Polska na zakręcie

W ciągu bez mała ostatnich trzech lat Polska stała się na naszych oczach krajem nieustannej, brudnej walki politycznej o wszystko: o władzę, o wartości, o prawo do dzielenia społeczeństwa na lepszych i gorszych.

 

O prawo do egoistycznego i nieskrępowanego pożytkowania publicznych pieniędzy, o prawo do manipulowania Konstytucją, lub cynicznego łamania jej przepisów, o prawo do poniżania autorytetów i odbierania im poczucia godności człowieczej i obywatelskiej z tytułu wypracowanego dorobku zawodowego, o prawo do narzucania społeczeństwu jednej politycznej racji, jednego światopoglądu, jednego (katolickiego) modelu moralnego…. długo by jeszcze wyliczać…
Walka ta prowadzona jest między partiami postsolidarnościowymi – PO a PiS, czyli z jednej strony prawicą, stojącą raczej na gruncie wartości liberalnych (demokracji pluralistycznej, trójpodziału władz, wolności i praw obywatelskich), a z drugiej – też prawicą, tyle, że nacjonalistyczną, odwołującą się do populistycznie nastawionych grup społecznych (propagandowy pisowski „suweren”, w tym m.in. dzisiejszy związek zawodowy „Solidarność”), wspieranych przez kościół hierarchiczny (w praktyce też suweren, ale uzasadniany inaczej), który przykładnie odgrywa rolę strażnika wszystkiego, co utrzymuje społeczeństwo w strachu przed nieuchronnymi procesami modernizacyjnymi (niemoralny Zachód, „szarganie świętości” itp.). Obie formacje przypisują sobie niepodzielne prawo do dziedzictwa pierwszej „Solidarności”, chociaż charakter prowadzonej walki politycznej jest żywym zaprzeczeniem celów buntu robotniczego sprzed kilkudziesięciu lat. A tak na marginesie: nikt tak nie zrobił polskiej klasy robotniczej w przysłowiowego konia, jak błyskawicznie udało się to na początku lat 90. kierownictwu NSZZ „Solidarność” ! Jestem skłonna stwierdzić, że w tamtym oszustwie tkwią źródła dzisiejszego konfliktu politycznego.
Stawką w tej politycznej bijatyce jest ustrój konstytucyjny Rzeczypospolitej i płynące stąd zagrożenia, i to zarówno dla sytuacji wewnętrznej (niezwykle głębokie podziały społeczne, woluntarystyczne szastanie przez rząd groszem publicznym, enigmatyczne perspektywy gospodarcze, notoryczne sięganie przez władze do metod państwa policyjnego), jak i dla polskiej racji stanu, ponieważ towarzysząca tym procesom kłamliwa propaganda z rozmysłem odsuwa w szarą strefę sygnały ważnych zmian, dokonujących się obecnie w globalnym układzie sił, co nie może być obojętne dla szans i pozycji międzynarodowej Polski. Wszak niedawna wizyta w Europie prezydenta USA Donalda Trumpa, jego antyeuropejskie wypowiedzi, a zwłaszcza przebieg spotkania z prezydentem Rosji – Władimirem Putinem poruszyły światową opinię publiczną do tego stopnia, że w najważniejszych stolicach państw europejskich analizowane są możliwości nowych koncepcji, uwzględniających skutki przesunięcia się polityki USA ze spraw militarnych na gospodarcze, a w tym skupienia uwagi na Chinach i Rosji. Dzwonki alarmowe rozległy się w Europie, gdy na szczycie w Brukseli D. Trump podważył obowiązywanie żelaznej dotychczas zasady kolektywnej obrony przez NATO terytoriów państw członkowskich. Swoim poglądom na ten temat dał później wyraz w wywiadzie z 18 lipca dla telewizji Fox News, w którym przyznał, że nie jest pewien, czy NATO powinno dawać gwarancje bezpieczeństwa np. maleńkiej Czarnogórze (najmłodszy członek NATO), bo – jego zdaniem – mogłoby to kosztować wybuchem III wojny światowej!! Trudno w tym miejscu nie zadać pytania: a Polsce może udzielić takich gwarancji, np. po ostatniej, tajnej rozmowie z W. Putinem…? W naszej zbiorowej pamięci tkwi przecież bolesny kolec w postaci „sojuszniczej gotowości” umierania w 1939r za Gdańsk. Czym to się dla nas skończyło – wiemy. I nie tylko dla nas…
Zamieszanie wokół ostatnich wypowiedzi Trumpa narasta. Nie oszczędzała go w połowie lipca w Niemczech, w czasie promocji swej najnowszej książki („Faszyzm. Ostrzeżenie”), Madeleine Albright, była sekretarz stanu w administracji Billa Clintona (1997-2001), określając go najbardziej antydemokratycznym prezydentem w całej historii USA. W podobnym duchu wypowiedział się w niedawnym wywiadzie dla „Newsweeka” były ambasador USA w Warszawie – Christopher Hill, bez osłonek stwierdzając, że prezydent Trump „na własne życzenie staje się postacią bez znaczenia w stosunkach transatlantyckich”, a jego postępowanie nazwał „nieodpowiedzialnym, groźnym i chaotycznym” . Jednocześnie nawiązał do sytuacji w Polsce stwierdzając, że – niezależnie od tego, co dzieje się na polu aktywności zagranicznej prezydenta USA, przychylne dotychczas Warszawie amerykańskie kręgi opiniotwórcze mają powody do obaw z tytułu zachodzących u nas zmian w systemie politycznym RP. Wysłał więc wyraźny sygnał, że na dotychczasowym kształcie przyjaźni polsko-amerykańskiej rysują się cienie i znaki zapytania, umiejętnie przypomniał, że w układach sojuszniczych obowiązuje respektowanie zasad, które legły u podstaw utworzenia NATO, czyli sojuszu militarnego państw demokratycznych.
Nie ulega wątpliwości, że Polska, destabilizowana ustrojowo i politycznie, unurzana w niegodne, żenujące awantury wewnętrzne, staje się dziś dla partnerów zagranicznych nieobliczalna, a przez to w stosunkach międzynarodowych – bezużyteczna. Gołym okiem zresztą widać, jak zmalała aktywność międzynarodowa Polski, bo kto dziś potraktuje poważnie premiera („bajarza”) M. Morawieckiego…? W tym zmieniającym się jakościowo świecie kreatorzy polskiej polityki zagranicznej niewiele mają przecież do zaoferowania. Minister Spraw Zagranicznych przeważnie milczy, być może wygodniej mu tkwić w roli „eksperymentu”, usytuowanego w oparach blaknącej fantasmagorii o „międzymorzu”. Obecny prezydent RP z różnych względów ( w tym przez swój ideologiczny anachronizm) nie udźwignie walki o pozycję Polski w Europie i świecie; złośliwie zauważam, że nawet Watykan wyciszył z nami kontakty.
W tej sytuacji, każdy kolejny miesiąc zatargów polityków PiS z Unią Europejską i jej instytucjami odsuwa nasze szanse na korzystne włączenie się Polski we wspólną politykę zagraniczną i obronną. Niestety, polityków PiS nie cechuje wyższy od przeciętnego stopień zaawansowania w politycznym myśleniu, a na dodatek to, co może na całej linii podważać do nich zaufanie – to notoryczne posługiwanie się kłamstwem jako narzędziem uprawiania polityki na wszystkich możliwych polach. Najważniejszym wydaje się jednakże zarzut, że z tych m.in. powodów cała ta „elita” PiS mentalnie nie jest w stanie wypracować atrakcyjnego dla większości społeczeństwa strategicznego podejścia do istoty polskiego interesu narodowego w zmieniającym się na świecie układzie sił . W naszej historii najnowszej ma to miejsce po raz pierwszy od ponad 70 lat i możemy srodze za to zapłacić!
Przed kilkoma tygodniami na łamach „Res Humana”, jeden z współtwórców SLD w przeszłości –Włodzimierz Cimoszewicz – zdefiniował polską rację stanu jako zespół najważniejszych, fundamentalnych interesów państwa, które – jego zdaniem współcześnie układają się w dwa bloki. Jeden to zapewnienie krajowi bezpieczeństwa zewnętrznego, drugi – zapewnienie obywatelom dobrobytu, dobrostanu. W dużej mierze podzielam ten pogląd, aczkolwiek wiem, że nie wszystko i nie zawsze jest takie proste, jak w podanej definicji.
W kontekście tym przypomnijmy, że po II wojnie światowej to wielkie mocarstwa określiły nasze miejsce w Europie, przystając również na to, aby Rzeczpospolita Polska została poddana politycznej kurateli ZSRR, co odbiło się na nas szczególnie boleśnie w okresie stalinowskim. Po podzieleniu stref wpływów, na politykach demokratycznego Zachodu nie robiły specjalnego wrażenia doniesienia, iż do końca lat 40. w naszych nowych granicach toczyła się wojna polsko-polska, która po obu stronach konfliktu już po zakończeniu działań wojennych pochłonęła ponad 100 tys. ofiar!
Warto zadać w tym miejscu pytanie, czy w tych skomplikowanych okolicznościach rządzący wówczas naszym krajem zachowywali się tylko bezwolnie i oportunistycznie, czy też potrafili racjonalnie określić – zwłaszcza po październiku 56. – polski interes narodowy, lub inaczej – polską rację stanu..?
Niewątpliwie, przesunięcie polskich granic na zachód nie było do końca akceptowane przez wszystkich przedstawicieli wielkich mocarstw, ustalających powojenny porządek Europy i świata. W tych okolicznościach dla władz Polski wyzwaniem najwyższej rangi stała się kwestia nienaruszalności granicy na Odrze i Nysie, która na Konferencji Poczdamskiej nie została jednoznacznie potwierdzona. Dramatyzm wystosowanego przez Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej w lipcu 1945r memorandum do Konferencji w tej sprawie porusza swą wymową jeszcze i dziś; aż dziw bierze, że prawica nigdzie się na ten temat nawet nie zająknie, a przecież miało to swoje konsekwencje chociażby w postaci stałego utrzymywania pod bronią kilkuset tysięcznego Ludowego Wojska Polskiego i odbudowę własnego przemysłu obronnego, o którym obecna „elita” PiS mogła by tylko marzyć.
Towarzyszyła temu realizacja tak wielkiego wyzwania, jak konieczność przemieszczenia milionów Polaków ze Wschodu na Ziemie Zachodnie i Północne, zagospodarowanie tych ziem poprzez włączenie ich w spójny krwiobieg życia społecznego i gospodarczego.
Dodajmy do tego dokonanie masowego awansu społecznego z udziałem milionów, poprzez powszechny dostęp do państwowej służby zdrowia likwidacja licznych chorób społecznych (błonica, płonica, polio, gruźlica), dzięki bezpłatnemu dostępowi do oświaty i nauki na każdym poziomie – odbudowa wyniszczonej w czasie wojny inteligencji polskiej, odbudowa ze zniszczeń wojennych miast polskich, a w szczególności Warszawy. Długo by jeszcze wyliczać, co tym podłym „komunistom” udało się zrealizować bez zagranicznego wsparcia finansowego, bez pożyczek i zadłużenia. To nie była „prześniona rewolucja”, tym realnym zmianom nikt, kto nie kłamie, nie jest w stanie zaprzeczyć. Co prawda, realizacja szeroko zakrojonych, kosztownych przecież przedsięwzięć odbijała się na poziomie życia świata pracy. Z tych czasów pochodzi przecież określenie „siermiężny socjalizm” i jego następstwa w postaci cyklicznych robotniczych buntów o podłożu ekonomicznym.
W wymiarze zewnętrznym polska racja stanu rozumiana była przez konsekwentne prowadzenie polityki pokojowej, której celem w czasach zimnej wojny było uchronienie terytorium Polski od kolejnej wojny, tym razem z dużym prawdopodobieństwem – nuklearnej. Fachowcy przecież pamiętają, że ówczesna strategia NATO przewidywała 107 uderzeń głowic nuklearnych na linii Wisły! W interesie narodowym Polaków było więc zgłaszanie propozycji rozbrojeniowych, które pozwoliłyby uniknąć kolejnych działań wojennych na terytorium Polski. Temu m.in. służył Plan Rapackiego – polskiego ministra spraw zagranicznych w latach 1956-1968. Przyjęta w nim koncepcja strefy bezatomowej uważana jest do dziś za najbardziej znaną, uniwersalną inicjatywę rozbrojeniową polskiej dyplomacji.
Skutkiem polityki pokojowej i konsekwencji władz PRL był bez wątpienia układ między PRL a RFN o podstawach normalizacji i ich wzajemnych stosunkach, który podpisany został w Warszawie 7 grudnia 1970 r. przez Józefa Cyrankiewicza i Willego Brandta. Głównym kreatorem tego wydarzenia był I sekretarz KC PZPR – Władysław Gomułka, który – jak głoszą źródła – nie ufał do końca gwarancjom ZSRR, odnoszącym się do polskiej granicy zachodniej. Nie chciał, aby Polska stała się przedmiotem przetargu międzynarodowego na wzór tajnych rozmów Chruszczowa, prowadzonych z RFN w sprawie ewentualnego wycofania poparcia Związku Radzieckiego dla NRD. Stąd, 17 maja 1969 r., niespodziewanie dla przywódców ZSRR, Gomułka wygłosił w Warszawie przemówienie, w którym wystąpił z inicjatywą podpisania umowy z RFN. Wykorzystał przy tym sygnały, że w RFN nastąpi wkrótce zmiana układu rządzącego. Na jesieni 1969r odbyły się nad Renem wybory, które przyniosły sukces socjaldemokratom: kanclerzem RFN został Willy Brandt, ministrem spraw zagranicznych – koalicjant z FDP – Walter Scheell. W podpisanym układzie obie strony potwierdziły nienaruszalność „istniejących granic, teraz i w przyszłości”
W kontekście tym paradoksem historii stało się , że sukces ten nie uchronił jego głównego kreatora – W. Gomułki – od politycznego upadku, spowodowanego konfliktem z wielkoprzemysłową klasą robotniczą na tle podwyżek cen żywności. Gomułka nie rozumiał narastania sprzeczności między budzącymi się aspiracjami ludzi pracy, których podstawą był ich zawodowy rozwój, wkład wiedzy i pracy w budowę polskiej gospodarki, rodzącą się godność obywatelską, a skromnym poziomem wynagrodzeń i ograniczania indywidualnych możliwości, rażąco odbiegających od poziomu życia ludzi pracy najemnej w państwach zachodnioeuropejskich. System gospodarki nakazowo-rozdzielczej blokował możliwości zaspokajania wielu istotnych potrzeb społecznych.
Materialny i wolnościowy oddech złapało społeczeństwo dopiero w dekadzie Edwarda Gierka Zdając sobie sprawę z ograniczonej suwerenności, politycy ówczesnej lewicy ( „komuniści”) różnymi metodami starali się maksymalnie poszerzać margines zbiorowej i indywidualnej wolności, co na tle doświadczeń innych państw socjalistycznych pozwoliło nam czynić naszą kulturę i sztukę ciekawszą, bardziej otwartą na świat, naukę bardziej autonomiczną, a ówczesna polska publicystyka dziwnym trafem stawała się intelektualną i polityczną inspiracją również dla czytelników spoza granic naszego kraju.
W każdym razie, nie trudno przychodzi mi na podstawie faktów historycznych i wydarzeń zrekonstruować zawartość haseł wyższego rzędu, jakimi są „ polski interes narodowy”, czy „polska racja stanu” z okresu Polski Ludowej. Poświęciłam tej problematyce sporo miejsca z uwagi na rozmiar kłamstwa, jaki znajduję w opisach powojennych 45 lat. Uczestniczą w tym kłamstwie ludzie wielcy i mali, z przyczyn tylko im znanych kombinują na potęgę, jak zaprzeczyć temu, że na socjalizmie skorzystali. Zakłamują życiorysy swoich dziadów, ojców i własne. Nie wiem, czy są świadomi tego, że są w tym wszystkim śmieszni, a swą historyczno-polityczną mitomanią robią Polsce krzywdę.
Trzeciej RP towarzyszyłam z zaangażowaniem od początku, podobnie jak czyniła to zdecydowana większość polityków SLD. I w tym przypadku potrafię z grubsza opisać wszystko to, co wypełniało hasło „interesu narodowego”, czy polskiej „racji stanu”. W latach 90. lewica socjaldemokratyczna przyłożyła rękę do budowy nowego ustroju państwowego (demokracji pluralistycznej) i do uwolnienia procesów gospodarczych, czyli do akceptacji wolnej gospodarki rynkowej.
Byliśmy i jesteśmy dumni z u chwalonej w 1997 r. Konstytucji, ponieważ bardziej demokratycznej Polacy w swojej historii nie mieli. Głosi ona pochwałę kompromisu, pluralizmu, poszanowanie zróżnicowanych wartości i tradycji, praworządności i trójpodziału władz. Zawiera prawie kompletny katalog wolności i praw obywatelskich, a preambułę do Konstytucji uważam za arcydzieło polskiej myśli demokratycznej. W kategoriach kompetencji cywilizacyjnych, niezbędnych do przeprowadzenia udanej modernizacji życia społecznego i państwowego, lewica socjaldemokratyczna sprawdziła się jako siła polityczna, która w systemie demokracji liberalnej odpowiedzialnie współuczestniczyła w procesie urzeczywistniania konstytucyjnych zasad ustrojowych, wzorowanych na państwa Europy Zachodniej. W każdym razie należy stwierdzić, że z wprowadzeniem i respektowaniem nowych reguł instytucjonalnych poszło nam nad wyraz łatwo, choć niektórzy wypominali nam peryferyjność cywilizacyjną, czyli mentalnościowe niedostatki , charakterystyczne dla wschodu Europy.
Po uchwaleniu Konstytucji my wszyscy – „postkomuniści” – poparliśmy nasze strategiczne członkostwo w nowych sojuszach; najpierw w militarnym – NATO, a kilka lat później w gospodarczo –politycznym, czyli w Unii Europejskiej. Oba sojusze wymagają tego, aby zrzec się dla realizacji wspólnych celów części naszej suwerenności. W przypadku przystąpienia do Unii Europejskiej rząd SLD/UP oddał tę decyzję narodowi, który w referendum 7 i 8 czerwca 2003 r. miał odpowiedzieć na proste pytanie „Czy wyraża Pani/Pan zgodę na przystąpienie do Unii Europejskiej?” Przypomnę, że w referendum tym wzięło udział 17 576 714 obywateli; za przystąpieniem opowiedziało się 13 514 872 głosujących (77,45 proc.), przeciw – 3 935 655 (22, 55 proc.). Frekwencja wyniosła 58 proc.. Najwyższe poparcie dla przystąpienia wyrazili w tym referendum mieszkańcy województw opolskiego, zachodniopomorskiego, śląskiego, lubuskiego, warmińsko-mazurskiego i pomorskiego (wszędzie ponad 80 proc.). Najmniej zwolenników przystąpienia było w lubelskim (63,23 proc.), podlaskim (68,63 proc.), podkarpackim (70,08 proc.) i łódzkim (71,34 proc.). W Warszawie 84 proc. mieszkańców było „za”. Sąd Najwyższy uznał referendum za ważne.
Z zapewnieniem społeczeństwu dobrostanu szło w III RP znacznie gorzej. Szczególne „zasługi” na tym polu odniósł rząd Akcji Wyborczej Solidarność (AWS) i Unii Wolności (UW), kierowany przez Jerzego Buzka, który „wypracował” kolosalną dziurę budżetową. Znów powiało gospodarczą grozą. Mało kto dziś wspomina, że wiecznie rozmodlony ówczesny przywódca „Solidarności” – Marian Krzaklewski z pozycji porównywalnej z tą, którą dziś zajmuje J. Kaczyński, pomógł skutecznie rozregulować gospodarkę. Po przegranych w roku 2000 wyborach prezydenckich ten przeciwnik obecności Polski w UE przeniósł się do Komitetu Ekonomiczno-Społecznego …..Unii Europejskiej, gdzie reprezentuje NSZZ „Solidarność”. Nie słyszałam, aby w tym gremium, wbrew wcześniejszym zapowiedziom, skutecznie chrystianizował Europę. Niedawno pojawił się w Senacie, aby poprzeć narodowo-radykalną linię polityki PiS.
W latach 90. i później problemem dla większości polityków lewicy był sposób traktowania w domenie publicznej wartości egalitarnych, czyli równości, sprawiedliwości i bezpieczeństwa socjalnego. Przy odwoływaniu się do nich przez lewicę w debatach sejmowych natychmiast odzywali się urzędowi genetyczni demokraci, którzy w dyskusjach, odnoszących się do polityki społecznej ochoczo straszyli powrotem „komuny”, tak – jakby ludzie pracy najemnej w nowej rzeczywistości ustrojowej nie mieli prawa oczekiwać od państwa racjonalnego opiekuństwa socjalnego. W kontekście tym pojawiło się w charakterze straszaka pojęcie homo sovieticus, opisujące mentalność ludzi opornych na zmiany i nieprzystosowanych do życiodajnych procesów modernizacyjnych. Pomocną dłoń w tych wywodach podawali liberalnym ekonomistom czołowi polscy socjolodzy , wspomagając wszechobecne tezy propagandowe o zachowawczości i nieprzystosowaniu większości polskiego społeczeństwa do radzenia sobie w kapitalizmie według recept Sachsa/Balcerowicza.
Filozof Stanisław Rainko (znów na łamach „Res Humana”) słusznie zwraca uwagę na równoległe funkcjonowanie we współczesnych społeczeństwach wartości egalitarnych (patrz wyżej) i wartości liberalnych, czyli wolności, demokracji parlamentarnej, efektywnego rozwoju i praworządności, praw człowieka i obywatela. Autor ten jednak wątpi w to, czy oba typy wartości dadzą się łącznie urzeczywistniać, choć – dodałabym – w społeczeństwach pluralistycznych i demokratycznych oba są prawomocne. Myślę, że właśnie dlatego potrzebne są kompromisy, inaczej musi pojawić się groźba konfliktu społecznego na szeroką skalę. I jestem przekonana, że tego konfliktu nie uda się rozwiązać ciągotami populistycznymi, samowolą większości sejmowej, programem 500+, łamaniem Konstytucji, promowaniem jedności etnicznej i religijnej, atakiem na elity ( choć one są potrzebne każdemu ambitnemu społeczeństwu), wrogiego traktowania partnerów politycznych w kraju i zagranicą.
Mamy rok 2018 i za sobą bez mała trzyletnie rządy „Prawa i Sprawiedliwości” – partii, która po wygranych wyborach prowadzi nas na polityczne manowce, burząc z rozmysłem cały dotychczasowy dorobek już dwóch pokoleń Polek i Polaków. W stosunkach wewnętrznych drążą Polskę konflikty polityczne, w stosunkach zewnętrznych jesteśmy coraz bardziej osamotnieni, licząc już chyba tylko na jednego „kolegę”, ale on jest daleko i na dodatek interesują go głównie Chiny i Rosja. Jakoś mi się nie wydaje, żeby w tej konstelacji przewidywał miejsce dla nas.
Wkrótce przyjdzie nam się dowiedzieć, czy celem strategicznym klanu Kaczyńskiego jest wyprowadzenie Polski z Unii Europejskiej i osadzenie nas na samotnej „wyspie wolności” w pisowskim tego pojęcia rozumieniu. Powstaje więc pytanie, czy Polki i Polacy godzą się na takie rozumienie interesu narodowego i polskiej racji stanu i co w tym kontekście ważne – jak oceniają te procesy politycy lewicy?

Płoną góry, płoną śmieci

W przedwieczornej mgle. A dyrektor sortowni śmieci w Olsztynie oświadcza, że płoną „bo 500 plus”.

 

Jak szła ta piosenka Młynarskiego? „Bo kto na co dzień żyje w cyrku, temu cyrkiem zdaje się normalne życie”?
Od miesiąca media donoszą o coraz to nowych pożarach wysypisk – legalnych i nielegalnych. W 2017 roku spłonęło ich 37, w 2018 – prawie 70. Tak mówią statystyki z Ministerstwa Środowiska. Dwa najbardziej spektakularne pożary to Zgierz pod Łodzią (tzw. wulkan „Zgiezuwiusz”) i właśnie Olsztyn. Dyrektor Zakładu Gospodarowania Odpadami Komunalnymi w Olsztynie Marek Bryszewski, oświadczył natomiast podczas sesji rady miasta, omawiając przyczyny wybuchu ognia 24 maja w nocy: winne jest 500 plus! Jego beneficjenci masowo wymieniają meble. A stare palą. To oni rujnują polski recycling i zatruwają atmosferę!
– Meble zalegają plac, gdyż non stop są dowożone; jest to efekt programu Rodzina 500+. Póki nie będzie zorganizowanej selektywnej zbiórki odpadów, z takimi sytuacjami musimy się liczyć – stwierdził, zaznaczając, że samozapłon mógł zostać spowodowany przez reakcję baterii z laptopa bądź butli z gazem, którą ponoć znaleziono na pogorzelisku.
Akcja gaśnicza na terenie ZGOK w Olsztynie trwała 16 godzin. Spłoną miało 900 ton mebli składowanych na placu należącym do zakładu, ale radni miejscy pozostali sceptyczni wobec teorii lansowanej przez Bryszewskiego. Przypomnieli argument dziennikarzy portalu debata.olsztyn.pl: na placu znajdowało się również 1,5 tys. ton odpadów wielkogabarytowych, które zalegały tam na stałe.
Teoria spiskowa lansowana przez szefa ZGOK obiegła internet i stała się żartem sezonu. Ale tak najzupełniej szczerze, jest dość ordynarnym szukaniem kozła ofiarnego i manipulacyjnym przekierowywaniem gniewu społecznego na rodziny, korzystające z pomocy rządu. Nie znaczy to oczywiście, że problemu nie ma – Polacy palą śmieciami, nierzadko toksycznymi.
W Polsce rocznie średnio produkuje się 58 mln m3 odpadów komunalnych. I służą one jako materiał opałowy, nie ma co się oszukiwać. Szczególnie niebezpieczne dla zdrowia jest wdychanie tego, co wytwarza się ze spalania plastikowych butelek, folii i otoczek kabli. Raport Komisji Europejskiej nie pozostawia złudzeń: co roku na choroby wywołane złym stanem powietrza umiera 28 tys. Polaków.
– Generalnie ta wypowiedź miała odwrócić uwagę od problemu i przekierować dyskusję na nieco inne tory – stwierdził Andrzej Gąsiorowski, adwokat i autor bloga poświęconego przyrodzie – Jakaś część prawdy w tym jest. Rzeczywiście słyszy się, że rodziny, które otrzymują świadczenie wymieniają sobie w domach meble, ale nawet gdybyśmy mówili o „paleniu nimi” na ogromną skalę, to nadal nie jest trujące w tym stopniu, co spalanie plastików, kabli, czy innych opon. Dwa takie pożary wysypisk z odpadami z tworzyw sztucznych przynosi tak szkodliwe skutki jak kilka ładnych lat ekspozycji na smog – bez porównania…
Mój rozmówca był oburzony bezczynnością polskich służb w ostatnich miesiącach, kiedy płonęły składowiska śmieci.
– To jest państwowa afera, w moim przekonaniu dużo większa niż rozdmuchana awantura o Amber Gold. Dlaczego nasze państwo nic z tym nie robi? Dlaczego rząd nadal jest zainteresowany tylko tym, żeby spływały pieniądze na polityków, ich wyborców i beneficjentów ich programów, a problemy, które dotyczą wszystkich Polaków bez wyjątku, ma w nosie?
Mateusz Morawiecki dwa tygodnie temu zapowiedział, że wprowadzi odpowiednie „rozwiązania legislacyjne”… w ciągu dwóch tygodni. Niecierpliwie czekają na nie Polacy, nie tylko ci pobierający 500 plus.