poświęconych. W niniejszym, wakacyjnym numerze są tylko dygresyjne nawiązania do epidemicznego tematu. Czy oznacza to znużenie tematem, uznanie, że wpływ pandemii na świat nie jest aż tak przemożny, a może przekonanie, że zmierza ona ku końcowi?

We wstępniaku francuskim, Serge Halimi ostrzega przed dyktaturą cyfrową, który już nawet nie jest „u bram”, ale się dokonuje jako śledzenie, za pomocą wyrafinowanych technik, naszego życia na wszystkich poziomach. Podobno policjanci mają już urządzenia umożliwiające n.p. wyłowienie w tłumie osoby gorączkującej. Autor wymienia akurat Chiny, ale świat jest systemem naczyń połączonych i lada chwila będzie to ogólnoświatowa praktyka. Czyli „Wielki Brat” we własnej osobie?
Z kolei Przemysław Wielgosz odnosi się w swoim edytorialu, do „Wiecznego powrotu” Donalda Tuska, zarzucając mu, że nie wniósł do debaty publicznej niczego nowego i swoimi deklaracjami, m.in. odnośnie „ruskiego ładu” wpisał się w „zastępowanie debaty publicznej szukaniem obcych wpływów, spisków i agentur”, a to służy „tylko nacjonalistom”. Ta metoda ma starą tradycję, sięgającą od Romana Dmowskiego i jego antysemityzmu, mającego na celu dyskredytacje socjalistów, poprzez 1956 i 1968 rok, po rok 1989, „homo sovieticus” księdza Tischnera, Płatnych Pachołków Rosji Leszka Moczulskiego, europejsko-berlińskich szatanów Kaczyńskiego po walkę z „ideologią” LGBT.
Ezequiel Adamowski zajmuje się rasizmem i klasizmem w wydaniu Ameryki Południowej, znacząco innym od anglosaskiego, bo brak tu wspólnot rasowych o wyraźnych granicach jak w Europie, ale jednak występującego, jako „pigmentokracja”, „metysaż” czy „kreolizm”, w którym kolorowi skóry czy fakturze włosów przypisuje się rolę wyznacznika w statusie społecznym, przy czym owe cechy rozpisane są na szereg wariantów, od indianizmu, „mulatyzmu”, śniadowości, czy „kawy z mlekiem”. W oparciu o te odmiany koloru skóry tworzą się nawet narracje: o „narodzie mieszanym” w Meksyku, „demokracji rasowej” w Brazylii, czy narodzie „kawy z mlekiem” w Wenezueli. Ponieważ jednak klasy ludowe Ameryki Południowej składają się w dominującym stopniu z „kolorowych” na różne sposoby, „niebiałych”, więc ruchy rewolucyjne stawiają wyjątkowo silnie na tożsamość klasową. Rachel Knebel rozważa, „Co po odejściu Angeli Merkel?”, która ma ustąpić w tym miesiącu. Z drobiazgowej analizy sytuacji partii, w tym personaliów wynika, po pierwsze, że CDU jest dziś konglomeratem frakcji od, właściwie, lewicowej, społecznej, po kręgi bliskie AFD, a po drugie, że zmiana kanclerza ani na jotę nie pociągnie za sobą jakiejś rewolucji w państwie niemieckim i w samej partii. Najbliższe lata to kontynuacja i podtrzymywanie status quo. Michel Husson („Biden: cud czy miraż?”) rozważa, czy Joe Biden zdoła skutecznie wprowadzić „Amerykański Nowy Ład” czyli wygrać pojedynek z „klasą panującą”. Celem tego ładu jest utrzymanie amerykańskiej przewagi nad Chinami i dokonanie tego kosztem wzrostu w reszcie świata. Geneviéve Clastres zajęła się „Znikającą za horyzontem utopią wakacji dla wszystkich”, która we Francji od czasów tuż powojennych stawała się coraz bardziej ucieleśniającą się rzeczywistością, ale w ostatnim czasie oddaliła się. „Wolnościowe marzenie o Internecie regulowanym wyłącznie przez prywatne firmy zanika. Państwa, długo bezsilne w obliczu zjawiska, którego nie rozumiały, wysuwają się na pierwszy plan i odzyskują czoło sceny cyfrowej. Coraz bardziej ważą na fizycznej architekturze sieci, która w XXI wieku staje się stawką w grze o suwerenność, władzę i panowanie w skali światowej, podobnie jak w XIX wieku stały się nią kable telegraficzne” – tak zaczynają swój tekst na ten temat Charles Perragin i Guillaume Renouard. Sprawą wielkich mocarstw stają się kable podmorskie, a międzynarodowa walka o Sieć stała się nie mniej skomplikowana niż struktura samej Sieci.
W „Precz z kopalnią czy z państwem”, Maelle Mariette i Franck Poupeau analizują sytuację, w jakiej znalazła się lewica w Ameryce Południowej, gdzie zmuszona jest nie tylko walczyć z kapitałem branży wydobywczej zasobów naturalnych, ale także, paradoksalnie, z opozycją intelektualistów i ekologów, która zarzuca lewicy konserwowanie modelu ekonomicznego z poprzedniej epoki. Zapomnianemu dorobkowi feministek ze wschodu i południa Europy poświęcony jest tekst Kristen R. Ghodsee. Martin Scorsese, sam wielki reżyser kina amerykańskiego i światowego poświęcił swoje rozważania koledze Federico Felliniemu („Il maestro. Federico Fellini i utracona magia kina”.
Opowiada nie tylko o twórczości mistrza, ale korzysta z okazji by wyrazić garść gorzkich – o obecnym i nostalgicznych – o dawnym kinie. „Jeszcze nie tak dawno, jakieś 15 lat temu, w poważnych dyskusjach o kinie „treść” pojawiała się jedynie przeciwstawiana i i zestawiana z „formą”. Później, stopniowo, pojęcia „treść”zaczęli częściej używać ludzie, którzy przejmowali przemysł medialny i z których większość nie znała się na historii tej dziedziny sztuki, ale nawet nie przejmowała się nią na tyle, żeby uznać, że taka wiedza mogłaby im się przydać” (…) Jeśli propozycje kolejnych rzeczy do obejrzenia podsuwają ci wyłącznie algorytmy, opierając się na ty, co już oglądałeś i jeśli propozycje te uporządkowane są jedynie wedle kryterium tematu albo gatunku, to co taka sytuacja robi sztuce filmowej?” – pyta Scorsese. „W kinie nigdy nie chodziło i nigdy nie będzie chodzić jedynie o treść, a lata, w których takie wybitne filmy pojawiały się na całym świecie, wchodziły ze sobą nawzajem w dialogi i z tygodnia na tydzień redefiniowały tę formę sztuki są tego dowodem”. O samym Fellinim, jednym z tych wielkich i uznanych pisze Scorsese, że „czas, w którym jego wpływ zdawał się przenikać całą kulturę, należy już do przeszłości”. Jedną z najwspanialszych cech artyzmu Felliniego opisuje tak: „Po pewnym czasie przestajesz starać się rozumieć, gdzie jesteś, czy jesteś we śnie, we wspomnieniach czy po prostu w rzeczywistości. Chcesz pozostać w tym zagubieniu i chcesz błąkać się z Fellinim, poddając się władzy jego stylu”. Oto właśnie ta największa, dziś utracona „magia kina”. Elektryczności jako fascynującemu i wielopostaciowemu fenomenowi natury i jego obrazowi w filmie Agnieszki Polskiej poświęcony jest tekst Natalii Sielewicz „Sekret wydarty błyskawicom”. Roger Ekirch zajął się snem i jego historią oraz „zapomnianemu nocnemu życiu”. „Kładziemy się wieczorem, śpimy bez przerwy i budzimy się rano – cóż bardziej normalnego? Ta sekwencja wydaje się tak naturalna, że przerwanie jej w środku nocy uchodzi za zaburzenie. Nie zawsze tak było. Przez tysiąclecia ludzki sen przerywały fazy czuwania. Czas tylko dla siebie, osnuty marzeniami, czas otwierający wrota nieświadomości”.
To bardzo fascynująca i tajemnicza kwestia, a i tekst jest frapujący. „Czy klasa pracownicza walczy o klimat?” – pyta Jarosław Urbański a Jason Hickel zastanawia się nad światem „po kapitaliźmie” i dochodzi do wniosku, że prawdziwa alternatywa dla kapitalizmu musi być równoznaczna z systemem obfitości, bo kapitalizm produkował niedostatek. Z historii o tym „Jak Amerykanie przegrali z Rosją radziecką” w 1919 roku Michaela Phillipsa, Damian Winczewski o feminizmie Róży Luksemburg, a na koniec Wojciech Wojciechowski o paradoksalnej książce z paradoksalnym tytułem, „Całkiem zwyczajny kraj. Historia Polski bez martyrologii” Briana Portera-Szücsa. Autor obejmuje okres od roku 1795 do dziś i udowadnia bardzo przekonująco, że polskie aspiracje do męczeństwa i wynikających z nich narodowych inspiracji, to wielka ściema, którą dało sobie wmówić kilka pokoleń Polaków.

Poprzedni

KPCh – sprawne przywództwo i dobre zarządzanie

Następny

Eliminacje MŚ Katar 2022: Z Albanią trzeba było wygrać

Zostaw komentarz