Obłąkańcze, euforyczne, nacjonalistyczne misterium

Gdy w sobotę, 1 sierpnia, słuchałem w warmińsko-mazurskiej Iławie (d. Deutsch Eylau) przenikliwego dźwięku syreny upamiętniającej o „godzinę W”, a na fasadach niektórych tutejszych budynków widziałem flagi narodowe, choć 1 sierpnia nie jest ustawowo wolnym od pracy świętem narodowym tak jak święta 3 Maja czy 11 Listopada, czułem się jakbym znalazł się w oku cyklonu-absurdu. Pomyślałem, że polski obłęd nacjonalistyczny rozprzestrzenia się jak koronawirus. Tego tu nigdy dotąd nie było.

Po pierwsze, owszem, także w wielu miejscach z dala od Warszawy, od lat dyskontowano rocznicę 1 Sierpnia 1944, ale jako wyraz słusznej, ale i smutnej pamięci o ofiarach, a nie jako podszyte dziwną euforią triumfalistyczne misterium. Po drugie dlatego, że przez lata rocznica 1 Sierpnia 1944 była jednak, mim oczywistych konotacji ogólnonarodowych, rocznicą lokalną, warszawską. Po trzecie, z tej przyczyny, że w poniemieckiej Iławie, na terenie dawnych Prus Wschodnich, tak hałaśliwy wydźwięk tych obchodów mocno „nie pasuje do obrazka”, jest swoistym historycznym dysonansem. Niby z formalnego punktu widzenia wszystko się zgadza, bo od 1945 roku i Warszawa i Iława są na terytorium tego samego państwa polskiego, ale mimo wszystko jest trochę tak, jakby w polskim dziś Gdańsku obchodzono zwycięstwo Prus nad Francją pod Sedanem w 1870 roku tylko dlatego, że w tamtej epoce Gdańsk należał do Prus właśnie. Porównanie nie jest co prawda symetryczne, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z pomieszanymi kompletami puzzli. Poza tym, owszem, 1 Sierpnia 1944 to rocznicowa data historyczna, ale jednak nie jest to stricte i formalnie tzw. oficjalne, ustawowo wolne od pracy święto narodowe!!! Tymczasem obchodzi się je tak, jakby takim było!!! Rocznica powstania lekkomyślnie zainicjowanego przez dowództwo AK, zakończonego krwawą klęską, upustem krwi grubo ponad dwustu tysięcy poległych (w tym ludności cywilnej i powstańców), a także zniszczeniem znaczącej i najistotniejszej historycznie substancji miasta, już od lat nie jest obchodzona jako po prostu forma uhonorowania ofiar. Trochę niepostrzeżenie (i właśnie bez wspomnianej wyżej oficjalnej sankcji ustawowej), rocznica ta została „przerobiona” ze święta „drugiego rzędu” w pierwszoplanowe święto narodowe obchodzone w klimacie euforycznego misterium, ustępujące rangą być może tylko Świętu Niepodległości 11 Listopada, a i tego nie można być pewnym. Drugie z wielkich, oficjalnych świąt narodowych, obchody rocznicy Uchwalenia Konstytucji 3 Maja już dawno zeszło na plan dalszy i stało się właściwie tylko trochę teatralną, martwą „oficjałką”, nie wywołującą większego rezonansu, upamiętniającą odległy w czasie o przeszło dwieście lat, czyli zaprzeszły czyn historyczny jakichś przystrojonych w pudrowane peruki panów ze starych portretów.
Obserwując ten dziwny, iławski obchód 1 Sierpnia 1944 nie po raz pierwszy, ale jednak chyba ze szczególną intensywnością uświadomiłem sobie, że jestem żywym dowodem na to, iż można w końcu doznać mdłości z obrzydzenia w reakcji na coś, co kiedyś przynależało poniekąd do dziecięco-młodzieńczego sentymentu. Mój ojciec był warszawskim powstańcem, a ja, choć w mojej naturze nigdy nie leżał sentymentalny patriotyzm polski, całą tę powstańczą tradycję traktowałem ze swoistą sympatią (szczególnie wzruszające powstańcze piosenki). Pomimo tego, że w dorosłych już, kanonicznych niemal dyskusjach nad sensem/bezsensem wzniecenia Powstania Warszawskiego przez dowództwo Armii Krajowej, czyli w dyskusjach między „romantykami” a „racjonalistami”, zawsze byłem po stronie racji tych drugich.

Co sprawiło, że rocznica krwawej klęski doznała takiego wyniesienia ponad rocznice upamiętniające, w przypadku 3 Maja konstruktywny czyn państwowej elity inspirowanej ideami Oświecenia, a w przypadku 11 Listopada pozytywny fakt odzyskania niepodległości?
Pierwszym czynnikiem było utworzenie Muzeum Powstania Warszawskiego za warszawskiej prezydentury Lecha Kaczyńskiego. To muzeum jest tworem zadziwiającym, w negatywnym sensie unikalnym. Oto wielkim nakładem środków, także nowoczesnych środków technicznych wzniesiono imponujące jako spektakl muzeum klęski, którą pokazano jako … moralne zwycięstwo. Nie sądzę, a nawet jestem pewien, że w świecie nie zaistniał analogiczny absurd. Jednak ten spektakularny absurd podziałał na wyobraźnię setek tysięcy zwiedzających z całego kraju, dzieci, młodzieży i dorosłych. I oto właśnie chodziło inicjatorom – przenieść pamięć lokalnego zrywu na pole wyobraźni ogólnokrajowej. Tym sposobem lokalne powstanie w środkowo-wschodniej Europie, wydarzenie o znikomym znaczeniu taktycznym i strategicznym, mimo zaangażowania licznych rzesz uczestników, wydarzenie o marginalnym znaczeniu historycznym w historii Europy, urosło w przestrzeni polskiej do rangi wydarzenia monumentalnego. By sobie lepiej uświadomić nonsens projektu „apologia Powstania Warszawskiego” i uczynienia go ogólnonarodowym świętem o nastroju triumfalistycznym, warto zestawić go z przykładem Francji. Mimo upływu przeszło dwóch wieków od wybuchu Wielkiej Rewolucji Francuskiej, nie wzniesiono w tym kraju muzeum (są tylko skromne namiastki) upamiętniającego wydarzenie o pierwszorzędnym znaczeniu w dziejach ludzkości i w sensie cywilizacyjnym zwycięskiego. W Polsce stworzono triumfalistyczne muzeum wydarzenia marginalnego w dziejach nie tylko świata, ale nawet Europy, a do tego zakończonego straszliwą klęską.

Po drugie, wydarzenia spektakularne, patetyczne i krwawe przemawiają do wyobraźni wielu tysięcy ludzi w Polsce. Głośna swego czasu opowieść historyczna „Kinderszenen” Jarosława Marka Rymkiewicza jest irracjonalistyczną apologią krwawej ofiary narodowej, pochwałą wyniesienia bezrozumnego, instynktownego „samopalenia” ponad sens ocalenia życia. I nic to, że większość ludzi uczestniczących, czynnie czy biernie, we frenetycznych obchodach rocznicy wybuchu powstania nie zna tej książki. Jej duch krąży po Polsce. Ten nastrój gdzieś w polskiej przestrzeni istnieje, odnawia się, jakoś odpowiada emocjonalności wielu Polaków.

Po trzecie, to ponure zwycięstwo, bo tak to dziś trzeba określić, absurdalnego, nacjonalistycznego mitu wyrosłego z klęski powstania, źle wróży nadziejom na budowanie w Polsce świadomości racjonalistycznej. Utrudnia też, a nawet uniemożliwia budowanie rozumnej pedagogii obywatelskiej. Wskazuje bowiem, że Polak, który daje się zabić w nierównej, z góry skazanej na klęskę walce, którą podejmuje, wbrew rozsądkowi i elementarnej logice, jest kimś lepszym, godnym większego szacunku niż Polak rozsądny i rozumny. Ten przekaz idzie w przestrzeń społeczną, w świadomość i podświadomość młodych i starych.
Rozhuśtanie samodurnych, bliskich paroksyzmowi emocji nacjonalistycznych osadzonych w obłędnym kulcie przegranego powstania jako naczelnych emocji narodowych jest ciężkim przestępstwem przeciw budowaniu nowoczesnej świadomości społecznej. Unieruchamia Polskę jako europejski skansen. Kultywując takie święta nigdy nie staniemy się nowoczesnym, europejskim społeczeństwem. To, że w bieżącym momencie historycznym służy ono obłąkańczo nacjonalistycznej polityce PiS jest akurat powodem do najmniejszego zmartwienia, bo tę narrację „kupiła” także niepisowska część sił politycznych. Z wyjątkiem Lewicy, mam nadzieję.

1 sierpnia w Warszawie

Młodzi aktywiści lewicowi nie zamierzają godzić się z tym, że pamięć po zrywie Warszawy zawłaszczyła nacjonalistyczna prawica. Podczas antyfaszystowskiego marszu 1 sierpnia przypomnieli, że w Powstaniu Warszawskim walczyli również ludzie o równościowych, socjalistycznych i anarchistycznych przekonaniach.

Aktywiści młodzieżówek partii Razem, Polskiej Partii Socjalistycznej, SLD i Wiosny, a także stowarzyszenie Historia Czerwona i Pracownicza Demokracja uczcili 1 sierpnia pamięć powstańców warszawskich, ludności cywilnej, która przeżyła gehennę w pacyfikowanej przez Niemców stolicy – a także wszystkich innych ofiar, jakie padły z rąk nazistów. Dlatego przemarsz z czerwonymi, czerwono-czarnymi i antyfaszystowskimi sztandarami przeszedł z Umschlagplatz przez teren warszawskiego getta pod pomnik Powstańców przy Placu Krasińskich.

Demonstrantki i demonstranci nie tylko upamiętniali ofiary faszyzmu, ale też ostrzegali przed odrodzeniem brunatnej ideologii w dzisiejszej Polsce. Sprzeciwiali się sytuacji, w której w rocznicę powstania na ulice wychodzą nacjonaliści, skandują swoje nienawistne hasła i wykluczają z polskiej wspólnoty osoby o odmiennym pochodzeniu. Powstańcy walczyli o niepodległą Polskę ludzi wolnych i równych – przypominano.

Lewicowcy też walczyli

Amelia Paczosa z Młodych Razem oraz Ingrid Jurczak, działaczka Akcji Socjalistycznej, przypomniały, że powstańcy walczyli o wolność dla wszystkich – wielu z nich miało lewicowe, równościowe poglądy. Aktywistki przypomniały m.in. postaci Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, poety piszącego również teksty do lewicowych Trzech strzał, czy Ireny Sendlerowej – Sprawiedliwej wśród Narodów Świata, która była zarazem członkinią Polskiej Partii Socjalistycznej i którą Narodowe Siły Zbrojne wciągnęły na swoją listę proskrypcyjną – „za komunizm”.

Tomasz Rowiński z Warszawskiego Autonomicznego Licealnego Komitetu Antyfaszystowskiego stwierdził, że prawica zawłaszczyła dla siebie polską historię, zmieniła powstańców warszawskich w bojowników o „białą katolicką Polskę”, podczas gdy im samym bliska była zupełnie inna wizja. Podobnie, zaznaczył młody działacz, wymazano z pamięci zbiorowej m.in. czerwone oblicze powstania styczniowego, a i odzyskania niepodległości, wbrew prawdzie, nie kojarzy się z działaczami PPS.

Codzienny antyfaszyzm

Młodzi lewicowcy w skandowanych hasłach odnosili się również do tematów i problemów aktualnych. Podkreślali, że rozumieją antyfaszyzm jako walkę z ksenofobią, sprzeciwianie się nagonkom na uchodźców i mniejszości seksualne, upominanie się o prawa pracownicze. Akcentowali, że faszyzm nie bierze się znikąd – wyrasta w społeczeństwach zdewastowanych przez kryzysy kapitalizmu, gdzie zdesperowani ludzie są gotowi uwierzyć w „proste recepty” – sprowadzające się do atakowania innych. Dlatego na marszu wołano „Ani nacjonalizm, ani liberalizm” czy „Solidarność naszą bronią”.

Kibolski przemarsz

Kilka godzin później ulicami Warszawy przeszedł Marsz Powstania Warszawskiego. Tu już nie było mowy o transparentach „Antyfaszyzm naszym obowiązkiem” – zgromadzeni ruszyli spod sceny, na której broniono… normalnej rodziny. Nieśli też banery z przekreślonym symbolem tęczy. Owszem, w okrzykach oddawano cześć powstańcom, jednak atmosfera przypominała bardziej przemarsz kibiców po meczu niż pełne zadumy uroczystości.

Przy ul. Nowy Świat maszerujący mijali biuro partyjne Lewicy Razem, gdzie na balkonie wyeksponowano transparent niesiony wcześniej na lewicowym pochodzie. Dla idących ulicą hasło wymierzone w faszystów okazało się obraźliwe. Policja chciała wejść do partyjnego biura i zmusić do „zaprzestania przeszkadzania demonstracji”, jednak przeszkodziła temu posłanka Paulina Matysiak. To jednak wielce mówiący incydent.

Na szczęście do żadnych gorszących scen nie doszło w tym roku na cmentarzach i pod tablicami pamiątkowymi, gdzie warszawiacy niezależnie od poglądów stawiali znicze ku czci poległych i zamordowanych.

Armia Ludowa w Powstaniu Warszawskim

Współczesnym obchodom powstania warszawskiego towarzyszy antykomunizm i podkreślanie antysowieckiego charakteru rebelii. Nic dziwnego, że ze społecznej świadomości zniknęła obecność Armii Ludowej, której żołnierze uczestniczyli w powstańczych walkach.

Historycy zdają się nie pamiętać o tym, że komunistyczna Polska Partia Robotnicza była pierwszym ugrupowaniem ruchu oporu, wzywającym do powszechnego powstania przeciwko faszystowskim okupantom. Co prawda, motywacje towarzyszące tym apelom nie były jednoznaczne, polskim komunistom – zdaniem krytyków – chodziło bardziej o odciążenie Armii Czerwonej, aniżeli realną chęć wyzwolenia narodu.
PPR przewidywała, że masowe powstanie będzie końcowym etapem działań partyzanckich prowadzonych przez Gwardię Ludową (zbrojne skrzydło PPR – przyp. aut.) już od maja 1942 roku, kiedy w lasach w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego działalność rozpoczął oddział Franciszka „Małego Franka” Zubrzyckiego. Już miesiąc po rozpoczęciu komunistycznych operacji wojskowych, Armia Krajowa informowała Naczelnego Wodza o planowaniu przez PPR „powstania zbrojnego odciążającego front sowiecki”. Dążenie do insurekcji – według AK i rządu londyńskiego – było błędem, należało prowadzić raczej „ograniczoną akcję zbrojną”. „Opór masowy” miał doprowadzić do „masowej rzezi” cywilów, o czym AK-owcy naocznie przekonali się w sierpniu 1944 roku.
Nazbyt wojowniczy komuniści byli izolowani przez Armię Krajową, która uważała ich za proradzieckich szkodników i „anarchistów”. Bardziej powściągliwa AK zamierzała czekać z powstaniem aż do czasu załamania się potęgi militarnej III Rzeszy. Komuniści wykorzystywali bierność AK do własnych celów propagandowych, głosząc potrzebę zbrojnej odpowiedzi na hitlerowski terror. Agresywna retoryka przyczyniła się do wzrostu poparcia dla komunistów, szczególnie wśród spragnionej odwetu młodzieży, która nie chciała czekać w spokoju na dalszy rozwój wypadków. W listopadzie 1943 roku Bór-Komorowski informował Londyn o tym, że „stan potencjalny i liczebny komuny został nie tylko utrwalony lecz i zwiększony”. „(…) komuna posiada w swym ręku groźne i wielkiej wagi narzędzie, które z właściwą sobie giętkością i energią obróci przeciw polskiej racji stanu przy pierwszym korzystnym dla siebie momencie, przy czym moment programowej przedwczesności tej aktywizacji wcale nie jest wykluczony” – pisał w swoim raporcie przywódca Polskiego Państwa Podziemnego, wyraźnie ostrzegając przed możliwością „przedwczesnego” powstania.
Wraz z kontrofensywą Armii Czerwonej, militarno-dywersyjna działalność PPR wyraźnie przyśpieszyła. Coraz częstsze były tzw. eksy, czyli akcje „ekspropriacyjne” mające na celu pozyskanie środków finansowych na utrzymanie partii (Jan M. Ciechanowski podaje, że PPR przez cały okres wojny nie otrzymywała pomocy finansowej ze strony ZSRR). Komuniści byli także coraz bardziej aktywni w partyzantce, która na początku 1944 roku przekształciła się w podporządkowaną Krajowej Radzie Narodowej, Armię Ludową.
Rok 1944 przyniósł całkowite przeorientowanie na mapie ruchu oporu. Komuniści wraz z postępem Armii Czerwonej wstrzymali się od dotychczasowych planów rozpoczęcia masowego powstania, podczas gdy AK przystąpiła do realizacji Akcji „Burza”. W lipcu ścisłe kierownictwo PPR opuściło Warszawę i skierowało się do Lublina, gdzie powołano Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego. W stolicy pozostawiono wyłącznie „kierownictwo zastępcze” partii, co – zdaniem Ciechanowskiego – wskazuje na to, że PPR całkowicie wycofała się z planów wywołania w mieście powstania.
W chwili wybuchu powstania, w Warszawie rozlokowanych było 2000 żołnierzy Armii Ludowej, z których tylko połowa służyła w uzbrojonych oddziałach bojowych. Bunt był dla „komuny” – jak utrzymuje historyk Ryszard Nazarewicz – totalnym zaskoczeniem. Pomimo tego, Armia Ludowa gremialnie stanęła do walki przeciwko Niemcom i podporządkowała się pod względem operacyjnym dowództwu Armii Krajowej. Większość komunistów zgłaszała się do najbliższych jednostek AK, niektórzy z nich w ogóle nie zdradzali swojej prawdziwej przynależności – takim sposobem do zgrupowania „Chrobry II” weszły dwa plutony komunistycznej armii.
Dowódcy Polskiego Państwa Podziemnego raczej entuzjastycznie przyjęli dołączenie żołnierzy AL do powstańczej batalii. Pułkownik Antoni „Monter” Chruściel sugerował AK-owcom „traktować życzliwie oddziały PAL (chodzi o Polską Armię Ludową, skrajnie lewicową organizację konspiracyjną – przyp. red.) czy AL, podporządkowując je naszym dowódcom rejonów”. Żołnierze AL, u boku AK-owców walczyli na Woli, Starówce, Śródmieściu, Żoliborzu i w Czerniakowie. Dowódcy docenili heroizm komunistycznych żołnierzy, wielu z nich odznaczonych została przez gen. Komorowskiego orderami „Virtuti Militari” (m.in. por. Jan Szelubski, por Edwin Rozłubirski) i Krzyżami Walecznych.
Szacuje się, że w powstaniu zginęło około 500 powstańców z Armii Ludowej, w tym cały Sztab Powstania. Dowódca AL mjr Bolesław „Ryszard” Kowalski śmierć poniósł pod koniec sierpnia w kamienicy Łyszkiewicza na Starym Mieście. Wraz z nimi poległo czterech członków warszawskiego sztabu komunistycznej armii (mjr Stanisław Nowicki, kpt. Stanisław Kurland, kpt. Edward Lanota i por. Anastazy Matywiecki). „Tak ogromnej straty (…) nie poniosła żadna inna formacja powstańcza” – napisał w swojej monografii o AL Ryszard Nazarewicz, historyk i weteran partyzantki.
Na początku września AL-owcy otrzymali niewielkie wsparcie ze strony 1. Dywizji Lotniczej WP i radzieckiej 16 Armii Lotniczej, które rozpoczęły zrzuty broni i amunicji w miejsca wyznaczone przez obecnych w mieście komunistów. Powstańcy walczyli również u boku żołnierzy LWP na przyczółku czerniakowskim. Ogół „komunistycznych” oddziałów poniósł tam dotkliwe straty personalne – zginęło 2276 żołnierzy 1 Armii Wojska Polskiego, czyli 87% desantowanych wojsk.
Armia Ludowa nawiązała w czasie walk bliską współpracę z innymi grupami lewicowego oporu, wśród nich znalazły się Polska Armia Ludowa i Korpus Bezpieczeństwa. W połowie września wszystkie wspomniane organizacje weszły do tzw. Połączonych Sił Zbrojnych, koalicji powstańczej pod faktyczną kontrolą komunistów. Integracji skrajnej lewicy sprzyjała coraz gorsza sytuacja na froncie i rosnące napięcie pomiędzy AK i AL – oficerowie tej pierwszej zaczęli oskarżać komunistów, o to, że powstanie wybuchło z ich inspiracji, znaleziono w ten sposób „kozła ofiarnego”, którego obarczono winą za klęskę rebelii.
Kolejny etap integracji skrajnej lewicy przyszedł 25-26 września, kiedy wykrystalizowało się prokomunistyczne Powstańcze Porozumienie Demokratyczne, do którego dokooptowano radykalnych socjalistów, syndykalistów i żydowską lewicę. Członkowie porozumienia, w odezwie „Do społeczeństwa stolicy” oficjalnie uznali zwierzchnictwo PKWN. Deklaracja, która miała być pstryczkiem w nos dla Polskiego Państwa Podziemnego, miała wyłącznie symboliczny wymiar – 2 października dowództwo AK podpisało akt kapitulacji.
Członkowie AL i ich sojusznicy – w obliczu klęski powstania – podzielili się na dwie grupy. Część z nich otrzymała legitymacje AK i wraz z resztą powstańców trafiła do obozów jenieckich, pozostali opuścili miasto stołeczne wraz z cywilami. Niewielkie zgrupowanie AL-owców przepłynęło Wisłę łodziami dostarczonymi przez 1 Armię Wojska Polskiego. Przeprawą niedobitków dowodził kpt. Lech Kobyliński z batalionu szturmowego im. Czwartaków. Na drugą stronę Wisły, samodzielnie przepłynęło też kilku oficerów Połączonych Sił Zbrojnych ze Śródmieścia. Wszyscy AL-owscy uczestnicy powstania wykazali się żołnierską postawą i bohaterstwem, z czym wypada zgodzić się niezależnie od naszej współczesnej oceny powstania.
Komuniści i „lewacy” nie tylko uczestniczyli w ulicznych walkach, ale również jako pierwsi wpadli na pomysł ogólnopolskiego powstania. Propaganda prokomunistyczna nawoływała do otwartego buntu jeszcze w czasach, kiedy AK apelowało do rodaków o zachowanie umiaru i wstrzymywanie się od zachowań prowokacyjnych i mogących wywołać represje.

Głos lewicy

Pamięć tak, propaganda nie

Tymoteusz Kochan komentuje na 1 sierpnia:
Powstanie Warszawskie to przede wszystkim hekatomba i straszna masakra ludności cywilnej. Na 200 tys. zabitych cywilów ginie 10 tys. powstańców. Nie była to ani decyzja demokratyczna, ani podjęta przy jakimkolwiek współudziale ludności cywilnej. Współcześnie porównywalne do tego byłyby chyba tylko wydarzenia np. w Syrii lub Iraku, gdzie zdarzało się, że kilkutysięczne oddziały Państwa Islamskiego brały często za zakładników całe, wielkie miasta…
Powstanie było militarną i strategiczną klęską.
Wykrwawiło stolicę, decyzja o jego organizacji była błędem, a w stosunku do samego miasta po prostu zbrodnią. Dziś Andrzej Duda powtarza znane kłamstwa, że dzięki temu Polska nie była Republiką Radziecką tylko Polską Rzeczpospolitą Ludową (choć z reguły prawica nie widzi przecież żadnej różnicy!)…
Tak naprawdę decyzje o tym zapadały już w 1943 roku, a decydujący wpływ miały na to: rozwiązanie polskiej partii komunistycznej, zawiązanie polskiego wojska i Armii Ludowej, czy starania polskich komunistów i socjalistów. Czechosłowacja np. nie miała masakry powstańczej i jakoś też nie stała się Republiką Radziecką…
Wszystkim należy się pamięć. Również Powstańcom, którzy najczęściej nie mieli żadnego wyboru… Ale propaganda sukcesu uprawiana na tej przerażającej masakrze, którą trudno nawet nazwać walką, to coś, czego prawica powinna się tylko wstydzić.

Nie estetyzujmy wojny

Na ten sam temat wypowiedział się Marcin Ilski z Fundacji Polska Myśląca:
Nie znoszę estetyzacji wojny. Za dużo osób rzeczywiście na niej cierpiało, nie dawało rady, robiło rzeczy, których robić nigdy nie planowało. Np. zabijało. Bo nie było innego wyjścia. Wyobrażam sobie, że po latach życia w strachu mogli odczuwać radość idąc do walki. Wyobrażam sobie, że z różnych powodów zachowali z tamtego okresu jakieś piękne wspomnienia. Przeżyli rzeź, a takie traumatyczne doświadczenie potrafi przestawić wajchę życia. Przeżyli, więc wybrali radość życia, to normalne, inaczej popełniliby samobójstwo, jak wielu innych.
Kochajmy ich, słuchajmy, póki możemy. Ale nie estetyzujmy wojny, nie róbmy o niej komiksów, gier, nie twórzmy wzorców zachowań, którymi mieliby się kierować ludzie, którzy mają szczęście żyć w czasach pokoju. Nie róbmy tego szczególnie dzieciom. Jest tyle pięknych historii, którymi można je uraczyć.

Na dywaniku prezesa z dumnie podniesioną głową

Tymczasem dziennikarz Piotr Jastrzębski relacjonuje, jak wygląda 1 sierpnia w mediach:
Oglądam tvn24, najpierw Tomasz Wołek, który stał się nagle obrońcą demokracji, a ja chciałbym zadać mu tylko jedno pytanie: jak smakowała mu herbatka u Pinocheta, gdy razem z innym obrońcą demokracji Michałem Kamińskim pojechali zawieźć mu ryngraf. A teraz Duda dziękuje między innymi aliantom, którzy podobno tak bardzo wsparli powstańców. Aha, mówił jeszcze, że Polacy to dumny naród który ma zawsze podniesioną głowę. Wyobraziłem go sobie na dywaniku prezesa z tą dumnie podniesioną głową.

Trudna rocznica

Dziś trudna rocznica. Szkoła, tradycja rodzinna, wszystko wokół, nauczyły nas myśleć o heroicznych zrywach jako o pięknej, wręcz zasadniczej treści konstytuującej naszą świadomość. O tym, kim jesteśmy. I – jak co roku – stajemy w chwili milczenia w momencie kolejnej rocznicy godziny „W”.

 

By uczcić co? Bezsensowny zryw? Pamięć ofiar, z których większości nikt nie pytał, czy chcą zostać ofiarami? Pamięć tych, którzy nie mogli doczekać się tego, że zginą? Pamięć tych, którzy wydali rozkaz na to, aby zaczęła sie samobójcza jatka. W sierpniu 1944, kiedy było już wiadomo, że hitlerowskie Niemcy tę wojnę przegrały i że tylko kwestią miesięcy jest, żeby poddały się? Pamięć tych, którzy uczynili z bezbronnych już wtedy ofiar – bo trupy nie mają nic do powiedzenia – oręż w walce z tymi, którzy budowali wtedy nową Polskę. Jedyną, jaka po Jałcie była możliwa?
Nie łudźmy się. Powstanie Warszawskie było nadaremne. Nie przyspieszyło klęski hitlerowskich Niemiec ani o dzień. Nawet o o dziesięć minut. Może – jeśli von Stauffenberg dziesięć dni wcześniej by zabił Hitlera – byłoby inaczej. Ale 1 sierpnia 1944 r. było doskonale wiadomo, że Führer ma się dobrze i wszystko, nad czym ma kontrolę będzie walczyć z zaciekłością ginącej bestii.
Nie ma też co czcić elity, która jakoby w tym powstaniu wyginęła. Bo w Powstaniu Warszawskim wyginęła nie żadna elita niosąca w sobie dziedzictwo polskości, ale tysiące ludzi, którzy polskość mieli w sercach, ale woleliby w tej Polsce żyć, a nie ginąć dla niej. Wbrew mitowi propagowanemu przez IPN, to nie Powstanie Warszawskie przeorało do gruntu tkankę polskiego społeczeństwa. Pod tym względem nie może się równać z tym, co stało się w latach 1863-1864.
Ale dość. Nie idzie o to, aby umniejszać. Uczcijmy tę smutną rocznicę, każdy na swój sposób. Niech trwa. I niech nie będzie orężem w przepychankach codzienności. To ją umniejsza.