Lotto Ekstraklasa: Rekordy frekwencji padają w derbach

W 26. kolejce padł rekord frekwencji w tym sezonie naszej piłkarskiej ekstraklasy. Derby Krakowa Wisła – Cracovia obejrzało 28 235 widzów. Dotychczasowy rekord, ustanowiony w derbach Trójmiasta Lechia Gdańsk – Arka Gdynia został pobity o trzy tysiące.

Wbrew pozorom rekordowa liczba widzów na stadionie Wisły w Krakowie jest tak naprawdę frekwencyjną porażką Lotto Ekstraklasy. A to dlatego, że najlepszy w tym sezonie wynik, ustanowiony dopiero w 26. kolejce po rozegraniu 206 meczów z udziałem publiczności, w poprzednim byłby dopiero na siódmym miejscu. Co prawda rekord frekwencji padł w spotkaniu 30. kolejki Lecha z Górnikiem, na które przyszło w Poznaniu 36 941 osób, ale pięć pozostałych lepszych niż w tym sezonie wyników ustanowiono wcześniej.

Wracając do 26. kolejki obecnych rozgrywek, to poza Krakowem przyzwoita liczba widzów stawiła się jeszcze tylko w Warszawie na Łazienkowskiej. Starcie Legii ze Śląskiem (1:0) obejrzało w stolicy 18 342 osób. Na pozostałych sześciu stadionach nigdzie frekwencja nie przekroczyła 10 tysięcy, nawet w Białymstoku, gdzie na spotkanie Jagiellonii z Korona Kielce stawiło się zaledwie 7 660 kibiców.

Księgowy Lecha musi rwać włosy z głowy, bo po słabych w tym roku wynikach fani „Kolejorza” obrazili się na swój zespół. Przegrany 0:3 mecz z Górnikiem Zabrze obejrzało tylko 9 881 widzów, a pamiętajmy, że stadion w Poznaniu ma ponad 42 tysiące miejsc.

Ale w naszej ekstraklasie nawet dobre wyniki nie zawsze przekładają się na wzrost frekwencji. Przekonują o tym przykłady Zagłębie Lubin (5823 widzów w spotkaniu z Arką Gdynia) i rewelacji wiosennej rundy Piasta Gliwice (5573 osoby na meczu z Miedzią Legnica). Tradycyjnie już niewielu fanów wybrało się na stadion w Płocku (2511 na przegranym 0:2 meczu z Pogonią) i w Sosnowcu (tylko 2624 widzów przyszło zobaczyć jak ich zespół gra z liderem ligi Lechią Gdańsk). Po 26. kolejkach najliczniejszą widownią może pochwalić się Legia (średnia na mecz 13 392). Druga jest Wisła Kraków (15 791), trzecia Lechia (13 892), czwarty Lech (13 183, a piąty Górnik (12 405 widzów).

 

Lechici nie chcą Nawałki?

Mamy pierwszy w tym roku „czas na reprezentację”. W cieniu Jerzego Brzęczka swoje problemy w Lechu próbuje rozwiązać jego poprzednik na selekcjonerskim stołku Adam Nawałka. Zaczął od utajnienia przed mediami i kibicami treningów zespołu „Kolejorza”.

Nad głową byłego selekcjonera czarne chmury zbierają się już od dłuższego czasu. Nic dziwnego – w rundzie wiosennej zespół Lecha zdobył ledwie sześć punktów w sześciu meczach, czyli na 18 możliwych do wywalczenia. Dwa ostatnie spotkania przegrał z zespołami, które walczą jedynie o utrzymanie w lidze (2:3 z Miedzią na wyjeździe i 0:3 z Górnikiem Zabrze u siebie). Kibice „Kolejorza” mają do piłkarzy i ich trenera pretensje nie tylko za porażki, ale też za żenująco słaby poziom gry zaprezentowany w tych potyczkach, zwłaszcza ostatniej z Górnikiem.

Niezadowolenie fanów odbija się na frekwencji – na meczu z zabrzanami było zaledwie 9 881 widzów, co jest wynikiem od prawie pięć tysięcy niższym od przeciętnej frekwencji w tym sezonie na stadionie przy Bułgarskiej wynoszącej 13 183 w 11 spotkaniach. Realnie oceniając, lechici mogą w tej chwili odłożyć na bok przedsezonowe aspiracje włączenia się do walki o mistrzowski tytuł, bo realnie grozi im wypadnięcie z grupy mistrzowskiej. W czterech ostatnich meczach jakie pozostały im do rozegrania zmierzą się z Koroną, Pogonią, Lechią i Jagiellonią, a zatem zespołami z górnej połówki tabeli ekstraklasy. Trudno spodziewać się w nich kompletu punktów zważywszy na fakt, że w dotychczasowych starciach z ekipami z czołowej ósemki „Kolejorz” na 39 możliwych do zdobycia punktów wywalczył zaledwie osiem.

Atmosfera w klubie zrobiła się więc gęsta, a po mieście zaczęły krążyć plotki, że piłkarze Lecha nie są zadowoleni z rządów Nawałki i słabymi wynikami chcą doprowadzić do jego dymisji. Ponoć zarzucają mu, że w okresie przygotowawczym przesadził z obciążeniami (coś może być w tym na rzeczy, bo Lech przegrał wszystkie zimowe sparingi), a teraz z kolei przesadza w drugą stronę, bo ordynuje treningi zbyt lekkie, a na domiar złego monotonne i ukierunkowane na ćwiczenie taktycznych schematów, które dla rywali szybko przestają być tajemnicą. Doszło nawet do tego, głosi kolejna plotka, że gracze „Kolejorza” w nieformalnych rozmowach zarzucają niedawnemu selekcjonerowi reprezentacji Polski nawet „braki warsztatowe”.

Nawałka rzecz jasna nie komentuje tych plotek, nawiasem mówiąc nie komentuje w ogóle niczego co jest związane z jego pracą w Lechu, więc pod tym względem stosuje strategię wypracowaną do mistrzostwa w okresie pięciu lat pracy z kadrą biało-czerwonych, ale w przypadku braku wyników jest to maniera irytująca.

 

Legia nadal goni Lechię

Przewodzące w tabeli zespoły Lechii i Legii wygrały swoje mecze w 26. kolejce i powiększyły przewagę punktową nad resztą stawki. Z wyścigu o tytuł po drugiej porażce z rzędu odpadła Jagiellonia, a jej miejsce na czele grupy pościgowej zajął Piast.

Lider ekstraklasy w sobotę zmierzył się na wyjeździe z ostatnim w tabeli Zagłębiem Sosnowiec i rzecz jasna był faworytem, chociaż sosnowiczanie w dwóch ostatnich meczach na własnym stadionie wygrali strzelając w nich aż siedem goli. Ale przeciwko Lechii nie zagrał najgroźniejszy z napastników Zagłębia Vamara Sanogo, zaś Olaf Nowak i Giorgi Gebedawa zdaniem trenera Valdasa Ivanauskasa nie gwarantowali jakości, więc w linii ataku zagrali pomocnicy Mateusz Możdżeń i Szymon Pawłowski. Wynik meczu ustalił już w 8. minucie rozgrywający gdańskiej drużyny Daniel Łukasuk, zdobywając bramkę kapitalnym uderzeniem z rzutu wolnego. Żadnemu z innych graczy nie udało się powtórzyć tego wyczynu, chociaż piłka aż czterokrotnie uderzała w poprzeczkę.

Legia w sobotę podejmowała u siebie Śląsk po zakończeniu potyczki Lechii z Zagłębiem, legioniści znali zatem wynik i mieli świadomość, że z wrocławskim zespołem nie mogą przegrać. Na trybunach zasiadło ponad 18 tysięcy kibiców już bardzo niezadowolonych po środowej porażce Legii z Rakowem Częstochowa w ćwierćfinale Pucharu Polski, więc ewentualna przegrana ze Śląskiem wywołałaby potężny wybuch niezadowolenia. Gracze stołecznej drużyny mieli jednak tego dnia mnóstwo szczęścia i sędziego po swojej stronie. Do przerwy był bezbramkowy remis i nic nie zapowiadało zmiany tego wyniku, ale po zmianie stron zagrana na oślep w pole karne wrocławian piłka trafiła przypadkowo w rękę Igora Tarasovsa i arbiter Daniel Stefański z Bydgoszczy bez wahania odgwizdał „jedenastkę”, którą na bramkę zamienił najskuteczniejszy strzelec Legii Carlitos (było to jego 11 ligowe trafienie w obecnym sezonie).

Goście mieli szansę na wyrównanie z rzutu karnego w doliczonym czasie gry, ale sędzia najpierw podyktował „jedenastkę” za faul Pawła Stolarskiego w polu karnym na Arkadiuszu Piechu, po czym skorzystał z pomocy systemu VAR i anulował karnego. Raz jeszcze sięgnął po zapis wideo rozstrzygając scysję Piecha z Cafu, w której Portugalczyk próbował opluć polskiego napastnika Śląska i za karę dostał czerwona kartkę. Stefański trochę się w końcówce spotkania pogubił, doliczając w sumie aż 14 minut. Legioniści zdobyli ostatecznie komplet punktów i utrzymali dystans dwóch punktów straty do Lechii.

Nieudany weekend mieli natomiast trenerzy Lecha Poznań Adam Nawałka i Jagiellonii Białystok Ireneusz Mamrot. Ich zespoły przegrały sromotnie na swoich boiskach – „Kolejorz” uległ aż 0:3 Górnikowi Zabrze, a białostocczanie dostali baty od Korony Kielce 1:3. Na zwycięską ścieżkę wkroczyła Pogoń Szczecin wygrywając na wyjeździe 2:0 z Wisłą Płock i dzięki temu przeskoczyła w tabeli Jagiellonię.