Trudne życie w krainie śmieci

Nieskuteczna kontrola rynku odpadów przez PiS-owską administrację publiczną przyczynia się do degradacji środowiska oraz stwarza zagrożenie dla życia i zdrowia ludzi.

W 2018 r. wytworzono w Polsce 12,5 mln ton różnych odpadów komunalnych. Z tej masy śmieci ponad 26 proc. poddano procesowi recyklingu, 8 proc. kompostowaniu lub fermentacji, blisko 23 proc. przekazano do tzw. termicznego przekształcenia z odzyskiem energii (głównie do zgazowania), 1,5 proc. przekształcono termicznie bez odzysku energii (co mówiąc po ludzku oznacza zwykle spalenie) – i aż blisko 42 proc. trafiło do składowania, czyli po prostu na wielkie wysypiska śmieci. To tyle samo, co w 2017 r., bo mimo solennych zapewnień władz, recykling odpadów jakoś się u nas niezbyt przyjmuje.
„Nieskuteczne były działania na rzecz ograniczenia składowania odpadów, pomimo, że we wszystkich wojewódzkich planach gospodarki odpadami przyjęto kierunki takich działań” – stwierdza raport Najwyższej Izby Kontroli.
Kontrola NIK wykazała, że znaczna część odpadów po przetworzeniu w instalacjach mechanicznych i biologicznych nadal trafiała na wysypiska. Tymczasem zgodnie z przepisami o odpadach (nie tylko polskimi ale i unijnymi) składowanie powinno być ostateczną metodą ich przetwarzania. U nas – jest metodą podstawową.
Wcześniejsze obliczenia Głównego Urzędu Statystycznego wskazywały na zagrożenie nie osiągnięcia do 2020 r., wymaganych przez Unię Europejską 50 procent recyklingu i przygotowania do ponownego użycia czterech rodzajów odpadów komunalnych (papieru, szkła, plastiku i metalu) – oraz nie osiągnięcie zmniejszenia masy składowanych odpadów. W sprawozdaniu w ramach systemu wczesnego ostrzegania, Polsce zwróciła na to uwagę Komisja Europejska.
Tak sie też niestety stało. Nie osiągnęliśmy tych 50 proc. recyklingu (jest niespełna 30 proc.), a na wysypiska trafia niewiele mniej odpadów niż dwa lata temu. W związku z tym NIK negatywnie oceniła skuteczność nadzorowania przez organy administracji publicznej sposobu gospodarowania odpadami komunalnymi w Polsce.
„Nie były one właściwie przetwarzane w instalacjach mechaniczno-biologicznych. Po przejściu przez instalacje nie nadawały się do recyklingu i ponownego użycia. Powodowało to trudności z dalszym zagospodarowaniem odpadów i zwiększało związane z tym koszty” – podkreśla raport Izby.
Do wspomnianych instalacji w zdecydowanej większości przekazywano zmieszane odpady komunalne – a nie wyselekcjonowane i podzielone na papier, szkło, plastik i metal. Odpady te po przetworzeniu nie spełniały wymagań niezbędnych dla poddania ich procesom recyklingu czy odzysku. Nie można już było nic z nimi zrobić, oprócz przewiezienia ich na wysypisko.
Kontrola wykazała zaniedbania, polegające m.in. na niezgodnej z przepisami klasyfikacji odpadów oraz nieprawidłowościach w prowadzeniu ich ewidencji – czego skutkiem były sprawozdania dotyczące gospodarki odpadami, niezgodne ze stanem rzeczywistym (czyli po prostu fałszywe). Tak więc, w papierach na ogół wszystko było świetnie – ale pospolitość śmieciowa skrzeczała (i śmierdziała).
Jedna z konkluzji kontroli jest taka, że administracja publiczna oraz podmioty prowadzące instalacje mechaniczno-biologicznego przetwarzania odpadów nie usiłowali doprowadzić do zgodnego z przepisami ich przetwarzania.
„Działania organów administracji publicznej oraz prowadzących instalacje mechaniczno-biologicznego przetwarzania odpadów i zarządzających składowiskami odpadów, były niewystarczające i nieskuteczne. Zagospodarowanie odpadów było niezgodne z przepisami” – zauważają kontrolerzy NIK. Ponadto informacje o odpadach komunalnych zagospodarowanych w instalacjach mechanicznych i biologicznych przekazywano po terminie – lub po prostu nie robiono tego wcale, w ogóle nie podając danych o masie odpadów. W ogóle nie ważono odpadów powstałych i zagospodarowywanych w poszczególnych procesach w instalacjach przetwórczych, a ich masa była co najwyżej szacowana.
Najgorszym przewinieniem administracji i podmiotów zajmujących się przetwarzaniem śmieci jest chyba to, że osoby prowadzące instalacje mechaniczne i biologiczne kierowały do jednego ciągu technologicznego zmieszane odpady komunalne łącznie z odpadami z selektywnej zbiórki innych ich rodzajów.
Czyli, wszystkie śmiecie, tak mozolnie rozdzielane przez mieszkańców i wysypywane do osobnych koszy na papier, plastik czy szkło, trafiały później do jednego kotła. Bardzo często widzieliśmy to już wtedy gdy przyjeżdżał samochód do wywozu śmieci – i zawartość każdego z pojemników lądowała w jednym i tym samym brzuchu śmieciarki. Takie działanie skutecznie podważało cały sens wieloletniego edukowania i przekonywania obywateli o potrzebie selekcjonowania odpadów. Dodatkowo nie posiadali oni dokumentów potwierdzających faktyczne przekazanie odpadów surowcowych do recyklingu.
W dodatku, za ten cały śmieciowy bałagan, powstały pod rządami Prawa i Sprawiedliwości Polacy muszą płacić coraz więcej. W 2019 roku w porównaniu do 2016 r. opłaty za przyjęcie odpadów do instalacji przetwarzania mechanicznego i biologicznego wzrosły od ponad 58 proc. do ponad 87 proc.
I tak, opłaty za 1 tonę odpadów wynosiły: w 2016 r. – od 150 zł do 369 zł, w 2017 r. – od 187 zł do 429 zł, w 2018 r. – od 249 zł do 430 zł, w 2019 r. (tylko I półrocze) – od 281 zł do 585 zł (!). Władzy oczywiście to nie obchodziło, że wywóz śmieci stanowi coraz bardziej rujnującą kwotę.
Jak wskazuje NIK, główną przyczyną wzrostu opłat były problemy ze zbytem czy też zagospodarowaniem odpadów powstających po procesie mechaniczno-biologicznego ich przetwarzania. Bo łatwo powiedzieć: poddać śmieci recyklingowi. Nawet nie tak trudno to wykonać. Tyle, że problem w tym, iż takie przetworzone śmiecie przeważnie do niczego się nie nadają.
Opowieści, że przerabiane odpady można z powodzeniem ponownie wykorzystywać niemal w 100 proc., są zwykłymi bajkami. A jeśli nawet niekiedy można, to koszt takiego recyklingu jest porażająco wysoki.
Zagospodarowanie śmieci w Polsce mogłoby być nieco sprawniejsze, gdyby istniała baza danych o produktach i opakowaniach oraz gospodarce opadami. Do jej utworzenia zobowiązany byli PiS-owscy ministrowie środowiska – ale oczywiście się z tego nie wywiązali.
Odpadami nie przejmowali się także wojewódzcy inspektorzy ochrony środowiska, którzy nie kontrolowali posiadaczy odpadów, przekazujących je nieuprawnionym podmiotom. „Nie robili tego, pomimo uzyskanych informacji o nieprawidłowościach w gospodarowaniu odpadami” – podkreśla NIK. Kontrolerzy WIOŚ nie pobierali próbek odpadów do badań i nie przeprowadzali oględzin podczas prowadzonych kontroli u tych, którzy je przetwarzali. Niedbalstwem i bezczynnością wykazała się także PiS-owska administracja publiczna. Generalnie nie obchodziły jej pożary miejsc magazynowania i składowania odpadów, pomimo że w ostatnich latach było to zjawisko niemal masowe. Po prostu, najskuteczniejszym i najtańszym sposobem „recyklingu” śmieci w Polsce jest wciąż ich spalanie. Dla przykładu, na terenie objętym właściwością tylko sześciu Wojewódzkich Inspektoratów Ochrony Środowiska odnotowano łącznie 54 pożary miejsc, gdzie składowane są odpady.
Ten świadomy i nieprzypadkowy brak wiedzy o przyczynach i skali pożarów oraz nie podejmowanie żadnych działań zapobiegawczych stwarza warunki dla nielegalnego pozbywania się odpadów – a tym samym do rozwoju szarej strefy. I w tej śmieciowej szarej strefie, w swoistym „partnerstwie” publiczno – prywatnym robi się świetne, lewe interesy.
„Nieskuteczna kontrola rynku odpadów przez organy administracji publicznej przyczynia się do degradacji środowiska i stwarza zagrożenie dla życia i zdrowia ludzi” – zarzuca Najwyższa Izba Kontroli. Cóż, nic dodać, nic ująć.
NIK w swoich wnioskach pokontrolnych zwraca się do Ministra Klimatu o zapewnienie finansowania (ze środków funduszy ochrony środowiska i gospodarki wodnej) inwestycji w odzyskiwanie i recykling odpadów. Są to niestety pobożne życzenia. Skoro PiS-owska administracja nie zechciała się tym zająć przez pięć lat swoich rządów w okresie znakomitej koniunktury, to tym bardziej nie zrobi tego teraz, gdy trzeba ratować walący się budżet państwa.

Obywatel, którego nie ma

Pan Maciek urodził się 56 lat temu. Jego świeżo upieczony tatuś wziął podówczas kwity ze szpitala i w Urzędzie Stanu Cywilnego zapisał go do wspólnoty obywateli Polski na co dostał stosowny kwit w postaci aktu urodzenia. W kwicie jak byk stało, że datą przyjścia na świat był 19 dzień grudnia 1964 roku.

Odpowiednia adnotacja znalazła się w dowodach osobistych obojga rodziców, a potem w kartach szczepień i innych dokumentach, które każdy młody człowiek w PRL miał mieć założone.
Życie na lewych papierach
Pamięć ludzka jednak zawodną jest. Po kilku latach, gdy mały Maciek szedł do szkoły, szanownej mamusi porąbał się dzień jego narodzin z dniem narodzin starszego brata. W papierach szkolnych siedmioletniego Maćka pojawiła się znienacka data 18 grudnia.
Powtarzała się w każdej cenzurce utrwalając się w pamięci wszystkich.
Nie dziwota zatem, że była i w legitymacji szkoły podstawowej i w legitymacji szkoły średniej. No i rzecz jasna na świadectwie maturalnym.
Komunistyczne państwo miało jeszcze szansę wychwycić ten błąd przy wydawaniu dowodu osobistego i paszportu, wraz z którym przydzielano w tych zamierzchłych czasach numer PESEL. A jak powszechnie wiadomo pierwsze jego cyfry nie były niczym innym jak datą narodzin.
Bezhołowie biurokratyczne PRL sprowadziło się jednak do olania aktu stanu cywilnego niezbędnego do uzyskania dowodu osobistego. Zaufanie do obywatela i niechęć do czytania aktów urodzenia zaowocowały tym, że w dowodzie państwo potwierdziło, że datą przyjścia Macieja na świat był 18 grudnia.
Policja polityczna czyli SB do której należała polityka paszportowa i nadawanie PESEL-u, też nie wykazały czujności rewolucyjnej, więc numer PESEL rozpoczynał się cyferkami 641218, a państwowość polska zaświadczała całemu światu, że posiadający paszport obywatel narodził się dokładnie 18 grudnia.
Nic zatem dziwnego, że i legitymacja studencka i indeks i nawet dyplom wyższej uczelni przepisywały tę datę posiłkując się dowodem osobistym. Nie inaczej było w przypadku książeczki wojskowej i innych kwitów ogólnowojskowych, gdzie przecież obok dnia urodzin, imienia i nazwiska wpisuje się jeszcze imię ojca i matki. WSW też nie wykryło żadnej nieprawidłowości. Podoficer podchorąży Maciej wciąż był dzień starszy niż w rzeczywistości.
Jak to bywa w wielu przypadkach, dorosły już Maciej postanowił się ustatkować za pośrednictwem instytucji małżeństwa. Ponieważ doszło do tego już w nowej, wolnej Polsce, w której urzędnicy służą państwu, prawdzie i obywatelowi, fałszerstwo powinno się być wydać. Wszak, by pojąć kogoś za żonę należało przedstawić w USC nie tylko dowód, ale i skrócony odpis aktu urodzenia. Sęk w tym, że znowu nie chciało się nikomu go czytać i demokratyczna państwowość polska uwiarygodniła 18 grudniowy dzień przyjścia Maćka na świat.
Do instytucji państwowej, w której Maciej zdobywał szlify urzędnicze przyczepić się nie można. Dane pracownicze brane są bowiem wprost z dowodu osobistego. Dlatego też kolejne certyfikaty zawodowe, świadectwa odbytych kursów i awanse były wyrabiane na osobnika urodzonego 18 grudnia.
Kolejnym momentem, w którym państwo mogło coś z tym fantem począć były narodziny córki. Żeby ją zarejestrować w USC Maciej musiał przedstawić również swój akt urodzenia. Przedstawił, nie zaglądając w cyferki. Podobnie jak pani urzędniczka. Córka Macieja ma zatem ojca urodzonego 18 grudnia.
III Rzeczpospolitej trafiła się jednak kolejna okazja wykrycia nielegała. USC dostał bowiem z sądu kwit, że małżeństwo Macieja zakończyło się prawomocnym rozwodem. Daną tę dopisano do jego rubryczki w księdze stanu cywilnego nie dostrzegając, jak zwykle, że daty urodzenia na kwicie z sądu i tej z księgi są różne.
Być albo nie być
Życie Macieja biegło sobie w sposób w miarę niezmącony. W przeciwieństwie do życia jego ojca, które ustało. Jako dobry syn zajął się pochówkiem. Akt zgonu rodzica uzyskał w sposób prosty. Gorzej poszło z ZUS-em. Tu trzeba bowiem udowodnić, że ma się prawo kogoś pochować. Jeśli jednak nie jest się pracodawcą, domem pomocy społecznej, gminą, instytucją zakonną lub diecezjalną, czy ważną instytucja państwową, trzeba udowodnić, że jest się krewnym. Na szczęście Maciej z racji bycia synem był krewnym i to pierwszego stopnia. Miał zatem fory w stosunku do kogoś kto chowa ojczyma, macochę, czy stryjenkę. Takie bowiem pokrewieństwa trudno jakimikolwiek kwitami udowodnić. Co jest swoistym idiotyzmem, zwłaszcza, że na jednego nieboszczyka wypłacany jest jeden zasiłek, a pole do przekrętów w przypadku przedstawienia rachunków za trumnę i pochówek jest stosunkowo małe.
W przypadku Macieja udowodnienie, że jest synem wymagało przedstawienia swojego aktu urodzenia, gdzie wypisane były również dane jego zmarłego ojca. Żeby było jeszcze ciekawiej ZUS, nie wiedzieć dlaczego zażądał też świadectwa urodzenia nieboszczyka.
Odbierając kwity z USC Maciej zbaraniał. Przeczytał bowiem, że od lat przyjmuje życzenia urodzinowe z 24 godzinnym wyprzedzeniem. Jednak nie to było najgorsze. Skonstatował bowiem, że jakby to on odwalił kitę, to córka nijak nie wykaże światu i ZUS-owi pokrewieństwa z facetem, który urodził się w innym dniu niż jej, wpisany do świadectwa urodzenia, ojciec. A jak nie wykaże, to nie będzie go miała za co pochować lub narazi się na parotysięczną dziurę budżetową.
Pani w ZUS-e przyjęła od Macieja kwity i oczywiście różnicy w datach nie zauważyła. Zasiłek dostał. Niemniej jednak postanowił swój status obywatelski wyprostować.
Skontaktował się z Ministerstwem Administracji i Cyfryzacji, żeby zadać leninowskie pytanie – co robić. Nie dowiedział się. MAiC, wbrew pozorom, nie ma bowiem nic wspólnego z Urzędami Stanu Cywilnego. Leżą one w gestii MSW.
Skrobnął zatem pismo, w którym zadał pytanie, czy jeśli wszystkie papiery o nim stanowiące mają datę 18 grudnia, a jedynie akt urodzenia stanowi o czymś innym, to czy jest możliwość skorygowania tylko tego kwitu.
Wymiana korespondencji między obywatelem na lewych papierach, a ministerialnym Wydziałem Udostępniania Danych trwała długo i zakończyła się nieszczęśliwie. Wydział oznajmił, że zgodnie z prawem sprostowanie aktu stanu cywilnego jest możliwe tylko w dwóch przypadkach. Jeśli w treści dokumentu mamy do czynienia z oczywistą pomyłką pisarską lub gdy dokument został zredagowany błędnie lub nieściśle. A ponieważ nic takiego nie miało miejsca, to niestety każda ingerencja w treść aktu urodzenia byłaby niezgodna z prawem.
Żeby nie było, że chłopaki w Wydziału Udostępniania Danych są bezduszni, w kwicie znajduje się też rozwiązanie. Trzeba ze sprawą dymać do sądu, bo tylko sąd jest władny coś w akcie zmienić.
Maciej pobiegł do prawnika. Ten pogłówkował i powiedział, że sprawa może kosztować ładnych parę stów, a na dodatek sąd nie ma żadnej podstawy by zmienić tę, przecież jak najbardziej prawdziwą daną. Alternatywa jest jedna. Zmiana wszystkich dokumentów.
Osierocony i oszukany przez rodziców Maciej zaczął liczyć. Dowód osobisty, paszport, matura, dyplom uczelni, certyfikaty zawodowe, prawo jazdy, dowody rejestracyjne, wpisy do hipotek, konto bankowe, telefony, konto w ZUS… Procedury zajmą parę lat. Koszty pójdą w tysiące złotych.
Pora umierać?
Od 1 stycznia 2015 r. uległo zmianie Prawo o aktach stanu cywilnego i powstała baza, w której bezpośrednio są rejestrowane zdarzenia z zakresu stanu cywilnego, a akty stanu cywilnego sporządzone dotychczas w postaci papierowej są poprzenoszone do systemu teleinformatycznego stopniowo, np. w wyniku dokonania w nich zmian.
Rzecz jest o tyle fajna, że jak ktoś urodził się na Podkarpaciu, ożenił w Suwałkach, a jego dziecko przyszło na świat w Kudowie, to nie musi objeżdżać całego kraju by zebrać kwitki do rejestracji progenitury. Rejestr ten zapewnił dostęp kierowników do elektronicznych aktów stanu cywilnego. Dzięki temu każdy będzie mógł uzyskać dowolny odpis aktu w dowolnym USC. Ba, jest nawet możliwość uzyskania elektronicznego odpisu. A jakby tego było mało, to same urzędy stanu cywilnego mogą pozyskiwać niezbędne im kwity.
Pan Maciej z przepianiem prawdziwych danych się jednak przed 2015 rokiem nie załapał. Więc ma problemy. Umrzeć nikt mu nie zabroni. Ale na formalny ożenek jako nielegał, nie ma co liczyć.

Czy wolno zwalniać urzędników?

W urzędach i ministerstwach już teraz brakuje pracowników. Kto będzie wykonywał obowiązki po planowanych przez rząd zwolnieniach? Inicjatywa Pracownicza odsłania absurdalne skutki Tarczy Antykryzysowej 2.0.

Znany z nieustępliwej walki o prawa pracownicze związek złożył złożył do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o zbadanie zgodności z ustawą zasadniczą przepisów zawartych w Tarczy 2.0, które dają premierowi możliwość zwalniania osób zatrudnionych w administracji publicznej – Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, a także urzędach podlegających, w tym urzędach wojewódzkich. Spać spokojnie nie mogą również pracownicy ministerstw, których cięcia dosięgną w ramach kolejnej tarczy.

Działacze IP podczas dzisiejszego spotkania z dziennikarzami zwracali uwagę, że przepisy są niebezpieczne z dwóch powodów. Po pierwsze – oznaczają degradacje warunków zatrudnienia (obniżki płac, zatrudnianie w niepełnym wymiarze godzinowym, korzystanie z agencji pracy tymczasowej) w administracji publicznej, która powinna być wzorem przestrzegania prawa pracowniczych. Po drugie – przyczynią się do obniżenia jakości świadczonej pracy, co jest niebezpieczne z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa.

Związkowcy z niepokojem spoglądają na podważanie standardów pracy w służbie cywilnej. Podkreślają, że jej rolą jest „zapewnienie państwu w każdych warunkach i czasie specjalistów w zakresie administrowania”.

Jakość pracy jest warunkowana stałością zatrudnienia – wskazują działacze IP. „Nie bez powodu to właśnie tam nawiązuje się stosunki pracy na podstawie mianowania, które charakteryzują się wzmocnioną trwałością. Dzięki takim środkom państwo zawsze dysponuje doświadczonymi ekspertami bez przerw na szkolenie nowej załogi i bez obawy o zbytnią podległość zmieniającej się władzy” – czytamy w ich komunikacie.

Przemawiający na konferencji działacz OZZIP Jakub Grzegorczyk zauważył, że rząd PiS powtarza antypracownicze posunięcia gabinetu Donalda Tuska, który w 2010 roku wprowadził ustawę o redukcji zatrudnienia. – Zakładały one automatyczną redukcję zatrudnienia w administracji. Te przepisy zostały uznane za niekonstytucyjne. Trybunał odniósł się wówczas przede wszystkim do statusu, jaki ma służba cywilna w Polsce. Bazując na tej argumentacji, proponowane teraz przepisy również powinny zostać uznane za niekonstytucyjne – argumentował związkowiec.

– Administracja rządowa jest pozbawiona prawa do strajku. Korzystamy zatem z tych narzędzi prawnych, które zostały przewidziane w innych ustawach, kierując wniosek do Trybunału, licząc, że zostanie potraktowany jak ten z 2010 roku.

Grzegorczyk wskazał też na zagrożenie, jakim jest podczas kryzysu epidemiologicznego polityka rządu przejawiająca się w serwowaniu kolejnych tarcz antykryzysowych. – Ta polityka jest oparta na cięciu wydatków publicznych, uealstycznieniu czasu pracy, redukcji pensji czy innych narzędziach, z której korzystają pracodawcy już teraz obniżając wynagrodzenia czy przeprowadzając zwolnienia. Uważamy, że ta polityka jest błędna – podkreślił.

– Zapisy te dotkną przede wszystkim pracowników i pracownic, które już teraz należą do grup najgorzej opłacanych – mówiła Weronika Parafinowicz z komisji OZZIP na Uniwersytecie Warszawskim. Działaczka przypomniała, że osoby te w ostatniej dekadzie borykały się z problemem niskich płac, które były odgórnie zamrożone w ramach kuracji oszczędnościowej. – Wynagrodzenia te były wyraźnie niższe od przeciętnych wynagrodzeń w gospodarce narodowej – mówiła Parafinowicz.

Skutkiem takiej polityki były wakaty na ważnych stanowiskach w administracji publicznej. – Zapowiedź zwolnień w sytuacji, gdy brakuje już pracowników jest po prostu absurdem- wskazała działaczka, dodając, że będzie to oznaczać obciążenie większą ilością obowiązków dotychczasowych zatrudnionych, co przełoży się na pogorszenie jakości pracy.

Urszula Łobodzińska z Warszawskiej Komisji Środowiskowej OZZIP mówiła o społecznych skutkach kolejnych tarcz. – W pierwszej kolejności pod nóż premiera pójdą pracownicy NFZ, ZUS i KRUS, bibliotek, domów kultury, uczelni wyższych, domów dziecka. Oni już teraz drżą o swoje miejsca pracy i warunki zatrudnienia.

Działacze Inicjatywy Pracowniczej wskazali też, że cięcia będą wyjątkowo bolesne dla tych, których pracy zwykle się nie docenia, a których praca jest niezbędna – ochroniarzy, portierów, pracowników kateringu.

Administracja na straży partii

Fakt ustanowienia państwa demokratycznym okazuje się wciąż niewystarczający, aby obywatel w nim żyjący mógł byś spokojny o swoje sprawy.

Nie jest to jednak takie proste, kiedy owa demokracja nie jest dla wszystkich wygodną formą ustroju, a pokusy naciągania jej zasad przez rządzących wydają się być co raz bardziej agresywne. Omijanie zasad demokratycznego państwa znacznie ułatwia i skraca proces podejmowania decyzji. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy w systemie działającym w sposób pozornie demokratyczny podejmowane są błędne lub niekorzystne dla obywateli decyzje. W takim przypadku, nie mają oni możliwości wymiany złych administratorów w sposób zgodny z prawem.
Kiedy administracja prowadzona jest w sposób efektywny i skuteczny, bo jedno nie wyklucza drugiego, konsekwencje jej błędów będą zauważane i ponoszone dopiero przez kolejne pokolenia. Jesteśmy obecnie świadkami wprowadzania zmiany, szumnie określanej jako „dobrej”. Jednak należy podkreślić, że każda zmiana, która burzy instytucje demokratyczne, negatywnie przekłada się na sytuację obywateli. Krótkowzroczność i doraźność obecnie funkcjonującego systemu, choć wciąż określanego oficjalnie jako demokratyczny, powinna więc silnie niepokoić.
Pomiędzy kolejnymi zapowiedziami dobrych zmian, gdzieś zapodziało się już podstawowe założenie, że państwo powinno pełnić rolę usługową dla obywateli. Forma sprawowania rządów pozwala społeczeństwu jednak z sukcesem przyzwyczajać sie do odwracających się ról w państwie. To czasy, gdzie administracja publiczna nie świadczy już usług administracyjnych wobec obywatela, ale systematycznie pozbawia go skutecznej możliwości ubiegania się o swoje prawa. Czasy, kiedy nieścisłości formalne w nieskończoność przedłużają merytoryczne pochylenie się nad sprawą przez urzędnika, a pokrzywdzony ponosi często finansowe konsekwencje swojej niekompetencji w zakresie prawa.
Pozostaje pytanie, czy jeszcze ktokolwiek ma świadomość tego, że demokratyczne państwa zgodnie z ONZ, to takie, w którym jego administracje przestrzegają praw człowieka i podstawowych wolności i godności? W ramach swojej działalności dążą do zrównania rzeczywistego udziału kobiet w społeczeństwie, znoszą dyskryminacje, również te religijne?
Czy tak przyjęte przez demokrację założenia mają jakiekolwiek przełożenie na sposób funkcjonowania chociażby polskiego wymiaru sprawiedliwości? Kiedy podstawy służącej demokratycznemu państwu administracji naruszane są w sposób diametralny? Mając do czynienia z sytuacją kiedy naczelnym organem administracji rządowej jest prokurator generalny i jednocześnie polityk skrajnie prawicowej partii rządzącej nie można oczekiwać, że wymiar sprawiedliwości będzie skupiony na trosce o każdego obywatela, a nie na realizacji swoich politycznych i ideologicznych interesów.
Aby administrowanie mogło być realizowane w interesie społecznym, bezwzględnie potrzebuje być wypełniane zgodnie z konkretnymi, jawnymi zasadami. Nie jednak tymi, które chętnie są deklarowane i które warto byłoby przyjąć za wartościowe czy słuszne, a tymi, które faktycznie są wdrażane w życie. Aspekt ten jest tu o tyle ważny, że wprowadza rozróżnienie pomiędzy politycznymi zapowiedziami, a rzeczywistym administrowaniem przejawiającym się w konkretnych wynikach.
Wobec powyższego obywatele nie tylko powinni mieć jakiś wpływ na administrujących, ale mają prawo do uzyskiwania rzetelnego sprawozdania z ich działalności. Mają prawo żądać odpowiedzi na zadane pytania i domagać się sankcji za nie wywiązywanie się z tych obowiązków.
Zwykły podatnik nie posiada jednak wystarczających narzędzi, aby poznać jakość realizowanych przez administrację usług. Odwiedzając jeden z urzędów może on jedynie zaobserwować skrawek tego, w jaki sposób funkcjonuje jego administracja. To czego sam doświadcza to tylko forma w jakiej załatwiane są jego prywatne sprawy. W tym obszarze okazuje się jednak być wiele do zrobienia. Nie chodzi tu już o samą ewentualną opieszałość i kompetencje urzędników. Do systematycznego pozbawiania obywateli przez państwo praw do szybkiej i skutecznej obsługi ich spraw co bezpośrednio przekłada się do ich fatalnej opinii wielu zdążyło już już przyzwyczaić. Warto jednak zaznaczyć, że administracja publiczna być może sama nie zasłużyła na taką renomę, podobnie jak urzędnicy wchodzący w skład Służby Cywilnej wcale nie są w rzeczywistości tak niekompetentni lub źle nastawieni do petenta w urzędzie, jak wydaje się większości społeczeństwa.
Fakt że już w standardzie społecznym przyjęto, że urzędy nie są uznawane za uczciwe, nie wynika bezpośrednio z pracy poszczególnych urzędników. Należy pamiętać bowiem, że niezadowalające decyzje podejmowane są zgodnie z napisanym w określony sposób prawem. Warto zwrócić uwagę na fakt, że w Polsce każdego roku powstają tysiące stron nowego prawa, które w założeniu mają zapewnić jednostce – zarówno obywatelowi, jak i przedsiębiorcy – fizyczne i ekonomiczne bezpieczeństwo. Takie są jednak jedynie założenia. Bowiem w rzeczywistości częstotliwość ich wprowadzania i same zmiany bezpośrednio ingerują już nie tylko w swobodne prowadzenie działalności gospodarczej, ale także funkcjonowanie osób fizycznych, gdzie nie sposób przypomnieć o kuriozach prawa podatkowego, a wiec i samego funkcjonowania Urzędu Skarbowego.
Prawo powinno być odkrywane i tworzone zgodnie z faktyczną potrzebą, a nie uchwalane w sprzeczności z nią. Z każdym jednak rokiem poszukuje się nowych, „lepszych” rozwiązań legislacyjnych, odrzucając przy tym chęć znalezienia rozwiązania w przestrzeni pozaustawowej. Jednak nie to leży przecież w interesie grupy trzymającej władzę.
Powstająca w ten sposób inflacja legislacyjna nie ma najmniejszego prawa przyczynić się do efektywnej obsługi obywatela przez państwo i uczynić jego życie łatwiejszym. Wręcz przeciwnie, celowo wprowadzana nieczytelność i zagmatwana pseudo logika, zrozumiała przez nielicznych, wspiera ustrój w którym obywatel pełni rolę zagubionej jednostki ekonomicznej, bez większych szans dostępu do swoich indywidualnych praw jako człowieka. Dopóki więc forma organizacji administracji publicznej nie ulegnie drastycznej poprawie, nie dokona się redukcji absurdalnego prawa i ujednolicenia wytycznych w wielu zakresach, dopóty instytucje administracyjne nie będą otrzymywały od obywateli tak ważnego przecież poparcia społeczno-politycznego, które jest tym samym co zaufanie dla banków chociażby.
Fakt, że poszczególny urzędnik zmuszany jest więc często do przekazywania niekiedy niedorzecznych decyzji musi wobec powyższego zwrócić uwagę w stronę, skąd płynie taki a nie inny nakaz ich egzekwowania. W niezrozumiałych wciąż dla obywatela strukturach ministerstw, podejmowane są bowiem postanowienia czy rozporządzenia, które w żadnym wymiarze nie przekładają się na jego interesy i poczucie bezpieczeństwa. Co więcej, mając na względzie oczywisty fakt, że w sektorze publicznym wydawane się pieniądze publiczne, a więc środki absolutnie wszystkich obywateli, również tych, którzy przez ich sposób działania są dyskryminowani, w najlepiej pojętym interesie świadomego społeczeństwa powinno być kontrolowanie władzy i jej rozliczanie z tego, w jaki sposób dysponuje danymi środkami. Przede wszystkim – nadzorowanie, czy nie dochodzi przy tym fakcie do żadnych nadużyć. Jak już wspomniałem, obywatel nie posiada dostępu do odpowiednich instrumentów, które mogłyby pomóc mu w dotarciu do prawdy. Posiadają je jednak dziennikarze, którzy mają wręcz nieograniczone możliwości dotarcia do materiałów dokumentujących chociażby wydatki sektora publicznego, jak również niedopuszczalne działania
poszczególnych urzędników.
W państwie demokratycznym, którego Konstytucja zastrzega urzeczywistnianie zasady sprawiedliwości społecznej, rola lokalnych oraz ogólnokrajowych mediów jest więc kluczowa. Pod warunkiem jednak, że media te realizują swoje własne cele i założenia i nie podlegają odgórnym nakazom odbierającym im ich niezależność, jak dzieje się to w przypadku przywłaszczenia mediów publicznych przez obecnie rządzącą w Polsce partię polityczną.
W czasach rozwoju nowych technologii, powszechnego dostępu do środków masowego przekazu oraz wciąż zwiększającego się udziału mediów społecznościowych, przepływ informacji przybiera nowe i niepokojące często formy i tempo. Podobnie jak ze wszystkimi innymi narzędziami, w niewłaściwych rękach mogą doprowadzić do bardzo dotkliwych szkód przy czym coraz częściej przekładających się na życie osobiste obywateli.
Za pośrednictwem nowych technologii na przykład mamy obecnie do czynienia z nielegalnymi wyciekami ściśle tajnych informacji, do których dostęp powinni mieć jedynie nieliczni z urzędników państwowych i upublicznianiem niepełnych informacji wprowadzających w błąd opinię publiczną. Doprowadzanie do wycieku informacji jak też propagowane przez obóz rządzący tak zwane „fake newsy”, wyraźnie obecne są w przypadku informacji z zakresu prawa, gdzie wprowadzenie odbiorcy w błąd może nie tylko wpłynąć np. na wybory polityczne, ale też na pogorszenie sytuacji prawnej i gospodarczej jednostki. Ostatnia afera w Ministerstwie Sprawiedliwości, a więc w jednym z urzędów mających służyć obywatelowi, obnażyła rzeczywiste działania jakimi zajmują się opłacani ze środków publicznych urzędnicy. Sprawa jest w tym momencie o tyle poważna, że nie zamyka się w obrębie politycznych rozgrywek, ale wskazuje, że kiedy narzędziem w rękach sprawcy są media, życie prywatne obywateli również może być zagrożone.
Nie ulega wątpliwości, że jesteśmy świadkami zmiany, której realizatorzy, ze względu na swoje radykalne założenia, nie mają na celu uczynić życia obywateli łatwiejszym i szczęśliwszym. Zmiana ta ma bowiem na celu wzmocnienie państwa, a nie jego społeczeństwa. Narzędziem jakie wykorzystywane jest w tym celu są przepisy prawa. Zagmatwane i nie dające się zrozumieć kodeksy sprawiają, że obywatel we własnym państwie czuje się winny swoich narodzin, a zanim przekroczy próg sądu wielokrotnie rozważa, czy będąc poszkodowanym w sprawie nie usłyszy oskarżenia pod swoim adresem. Nie ulega wątpliwości, że filozofia obozu rządzącego opiera się na feudalnych formach przymusu i umniejszania wartości jednostki. Należy mieć jednak na uwadze, ze przymus, to obowiązujące prawo. Zatem im więcej prawa, tym mniej wolności.

Nie przenoście nam urzędów za Warszawę

W łonie rządu zrodził się pomysł przeniesienia części urzędów centralnych poza stolicę. Rząd zapewne da dobry przykład i przeniesie np. Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi na jakąś wieś, Ministerstwo Środowiska do Hajnówki, a Ministerstwo Energii do Bełchatowa czy Kozienic. Resortów, które z powodzeniem można by ulokować poza stolicą, nie brakuje.

Wicepremier Jarosław Gowin i minister Jadwiga Emilewicz proponują „deglomerację”, rozumiejąc przez to przenoszenie urzędów centralnych z Warszawy i urzędów wojewódzkich ze stolic województw do mniejszych miast.
Czy taka polityka ma sens? Byłaby ona błędem – uważa Forum Obywatelskiego Rozwoju. Owa deglomeracja na pewno nie wzmocni samorządów lokalnych. Lokalizacja urzędów centralnych nie ma związku z samorządami. Decyzje pozostaną scentralizowane, plan przenosin dotyczy jedynie zmiany lokalizacji urzędów centralnych, a nie przeniesienia ich kompetencji do samorządów.
Duże miasta rosną
Lokalizacja urzędów w mniejszych miejscowościach nie zatrzyma procesu ich wyludniania się na rzecz dużych miast. Na całym świecie najszybciej rośnie populacja największych miast. Podobnie jest w Niemczech, pomimo rozlokowania wielu urzędów w mniejszych miejscowościach. Ze względu na uwarunkowania historyczne, wiele urzędów i instytucji przemysłowych w Niemczech pozostaje zlokalizowanych poza największym miastem, a w przypadku urzędów nawet w mniejszych miejscowościach.
Pomimo tego w Niemczech trwa proces wyludniania się miast (liczonych z obszarem dojazdów do pracy) liczących poniżej 400 tys. mieszkańców i wzrostu miast powyżej tej granicy, przy czym najszybciej rosną największe miasta powyżej 1 mln mieszkańców.
Wzrost dużych miast i wyludnianie się peryferii to nie tylko przypadek Polski. Przynajmniej od czasu rewolucji przemysłowej na całym świecie rośnie populacja miast. Ten proces w ostatnim czasie wydaje się przyspieszać ze względu na zmiany technologiczne i gospodarcze pozytywne dla największych metropolii, przy jednoczesnym starzeniu się społeczeństw. Podobne zjawisko ma miejsce w Stanach Zjednoczonych, Hiszpanii, Japonii. Jeżeli największe miasta szybko rosną, a społeczeństwa się starzeją, to regiony peryferyjne tracą mieszkańców.
Przeniesienie urzędów z Warszawy i stolic województw do mniejszych miast raczej nie przyniesie oszczędności. Przenoszenie urzędów generuje znaczne koszty rekrutacji nowych pracowników i zakłóceń pracy. Stałym kosztem są podróże służbowe pomiędzy rozproszonymi urzędami. Źródłem oszczędności mogą być niższe koszty powierzchni biurowych, ale pod warunkiem sprzedaży lub wynajmu wcześniej zajmowanych budynków.
Nie chcą się przeprowadzać
Pracownicy bardzo rzadko są skłonni przeprowadzić się do mniejszego miasta bez znacznej poprawy warunków finansowych zatrudnienia, szczególnie jeżeli małżonek musiałby szukać nowej pracy, a dzieci – zmieniać szkołę. Do tego dochodzi znaczne pogorszenie oferty kulturalnej i rozrywkowej. W przypadku przenoszenia urzędów jedyna poprawa finansowa wynika z niższych kosztów życia.
Dlatego trudno się dziwić, że Szwecji w wyniku przeniesienia ze Sztokholmu urzędu konsumentów do Karlstad i instytutu zdrowia publicznego do Östersund aż 99 proc. urzędników zwolniło się z pracy. Pomimo oszczędności na kosztach powierzchni biurowej, powstałe koszty rekrutacji nowych pracowników i zakłócenia pracy urzędów nie zwrócą się nawet w horyzoncie 20 lat. W Wielkiej Brytanii przy przeniesieniu urzędu statystycznego z Londynu do Newport 90 proc. urzędników zwolniło się z pracy, co przyczyniło się do spadku jakości tworzonej statystyki publicznej.
Atrakcyjność płac w administracji w mniejszych miejscowościach nie wystarczy, jeżeli brakuje tam pracowników o odpowiednich umiejętnościach. W Szwecji koszty rekrutacji były wysokie, bo na miejscu brakowało odpowiednich kandydatów, więc rekrutacja trwała długo, podczas gdy trzeba było ciągle utrzymywać dotychczasowych pracowników, aby mogli szkolić nowych.
Urzędy centralne realizują krajową politykę publiczną i z tego powodu wymagają utrzymywania kontaktów, co może generować koszty podróży. Głośny przykład to ciągłe podróże urzędników pomiędzy Komisją Europejską w Brukseli i Parlamentem Europejskim w Strasburgu. Gdyby przenieść PE do Brukseli oszczędności sięgnęłyby 114 mln euro rocznie (6 proc. jego budżetu), z czego z samych podróży 34 mln euro rocznie (2 proc. budżetu).
Polska Agencja Kosmiczna, którą od początku zlokalizowano w Gdańsku, uniknęła podobnych kosztów tworząc 65 proc. etatów w „oddziale” w Warszawie, gdzie również pracował jej prezes. To umożliwiło jej łatwiejsze utrzymywanie kontaktów z parlamentem i rządem.
Ekosystemy wiedzy
Czy jednak dziś nie jest tak, że dzięki rewolucji informacyjnej lokalizacja urzędów nie ma już znaczenia? Tak i nie.
Z jednej strony obywatele mogą coraz więcej czynności urzędowych dokonywać przez Internet, więc lokalizacja urzędów w najlepiej skomunikowanych i centralnie położonych miastach traci na znaczeniu.
Z drugiej strony bezpośrednie kontakty urzędników tworzących politykę publiczną rządu centralnego czy województwa pozostaje kluczowy, a może nawet staje się coraz ważniejszy, co przemawia za pozostawieniem ich w jednym miejscu.
Do niedawna powszechnie myślano, że dzięki rewolucji informacyjnej geografia stanie się nieistotna. Technologia informacyjna miała sprawić, że wysoko-płatne miejsca pracy miały odpłynąć z Doliny Krzemowej i innych swoich skupisk o bardzo wysokich cenach nieruchomości do tańszych regionów w Stanach Zjednoczonych i na świecie. Tak się jednak nie stało.
Okazało się, że duże miasta tworzą ekosystemy przepływu wiedzy, które sprawiają, że nowoczesne usługi są znacznie trudniejsze do lokalizacji poza metropoliami niż dawny przemysł. Bank Światowy w 2009 r. podkreślał, że ekosystem największych miast stwarza współcześnie największe korzyści nie tylko dla usług rynkowych, ale również rządu i edukacji.
Przeniesienie urzędów centralnych poza Warszawę byłoby problemem dla wszystkich. Prawdopodobne koszty przeniesienia i funkcjonowania rozproszonych urzędów obciążyłyby ogół mieszkańców Polski.

Polska rządzona z Nowogrodzkiej

Samorządy nie są tym, co obecna władza lubi najbardziej. Na razie jednak nie zrobiła im specjalnej krzywdy.

 

Od listopada 2015 r. gdy Prawo i Sprawiedliwość zaczęło rządzić, trwa proces budowy państwa scentralizowanego, z rosnącymi uprawnieniami władzy w Warszawie i stopniowo uszczuplanymi – w samorządach.
Pojawiają się nawet opinie, że od prawie trzech lat trwa nieprzerwany proces demontażu samorządności terytorialnej. To ograniczanie władztwa samorządów dokonuje się poprzez odbieranie zadań jednostkom samorządu i przekazywanie ich organom administracji rządowej lub podmiotom im podległym.
Jak ocenia zdecydowanie antyPiS-owskie Forum Obywatelskiego Rozwoju Leszka Balcerowicza, brakuje finansowania adekwatnego do zadań administracji lokalnej. Następuje zmniejszanie efektywności samorządów w imię interesów władzy centralnej.
FOR wskazuje, że aż 9 z 11 ustaw „antysamorządowych” to inicjatywy poselskie, które nie wymagają konsultacji publicznych i otwartych debat.
„W ten sposób rząd rozpisał plan całkowitego demontażu Polski samorządowej na ciche akty, wykonywane przez poszczególnych posłów” – ocenia Forum. Zwraca uwagę fakt, że autorami poselskich projektów ustaw antysamorządowych najczęściej są posłowie, którzy nie posiadają dużego doświadczenia parlamentarnego i legislacyjnego. Firmują oni większość projektów ustaw, przeprowadzonych przez Sejm . Wynika z tego, że rządowo-sejmowy sztab legislatorów PiS przygotowuje tzw. projekty poselskie, a obowiązek ich podpisywania spoczywa przede wszystkim na posłach „nowicjuszach”.
Dodatkowo, rządzący, poprzez wykorzystywanie inicjatyw poselskich (a więc przy 9 z 11 ustaw) ograniczają instytucję, która w założeniu miała przeciwdziałać uszczuplaniu kompetencji samorządów, czyli Komisję Wspólną Rządu i Samorządu Terytorialnego. W pozostałych dwóch przypadkach rząd zignorował zaś obowiązek konsultacji z KWRiST, czym podważył 25-letni okres współpracy wielu rządów z reprezentantami samorządu terytorialnego.
Ponadto, partia rządząca uchwaliła jedną z ustaw w 2 dni, zaś aż 4 z 11 ustaw „antysamorządowych” w czasie poniżej 30 dni.
Wśród „najbardziej szkodliwych” przykładów odebrania zadań samorządom FOR wymienia:
– przejęcie przez ministra ochrony środowiska kontroli nad Wojewódzkimi Funduszami Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej oraz zarządzania ich finansami (przez większość w radach nadzorczych i narzucenie jednolitego statutu);
– przejęcie przez Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie zarządzania wodami istotnymi dla potrzeb rolnictwa oraz zapobiegania powodziom, połączone z likwidacją Wojewódzkich Zarządów Melioracji i Urządzeń Wodnych (samorządowych jednostek budżetowych);
– odebranie województwom Ośrodków Doradztwa Rolniczego (przymusowe przekształcenie samorządowych osób prawnych w państwowe osoby prawne).
– uzależnienie przekształcania lub likwidacji szkół oraz uchwalania planów sieci przedszkoli i szkół od obowiązkowej i pozytywnej opinii kuratora oświaty;
– odebranie prawa do zatrudniania na czas określony asystentów i doradców przez wójtów, burmistrzów, prezydentów miast, starostów powiatowych i marszałków województw.
– odebranie prawa do kandydowania na trzecią kadencję urzędującym wójtom, burmistrzom i prezydentom miast,
Cóż, przy najbardziej krytycznym stosunku wobec obecnej ekipy, trudno uznać, że są to jakieś fundamentalne uderzenia w idee samorządności. Często zresztą łamane przez rozmaite władze lokalne.