Odszedł Adam Musiał

W wieku 71 lat zmarł Adam Musiał, lewy obrońca jedenastki legendarnych „Orłów Górskiego” – piłkarskiej reprezentacji Polski, która w mistrzostwach świata w RFN w 1974 roku wywalczyła trzecie miejsce. Był niezwykle barwną postacią jako piłkarz i trener, nietuzinkowy też jako człowiek.

W pamiętnej drużynie Kazimierza Górskiego było wielu znakomitych piłkarzy, ale kilku z nich miało w tej grupie specjalne znaczenie. Kazimierz Deyna był kapitanem zespołu i jego liderem, ale jeśli trzeba się było z działaczami PZPN wykłócać o pieniądze, to „szatnia” do tego zadania delegowała Antoniego Szymanowskiego, zaś po meczu pierwszy do dziennikarzy wychodził Jan Tomaszewski, natomiast Adam Musiał był tym, który tworzył odpowiednią atmosferę. W archiwalnych nagraniach naszej reprezentacji z mistrzostw świata w RFN ta jego rola jest wyraźnie zauważalna – słychać go jak inicjuje chóralne śpiewy, żartuje z kolegów albo rywali i jak wszystkich prowokuje do zabawy. Na boisku już jednak taki wesołkiem i przyjemniaczkiem nie był – zarówno w Wiśle Kraków (był zawodnikiem tego klubu w latach 1967-1977), jak i w reprezentacji słynął z twardej i nieustępliwej gry, ale też z niezbyt sportowego trybu życia. Nie dlatego jednak zaliczył w reprezentacji Polski tylko 34 występy. Zadebiutował wprawdzie w drużynie narodowej już jako 20-latek, w 1968 roku, ale na lewej obronie miał w owym czasie konkurenta z najwyższej światowej półki – Zygmunta Anczoka, uczestnika pożegnalnego meczu Lwa Jaszyna w barwach reprezentacji FIFA, do której został zaproszony wraz z Włodzimierzem Lubańskim.
W futbolu czasem jednak tak bywa, że pech jednego piłkarza stwarza szansę innemu. Tak było w przypadku Musiała, którego Kazimierz Górski prowadził już w reprezentacji młodzieżowej, więc gdy Anczok po złotych dla naszej narodowej drużyny igrzyskach olimpijskich w 1972 roku wypadł z kadry z powodu poważnej kontuzji, zwolnione przez niego miejsce na lewej obronie powierzył właśnie Musiałowi, a nie jak się spodziewano graczowi Lecha Poznań Zbigniewowi Gutowi.
Na niemieckim mundialu Musiał nie zagrał tylko w jednym spotkaniu, ze Szwecją. Pauzował za karę, bo ze świętujących „na mieście” awans do drugiej rundy turnieju kadrowiczów wrócił po ustalonym czasie w ostatniej grupie balowiczów, na dodatek nie wziął przykładu z kolegów i nie przemknął do swojego pokoju bocznym wejściem, tylko wszedł od frontu i jeszcze uciął sobie pogawędkę z czekającym w holu trenerem Górskim.
„Trener Tysiąclecia” nie zrobił z tej niesubordynacji wielkiej afery, posadził niesfornego piłkarza na jeden mecz, a potem znów wystawiał go w podstawowym składzie – z Jugosławią, Niemcami i w meczu o 3. miejsce z Brazylią. Dzięki temu Musiał w pamięci potomnych na zawsze zapisał się jako jeden z najlepszych lewych obrońców w historii polskiego futbolu. Miał wtedy dopiero 26 lat i w kolejnych latach, obfitych w sukcesy reprezentacji, mógł swoją legendę jeszcze bardziej wzbogacić. Choćby o srebrny medal olimpijski w Montrealu czy piąte miejsce na kolejnym mundialu, w Argentynie. Życie miało jednak dla niego mniej ciekawy scenariusz.
Musiał miał wielką słabość do alkoholu i szybkich samochodów. Jak twierdził po latach, z tej pierwszej przywary wyleczył go w latach 90. Bogusław Cupiał, bo gdy został właścicielem Wisły Kraków wyciągnął do znajdującego się wtedy na życiowym zakręcie byłego piłkarza i trenera „Białej Gwiazdy” i dał mu dobrze płatną posadę. Ale pod warunkiem, że odstawi kieliszek. Z miłości do samochodów wyleczył się sam. Jeszcze w trakcie mistrzostw świata koncern BMW zaoferował piłkarzom polskiej reprezentacji kupno swoich aut po bardzo okazyjnej cenie. Konkretnie za 30 procent ich normalnej wartości. Musiał się wtedy szarpnął i po powrocie z mundialu zadawał szyku w Krakowie czarną „beemwicą”. Po latach w jednym z wywiadów przyzna, że był to jego najlepszy zakup, bo solidne niemieckie auto wytrzymało w nocy z 31 października na 1 listopada zderzenie z ciężarówką na drodze z Krakowa do Wieliczki. Musiał wypadek przeżył, ale jego skutki dla jego organizmu okazały się nieodwracalne. Doznał złamania żuchwy, stłuczenia klatki piersiowej, połamania żeber, kości ramienia, kości promieniowej i ogólnych potłuczeń, w tym głowy i twarzy. Analiza pobranej do badania krwi wykazała 1,6 promila alkoholu. Sąd nie był wyrozumiały – piłkarz dostał grzywnę w wysokości 20 tysięcy złotych, karę dwóch lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata i zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych na pięć lat.
Po tym wypadku wrócił jeszcze na boisko, ale do reprezentacji powołania już nigdy nie dostał. Po latach przyznał, że sam to trenerowi Górskiemu zasugerował, bo o ile jako tako radził sobie z grą w polskiej lidze, to na kadrę to już było stanowczo za mało. W 1977 roku okazało się też niewystarczające dla ówczesnego trenera Wisły Oresta Lenczyka i Musiał musiał odejść. Przeniósł się do Arki Gdynia i z tego klubu pod koniec lat 70. wyjechał na zagraniczne saksy, do IV-ligowego angielskiego klubu Hereford United, z którego przeniósł się do polonijnego zespołu Polish-American Eagles Nowy Jork, w którym w 1987 roku oficjalnie zakończył piłkarska karierę.
Po powrocie do Polski skończył kurs trenerski i z powodzeniem prowadził zespoły Wisły Kraków (1988-1992), z którą wywalczył 1 sezonie 1990/91 trzecie miejsce w ekstraklasie, a potem Stali Stalowa Wola (1993-95) oraz GKS Katowice (1995/96). Potem jednak wypadł z trenerskiej karuzeli i przez ostatnie ćwierć wieku zarabiał na życie jako kierownik wiślackich obiektów sportowych. Dochował się dwóch synów – Tomasz jest znanym sędzią piłkarskim, a Maciej pracuje jako trener, obecnie w Łódzkim Klubie Sportowym.
Wieść o śmierci 34-krotnego reprezentanta Polski przekazał za pośrednictwem Twittera prezes PZPN Zbigniew Boniek. „Odszedł Adam Musiał. Wybitny Piłkarz, znakomity Kolega. Medalista MŚ. Spoczywaj w spokoju Adamie. Wyrazy współczucia dla Rodziny. Smutny dzień…”.

Wymusił karnego na Wembley

W minioną sobotę nad ranem wieku 76 lat zmarł Martin Peters, 67-krotny reprezentant Anglii, mistrz świata z 1966 roku. Jego karierę w ekipie „Synów Albionu” zakończyły w 1973 roku przegrane eliminacje do MŚ 1974. Anglicy przegrali wtedy z Polską 0:2 w Chorzowie, a u siebie na Wembley zremisowali 1:1.

Dla urodzonego 8 listopada 1943 roku Martina Petersa zakończony niepowodzeniem mecz z Polską na Wembley był nie tylko klęską zespołu, lecz także osobistym sportowym dramatem. Miał już wtedy 30 lat, dwa występy w mistrzostwach świata, w tym jeden, w 1966 roku zakończony zdobyciem światowego czempionatu. Dla Petersa i innych graczy angielskiej kadry z jego pokolenia występ na turnieju w RFN w 1974 roku miał być pożegnaniem. Nie docenili jednak zupełnie im wtedy nieznanych piłkarzy z Polski. W Chorzowie przegrali 0:2, po golu przypisanym Robertowi Gadosze oraz strzelonym przez Włodzimierza Lubańskiego, którego szybkości nie docenił kapitan zespołu Anglii Bobby Moore. Legendarny stoper, także mistrz świata z 1966 roku, zapłacił za swój błąd utratą wiodącej roli w reprezentacji. W rewanżowym spotkaniu z Polakami na Wembley już nie zagrał, a opaskę kapitana selekcjoner ekipy „Synów Albionu” Alf Ramsey powierzył właśnie Petersowi.

Najsłynniejszy angielski trener wysoko cenił piłkarskie umiejętności Petersa. Dostrzegł jego talent już w pierwszej połowie lat 60. ubiegłego wieku, gdy zaczął robić karierę w zespole West Hamu United. Zadebiutował w barwach tego zespołu jako 19-latek w 1962 roku i w kolejnych sezonach stawał się coraz bardziej znaczącym graczem „Młotów”. Zanim odszedł z tego klubu w 1970 roku do Tottenhamu za rekordową wówczas kwotę 200 tys. funtów, rozegrał w nim w sumie ponad trzysta meczów i strzelił 81 goli. Dzisiaj wciąż zaliczany jest do największych legend West Hamu, którego bramkarzem jest obecnie Łukasz Fabiański.
Ramsey włączył Petersa do swojej mistrzowskiej ekipy niemal w ostatnim momencie. 23-letni skrzydłowy zadebiutował w reprezentacji Anglii w maju 1966 roku przeciwko Jugosławii (2:0), a już w drugim meczu towarzyskim z Finladia zaliczył pierwsze trafienie. W pierwszym spotkaniu rozgrywanych na Wyspach Brytyjskich MŚ 1966, z Urugwajem (0:0), Peters był jednak tylko rezerwowym. Ale już w drugim meczu mistrzostw, z Meksykiem (2:0), pojawił się na boisku, podobnie jak w ostatniej potyczce grupowej z Francją (2:0), a następnie w ćwierćfinałowym meczu przeciwko Argentynie (1;0), w półfinałowym z Portugalia (2:1) i wreszcie w wielkim finale z udziałem zespołu RFN, wygranym przez Anglików w kontrowersyjnych okolicznościach po dogrywce 4:2. Jedną z bramek w tym pamiętnym spotkaniu zdobył Martin Peters, który w drużynie narodowej będzie przez kolejne lata jednym z ulubionych graczy Ramseya i rozegra w sumie 67 meczów i zdobędzie 20 bramek.

W pamiętnym dla nas meczu na Wembley rozegranym 17 października 1973 roku Peters był nie tylko kapitanem zespołu, lecz także graczem, który oszwabił wszystkich przy rzucie karnym podyktowanym dla Anglików. Na bramkę zamienił go Allan Clarke i pewnie dlatego to on zapisał się lepiej w pamięci polskich kibiców, ale największą zasługę miał w zdobywaniu wyrównującego gola właśnie Peters. Legendarny skrzydłowy dopiero po wielu latach przyzna w swojej autobiografii „The Ghost Of ‚66”, że w starciu z Adamem Musiałem symulował faul i nabrał sędziego. Jak pamiętamy ostatecznie Jan Tomaszewski „zatrzymał Anglię” i to biało-czerwoni zagrali w MŚ 1974.

A Peters grał potem jeszcze długo w piłkę, chociaż już nie dostawał powołań do kadry Anglii. W 1975 roku odszedł z Tottenhamu do Norwich City, a na koniec kariery, którą zakończył w 1981 roku, występował jeszcze w Sheffield United. Próbował potem sił jako trener, lecz szybko zniechęcił się do tego zawodu i od 1984 roku aż do emerytury pracował jako agent ubezpieczeniowy. W 2016 roku zdiagnozowano u niego chorobę Alzheimera.