Tajemnice dyplomatycznych przesyłek

Ostatnio nam obrodziło w opisy skrytych działań i tajemnych informacji, co i tak zasadniczo nie zmienia naszej wiedzy o minionych czasach.

W ubiegłym roku wydawniczą sensacją były „Tajemnice walizki generała Sierowa” – opasły tom dzienników jednego z szefów radzieckich służb specjalnych. Przyniósł niewątpliwie wiele dodatkowych informacji dla historyków i pasjonatów tamtego okresu, ale zawiódł tych wszystkich, którzy liczyli na jakieś nowe, nieznane dotąd fakty, które zmieniły by wiedzę o latach 1939-1963. Nadto autor szerokim łukiem ominął wiele ważnych wydarzeń, które niewątpliwie znal, bądź nawet brał w nich udział, zapewne z racji ich powszechnej, negatywnej oceny i wymowy. W tego rodzaju dokumentach to przywara często występująca, co nie zmienia faktu o ich źródłowej wartości.
Podobne niejako refleksje
przywołuje ostatnio wydana przez Instytut Pamięci Narodowej książka „„KARNAWAŁ” PO AMERYKAŃSKU Placówki dyplomatyczne USA w PRL wobec polskich wydarzeń”, do której wprowadzenia, wyboru i opracowania dokonał Patryk Pleskot. Rzecz o objętości 735 stron zawiera 223 dokumenty obejmujące informacje, notatki z rozmów, szyfrogramy, listy, opinie, opracowania, wykazy, sprawozdania, raporty i pisma ambasady Stanów Zjednoczonych w Warszawie przesyłane do różnych amerykańskich instytucji. Nadto korespondencję konsulatów w Poznaniu i Krakowie oraz Departamentu Stanu. Dokonany wybór celowo obejmuje okres narodzin i działalności „Solidarności” i stąd pochodzi tytuł książki. Natomiast podtytuł zastrzega, iż przedstawione dokumenty stanowiły jedynie część amerykańskiej wiedzy o ówczesnej Polsce bowiem istniały jeszcze inne drogi i źródła jej pozyskiwania.
Poniżej cytuję obszerne fragmenty tej pracy, gdyż najlepiej tym sposobem przedstawić ją Czytelnikom.
Mylił się ten,
który by sądził, że powyższa korespondencja pochodzi z odtajnionych amerykańskich materiałów rządowych.
Wszystkie przywoływane w książce dokumenty zdobył polski kontrwywiad w ramach prowadzonej od połowy lat 70. do początku 1990 roku akcji „Tajfun”. „Kontrwywiadowczy „filtr” nałożony na dokumentację ambasady USA w Warszawie oraz konsulatów w Krakowie i Poznaniu – pisze autor – poza oczywistymi (choć w sumie ograniczonymi) mankamentami… Pozwala przede wszystkim uświadomić sobie sukces Departamentu II MSW, jakim było przechwytywanie [różnymi metodami – Z.T.] przez w sumie kilkanaście lat pokaźnej części amerykańskiej korespondencji dyplomatycznej… Jednocześnie kontrwywiad podkreślał, że nic nie wskazywało na to, by zachodni dyplomaci cokolwiek podejrzewali..” W ramach tej akcji, obejmującej także placówki dyplomatyczne innych państw, sporządzono 37 805 fotokopii z których aż 58 % dotyczyło korespondencji amerykańskiej. Pozyskane materiały, które obecnie znajdują się w archiwum IPN, tłumaczono na język polski i następnie w różny sposób wykorzystywano, także jako podstawę informacji dla najwyższych władz partyjno-rządowych PRL.
Wszystko ważne
„Mówiąc o treści dokumentów – pisze autor pracy – najłatwiej jest stwierdzić, że amerykańskich dyplomatów interesowało dosłownie wszystko: od zakulisowych walk o
wpływy w partii (od szczebla centralnego, przez wojewódzkie, po podstawowe organizacje partyjne); przez nastroje w konkretnych środowiskach i grupach (intelektualiści, dziennikarze stołeczni i regionalni, robotnicy, rolnicy, żołnierze, ekonomiści, naukowcy, artyści, urzędnicy, cudzoziemcy…), artykuły prasowe, audycje telewizyjne i radiowe, sytuację w Kościele, działania najróżniejszych grup opozycyjnych; po takie szczegóły, jak natężenie ruchu na drogach i lotniskach, cena kanistra benzyny, długość kolejek i napisy na murach czy… gęstość wąsów Lecha Wałęsy.” To ostatnie zapewne w celu identyfikacji oryginału od ewentualnego sobowtóra.
„Mniej lub bardziej świadomie ambasador i jego podwładni prezentowali optykę samych rozmówców. A ci przecież też mieli swoje zamiary i cele w momencie, w którym decydowali się na spotkanie z przedstawicielami najpotężniejszego ideologicznego wroga „ludowej ojczyzny” (i jej „przyjaciół radzieckich”), jakim były Stany Zjednoczone. Zarówno reprezentanci władz, jak i robotników, dysydentów czy Kościoła prowadzili swoją grę. Nie zawsze mówili, co myśleli, a ich przekaz nie musiał być wolny od przekłamań i rzecz jasna subiektywizmu. Nie oznacza to, by automatycznie zakładać niewiarygodność źródeł, trzeba jednak pamiętać o ich specyfice.” Nadto miały jednak miejsce sytuacje szczególne, gdy na przykład informatorem był polski pracownik konsulatu USA w Krakowie Andrzej Głowacz będący jednocześnie współpracownikiem SB o pseudonimach Ketling i Grom.
Uwagi metodologiczne
Uwzględniając znaną powszechnie praktykę wielu dalekich od rzetelnego, historycznego oglądu opracowań IPN, nasuwa się nieodparte pytanie o przyjęte zasady wyboru dokumentów zawartych w tym zbiorze. Autor odpowiada, że „starał się, by były one reprezentatywne i pokazywały całe spektrum zainteresowań i działań… chodzi tu o ukazanie rzeczywistej, codziennej aktywności amerykańskich placówek dyplomatycznych.” Patryk Pleskot we wprowadzeniu, do którego wypadnie jeszcze nie raz powrócić, często krytycznie ocenia amerykańską politykę wobec polskich wydarzeń, tłumacząc to, a nawet jakby usprawiedliwiając, różnymi uwarunkowaniami, nadto podobnie sytuację kadrową w ambasadzie USA w Warszawie.. Nie zmienia to dalej wątpliwości dotyczących na przykład możliwości pominięcia niektórych dokumentów z uwagi na zawarte w nich informacje o pewnych osobach bądź grupach osób z polskiej strony.
Choć powyższego zapewne nie wyjaśnimy to jednak stronniczość autora odnaleźć możemy wielokrotnie; przejawia się w jednoznacznych sympatiach do Solidarności i chłodzie bądź nawet złośliwościach pod adresem tego co łączy się z ówczesnym ustrojem. Na przykład w nazwie podrozdziału „Kontrwywiad PRL…” w miejsce właściwego „Polski kontrwywiad”, tak jakby ten PRL-owski (podobnie „Służby PRL”) nie był polskim. To prawie powszechne unikanie, jak ognia, słowa „polski” przypomina pamiętną wypowiedź premiera Morawieckiego o Polsce w czasach PRL, której jakoby nie było. Podobnie jest z taką opinią: „Rzecz jasna ryzyko inwazji [radzieckiej – Z.T.] budziło również powszechne zaniepokojenie w samej Polsce: nie tylko wśród członków „Solidarności”, lecz także m.in. w Kościele.” Autor nie wymienia „także” przeważającej części członków partii, uważając być może, że powitali by radzieckie czołgi kwiatami, a tym bardziej ówczesnego kierownictwa PZPR, które mogłoby podzielić los Imre Nagy’a.
Nadto stwierdza: „Administracja Reagana deklaratywnie widziała w niej [nominacji gen. Jaruzelskiego na premiera – Z.T.] szansę na stabilizację kraju, choć obawiała się radykalnych posunięć wobec „Solidarności”. W rzeczywistości nastroje były bardziej pesymistyczne.” Na to ostatnie stwierdzenie nie przedstawia autor żadnych dowodów.
Amerykańska aktywność
30 lipca 1981 roku: „Stany Zjednoczone nie mogłyby pozostać obojętne na jakąkolwiek agresję zewnętrzną czy represje wewnętrzne w Polsce”. Później wezwano do zintensyfikowania pomocy finansowej, a „administracja Reagana była zdeterminowana pomóc „Solidarności” w jak najdłuższym przetrwaniu (głównie poprzez wsparcie finansowe i charytatywne) w perspektywie dalszego osłabiania ZSRR.”
Istniejące zaledwie miesiąc Biuro Informacyjne Solidarności w Nowym Jorku 30 października zostało zamknięte; „stanowiło pewnego rodzaju pas transmisyjny między amerykańskimi kręgami rządowymi a „Solidarnością”. Takiego kanału komunikacyjnego dotychczas brakowało; nie stworzył go sporadycznie spotykający się z opozycjonistami ambasador Meehan. To m.in. za pośrednictwem biura Amerykanie mieli proponować polskim związkowcom konkretne posunięcia podczas drugiej tury zjazdu NSZZ: utrzymanie Wałęsy na pozycji lidera, wspieranie strategii „cięcia po skrzydłach” i wzmacnianie tendencji umiarkowanych, współpracę z władzami podczas wdrażania reform gospodarczych przy jednoczesnej presji na rząd na wyselekcjonowanych kierunkach, zapewniającej nowe zdobycze dla związku, a także dalszą legalizację dotychczasowych osiągnięć.”
Jesienią 1981 roku nasiliła się aktywność amerykańskich dyplomatów: „Na przykład w październiku radca ambasady USA wysłał do przewodniczącego górnośląskiej „Solidarności” teleks z zapytaniem o przebieg protestów w Hucie Katowice. Wykraczało to poza normalną działalność placówki. W listopadzie z kolei w siedzibie Regionu Mazowsze kontaktowano się z Januszem Onyszkiewiczem. Równocześnie działacze poznańskiej „Solidarności” mieli uzgodnić z konsulem USA w tym mieście formy bezpiecznej łączności na wypadek sytuacji nadzwyczajnej w Polsce.”
Stan wojenny
Autor pisze: „INR [Bureau of Intelligence and Research – Z.T.] przewidywało, że nawet armia i polskie władze mogły się zbuntować przeciwko decyzji Wielkiego Brata o interwencji. Dlatego przemyśliwany przez Jaruzelskiego „stan wyjątkowy lub jakiś rodzaj stanu wojennego” miał w ocenie Amerykanów służyć nie stłumieniu opozycji [!!! – Z.T.], ale także pozbawieniu Sowietów pretekstu do wkroczenia. Jest równie ciekawe, że stanowisko ambasady i INR było dobrze znane służbom specjalnym PRL, przez to również kierownictwu partyjno-państwowemu – a zatem i Rosjanom.” W raporcie wywiadu NRD cytowanym przez autora czytamy: „…można zakładać, że jednostki armii polskiej sprzeciwiłyby się interwencji ZSRR”. Dlatego też w Berlinie sądzono, że Moskwa miała ograniczone i możliwości, i chęci interwencji w Polsce.”
W tym okresie „coraz bardziej alarmistyczne meldunki przesyłał płk Ryszard Kukliński, postrzegany przez CIA jako wiarygodny agent. Teraz jednak nie do końca wierzono w jego rewelacje na temat możliwości wprowadzenia stanu wojennego, obawiając się dezinformacji ze strony polskich służb oraz dekonspiracji pułkownika.”
„Wydaje się, że polityczne kierownictwo USA nie zdawało sobie do końca sprawy z tego, że przeprowadzona przez Jaruzelskiego kumulacja stanowisk stanowiła przygotowanie gruntu pod operację wojskową – mimo doniesień Kuklińskiego (i innych). Wiarygodnie brzmią bardziej ogólne oceny wywiadu PRL z tych dni, że wobec niespotykanej sytuacji, jaką był „karnawał «Solidarności»”, amerykańscy (i zachodni) dyplomaci, nawet ci pracujący w Polsce, nie potrafili stworzyć pewnych prognoz i czuli się trochę zagubieni… O tej dezorientacji (być może wyolbrzymianej przez SB) świadczy chociażby wycinek szyfrogramu nadesłanego z rezydentury wywiadu PRL w Waszyngtonie do warszawskiej centrali 1 listopada 1981 r: „dokonana [przez Amerykanów] analiza […] wskazuje, że sprawa podjęcia decyzji dot[yczącej] stanu wyjątkowego nie jest bliska…”
Dodać jeszcze należy, że od tego czasu aż do 13 grudnia 1981 roku, w żadnej korespondencji ambasady USA w Warszawie nie pojawiała się nawet hipotetyczna sugestia o możliwości wprowadzenia stanu wojennego w Polsce w najbliższym terminie.
Nawiązując do początku tego tekstu
należy stwierdzić, że przedstawiony w omawianej książce zbiór amerykańskich informacji z Polski nie tylko nie narusza naszej wiedzy o niedawno minionych wydarzeniach, ale nadto w pełni ją potwierdza. Nie zmienia to jednak przekonania, że z bardzo wieli powodów warto zapoznać się z tą wydawniczą pozycją.