„Godkowszczyzna” idzie do diabła

Fakt, że zwolennicy liberalizacji prawa do aborcji muszą bronić ostro przez siebie przez lata krytykowanej, restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej ze stycznia 1993 roku przed ultrasami domagającymi się całkowitego zakazu przerywania ciąży jest sam w sobie przygnębiający i upokarzający. Pojawiają się jednak pierwsze jaskółki zmiany sytuacji.

 

Krytycy obowiązującej od 25 lat ustawy o ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, będącej rezultatem niepisanej umowy politycznej, zawartej między ówczesną „umiarkowaną” prawicą i hierarchią kościoła kat., od samego początku zżymali się na określenie „kompromis”, jakim określano to rozwiązanie ustawowe. Stosowali je i stosują w stosunku do tej ustawy ci, którzy zasadniczo są przeciw prawu do aborcji, ale uważają, że jej całkowity zakaz byłby rujnujący społecznie, i powodowałby liczne dramaty kobiet. Zwolennicy „kompromisu” uważają się za umiarkowanych, którzy w imię spokoju społecznego przeciwstawiają się radykałom po obu stronach frontu walki: fanatykom pro-life czyli zwolenników „całkowitej ochrony życia poczętego” z jednej i fanatykom pro-choice, czyli zwolennikom daleko posuniętej liberalizacji z drugiej strony.

 

Kruszą się podstawy „kompromisu”

Jednak wydarzenia ostatnich dwóch lat pokazują, że podstawy rzekomego „kompromisu” ulegają erozji. Po pierwsze, naruszył je sam Kościół kat., którego hierarchia od ponad dwóch lat dopomina się o zmianę obecnych przepisów i wprowadzenie całkowitego zakazu aborcji. Incydent z kwietnia 2016 roku, jaki miał miejsce w kościele świętej Anny w Warszawie, kiedy to jedna z działaczek feministycznych zakłóciła odczytywanie listu biskupów domagających się „pełnej ochrony życia poczętego” był z tego punktu widzenia emblematyczny. To wystąpienie nie było bowiem aktem obrony ustawowego „kompromisu” wokół prawa aborcyjnego, lecz jedną z oznak ostatecznego wypowiedzenia przez liberalnie i progresywnie usposobione środowiska kobiece zgody na jakikolwiek, choćby minimalny konsensus wokół niego. To właśnie wtedy żądania liberalizacji prawa do aborcji znalazły się w centrum debaty społecznej. Do tej pory było inaczej. Przez minione dekady postulat liberalizacji w ogóle nie miał prawa obywatelstwa i był uważany za formę niecelowego awanturnictwa nawet przez część liberalnie usposobionych środowisk kobiecych i ich sojuszników. Na kolejne ataki antyaborcyjnych fanatyków odpowiadały one wyłącznie obroną status quo z 1993 roku. Postulaty liberalizacji spychane były do niszy i traktowane, w najlepszym razie, jako wyraz braku poczucia rzeczywistości u tych, którzy je formułowali. Kwestia liberalizacji prawa do aborcji została ostatecznie wprowadzona do głównego nurtu debaty w rezultacie masowego, ogólnopolskiego „czarnego protestu” z 3 października 2016 roku. Już nie tylko aktywistki i liderki ruchów kobiecych umieściły je wśród swoich głównych celów, ale uznały je za swoje także setki tysięcy zwykłych uczestniczek protestów. Co więcej, i w tym względzie nastąpił postęp i przesunięcie akcentów. Do głównego nurtu sporu weszło żądanie prawa do aborcji na życzenie. To krok dalej niż stosowane dotąd bardziej ogólnikowe pojęcie „liberalizacji”.

 

Bunt pokolenia szkolnej katechezy

Trzon generacyjny „czarnych protestów” utworzyły młode kobiety urodzone „w okolicach” owego roku 1993 czyli 20-30-letnie. Paradoksalnie – w większości przypadków to uczestniczki katechezy, czyli lekcji religii wprowadzonej do szkół przez rząd Tadeusza Mazowieckiego w roku 1990. Przedstawiciele Kościoła kat. i prawicowi, konserwatywni publicyści nie kryli szoku z powodu „agresywnej ekspresji” i „wulgarności” młodych, protestujących kobiet. Ćwierćwiekowa indoktrynacja katolicka w szkołach przyniosła – z ich punktu widzenia – skutki przeciwne do zamierzonych. Na swojej katolickiej piersi Kościół kat. „wyhodował żmiję”. Nie udało się zapisać tysięcy młodych kobiet do „pokolenia JP2”. Okazało się przy tym, że kwestia prawa do aborcji nie jest jedyną, która konstytuuje ich postawy. W ślad za nią pojawiły się żądania respektowania świeckości państwa, laickości w życiu publicznym i ograniczenia w jego ramach roli kleru.

 

Zamiast „wiosny Kościoła” – aborcja „na życzenie”

Niedawno ogłoszone wyniki badań amerykańskiego ośrodka Pew Research Center, pokazały fenomen dla wielu zaskakujący, a nawet szokujący. Oto polskie młode pokolenie, uważane za bardzo konserwatywne, najbardziej w Europie, i pasowane przez lata na „pokolenie JP2”, zwane też czasem „pokoleniem Lednicy”, w którym Kościół pokładał nadzieję na „wiosnę Kościoła”, okazuje się nie tylko najmniej religijną grupą pokoleniową. Dynamika spadku szeroko rozumianej religijności w tej kategorii wiekowej czyni bowiem Polskę liderem światowym w tej kategorii. Dlatego już nie tak zaskakujące mogą być wyniki badania stosunku do „aborcji na życzenie”, przeprowadzone przez ośrodek Kantar Polska w kwietniu i maju 2018 roku. Okazało się, że o ile na pytanie: „Czy popierasz dopuszczenie aborcji na życzenie?” pośród ogółu ankietowanych „nie” odpowiedziało 46 procent, a „tak” – 40 procent, o tyle w grupie wiekowej 15-24 odpowiedź „tak” dało 46 procent, a „nie” – 33 procent (przy dużym odsetku niezdecydowanych – 21 procent), podczas gdy w grupie wiekowej powyżej 54 lat te proporcje były odwrotne (i silniejsze) – „nie” – 59 procent, „tak” – 27 procent.

 

Skąd ten „gest Kozakiewicza”?

Jak oceniać te wyniki, które zdają się silnie podważać przeświadczenia co do postaw młodego pokolenia, żywione od co najmniej kilkunastu lat? Pogłębiona odpowiedź na to pytanie wymagałaby dużo bardziej gruntownych i szerokich badań niż zwykłe sondaże. Wymagałaby badań podobnych do tych, dotyczących przyczyn poparcia dla PiS, które w anonimowym Miastku przeprowadził Maciej Gdula. Jednak już dziś można sformułować przynajmniej dwie swobodne hipotezy. Po pierwsze, przeświadczenia o „konserwatywnym” i „katolickim” profilu młodego pokolenia Polaków formułowano w okresie emocjonalnego uniesienia po śmierci Jana Pawła II w 2005 roku, a później już tylko samoutrwalano się w poczuciu reprezentatywności przeprowadzonych wtedy sondaży i poczynionych obserwacji. Po drugie, 20-25-latkowie z 2005 roku przekroczyli już trzydziestkę i zbliżają się (lub już przekroczyli) czterdziestkę. Część z nich zapewne zasiliła już szeregi bardziej religijnej, starszej części społeczeństwa. Dzisiejsi 20-25-latkowie do „pokolenia JP2” najzwyczajniej, z metrykalnego punktu widzenia należeć nie mogą. Oni są już tylko „ofiarami” katastrofalnie źle i nieskutecznie prowadzonej katechezy. Dla nich Kościół kat. to nie charyzmat JP2, na którego świadomą konsumpcję byli zbyt młodzi, lecz już tylko coraz bardziej trywialna, nużąca, obciachowa, opresyjna i anachroniczna w formach codzienna rzeczywistość w szkole i poza nią. A gdy ten „codzienny” Kościół i jego eksponenci zagroził ich osobistym prawom i wolnościom, nie dali rady i pokazali gest Kozakiewicza.

 

„Godkowszczyzna” spylona do kąta

W tej sytuacji ruch PiS, które po raz kolejny pokazało fanatycznej „godkowszczyźnie”, gdzie jej miejsce i w poniedziałek „spyliło” na „zesłanie” do podkomisji sejmowej, która dla niej jest piekłem, projekt „Zatrzymaj aborcję”, nie jest już tylko – obiektywnie – taktycznym manewrem politycznym. Jest wyrazem pewnego realizmu większości formacji rządzącej. Efektem wyciągnięcia wniosków z nowej rzeczywistości społecznej, która tworzy się wokół kwestii prawa do przerywania ciąży.

Czarny protest III

Wbrew wcześniejszym zapowiedziom, Sejm zajmie się znowu forsowaną przez skrajnych konserwatystów ustawą antyaborcyjną. Będzie ona przedmiotem prac komisji polityki społecznej i rodziny już w najbliższy poniedziałek. Organizacje broniące praw kobiet szykują protest.

 

Jako pierwsza o wznowieniu prac poinformowała największa orędowniczka absolutnego zakazu przerywania ciąży – Kaja Godek. O tym, że 2 lipca projektem ustawy zajmie się komisja polityki społecznej i rodziny, napisała na Twitterze, jeszcze zanim oficjalną informację podała Kancelaria Sejmu. Alarmujące dla obrończyń i obrońców praw kobiet szybko zostały jednak potwierdzone.
Projekt Kai Godek „Zatrzymać aborcję” zaostrza i tak już restrykcyjną ustawę antyaborcyjną. Gdyby wszedł w życie, obecnie dozwolone przerwanie ciąży ze względu na „ciężkie i nieodwracalne upośledzenia płodu albo nieuleczalną chorobę zagrażającej jego życiu” byłoby nielegalne. 95 proc. legalnych zabiegów aborcji w Polsce odbywa się właśnie z tego powodu.
Gdy rząd PiS za pierwszym razem zamierzał wprowadzić drakońskie prawo, przewidujące także kary dla kobiet za usunięcie ciąży i dopuszczające badanie przez policję przypadków „podejrzanego” poronienia, Polki zerwały się do Czarnego Protestu. Przeciwko ustawie, którą forsuje Godek, również odbyły się masowe protesty – 23 marca na ulicach Warszawy demonstrowało ponad 50 tys. osób, a ok. 90 tys. manifestowało w całym kraju. Teraz organizacje broniące praw kobiet wzywają, by 2 lipca powtórzyć tę mobilizację.
Działaczka na rzecz odebrania kobietom prawa wyboru, Kaja Godek, poinformowała o tym, że już 2.07 sejmowa komisja zajmie się projektem ustawy „Zatrzymać Aborcję”. #aborcja
Do gromadzenia się pod Sejmem w poniedziałkowe popołudnie wezwał już Warszawski Strajk Kobiet. Władze prawdopodobnie liczą, że na początku sezonu letniego działaczkom nie uda się powtórzyć frekwencyjnego sukcesu poprzednich demonstracji. Mogą się jednak bardzo zdziwić.

Argentyna za Irlandią

Dziś parlament w Buenos Aires będzie głosował nad ustawą depenalizującą przerywanie ciąży. Według lokalnych mediów siły są wyrównane, ale minimalnie przeważają nadal „obrońcy życia”.

 

130 posłów zadeklarowało, że zagłosuje przeciwko projektowi, 114 go poparło, natomiast walka toczy się o pozostałe 12 głosów parlamentarzystów „nie mających zdania”.
Ruch prolife utracił w ostatnich dniach silnego sojusznika – biskupa La Platy, Hectora Aguera, który pod koniec maja odszedł na emeryturę.

W ostatniej mszy świętej, którą odprawiał jeszcze jako ordynariusz, nazwał aborcję morderstwem i wygrażał prezydentowi Macriemu: – Dusze małych, niewinnych będą przyjęte przez miłosierdzie Boga, ale kto przyjmie mordercze społeczeństwo, słabe i bezradne, kto ocali je od odpłaty za przelaną krew? Z pewnością nie Międzynarodowy Fundusz Walutowy!

5 czerwca ulicami stolicy i pomniejszych miast Argentyny przeszły marsze kobiet domagających się legalizacji aborcji i zmarginalizowania znaczenia kościoła.
„Żądamy aborcji legalnej, bezpiecznej i darmowej, bo mamy dość kobiet umierających po pokątnych skrobankach” , „Nie chcemy kościołów pakujących się w nasze ciała” – głosiły transparenty na tzw. Zielonych Protestach, inspirowanych polskimi. W Buenos Aires był to w sumie czwarty wielki marsz kobiet w ciągu ostatnich trzech lat.

Tymczasem w kraju papieża Franciszka od maja, gdy do parlamentu wpłynął obywatelski projekt umożliwiający aborcję na życzenie, przeciwnicy przerywania ciąży zebrali prawie 415 tysięcy podpisów.

13 czerwca rozpocznie się debata. Mauricio Macri zapowiedział, że nie jest zwolennikiem zmian (obecnie aborcja jest legalna tylko w przypadku gwałtu oraz bezpośredniego zagrożenia życia kobiety), ale nie zawetuje ustawy, jeżeli większość zagłosuje za jej przyjęciem.

Według tamtejszego Ministerstwa Zdrowia, około pół miliona kobiet dokonuje każdego roku aborcji w podziemiu. Według danych z 2016 r. do szpitali przyjęto co najmniej 50 tys. kobiet z komplikacjami poaborcyjnymi – 43 z nich zmarły.

Roboty z pigułkami

W Belfaście, mieście stołecznym Irlandii Północnej – stanowiącej część Wielkiej Brytanii – feministyczne stowarzyszenie Women on Waves, które zazwyczaj wysyła potrzebującym kobietom pigułki aborcyjne pocztą lub dronami, ustawiło na ulicy roboty rozdające takie pigułki, by zamanifestować swój sprzeciw wobec drakońskiego prawa antyaborcyjnego obowiązującego w tej prowincji. Policja natychmiast przeszła do działania.

 

Podczas gdy sąsiednia Irlandia drogą referendum uwolniła przerywanie ciąży, w Irlandii Północnej aborcję można przeprowadzić jedynie w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia matki. Inaczej może grozić nawet dożywocie.

Stowarzyszenie Women on Waves, znane również z akcji w Polsce, zorganizowało w czwartek manifestację w Belfaście, gdzie zaprezentowano małe roboty dystrybuujące pigułki na żądanie. „Roboty aborcyjne” były sterowane zdalnie z Holandii, co według protestujących nie łamało północnoirlandzkiego prawa.

Kilkanaście kobiet połknęło pigułki przed kamerami , bez wyjawiania czy są w ciąży, czy nie. „Wzięłam to, bo mamy dość przestarzałych, średniowiecznych praw przeciwnych kobiecym wyborom. Po referendum w Irlandii nie chcemy pozostawać w skansenie” – mówiła przez głośnik jedna z nich, należąca do grupy socjalistek.
Policja szybko zabrała urządzenia z ulicy i spisała kilka kobiet, które wzięły pigułki, ale nikogo nie zatrzymała. Szef policji z Belfastu wyjaśnił mediom, że manifestacja była filmowana i że „zobaczy się”, czy zostało popełnione jakieś przestępstwo.

Premier Wielkiej Brytanii Theresa May dała do zrozumienia, że nie ma zamiaru zmieniać prawa w Irlandii Północnej. Tylko w tej prowincji obowiązuje zakaz, bo w reszcie kraju przerywanie ciąży jest dozwolone od 1967 r.

Irlandia wybrała wolność

Irlandzkie referendum wokółaborcyjne, zakończone zwycięstwem (66 do 33) światłej i racjonalnej Irlandii nad reliktem opresyjnego katolickiego klerykalizmu przebiegało w aurze słonecznego dnia 25 maja 2018 roku.

Zbiórka podpisów, w której uczestniczyłem 25 lat temu jako członek lubelskiego komitetu na rzecz referendum w sprawie karalności za przerywanie ciąży (jednego z tzw. komitetów Bujaka) miała za tło ponurą aurę listopadową 1992 roku. Jednak nie o metaforę atmosferyczną mi chodzi, bo poeta ze mnie żaden.

Nasz wysiłek – zebrano milion podpisów – poszedł na marne. Ówczesny, zdominowany przez klerykalną prawicę Sejm odrzucił wezwanie do referendum, a dwa miesiące później, 25 stycznia 1993 roku uchwalił do dziś obowiązującą ustawę antyaborcyjną. Zatem siłą rzeczy wynik irlandzkiego referendum nie może nie sprowokować porównań z polskim stanem spraw w tej sferze i pytania, jaki byłby wynik podobnego referendum w Polsce, gdyby do niego doszło? I czego można się nauczyć z irlandzkiego przypadku?

Dwa referenda irlandzkie

Pamiętam, że 25 lat temu, wśród zwolenników referendum w Polsce nastrój był bardzo daleki od pewności nie tylko co do tego, czy do niego dojdzie, ale także co do wyniku. Brano, braliśmy poważnie pod uwagę, że możemy je przegrać, ale mimo to chcieliśmy tej próby, bo uważaliśmy, że prawda, nawet niepomyślna, jest lepsza od zinstytucjonalizowanej hipokryzji. Żadna z pracowni badań opinii publicznej nie wysondowała wtedy (być może z braku narzędzi – to był okres pionierski tego typu działalności) hipotetycznego wyniku takiego referendum, więc tym bardziej tkwiliśmy we mgle. Dziś byłoby to już bez wątpienia możliwe. Jaki zatem mógłby być wynik takiego referendum? Nikt tego nie będzie dziś sondował, bo perspektywy pójścia przez Polskę śladem Irlandii na horyzoncie obecnie nie ma i raczej w najbliższej przyszłości nie będzie. Jednak irlandzkiemu przypadkowi warto się przyjrzeć nie tylko z uwagi na jego wynik właśnie ogłoszony, ale także na wynik podobnego, analogicznego referendum w tym kraju, które miało miejsce w 1983 roku. Otóż porównanie wyników referendów 2018 i 1983 pokazuje, że obecny wynik można określić jako odwrócenie wyniku sprzed 35 lat o 180 procent. O ile w dokonanym właśnie referendum wygrana zwolenników liberalizacji prawa aborcyjnego jest w proporcji 66 procent do 33 procent zwolenników utrzymania zakazu (mogą być oczywiście minimalne korekty wyników, ale bez znaczenia dla końcowego efektu), o tyle w 1983 rozkład wyników był niemal dokładnie odwrotny: 67 procent przeciwników prawa do aborcji wygrało z 32 procentami jego zwolenników. Ba, to trudne być może do uwierzenia, ale w kilkuczynnikowym referendum irlandzkim z 1983 roku, jedynym aspektem, w jakim zwolennicy liberalizacji uzyskali minimalną wygraną na otarcie łez było… prawo do wprowadzenia do swobodnego obrotu handlowego prezerwatyw, które do tej pory mogły być sprzedawane na receptę i to jednie małżeństwom. Tego rodzaju rygoryzm nawet w Polsce był nie do wyobrażenia.

Bicz skręcony na własny grzbiet

Ta radykalna przemiana społeczna, jaka dokonała się w Irlandii dokonała się w dużej mierze (choć nie był to jedyny czynnik) w powiązaniu z totalną kompromitacją tamtejszego Kościoła katolickiego, który został zdemaskowany nie tylko jako instytucja opresyjna religijnie, pazerna materialnie, pasożytnicza i wywierająca brutalny wpływ na politykę, ale wręcz jako organizacja przestępcza przesycona do szpiku kości wszelkiej maści przestępczością seksualną, z gwałtami, pedofilią inwersją seksualną i handlem dziećmi na czele (o tej atmosferze opowiada m.in. głośny film „Tajemnica Filomeny” z Judi Dench w roli tytułowej). W Polsce także mamy do czynienia z erozją autorytetu Kościoła katolickiego, choć nie odbywa się to w tak szybkim i dramatycznym tempie. Można by rzec, iż Kościół katolicki w Polsce miał szczęście, że przez kilkadziesiąt lat miał jedynie minimalny dostęp do systemu edukacji dzieci i młodzieży, bo w przeciwnym razie znalazłby się w podobnym położeniu jak Kościół irlandzki, który tę sferę przez stulecia właściwie monopolizował i to w końcu okazało się dla niego pułapką. To jednak nie jedyny czynnik, bo i w Irlandii okazało się przecież, że kompromitacja Kościoła nie powstrzymała 33 procent głosujących od opowiedzenia się za utrzymaniem zakazu aborcji, czyli haniebnego reliktu klerykalnego władztwa. Ten przełom nie dokonałby się zatem bez pojawienia się na forum społecznej debaty młodego pokolenia, głównie młodych kobiet, urodzonych właśnie „w okolicach” owego 1983 roku, ale i o dekadę młodszych. Te kobiety wychowywały się i dojrzewały w warunkach wspomnianej demistyfikacji autorytetu Kościoła, gdy jego oddziaływania wychowawcze oraz instrumenty prawno-instytucjonalne systematycznie słabły, a jego „czar” był już tylko legendą z odległej przeszłości. Coś podobnego dokonuje się też w Polsce, co pokazuje anatomia społeczna, dynamika i retoryka „czarnego protestu”, w którym dominuje właśnie analogiczna generacja młodych ludzi (głównie oczywiście kobiet) dwudziesto-trzydziestoletnich, czyli generacji ’83 i ’93. Widać dziś wyraźnie, jak wiele racji mieli ci wszyscy, którzy przed 28 laty, gdy katecheza katolicka wchodziła do szkół publicznych w Polsce, przestrzegali, że konsekwencje tego triumfu Kościoła, w odłożonym w czasie efekcie, okażą się dla jego wpływów dewastujące.

Dziś Irlandia, jutro (oby) Polska

Paradoksalnie może to jednak spowodować, że opór przed ewentualną przyszłą inicjatywą referendum odnośnie prawa do aborcji będzie większy nawet niż 25 lat temu. Kościół katolicki i wszelkiej maści kręgi „prolajf” zdają sobie bowiem sprawę ze zmian jakie dokonały się z polskim społeczeństwie, także w płaszczyźnie generacyjnej uwarunkowanej demografią i wiedzą, że prawdopodobieństwo, że w Polsce wynik takiego referendum może się okazać podobny do irlandzkiego sprzed kilku dni, jest bardzo duże. Ale właśnie dlatego środowiska lewicowe i wolnościowe w Polsce powinny uważnie patrzeć na przykład płynący z kraju świętego Patryka. Tym bardziej, że kwestia aborcji jest dziś w rękach funkcjonariuszy atrapy Trybunału Konstytucyjnego, a jeszcze dokładniej rzecz ujmując – w rękach niejakiego Justyna Piskorskiego, katolickiego fundamentalisty pierwszej wody, na ręce którego złożyła ten gorący kartofel kierowniczka tej atrapy Przyłębska.

Pro-life rośnie w siłę

Już 25 maja, czyli w najbliższy piątek, Irlandczycy zdecydują, czy chcą likwidacji 8. poprawki do Konstytucji, zrównującej życie płodu z życiem kobiety. Z ostatniego sondażu opublikowanego przez „Irish Times” wynika niestety, że poparcie dla frakcji zwolenników zachowania restrykcyjnego prawa rośnie.

Jeszcze kilka tygodni temu ponad połowa Irlandczyków w sondażach deklarowała, że w referendum poprze wykreślenie ósmej poprawki. Jednak, jak podaje Reuters, teraz już stosunek ten wynosi 44 do 32 procent.
„Wyniki pokazują to, co podskórnie czuliśmy. Przepaść pomiędzy TAK i NIE dla obecnego prawa gwałtownie maleje” – napisał Pat Leahy w irlandzkim „Timesie”, publikując wyniki najnowszego sondażu. Trwa mobilizacja środowisk pro-life.
Zgodnie z propozycjami liberalizacji prawa aborcyjnego w Irlandii, zabieg miałby być legalny i dostępny do 12. tygodnia ciąży. A także później – jeżeli dwóch lekarzy potwierdzi w niezależnych od siebie opiniach „sformułowanych w dobrej wierze”, że ciąża stanowi zagrożenie dla zdrowia fizycznego bądź psychicznego kobiety.
Właśnie przeciwko tej ostatniej propozycji specjalny list otwarty, również w „Timesie”, opublikowało 26 konserwatywnych psychiatrów, robiąc niekłamaną przysługę zwolennikom obecnego prawa. Na zorganizowanym w sobotnie popołudnie briefingu sprzeciwili też się zapisowi o legalizacji aborcji wynikającej z przesłanki związanej ze zdrowiem psychicznym matki.
Tłumaczyli, że według nich przesłanka ta jest fałszywa i „wypacza prawdziwe cele medycyny i powołania lekarskiego” – oraz będzie prowadzić do nadużyć.
„Biorąc pod uwagę doświadczenie z Wielkiej Brytanii, możemy śmiało powiedzieć, że aborcje odbywające się w naszym kraju po 12. tygodniu ciąży będą dozwolone ze względu na wskazania dotyczące zdrowia psychicznego(…). Nie chcemy, aby stosowano tą fałszywą przesłankę w celu usprawiedliwiania aborcji po 12. tygodniu ciąży.” – stwierdzili w swoim oświadczeniu.
Powołali się tez na dane irlandzkiego urzędu statystycznego. Wynika z nich, że w 2016 aż 99,8 proc. zgłoszonych zabiegów aborcji dotyczyło ryzyka związanego z wyniknięciem zagrożenia dla zdrowia psychicznego matki, tymczasem prawdziwym powodem była najczęściej sytuacja ekonomiczna.
Tymczasem premier Irlandii Leo Varadkar nie kryje, że liberalizacja przepisów jest konieczna dla ochrony praw kobiet i deklaruje pełną gotowość zmiany prawa obowiązującego od 1983 r.
„Głosuję »Tak« dla wszystkich kobiet w moim życiu: mojej mamy, moich sióstr, moich koleżanek i współpracowniczek. Każda kobieta może się zmierzyć z trudnym, głębokim kryzysem osobistym w swoim życiu i powinna móc skorzystać z dostępu do wsparcia, którego potrzebuje tutaj, w domu” – napisał na Twitterze. Zapewnił jednak, że nie zamierza powtarzać referendum w najbliższej przyszłości, jeśli obywatele jednak zagłosują za pozostawieniem poprawki w obecnym kształcie.

W porządnej kamienicy…

Obecnie, mimo obowiązywania tzw. „kompromisu aborcyjnego”, legalny dostęp do zabiegu przerywania ciąży – nawet w sytuacjach, gdy zezwala na to prawo – jest na tyle utrudniony (casus Alicji Tysiąc, czy zgwałconej 14-letniej Agaty z Lublina), że w praktyce dla kobiet, których nie stać na wizytę w prywatnym gabinecie ginekologicznym, albo na wyjazd z kraju, całkowity zakaz aborcji jest faktem. Jak się jednak okazuje, licznym mizoginom i antyfeministom, pod kobiecym przewodnictwem Beaty Szydło, to wciąż mało. Za każdym razem, gdy piekło kobiet wydaje się już osiągać apogeum, zaczynają otwierać się jego kolejne kręgi. Jakiekolwiek, nawet niewielkie starania o uzyskanie wpływu na decyzję o własnej płodności (pigułka „ellaOne”) spotykają się z brutalnym kontratakiem, a argumenty wskazujące podrzędną rolę kobiet, są na porządku dziennym. Można je usłyszeć nie tylko z ust prawicowych konserwatystów, lecz także od osób deklarujących się, jako lewicowe (uważających, że problem aborcji, to „temat zastępczy” i wymysł burżuazyjno-liberalnych środowisk wysługujących się zachodniemu kapitałowi). Nic dziwnego, że zarówno kler, jak i państwo roszczą sobie prawo do moralnego nadzoru nad kobietami, a coraz większemu, ocierającemu się o paranoję („płaczące zarodki”) uczłowieczaniu płodu towarzyszy perfidne odczłowieczanie kobiet. Dla zamożnych usunięcie niechcianej ciąży jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy otworzyć pierwszą lepszą gazetę z ogłoszeniami oferującymi „przywracanie miesiączki – tanio”. Ubogie mieszkanki wsi, czy małych miasteczek, gdzie nawet dostęp do antykoncepcji jest utrudniony, już teraz radzą sobie za pomocą wszelkich, a to internetowych, a to „domowych”, wynalazków. Co najgorsze, dochodzi też do drastycznych aktów dzieciobójstwa. Nie trzeba więcej przykładów (choć można dodać przymus rodzenia dzieci z gwałtu, kazirodztwa, podtrzymywanie ciąż pozamacicznych, jeszcze trudniejszy dostęp do badań prenatalnych, kryminalizacja martwych urodzeń, czy poronień) uzasadniających, że całkowity zakaz aborcji, to antyludzkie barbarzyństwo. Chodzi o to, by kobiety jeszcze bardziej pognębić, wpędzić w poczucie winy, wstydu, by „niosły swój krzyż”, jak chce Kościół, który coraz bardziej tracąc realny „rząd dusz”, jak tonący brzytwy, chwyta się kobiecych macic. Najobrzydliwsza jest jednak hipokryzja wylewająca się ze świętobliwych twarzy „obrońców życia”. W gruncie rzeczy nikogo nie obchodzi przecież, co zrobi kobieta, najważniejsze, żeby odbyło się to po cichu, pokątnie, żeby nikt nie słyszał, żeby nikt nie widział, nikt nie gadał. Potem wystarczy pójść do kościoła, wyspowiadać się, dać na tacę i życie potoczy się dalej. A jeśli jakaś kobieta umrze, wykrwawi się na śmierć usuwając ciąże wieszakiem, czy łykając „zestaw poronny”, zamówiony na portalu aukcyjnym… Cóż, nie od dziś wiadomo, że „w porządnej kamienicy wypadki się nie trafiają”…