Sztandar wprowadzić!

Rozpoczyna się najgorętszy okres tegorocznego lata. Prezydent Andrzej Duda ogłosił w tym tygodniu termin wyborów do Sejmu i Senatu.

W rzeczywistości kampania przedwyborcza trwa już od wielu tygodni. Jednak zgodnie z prawem jej początek wyznacza dzień 6 sierpnia, kiedy to prezydent Duda ogłosił termin wyborów do Sejmu i Senatu na 13 października. Teraz czeka nas najgorętsze 9 tygodni polskiej polityki. Jakie szanse w tej rywalizacji ma Sojusz Lewicy Demokratycznej? I pytanie zasadnicze. Czy SLD nadal istnieje?

Likwidacja SLD?

„Koniec SLD” – zatytułował swój komentarz jeden z portali internetowych. Podobne pytanie zadał mi spotkany na ulicy znajomy: „dlaczego chcecie zlikwidować Sojusz Lewicy Demokratycznej?”. To pokazuje stopień dezorientacji wyborców wobec tego, co dzieje się po lewej stronie sceny politycznej. Dlatego na początek uporządkujmy fakty.
Deklarację liderów Wiosny, partii Razem i Sojuszu Lewicy Demokratycznej zauważyli chyba wszyscy, którzy choć w minimalnym stopniu interesują się polityką. Deklarację o zamiarze wspólnego startu pod szyldem „Lewica”. Jednak mało kto zastanawiał się, jak to zrobić. Można oczywiście podpisać umowę koalicyjną trzech partii i zarejestrować Komitet Wyborczy Lewica. Tak zadecydowali Leszek Miller i Janusz Palikot w 2015 roku. Próbując połączyć siły lewicy pod szyldem Zjednoczonej Lewicy. Skończyło się pod progiem wyborczym. I otwarciem drogi Prawu i Sprawiedliwości do samodzielnych rządów. Bo koalicja to 8-procentowy próg wyborczy.
Przeczytałem wypowiedź Krzysztofa Śmiszka z Wiosny Roberta Biedronia, który już kilka dni temu ogłosił się liderem listy wyborczej we Wrocławiu. „Liczymy na 15-20 procent” – powiedział. Też bym sobie takiego wyniku życzył. Jednak aby lewica powróciła do Sejmu, musi przede wszystkim pokonać próg wyborczy. Dlatego kierownictwo SLD, jako jeden z kluczowych warunków wspólnego startu Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Wiosny i Razem określiło wymóg przyjęcia takiej formuły startu, w której próg wyborczy wyniesie nie 8 a 5 procent. To oznacza start wszystkich kandydatów i kandydatek z listy jednej partii. Wybrano SLD.
Konkluzja pierwsza: w jesiennych wyborach kandydaci i kandydatki Wiosny i Razem wystartują z list wyborczych Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Podobnie jak w tak zwanej „zjednoczonej prawicy”. Tam politycy partii Gowina i Ziobry wpisywani są na listę Prawa i Sprawiedliwości.

Zmiana statutu

Można zrozumieć dylemat polityków i polityczek partii Razem i Wiosny Roberta Biedronia. Startując z list Sojuszu Lewicy Demokratycznej musieliby podczas całej kampanii wyborczej głęboko schować loga i nazwy swoich partii. Oznaczając wszystkie materiały wyborcze i sygnując całą swoją kampanijną aktywność wyłącznie szyldem SLD. Wychodząc naprzeciw koleżankom i kolegom z partii koalicyjnych, Sojusz Lewicy Demokratycznej zdecydował się na krok radykalny. Zmianę swojego statutu.
We wtorek 6 sierpnia odbyła się w Warszawie Konwencja Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Jednogłośnie zadecydowano o zamianie dotychczasowego skrótu „SLD” na „Lewica”. Dwa zdania wyjaśnienia. Z reguły partie mają zapisane w statutach dwie nazwy: nazwę pełną i skrótową. W statucie Sojuszu Lewicy Demokratycznej do wtorku figurował skrót nazwy: SLD. Po zmianie został zastąpiony słowem Lewica. Ten zabieg umożliwi zarejestrowanie komitetu wyborczego o nazwie KW Lewica. Bo ordynacja wyborcza wymaga, aby w nazwie komitetu wyborczego figurowała oficjalna nazwa partii. Lub właśnie jej nazwa skrótowa.
Konkluzja druga: W Sojuszu Lewicy Demokratycznej tak naprawdę nic się nie zmieniło. Partia, jej struktury, 20-letnia historia – pozostają bez zmian. A medialne doniesienia o „końcu SLD” można skwitować słowami Marka Twaina: „pogłoski o mojej śmierci były mocno przesadzone”.

Czas

Tego, czego w chwili obecnej brakuje najbardziej, to czasu. Wiele tygodni spędziliśmy, jak kiedyś napisałem, „siedząc w przedpokoju Schetyny”. Dlatego dzisiaj jesteśmy parę kroków w tyle w stosunku do politycznej konkurencji. Ale nie pozostaje nic innego, jak racjonalnie wykorzystać czas, który pozostał do 13 października.
Po uchwaleniu zmiany statutu Sojuszu Lewicy Demokratycznej w miniony wtorek, w środę do sądu rejestrowego złożone zostały stosowne dokumenty. Zgodnie z prawem sąd powinien zadziałać niezwłocznie i zatwierdzić zmianę skrótu nazwy partii z SLD na Lewicę. Dokonując równocześnie korekty w rejestrze partii politycznych. Najbliższe dni pokażą, co w realiach sądowych oznacza enigmatyczne określenie „niezwłocznie”. Piszę te słowa w środę. Być może, gdy weekendowe wydanie Trybuny trafi do Państwa, ta formalna przeszkoda będzie już za nami.
Dwie najbliższe daty to: 24 sierpnia i 3 września. Pierwsza zakreśla termin, w którym trzeba dokonać w Państwowej Komisji Wyborczej rejestracji komitetu wyborczego. Druga, to ostateczny termin na zarejestrowanie w PKW list kandydatów. I dostarczenie list poparcia – w skali całego kraju z ponad 200 tysiącami podpisów. Można spekulować, czy nasi koalicjanci byliby w stanie samodzielnie w tak krótkim czasie zgromadzić taką liczbę podpisów. Szczególnie partia Roberta Biedronia, której struktury po wyborach europejskich uległy częściowemu rozproszeniu. Jednak liczne, dobrze zorganizowane i sprawne struktury Sojuszu Lewicy Demokratycznej gwarantują, że listy kandydatów wraz z listami poparcia zostaną na pewno zarejestrowane. A liczba zebranych podpisów grubo przekroczy wymagane 200 tysięcy.

Pieniądze

Gdy po wyborach w 2016 roku, jako nowo wybrani członkowie zarządu SLD, zapoznaliśmy się ze stanem partyjnych finansów, reakcja była jedna. Szok. Gdyby SLD nie było partią, a spółką prawa handlowego należałoby bezzwłocznie w jej nazwie dopisać słowa: w upadłości. Trzy lata oszczędnej i racjonalnej gospodarki posiadanymi pieniędzmi (roczny budżet partii to ok. 4,3 mln zł subwencji i ok. 1,5 mln składek członkowskich) wyprowadziło finanse partii na prostą. Długi zostały spłacone. A w przededniu wyborów do Sejmu i Senatu na koncie znajduje się bardzo konkretna suma, przeznaczona na sfinansowanie wyborów.
O pieniądzach wspominam nie bez kozery. Przyjęcie formuły startu polityków i polityczek Wiosny i Razem z list Sojuszu Lewicy Demokratycznej oznacza, że pozbawieni zostaną oni dostępu do pieniędzy zgromadzonych na kontach swoich partii. Takie rygory nakładają zapisy Kodeksu Wyborczego i ustawy o partiach politycznych. W prowadzeniu kampanii wyborczej będą mogli liczyć wyłącznie na darowizny od osób fizycznych. I zapewne w jakimś stopniu na zasoby finansowe SLD.

Listy

Media od dawna spekulują co do kształtu przyszłych list. Obstawiając przede wszystkim „jedynki”. Bo to kandydaci i kandydatki z tego miejsca będą w przeważającej liczbie beneficjentami jesiennych wyborów. Aktualne sondaże dają Lewicy poparcie rzędu 10 procent. Taki poziom notowań oznacza prawdopodobieństwo wprowadzenia do Sejmu około 40 posłanek i posłów. Okręgów wyborczych jest w Polsce 41. Statystycznie wychodzi po jednym mandacie na okręg. Choć to duże uproszczenie, bo okręgi są różnej wielkości. I różne jest poparcie list lewicy w różnych regionach kraju.
Każda koalicja najlepiej wypada na wspólnym zdjęciu. Gorzej, gdy trzeba zmieścić się na jednej liście. Media spekulują, że 40 proc. tzw. miejsc biorących obsadzi Sojusz Lewicy Demokratycznej, tyle samo Wiosna Roberta Biedronia i 20 proc. partia Razem. Myślę że ostatecznie wynegocjowane proporcje nie będą odbiegały zasadniczo od medialnych spekulacji. Przy obecnych sondażach oznacza to, że w Sejmie IX kadencji zasiądzie po kilkunastu przedstawicieli i przedstawicielek każdej z trzech głównych partii wchodzących w skład komitetu Lewicy. Co dalej?

Wspólny klub

To zostało już dogadane i zaakceptowane przez polityków Razem, Wiosny i SLD. Przyszli parlamentarzyści nie rozejdą się po wyborach „każdy do swoich”. Dzieląc się na „leśnych dziadków” (jak to jeszcze niedawno mówił jeden z polityków koalicji), „postkomunę” i nowoczesną progresywną lewicę. Powstanie jeden wspólny klub parlamentarny Lewica. Będący zaczynem rzeczywistego zjednoczenia polskiej lewicy.
Zwróćmy uwagę na komplementarność partii wchodzących w skład koalicji Lewica. Zarówno jeśli chodzi o wiek przyszłych posłanek i posłów, jak i program poszczególnych formacji. Partia Razem od początku swojego istnienia bardzo duży nacisk kładła na obronę praw pracowniczych i sprawy społeczne. Wiosna Roberta Biedronia kojarzona jest przede wszystkim z postulatami światopoglądowymi. Zaś Sojusz Lewicy Demokratycznej sytuuje się w takim towarzystwie jako doświadczone, socjaldemokratyczne centrum koalicji. To istotna różnica w stosunku do Zjednoczonej Lewicy z 2015 roku. Kiedy to mariaż SLD Leszka Millera i Twojego Ruchu Janusza Palikota okrzyknięty został próbą łączenia wody z ogniem. Nieudaną.

Sztandar wprowadzić

Można się zastanawiać, czy realnym będzie kolejny krok – stworzenie na bazie dzisiejszych koalicjantów Lewicy jednej wspólnej partii. Czas pokaże. Jest wszak jeden bardzo pragmatyczny argument. Który do takiego kroku będzie zachęcał. Restrykcyjna ustawa o partiach politycznych nie pozwala na finansowanie jednej partii przez drugą. A ponieważ wszyscy koalicjanci Lewicy będą startowali na listach Sojuszu Lewicy Demokratycznej, siłą rzeczy cała przyszła subwencja trafi wyłącznie na konto tej partii. Próba przetransferowania części tych środków do Wiosny lub Razem byłaby oczywistym naruszeniem prawa. Zaś stworzenie wspólnej partii najbardziej oczywistym rozwiązaniem problemu finansów partyjnych.
Niezależnie od dywagacji co do przyszłości, jedno jest poza dyskusją. Przez całe lata niechętni Sojuszowi Lewicy Demokratycznej przywoływali słowa sprzed lat: sztandar wyprowadzić. Tymczasem jesteśmy na najlepszej drodze, by móc za dwa miesiące powiedzieć: Sztandar Lewicy wprowadzić. Po czterech latach nieobecności. Do polskiego parlamentu.

Senat nasz

Czy Senat – izba wyższa polskiego parlamentu – pokrzyżuje plany Kaczyńskiego?

Dla jednych siedem procent to niewiele. Dla innych – sporo. Koniec końców Koalicji Europejskiej zabrakło bez mała miliona głosów, by w wyborach europejskich pokonać Prawo i Sprawiedliwość. Mam nadzieję, że przez cztery miesiące, które pozostały do jesiennych wyborów parlamentarnych, uda się ten niekorzystny układ sił zmienić. Chociaż zapowiedź liderów Polskiego Stronnictwa Ludowego o zamiarze samodzielnego startu (chyba jeszcze nie ostateczna), nie ułatwi zadania zjednoczonej opozycji. Nie zapominajmy też, że na jesieni, prócz wyborów do Sejmu, wybierać będziemy nowy skład Senatu.
W ostatnim czasie dużo mówi się o wspólnym starcie całej opozycji do Senatu. Przy okazji obchodów 30. rocznicy wyborów z 1989 roku przypomniano ówczesny wynik opozycji do nowoutworzonej izby wyższej polskiego parlamentu. Kiedy to rządzący ponieśli dramatyczną porażkę z wydawać by się mogło słabszą opozycją solidarnościową. Nie będę wracał do tamtych czasów – których ocena w niektórych aspektach dzieli polskie społeczeństwo aż do dziś. Pytanie dotyczy roku 2019. Czy szeroka koalicja sił demokratycznych w wyborach do Senatu ma sens?

Do likwidacji?

Utworzenie Senatu w 1989 roku było powrotem do kształtu polskiego parlamentu z okresu II Rzeczypospolitej. Ale już pierwsze kadencje tej izby przekonały znaczną część polskiego społeczeństwa, że była to decyzja błędna. W 2005 roku w sondażu Biura Badania Rynku i Opinii Estymator aż 62 proc. respondentów opowiedziało się za likwidacją Senatu. Taki postulat zgłaszali jeszcze nie tak dawno zarówno politycy Platformy Obywatelskiej jak i Sojuszu Lewicy Demokratycznej. „Senat pełni rolę biura legislacyjnego, a podejmowane przez niego działania, to głównie poprawki redakcyjne” – mówił w 2015 roku ówczesny poseł SLD Stanisław Wziątek.
To prawda. W mojej czteroletniej kadencji tysiące razy głosowaliśmy poprawki wprowadzane do ustaw przez Senat. Zdecydowana większość poprawek dotyczyła kropek, przecinków, innego szyku zdań. Część poprawek miała na celu usunięcie ewidentnych błędów popełnionych podczas procedowania projektów w Sejmie. Kilku dobrych prawników i legislatorów z pewnością by wystarczyło. Tymczasem każda kadencja Senatu kosztuje podatników pół miliarda złotych. Bez sensu.

Bez emocji

Od roku 2011 ordynacja wyborcza do Senatu podzieliła Polskę na 100 okręgów, a wybory senackie stały się poletkiem doświadczalnym jednomandatowych okręgów wyborczych. Wcześniej wybór senatorów odbywał się w 40 małych okręgach wyborczych, gdzie do podziału było od 2 do 4 mandatów. Każde kolejne wybory udowadniały, że zarówno w JOW‑ach jak i małych okręgach wyborczych realne szanse mają jedynie politycy popierani przez największe partie.
W 2001 roku koalicja SLD‑Unia Pracy zdobyła w 100-osobowym Senacie 75 mandatów. W latach 2005-2007 Prawo i Sprawiedliwość wraz z koalicjantami dysponowało w Senacie 59 mandatami. Podczas dwóch kadencji rządów koalicji PO‑PSL, liczba mandatów tych ugrupowań w Senacie wynosiła 60 (2007-2011) i 65 (2011-2015). W obecnej IX kadencji Senatu PiS ma ponad 60 mandatów.
Ta krótka statystyka pokazuje, dlaczego prace senatorów i senatorek z reguły nie budzą większych emocji wśród obserwatorów polskiej sceny politycznej. Większość sejmowa i tym samym większość rządząca od lat dysponuje w Senacie wyraźną większością mandatów. A senatorowie – poza nielicznymi wyjątkami – głosują tak, jak sobie tego rządzący życzą. Czy wygrana opozycji w Senacie coś zmieni?

Senat poprawia

Po trzecim czytaniu, czyli ostatecznym głosowaniu w Sejmie, każda uchwalona ustawa trafia do Senatu. Senat ma prawo wprowadzić do ustawy dowolną liczbę poprawek. Nie tylko redakcyjnych. Ale również w istotnym stopniu zmieniających to, co wyszło z Sejmu. Ten zabieg stosowała w trakcie mojej kadencji Platforma Obywatelska. Mając niekiedy kłopoty z uzyskaniem większości w Sejmie (na przykład z powodu sprzeciwu PSL-u) – chwilowo odpuszczała. Polecając jednocześnie swoim senatorom wprowadzenie do ustawy odpowiednich poprawek.
Taki los spotkał ustawę dotyczącą frankowiczów wraz z moją poprawkę, obciążającą banki kosztami przewalutowania kredytów frankowych. Przegłosowaną w Sejmie wspólnymi siłami PSL, SLD i PiS – wbrew Platformie. Senatorowie PO powykreślali korzystne dla frankowiczów zapisy.
Ustawa z poprawkami senackimi trafia z powrotem do Sejmu. Posłowie i posłanki w poprawkach Senatu nie mają prawa niczego zmieniać. Mogą każdą z nich przyjąć. Albo odrzucić. Do odrzucenia poprawki Senatu potrzeba większości bezwzględnej. Czyli ilość głosów przeciw poprawce musi być większa niż suma głosów za poprawką i głosów wstrzymujących się.
Konieczność uzyskania przez partię lub koalicję rządzącą większości bezwzględnej w Sejmie dla odrzucenia niechcianych poprawek jest pewnym utrudnieniem, gdyż ustawy uchwala się zwykłą większością głosów. Ale niemal zawsze jest w zasięgu rządzących. Czy w takiej sytuacji „pospolite ruszenie” opozycji na Senat ma sens? Ma!

Debata

Nie łudźmy się. Jeśli jesienią wyborcy postawią na partię Jarosława Kaczyńskiego, nawet setka senatorów i senatorek zjednoczonej opozycji nie zablokuje kolejnej kadencji rządów Prawa i Sprawiedliwości. Ale może w istotnym stopniu ucywilizować pracę polskiego parlamentu. Dzisiaj dwaj panowie „K” – Kuchciński i Karczewski – mają w Sejmie i Senacie władzę absolutną. Korzystając z niej, doprowadzili do faktycznej likwidacji debaty parlamentarnej. Wprowadzając ekspresowe tempo „przepychania” ustaw uzgodnionych na Nowogrodzkiej i mających błogosławieństwo prezesa Kaczyńskiego.
W przypadku uzyskania przez opozycję większości w Senacie i wyborze marszałka spośród opozycji, to tam przeniesie się ciężar politycznych debat. Co też istotne, Senat (podobnie jak Sejm) dysponuje możliwością przeprowadzania wysłuchań publicznych. Pozwalających uspołecznić proces legislacyjny i dających możliwość wypowiedzenia się ekspertom.
Możliwe, że mający większość w Sejmie karni posłowie i posłanki PiS-u będą skrzętnie odrzucali dorobek opozycyjnego Senatu. Ale z pewnością obecna praktyka stanowienia prawa pod osłoną nocy zostanie zablokowana.

Cała opozycja

Drugim ważnym czynnikiem przemawiającym za wspólnym startem jest możliwość porozumienia się całej opozycji. Całej. Szef PSL, Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiedział samodzielny start ludowców do Sejmu pod szyldem PSL‑Koalicja Polska. Ale równocześnie potwierdził, że PSL byłby zainteresowany wspólnym startem opozycji do Senatu. Również wypowiedzi polityków Wiosny Roberta Biedronia sugerują, że ich kandydaci i kandydatki mogliby znaleźć się na wspólnej liście. Inna sprawa, że mówienie o wspólnej liście opozycji do Senatu to pewne uproszczenie.
Specyfika jednomandatowych wyborów do Senatu nie wymaga tworzenia jednej ogólnopolskiej listy. To powinno pomóc w dogadaniu się tak skrajnych programowo partii jak chociażby PSL i Wiosna. W praktyce wspólny start do Senatu oznacza wyłonienie w każdym okręgu jednego kandydata lub kandydatki opozycji – mających poparcie pozostałych ugrupowań. Tak to zresztą wyglądało w dotychczasowych wyborach do Senatu – nierzadko wygrywali bezpartyjni kandydaci, ale startujący z poparciem jednej z największych partii.

Samorządowcy

Były już pomysły przekształcenia Senatu w izbę samorządową. Mające pewien sens, bo włączające samorządowców w proces tworzenia prawa. Które to prawo w wielu wypadkach muszą później realizować w realu. Chwilowo odłóżmy jednak debatę o ewentualnych przyszłych przekształceniach Senatu.
Faktem jest, że w jesiennych wyborach samorządowcy uzyskali w starciu z politykami PiS-u korzystniejszy rezultat niż opozycja 26 maja. Ponadto to samorząd jest dzisiaj ostoją demokracji i polityki wolnej od szaleństw prawicy. Prezydenci kilku największych miast już zadeklarowali chęć udzielenia wsparcia opozycji w jesiennych wyborach – szczególnie do Senatu. Spodziewam się, że za nimi pójdą inni.
Nie wiemy jeszcze, jak miałoby takie wsparcie znanych samorządowców wyglądać w praktyce. Nie wyobrażam sobie, aby Rafał Trzaskowski w Warszawie lub Jacek Sutryk we Wrocławiu mieli decydować się na zamianę prezydentury na miejsce w Senacie. Zresztą byłoby to niekorzystne dla lokalnych społeczności. Ale gdyby na przykład we Wrocławiu do senackich wyborów stanęli dwaj byli prezydenci: Rafał Dutkiewicz i Bogdan Zdrojewski? Prawdopodobnie zostaliby zaakceptowani przez całą antypisowską opozycję. A Prawu i Sprawiedliwości nie pozostałoby nic innego jak oddanie wrocławskich wyborów walkowerem.
Deklaracja wsparcia wyborów do Senatu przez samorządowców – to kolejny argument za podjęciem rozmów przez wszystkie siły opozycyjne. A start do Senatu polityków i polityczek ze środowisk lokalnych dałby przy okazji odpowiedź, czy pomysł oddania Senatu samorządowcom jest wart rozważenia.

Lewica w Senacie

O formule startu Sojuszu Lewicy Demokratycznej w najbliższych wyborach parlamentarnych dyskutuje w ten weekend Zarząd i Rada Krajowa SLD. W ogólnopartyjnym referendum będą mieli okazję wypowiedzieć się wszyscy członkowie partii. Jestem zdania, że w obecnej, nadzwyczajnej sytuacji politycznej w Polsce, lewica powinna wziąć aktywny udział w działaniach na rzecz stworzenia silnej demokratycznej większości w izbie wyższej parlamentu. Taka jest bowiem polska racja stanu.
To dopiero początek drogi do jesiennych wyborów. Za wcześnie, by rozpisywać scenariusz na role. Ale wiem, że Sojusz Lewicy Demokratycznej dysponuje wieloma znakomitymi politykami i polityczkami. Którzy mogą stanowić silne ogniwo opozycyjnej drużyny do Senatu. A to oznacza, że możliwy do powtórzenia jest sukces SLD z wyborów europejskich. Który przełożony na realia parlamentu krajowego oznaczał by obecność co najmniej kilkunastu senatorów i senatorek lewicy w Senacie X kadencji.

* * *

Niniejszy tekst nie sugeruje w żadnym razie złożenia broni przez opozycję (i lewicę) w wyborczej walce o zwycięstwo w najważniejszych wyborach tej jesieni – wyborach do Sejmu. Wspólny start do Senatu może co najwyżej stanowić jeden z elementów strategii wyborczej zmierzającej do odsunięcia PiS-u od władzy.

Czas na zbiorowe nieposłuszeństwo

…i Kongres Wolności. Z JANUSZEM ROLICKIM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

W internecie pojawił się artykuł Janusza Rolickiego, znanego publicysty, w latach siedemdziesiątych reportera tygodników „Kultura” i „Polityka”, współtwórcy tzw. polskiej szkoły reportażu oraz świetności publicystyki kulturalnej Telewizji Polskiej w latach 1974-1980, byłego redaktora naczelnego „Trybuny” (1996 – 2001). Artykuł ma formę dramatycznego listu otwartego skierowanego do wszystkich, którym leży na sercu zatrzymanie PiS i ocalenie polskiej demokracji. Brzmi on tym bardziej alarmistycznie, że Janusz Rolicki znany jest od dziesięcioleci ze spokojnego i dialogowego podejścia do spraw publicznych.

KRZYSZTOF LUBCZYŃSKI: W tonie alarmistycznym wzywa Pan do obywatelskiego nieposłuszeństwa w stosunku do rządzących oraz do pilnego zwołania Kongresu Wolności…
JANUSZ ROLICKI: Uważam – powtórzę niektóre tezy, które zawarłem w moim tekście – że Polsce grozi ucieczka od wolności. Przypomnę, że to zjawisko zdefiniował austriacki psycholog Erich Fromm. Jednym z jego przejawów było dobrowolne, w trybie demokratycznym, oddanie władzy przez społeczeństwo niemieckie Hitlerowi. Skutki podobnej ucieczki od wolności będą dla Polski straszliwe i że będzie ona zmorą tylko dla nas, Polaków, a Europa i świat będą się temu biernie przyglądać, bo ich to szczęśliwie nie dotknie. Uważam że, po pierwsze, trzeba pójść śladem Władysława Frasyniuka i zacząć wykorzystywać prawo do obywatelskiego nieposłuszeństwa. To był akt jednostkowy, a teraz potrzeba dokonania zbiorowego aktu obywatelskiego nieposłuszeństwa. Nie czynnego oporu, ale właśnie obywatelskiego nieposłuszeństwa, dokuczliwego dla władzy. Bo skoro Jarosławowi Kaczyńskiego zaczęły śnić się niebieskie migdały i sięga po dyktaturę, zwykła, rutynowa działalność opozycyjna przestała wystarczać. Co do Kongresu Wolności, to on powinien być zwołany jak najszybciej i powinny wziąć w nim udział wszystkie wolnościowe organizacje i stowarzyszenia oraz partie polityczne, które, mam nadzieję, zawieszą na ten czas swoje partyjne ego. Platforma ideowa tego kongresu powinna być możliwie najszersza. Trzeba wykorzystać to, że partia Kaczyńskiego nie jest monolitem. Dyktatura jest na razie jeszcze możliwa do przełamania, jeszcze nie jest na tyle zasiedziała, by już nie oddać władzy, by już całkowicie wziąć społeczeństwo za twarz.

Sugeruje Pan też, że zagrożone są przyszłe wolne wybory…
Nikt nie może dać dziś gwarancji że za niespełna dwa lata takie wolne wybory się odbędą. Nawet profesor Rafał Matyja, politolog o prawicowych poglądach, dziś krytyczny wobec PiS, nie ma takiej pewności. Przecież PiS już stworzył instytucjonalne warunki, by te wybory, w przypadku niekorzystnego lub niewystarczająco dla siebie korzystnego wyniku wyborczego.

Zwłaszcza, że w ostatnim czasie pojawiły się już dwa kolejne sondaże różnych pracowni badania opinii publicznej wskazujące na pewien spadek notowań PiS. Porównał Pan Jarosława Kaczyńskiego do króla Ubu ze sztuki Alfreda Jarry…
Bo przecież ten człowiek w ciągu dwóch lat przemienił Polskę, w sposób uzurpatorski, z kraju jednak, przy wszystkich niedostatkach, z kraju podziwianego w świecie, w prawdziwą krainę groteskowego króla Ubu. Kaczyński mając usta pełne frazesów o umiłowaniu ojczyzny i troski o Polskę i Polaków jednocześnie strącił Polskę z europejskiego Parnasu. Ideologia rządzącej partii sięgnęła bruku. Do tego obserwujemy chronione przez policję przemarsze osiłków z ONR, którzy z flagami w rękach ryczą na ulicach polskich miast haniebne hasła rasistowskie, antysemickie, antywolnościowe, które są przy tum często tolerowane przez prokuraturę. Przyzwoitych ludzi zalewa z tego powodu fala wstydu. Czas z tym skończyć, zanim będzie za późno.

Po wydarzeniach z 16 grudnia 2016 roku władza określiła działania protestujących demonstrantów i posłów opozycji jako „pucz” i z uporem to powtarza, Pan tymczasem mówi o władzy, że to właśnie ona dokonuje puczu…
Tak, bo czym innym jest zmienianie ustroju państwa bez uprawnień konstytucyjnych, jak nie jawnym, pełzającym puczem?

Dziękuję za rozmowę.

Fragmenty artykułu-listu otwartego Janusza Rolickiego

„Od dwóch lat jako społeczeństwo tolerujemy w Polsce łamanie konstytucji przez rząd i parlament.
Dlaczego – pytam – nie wykorzystaliśmy dotychczas prawa do zbiorowego nieposłuszeństwa wobec rządzących, godząc się na upokarzający status życia w państwie z wolna dostającym się pod wewnętrzną okupację jednej partii? Wobec tego, czy to, co obserwujemy, jest już polską wersją ucieczki od wolności? (…)
Społeczeństwo skonsternowane brutalnością ekipy Kaczyńskiego nie wiedziało, jak reagować na zniewolenie Trybunału Konstytucyjnego, przejęcie przez PiS mediów publicznych z pogwałceniem konstytucyjnych uprawnień Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, zawłaszczenie prokuratury, zglajchszaltowanie sądownictwa, drastyczną i kuriozalną zmianę ordynacji wyborczej, ograniczenie praw do organizowania protestów obywatelskich, zastraszanie i karanie mediów prywatnych, a ostatnio i pojedynczych dziennikarzy.
Dziś te cyniczne i niekonstytucyjne zmiany w większości mamy za sobą i stąd ponad wszelką wątpliwość wiemy, że PiS-owi chodzi o trwałe zdobycie władzy, a także większości konstytucyjnej. (…) Stworzone (…) zostały ponad wszelką wątpliwość warunki do łatwego sfałszowania wyników zbliżających się elekcji…(…) Wobec tego pytam: czy nie nadszedł już czas na zbiorowe wypowiedzenie przez społeczeństwo posłuszeństwa ekipie rządzącej Polską? Jak długo, korzystając z naszej bierności, parlamentarzyści, ministrowie, prezydent i premier z nominacji Kaczyńskiego będą łamać prawo konstytucyjne w Polsce? Czy nie czas wykrzyczeć zbiorowe „nie”? (…) Stało się tak między innymi z powodu histerii antyuchodźczej, jak również obchodów w Polsce rocznicy urodzin Hitlera. To nie jest margines marginesów – jak nas zapewniają. To wykwit hołubionych nastrojów i preferencji obecnie rządzących. Taka impreza jak obchody urodzin Hitlera mogła się publicznie wydarzyć tylko w Polsce pisowskiej (…) W tej sytuacji uratować nasz kraj może jedynie podjęcie decyzji o zbiorowym obywatelskim nieposłuszeństwie. Ta odmowa może być skuteczną odpowiedzią na samowolę władz. PiS bowiem, bimbając sobie z ustawy zasadniczej, de facto postawił się w roli uzurpatora. Dlatego z punktu widzenia porządku prawnego nasza jak najbardziej masowa odmowa posłuszeństwa nie może być uznana za sprzeczną z prawem (…) Warto w tym miejscu przypomnieć, że za udział w demonstracjach antyrządowych w ostatnich dwóch latach do sądu wezwano blisko tysiąc osób, a dwieście zostało skazanych, na razie na grzywny. Policja, na co zwróciły uwagę – jeszcze nie do końca zależne – sądy, nadużywała przy tym wielokrotnie prawa, interpretując je w sposób stronniczy wobec demonstrujących. W świetle jupiterów rozpoczęła się więc akcja brania za twarz społeczeństwa (…) Najlepiej by było, aby deklaracje o nielegalności aktualnej władzy złożyły na specjalnym Kongresie Wolności, który powinien być maksymalnie szybko zorganizowany i mocno rozreklamowany w świecie, istniejące już stowarzyszenia i organizacje obywatelskie (…) Im więcej będzie sygnatariuszy chcących walczyć o wolność, tym lepiej. Kaczyński rozumie tylko siłę. I tylko siłą możemy go pozbawić dyktatury. Powiedzmy głosem milionów, jeszcze przed latem: nie dyktaturze, ograniczaniu praworządności i perfidnemu łamaniu konstytucji. Pamiętajmy, że z dyktaturą jeszcze niezasiedziałą, a więc taką jak Kaczyńskiego, jest łatwiej walczyć niż z dyktaturą obrosłą w pełne instrumentarium przemocy. PiS jeszcze nie ma sprawnego i masowego ZOMO, jeszcze ludzie aparatu ucisku w pełni nie zarazili się chorobą nadużywania przemocy. Jeszcze się wstydzą. A dopóty, dopóki na ulicach nie strzelają i nie wysyłają przeciwko demonstrantom czołgów, są realne szanse na skuteczne zahamowanie wzbierającego puczu Kaczyńskiego. Bo puczem jest niewątpliwie zmienianie ustroju bez konstytucyjnych do tego uprawnień (…)
A więc śpieszmy się, dopóki siły antywolnościowe nie są jeszcze gotowe do bezwzględnej walki o dyktaturę. A jeśli powstaną nas miliony, to z pewnością zwyciężymy. Nieodpowiedzialnością byłoby namawianie społeczeństwa do czynnego oporu. Ale pamiętajmy, że obok powtórek z Majdanu (jako ostateczności) powinniśmy myśleć o jak najzręczniejszym a dokuczliwym dla władz powszechnym protestowaniu indywidualnym. Zaczynajmy od koszulek z hasłami, wieców i protestów ulicznych, a
także strajków. O jednym wszakże pamiętajmy: musimy świadomie zawsze i wszędzie podkreślać nielegalność obecnej władzy, która sama pozbawiła się de facto prawa do rządzenia Polską i Polakami. Łamiąc przewrotnie konstytucję, swe mandaty stracili już bezpowrotnie tak prezydent Duda, jak i premier Morawiecki, nie mówiąc już o członkach jego gabinetu. Stale wytykajmy Kaczyńskiemu i jego partii, że wprowadza w Polsce dyktaturę. Potwierdzajmy obawy, że z powodu narzuconego przez PiS prawodawstwa nie możemy być dziś pewni rzetelnych wyborów, tak samorządowych, jak i parlamentarnych. Przypominajmy, że jako obywatele Unii – jest to zresztą zaznaczone na okładkach naszych paszportów – mamy prawo, a nawet obowiązek nie tylko przypominać Europie o niegodziwości rządzących, ale także skarżyć się wprost na rząd i krajowych urzędników. Zerwijmy ze szkodliwym szantażem o praniu brudów jedynie pomiędzy Bugiem i Odrą. Jeśli wspólnie sięgniemy do zakreślonego tu instrumentarium politycznego, zwyciężymy i przepędzimy precz zmorę zniewolenia, jaką wyszykował nam Kaczyński ze swoimi cienkoszyjnymi wodzami. (…)”

Rok wysokiego napięcia

Prąd kopnie i porazi w przyszłym roku wielu polskich polityków.

 

***

To prąd, a ściślej reakcja wyborców na odroczone podwyżki cen energii oraz kolejne wpadki obozu rządzącego, zadecyduje o fundamentalnej dla PiS decyzji. O przyspieszonych wyborach parlamentarnych.

 

***

Kierownictwo PiS przygotowane jest na taki manewr. Wie, że marcowe wybory mogą zapewnić zwycięstwo tej formacji, choć nie muszą dać jej większości w Sejmie. Ale jesienny termin wyborów też takiej większości nie gwarantuje. Za to wtedy wynik wyborów może być już słabszy niż w marcu.

 

***

Wszystko zależy od decyzji pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Ponieważ zawsze powtarzał, że w polityce „lubi zagrać ostro”, to dziś prognozuję przyśpieszenie wyborów parlamentarnych w roku 2019.

 

***

Decyzję o przyśpieszeniu wyborów z wielką radością przyjmą szeregowi parlamentarzyści PiS. I opozycji też.
Ci wszyscy, którzy nie pełnią funkcji partyjnych i parlamentarnych, nie mają z tego tytułu dodatków pieniężnych. I muszą żyć jedynie z gołego, obniżonego im wolą pana prezesa Kaczyńskiego, uposażenia poselskiego. Teraz wielu z nich, po odliczeniu spłat rat pozaciąganych na początku kadencji kredytów, pozostaje na życie 3-4 tysiące złotych miesięcznie. Bida z nędzą.
Co gorsza, nie mogą oni liczyć na przyszły wypas w Parlamencie Europejskim, bo tam trafią jedynie partyjne elity. Za to mogą sobie już pomarzyć, że w nowej kadencji Sejmu uposażenia poselskie zostaną podniesione. Przynajmniej do poziomu z roku 2015.

 

***

Zmieni się też forma uprawiania polityki w roku 2019. Trendy politycznej mody dyktować będzie Robert Biedroń. On już, jak zgodnie odnotowują dziennikarze, „śmiga z mikrofonem podczas spotkań z wyborcami”. Czym elektryzuje tłumy.
Śmigającego pana prezesa Kaczyńskiego pewnie na konwencjach i wiecach nie zobaczymy, ale pan premier Morawiecki i premier Szydło na pewno pościgają się w śmiganiu z mikrofonami z Schetyną i Lubnauer.

 

***

Treść nadawana przez śmigających wiele się nie zmieni.

 

***

Krajowy kościół katolicki w 2019 roku zasklepi się w obronie przed „wrogami kościoła”, czyli swoimi dotychczasowymi wiernymi.
Wybierze strategię przeczekania licząc, że pedofilskie i finansowe afery rozejdą się po kościach. I przeliczą się. Będzie jeszcze mniej owieczek na mszach, mniej zaproszeń na kolędy, czyli jeszcze mniej pieniędzy. Czyli tego, co tygrysy w polskim kościele kat. najbardziej lubią.

 

***

Niechęć do polskiego kościoła kat. coraz głośniej wyrażają także politycy PiS. Uważają hierarchów kościelnych za niewdzięczników, którzy tyle państwowej kasy już wzięli, a dalej upierają się aby zaostrzyć warunki legalnej aborcji. I jeszcze wspierają prawicowych rozłamowców.

 

***

Temat społecznej debaty o aborcji straszy kierownictwo PiS prawie jak widmo niekontrolowanych podwyżek cen prądu.

 

***

Będzie to też rok Pawła Kukiza. Jego trumf w przyśpieszonych wyborach parlamentarnych i przyszła koalicja z PiS, albo rozpad jeszcze przed wyborami i polityczny zgon.
Już w 2019. Bo ewentualna kolacja z PiS to też zgon, tylko odłożony w czasie. Pan prezes Kaczyński zwykł zjadać swych koalicjantów i pewnie zostanie wierny swym przekonaniom.

 

***

Donald Tusk w 2019 roku też nieraz śmignie z mikrofonem. Wszystko po to aby zdołować psychicznie pana prezesa Kaczyńskiego. A to przewodniczący Rady Europejskiej zwyczajnie lubi.
Ale porzućcie nadzieję na powrót Tuska. Pośmiga sobie, pośmiga w tym roku, a w 2020 przedłuży sobie emigrację zarobkową. Po co ma pilnować polskiego żyrandola politycznego skoro po 2020 roku świat ma wpaść w recesję gospodarczą?

 

***

SLD dokona niebywałej sztuki i wróci do Sejmu po czteroletniej nieobecności. Dostanie czteroletnie stypendium na stworzenie nowoczesnej partii lewicowej.
Zobaczymy czy odrobi tym razem zadaną lekcję, czy popłynie z prądem? Pójdzie drogą Unii Wolności.