Marsz Podłości – sześć smutnych scen

Polsce stuknęła setka. Mel Gibson za kilka milionów dolarów nazwał nas „wielkim narodem z piękną historią”. Na obchodach jubileuszowego Święta Niepodległości pod biało-czerwoną flagą, według zapowiedzi władz, miał się odnaleźć każdy. Czy tak właśnie było?

 

Scena pierwsza

Biało-czerwone bandery jeszcze na kijach. Metro zatłoczone, ale też w ciszy pogrążone. Młodzi mężczyźni w szalikach Legii rzucają chłodne spojrzenia tym w barwach Stomilu Olsztyn. Wygląda na to, ze po stu latach niepodległości Polacy nieszczególnie się cieszą swoim towarzystwem, nawet jeśli okoliczność to szczególna, bo urodziny ukochanej ojczyzny. Na Dworcu Gdańskim do wagonu próbują się władować kolejne tuziny pasażerów. Zdeterminowani, jakby pociąg był to ostatni niepodległy. Szybko zostają jednak sprowadzeni na ziemię.
– Kurwa, nie ma miejsca, wypierdalać – burczy chłopak z „CWKS 1916” na czapce.
– Wieśniaki, słoiki. Czekajcie na następny – rzuca jego kolega.
W wagonie pojawia się dziewczyna. Barwy narodowe od kurtki po kolczyki.
– Przepraszam, ja tak się cisnę, bo nie ma miejsca.
– He he, okej. Ale gdyby to jakiś facet się tak ocierał, to nie wiem co bym zrobił.
Rozumiecie? To była dziewczyna, ale równie dobrze mógłby to być pedał. Śmiechy, uśmiechy. A jednak coś może Polaków rozweselić.

 

Scena druga

Rondo Dmowskiego. Okolice Novotelu. Tłum ściśnięty pomiędzy barierkami. Część ulic została wyłączona. Powiewają flagi ONR i mieczyki Chrobrego. Miało ich nie być. Miał być Marsz Biało-Czerwony. No cóż, wyszło jak zwykle. Przeważa kibolstwo. są organizacje nacjonalistyczne, kościół radiomaryjny i gazetopolski. Nie brakuje również wyoutowanych faszystów z Forza Nuova. Pogrobowcy Mussolniego trzaskają sobie selfiaki z polskimi żandarmami. Za wolność naszą i waszą. Wszystko na legalu.
Zirytowana utrudnieniami gawiedź próbuje się rozgościć. Co poniektórzy wdrapują się na donice z drzewami. To mądry wybór, wszak smog daje ostro w płucka. Inni szturmują kioski. Nikt nie przejmuje się zerwanym parapetem czy uszkodzonym daszkiem. Na złamanej gałązce można zawiesić czapkę i zapozować do zdjęcia. Polacy są u siebie i gospodarują sobie swobodnie. Gotowi na patriotyczne pieśni? No to zaczynamy!
– A na drzewach zamiast liści będę wisieć komuniści – intonuje pogromca miejskiej zieleni. Obok niego zadowoleni koledzy. Wyglądają jak stado sympatycznych małpek.
– Jebać, jebać, jebać TVN – odpowiadają im ci z połaci kiosku.
Zniecierpliwienie i irytacja. Nie działają telefony. Ludzie nie wiedzą co ze sobą zrobić. Dlaczego nie ruszamy? Polacy dociekają prawdy.
– Wyłączyli, bo chcą żebyśmy do domów poszli – mówi facet z badżem „Gazety Polskiej”
– Kto? – towarzysząca mu kobieta patrzy podejrzliwie,
– Policja.
Czas mija, a marsz wciąż stoi i dyszy. Cześć zgromadzonych próbuje się przemieścić. Ciężka sprawa. Tłum gęstnieje. Niektórzy jednak znajdują sposób.
– Ratownicy, proszę zrobić miejsce!
Ale zamiast służb medycznych przez tłum przebijają się uśmiechnięci chłopcy. Fortel na miarę wyklętych się powiódł. Han pasado. Mniej szczęścia ma ojciec z małą dziewczynką. Nikt już nikogo nie przepuszcza, zaufanie do rodaka poszło się jebać, więc pęcherz córci zostaje opróżniony na chodniku.
Publiczna mikcja wzbudza pewne poruszenie, jednak winnych już nie rozliczymy. Uwaga skupia się na głosie dobiegającym z megafonów. Rozpoczęło się przemówienie Andrzeja Dudy. Głowa państwa zapewnia, że „Polska już nigdy nie będzie czerwona”. Słowa prezydenta mieszają się z odgłosem odpalanych rac. Wszystkie czerwone niczym krew przelana. Zabroniona przez polskie prawo pirotechnika, ta sama, której użycie na Czarnym Proteście skończyło się zatrzymaniem kilku kobiet, na państwowej celebracji niepodległości witana jest westchnieniami. Policjanci i karabinierzy strzelają foty. Nikt już nie pamięta o ojcu, który pociesza swą Basię zapłakaną. Nikt nie zapyta czy nie trzeba linomagiem małej poratować. Czas odśpiewać Mazurka Dąbrowskiego.

 

Scena trzecia

Ruszyliśmy. Wreszcie uwolnieni z barierkowego kojca Polacy biegają w tę i we w tę. Jedni poszukują zaginionych bliskich, inni piwa w kerfurze. Jest marszruta, nie może zabraknąć śpiewu.
– Bez żydostwa, bez pedała. Polska czysta, Polska biała – facet w czapce „Cześć Waszej Pamięci Żołnierze Wyklęci” próbuje porwać Aleje Jerozolimskie. Jemu się nie udaje. Są lepsi wodzireje. Prym wiedzie Młodzież Wszechpolska wyposażona w miniplatformę. Tradycyjnie uderzają narzędziami rzemieślniczymi w „czerwoną hołotę”, potem zarażają antifę znanym wirusem, by wreszcie zaproponować uczestnikom mocne brzmienie.
– Pedofile, lesby, geje, cała Polska z Was się śmieje.
Wszechpolacki wodzirej wykręca się w spazmach rozkoszy. Kiedy kieruję na niego wzrok i telefon, próbuje się jakby opanować, jednak emocje biorą górę. Z werwą Michaela Buffera oznajmia światu, że „Polacy nie chcą islamu”, po czym dokonuje spektakularnej masakracji lewackiej politpoprawności.
– Morawiecki chcesz murzyna, to go sobie w domu trzymaj.
Rozglądam się po ludziach, bo to chyba nie tak miało być w scenariuszu. Gdzieś tam na przodzie maszerują Duda z Morawieckim, a tutaj hity ze listy przebojów Ku Klux Klanu. Nikt jednak nie reaguje. Wszystko cacy. A może właśnie taki był plan? Zaczynam sobie wyobrażać „negocjacje” Bąkiewicza z Morawieckim i zastanawiać się nad tym, co ich tak naprawdę dzieli na poziomie wartości i politycznego celu. Z rozważań wyrywa mnie wybuch petardy. Nie wymyśliłem wiele.

 

Scena czwarta

Na wysokości Muzeum Narodowego wpadło na siebie dwóch facetów. Powiecie: zdarza sie, wystarczy przeprosić i po problemie. Na Marszu Niepodległości takie sprawy rozwiązuje się jednak inaczej. Panowie uznali, że wypada dać sobie po mordach. Próbowała ich rozdzielić służba porządkowa. Z średnim skutkiem.

 

Scena piąta

Kebab Faraon na Rondzie Waszyngtona. Kultowe miejsce. Również dla tych od mieczyków Chrobrego.. Pamiętam jak kilka lat temu ustawiały się tu kilometrowe kolejki przeciwników „islamskiej dziczy”. Miałem przeczucie, że właśnie tam uczestnicy Marszu Niepodległości będą chcieli zademonstrować w działaniu swoje wartości. Zbliżając się do budki filmowałem pochód, co zwróciło uwagę jednego z demonstrantów.
– Gdzie masz flagę?
– To muszę mieć flagę?
– Z jakiegoś powodu nie masz.
– Myślę, że można mieć flagę Polski i szkodzić Polsce.
– Ja wiem jakiego kraju flaga Ci najbliższa. Ale tutaj z nią się nie pokażesz.
Poczułem się trochę zdekonspisorwany, więc zakończyłem rozmowę.
Wizyta w Faraonie potwierdziła moja przypuszczenia.
– Te, Ahmed, kurwa kiedy będzie mój? Rusz pizdę – obrońcy europejskiej cywilizacji głośno wyrażali troskę o standard usługi gastronomicznej.
Nie obyło się też bez manifestacji tradycyjnej polskiej kultury podrywu. Takiej, po której można poznać, że to mężczyzna, a nie ciota jakaś.
– Czy chce Pan widelec? – zapytała ekspedientka.
– Nie, dzięki mała, wsadź go sobie w cipę.
I zawyło ze śmiechu całe stadko biało-czerwone.

 

Scena szósta

Błonia Stadionu Narodowego. Telebimy, kolejki po kiełbasę. Wielka scena, a na niej mali ludzie wykrzykujący stare hałsa w nowym wydaniu. Jakby ktoś na deskach teatru wystawiał uwspółcześnioną sztukę o księdzu Tiso i Vidkunie Quislingu. Tomasz Kalinowski wrzeszczy o bogu, ojczyźnie i honorze. Kalinowski to rzecznik prasowy ONR. Ostatnio próbował zostać radnym u boku lokalnego kacyka w Piasecznie. Mandatu nie uzyskał. W 2016 roku dumnie prezentował na swoim fejsie zdjęcie Leona Degrelle’a – SSmana, o którym Adolf Hitler mówił: „chciałbym mieć takiego syna”. Obserwując szmirę rodem z monachijskiej piwiarni, zacząłem się zastanawiać nad autoimaginacją, która napędza takiego człowieka. W jakiej roli się widzi? Leona? A może wnuka Adolfa?
Potem na scenie pojawił się Robert Bąkiewicz, prezes stowarzyszenia Marsz Niepodległości. Miałem okazję poznać go osobiście, w dość niecodziennych okolicznościach. Główny negocjator nacjonalistów w rokowaniach ze stroną rządową, w kwietniu 2017 roku próbował podłożyć mi nogę, kiedy filmowałem rocznicowy przemarsz ONR. W niedzielę trzykrotnie ryknął „Czołem wielkiej Polsce”, wymuszając echo odpowiedź tłumu. Chwilę później na tle kołyszących się flag Forza Nuova rozbrzmiała Bogurodzica.
Pomyślałem wtedy o tych dziesiątkach tysięcy ludzi, których nazywamy „normalnymi obywatelami” czy „rodzinami z dziećmi”. To nie może być tak, że oni nie dostrzegają oczywistości tego zła. Bo jest to oczywistość tak jaskrawa w swojej formie odtworzenia historycznego, że ocierająca się o kabaret (albo Kabaret). Z jakichś powodów jednak akceptują symboliczną kuratelę nacjonalistów. Może „zwykły polski patriota” różni się od faszysty bardziej stylem życia, niż wyznawanymi wartościami?

Na 100 lat niepodległości My, socjaliści

Polska Partia Socjalistyczna rozpoczęła swój żywot w listopadzie 1892 roku. Powstała, by obudzić masy do walki o niepodległość Polski i sprawiedliwość społeczną. 26 lat później, w listopadzie 1918 roku jej pierwsze programowe założenie zostało spełnione – powstała Polska niepodległa. Było to efektem sprzyjających okoliczności historycznych – upadku wielkich europejskich monarchii, które utożsamiały zaborców – Austrię, Prusy i Rosję. Było to również wynikiem spełnienia „polskiego marzenia”,, za którym stała przez cały okres utraty państwowości w 1794 roku, wola narodu i samoorganizacja sił niepodległościowych.
Dziś po 100 latach, jakie upłynęły od momentu uzyskania niepodległości, można stwierdzić, że taką główną siłą, która wyznaczała drogę do niepodległości była Polska Partia Socjalistyczna. Zarówno w dokumentach założycielskich partii – Deklaracji Programowej Kongresu Paryskiego z 1892 roku – jak i działaniach politycznych i bojowych przez całe ćwierćwiecze przełomu XIX i XX wieku – niepodległość stanowiła ideę podstawową. Ona wyznaczała również kierunek działań PPS w latach następnych, aż do dziś.
Drugi człon doktryny – sprawiedliwość społeczna – znalazł się, jako oś programowa w Manifeście Rządu Ludowego Ignacego Daszyńskiego, utworzonego na kilka dni przed proklamowaniem niepodległości Polski. Rząd ten, którego kontynuacją był kolejny rząd z PPS-owcem – Jędrzejem Moraczewskim na czele, wyznaczył nowe, negowane przez wielki kapitał i upadające monarchie – standardy, mieszczące się w rozumianej wówczas idei sprawiedliwości społecznej, jako wartości, która miała upodmiotowić świat pracy.
Trzeba podkreślić, że rząd Daszyńskiego odegrał w tym momencie ogromną rolę z dwóch powodów: zniósł okupację niemiecką i podkreślił fakt zdolności Polaków podzielonych poprzez rozbiory do utworzenia niepodległego państwa oraz wyartykułował program, który był niezwykle postępowy, jak na ówczesną Europę (8 godzinny dzień pracy, nadanie praw wyborczych kobietom, koncepcja ubezpieczeń społecznych, nacjonalizacja przemysłu, reforma rolna).
Konsekwencje ideowe zawarte w Manifeście Rządu Ludowego przeniosły się na całe dwudziestolecie międzywojenne, wyznaczyły nowe podejście do relacji kapitalista – robotnik. Miały one również swój wymiar międzynarodowy, większość państw europejskich podjęła bowiem postępowe rozwiązania społeczne programu Daszyńskiego dopiero w latach późniejszych.
Ponadto trzeba zwrócić uwagę w dobie obchodów 100-lecia na dwa elementy często pomijane: pierwszy to bardzo szeroki udział socjalistów we wszystkich działaniach zbrojnych, które decydowały o powodzeniu powstania realnego państwa polskiego (powstania wielkopolskie i śląskie oraz wojna obronna w 1920 roku) i po drugie rola kadr z PPS w tworzeniu polskiej państwowości i rządzeniu w całym okresie II Rzeczypospolitej.
Dziś w niektórych kręgach trwa teoretyczna dyskusja, czy program Daszyńskiego nie był odpowiedzią na płynące ze wschodu idee zrewolucjonizowanej Rosji, aby rozbroić polską klasę robotniczą. Studiując tamten okres dochodzę do jednoznacznego wniosku, że mieścił się on w linii myśli politycznej PPS, która ukształtowała się po Rewolucji 1905 roku, jako idea demokratycznego socjalizmu. Wyrosła ona na gruncie polskim i zawsze szła w myśl polskich interesów narodowych. Mimo długiego już okresu jej praktykowania, stoi ona nadal, jako główna myśl programowa współczesnej PPS.
Pojawiające się w ostatnich latach oceny historyczne tamtego okresu dość mocno zniekształcają ówczesny, na przełomie XIX i XX wieku, układ sił politycznych i klasowych na ziemiach polskich, jak również zasługi dla niepodległości. W debacie publicznej przeważa prawicowa narracja, która eksponuje nadmiernie zaangażowanie sił narodowych, lokując w cieniu zasługi socjalistów.
Zjawisko to ma wymiar absolutnie współczesny i jest odzwierciedleniem fałszywej narracji obozu władzy, która w swoim cynizmie, wbrew faktom, narzuca społeczeństwu nieprawdziwy obraz historii.
Wydaje się, że PPS, ale również inne ugrupowania lewicy, które mieszczą się w nurcie ideowym socjalizmu niepodległościowego, demokratycznego powinny bardziej dbać o swój wizerunek i pamięć historyczną. Zauważam np. niedopuszczalne zjawisko wykorzystywania przez polską prawicę i środowiska narodowe wizerunku wielu działaczy socjalistycznych m.in. Józefa Piłsudskiego do firmowania swojej działalności.
Polska lewica powinna podjąć trud odkłamania swojej historii, 100-lecie odzyskania niepodległości wydaje się tutaj dobrym momentem.

Igrzyska niepodległości

Zbliża się setna rocznica odzyskania przez Polskę Niepodległości. Pozostało do niej około 100 dni, a nie widać dobrego pomysłu na jej uczczenie.

 

Finałowy mecz mundialu (Chorwacja – Francja) oglądałem w Czarnogórze; w klimatycznej nadmorskiej knajpce mojego kolegi Petera. Gospodarz witał wszystkich wchodzących i deklarujących kibicowanie Chorwacji (innych tam zresztą nie było) kieliszkiem rakii; drugi gratisowy kieliszek obiecywał po meczu, czyli po zwycięstwie Chorwacji. Sam nie pił – przed 16 laty zrobił beczułkę swojego znakomitego trunku i postanowił rzucić picie. Po meczu klienci czekali na kieliszek i Petera, ale się go nie doczekali. Zaczęli się rozchodzić. Poszedłem w kącik sali, w którym lubi przesiadywać niewidoczny dla gości i oniemiałem. Siedział przy stole nad ogromną tacą wypełnioną kieliszkami (ze 100 ich na niej było) i łoił rakiję.
– Dlaczego pijesz? – zapytałem.
– Bo mi smutno – odpowiedział.
– Że Chorwacja przegrała?
– Nie, że nie mogę poczęstować gości.
– Dlaczego nie możesz? Wstawaj, idziemy! – próbowałem go podnieść.
– Piję, bo mi smutno, że ich zawiodłem, a wyjść do nich nie mogę, bo mi wstyd.
– Ale przecież to nie Ty grałeś!
– Ale wierzyłem w ich zwycięstwo – wytłumaczył rezolutnie.
Cóż, dosiadłem się do kolegi, bo jego wywód wydał mi się nad wyraz ciekawy i inspirujący. Prosty restaurator znad Adriatyku pokazał mi, czym może być wstyd przed fałszywą wiarą i nie chodzi tu oczywiście o religię. Pokazał, że jeśli ma się czyste serce i intencje, można się wstydzić nie tylko czynów, ale i myśli.

 

Po co wspominam o Peterze przy okazji rocznicy polskiej niepodległości?

Bo wydał mi się dobrym przykładem, pokazującym, jak nasza polska rzeczywistość oddaliła się od normalności, idąc w stronę obłudy i absurdu. I że ci, którzy nas tam prowadzą, zapomnieli już co ty wstyd.
Senator PO Jan Rulewski rzucił niedawno pod adresem parlamentarzystów PiS celne zdanie: „Gdyby teraz padło polecenie od prezesa, by łapać pytona, to byście się państwo tam udali i nawet go zjedli”. Prawdziwe to, niestety.
Zbliżające się Święto Niepodległości szykuje się na bezprecedensowy festiwal intelektualnego kiczu. Nie słyszałem o jakimkolwiek pomyśle na obchody, który można by uznać za kreatywny i wartościowy.
Skoro nasze aktualne elity pomysłów nie mają, prawo przestało funkcjonować, a pojęcie wstydu jest im obce, rzucam kilka pomysłów, dzięki którym rok 2018 może zapisać się w Polskiej historii tak wyraziście jak rok 1918. Zapewniam, że wszystkie są nie tylko możliwe, ale i proste w realizacji.

 

Prezydent.

100 aktów łaski dla setki aktualnych polityków PiS. Oczywiście na przyszłość. Jak się aktyw wsadzi do więzień, ktoś przecież będzie musiał myć pomniki Lecha.

 

Senat.

100 kolejnych zawierzeń Najjaśniejszej w 100 dni! Nie ograniczajmy się tylko do Króla – Jezusa Chrystusa i Matki Jego Marii (zawsze dziewicy!), ale rozszerzmy grono beneficjentów o matki inne niż częstochowska, pozostałych członków Świętej Rodziny i ich znajomych.

 

Sejm.

Wypowiedzmy 100 losowo wybranych umów międzynarodowych. No po co nam one? Przecież i tak będą kiedyś martwe w swej literze, a w tej chwili tylko ograniczają „dobrą zmianę”.
Ministerstwo Obrony. Ogłośmy 100 kolejnych przetargów na dostawę uzbrojenia i odwołajmy je wszystkie dzień przed rozstrzygnięciem. Do reszty zrujnujemy sobie opinię wśród światowych dostawców, przez co wzmocnimy polski sektor zbrojeniowy.
Ministerstwo Środowiska. Po drzewach, wilkach i dzikach czas na wytypowanie 100 gatunków zwierząt do całkowitego odstrzału. Po co komu lisy (kombinują), borsuki (okopują się w jamach), sowy (mądre są), albo – za przeproszeniem – zające? Te ostatnie zresztą najbardziej kombinują i od nich bym zaczął.
Ministerstwo Kultury. 100 kolejnych milionów złotych dla Rydzyka.
Ministerstwo Infrastruktury. Po 100 mln zł na budowę 100 nowych kościołów. I po 100 kolejnych milionów na remont 100 istniejących.
Ministerstwo Spraw Zagranicznych. 100 mln zł dla Rydzyka.
Agencja Wywiadu. Ujawnijmy 100 polskich agentów operujących za granicą. 100 w 100 dni. To zadziała prewencyjnie na tych, którzy mogliby pomyśleć o zdradzie.
Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Aresztujmy 100 osób podejrzanych o możliwość przyszłego zwerbowania przez Rosję. Nie ma co czekać, aż zaczną naprawdę donosić. Zróbmy to teraz, przecież stosunków z Rosją nie da się już bardziej zepsuć.
Centralne Biuro Śledcze. Aresztować 100 niewygodnych Redaktorów Naczelnych mediów opozycyjnych. Po co oni komu? Pustkę po upadłych tytułach szybko zapełni „dobra zmiana”.
Policja. Skoro bicie nie robi na opozycji wrażenia – zabijcie 100 KOD-ziarzy. Spokojnie, historia to doceni: lepiej teraz 100, niż za rok 100 tysięcy.
Ministerstwo Zdrowia. Zamknąć 100 największych szpitali. Ludzie chętniej zaczną się modlić i znajdą się pieniądze na realizację innych rocznicowych gestów.
Ministerstwo Cyfryzacji. 100 mln zł dla Rydzyka.
Ministerstwo Sprawiedliwości. Zamknąć 100 sędziów, każdego na 100 lat. Argumentacja zbędna – wiadomo o co chodzi…
Ministerstwo Rolnictwa. 100 tys. ha ziemi dla Rydzyka.
Ministerstwo Sportu. 100 basenów dla Rydzyka!
Ludzie prócz chleba potrzebują igrzysk, szczególnie gdy sprawuje się nad nimi władzę absolutną. Potrzebę tę docenił Herod Wielki, budując w podbitej Judei Cezareę z amfiteatrem (zaprojektowanym tak, by mogli w nim walczyć gladiatorzy) i hipodromem. Docenili cesarze Wespazjan i Tytus, wznosząc w Rzymie Amfiteatr Flawiuszów, zwany Koloseum.
Dziś rolę teatru przejęła telewizja, dlatego nie ograniczajmy się: po 100 mln dla Rydzykowej TV Trwam i Sakiewiczowej TV Republika. I po 100 mln dla każdego z kanałów TVPiS. Spokojnie: stać nas, a rocznicę niepodległości trzeba jakoś uczcić. A wstyd przecież nie istnieje…

 

Felieton ukazał się w „Faktach i Mitach”.