Administracja na straży partii

Fakt ustanowienia państwa demokratycznym okazuje się wciąż niewystarczający, aby obywatel w nim żyjący mógł byś spokojny o swoje sprawy.

Nie jest to jednak takie proste, kiedy owa demokracja nie jest dla wszystkich wygodną formą ustroju, a pokusy naciągania jej zasad przez rządzących wydają się być co raz bardziej agresywne. Omijanie zasad demokratycznego państwa znacznie ułatwia i skraca proces podejmowania decyzji. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy w systemie działającym w sposób pozornie demokratyczny podejmowane są błędne lub niekorzystne dla obywateli decyzje. W takim przypadku, nie mają oni możliwości wymiany złych administratorów w sposób zgodny z prawem.
Kiedy administracja prowadzona jest w sposób efektywny i skuteczny, bo jedno nie wyklucza drugiego, konsekwencje jej błędów będą zauważane i ponoszone dopiero przez kolejne pokolenia. Jesteśmy obecnie świadkami wprowadzania zmiany, szumnie określanej jako „dobrej”. Jednak należy podkreślić, że każda zmiana, która burzy instytucje demokratyczne, negatywnie przekłada się na sytuację obywateli. Krótkowzroczność i doraźność obecnie funkcjonującego systemu, choć wciąż określanego oficjalnie jako demokratyczny, powinna więc silnie niepokoić.
Pomiędzy kolejnymi zapowiedziami dobrych zmian, gdzieś zapodziało się już podstawowe założenie, że państwo powinno pełnić rolę usługową dla obywateli. Forma sprawowania rządów pozwala społeczeństwu jednak z sukcesem przyzwyczajać sie do odwracających się ról w państwie. To czasy, gdzie administracja publiczna nie świadczy już usług administracyjnych wobec obywatela, ale systematycznie pozbawia go skutecznej możliwości ubiegania się o swoje prawa. Czasy, kiedy nieścisłości formalne w nieskończoność przedłużają merytoryczne pochylenie się nad sprawą przez urzędnika, a pokrzywdzony ponosi często finansowe konsekwencje swojej niekompetencji w zakresie prawa.
Pozostaje pytanie, czy jeszcze ktokolwiek ma świadomość tego, że demokratyczne państwa zgodnie z ONZ, to takie, w którym jego administracje przestrzegają praw człowieka i podstawowych wolności i godności? W ramach swojej działalności dążą do zrównania rzeczywistego udziału kobiet w społeczeństwie, znoszą dyskryminacje, również te religijne?
Czy tak przyjęte przez demokrację założenia mają jakiekolwiek przełożenie na sposób funkcjonowania chociażby polskiego wymiaru sprawiedliwości? Kiedy podstawy służącej demokratycznemu państwu administracji naruszane są w sposób diametralny? Mając do czynienia z sytuacją kiedy naczelnym organem administracji rządowej jest prokurator generalny i jednocześnie polityk skrajnie prawicowej partii rządzącej nie można oczekiwać, że wymiar sprawiedliwości będzie skupiony na trosce o każdego obywatela, a nie na realizacji swoich politycznych i ideologicznych interesów.
Aby administrowanie mogło być realizowane w interesie społecznym, bezwzględnie potrzebuje być wypełniane zgodnie z konkretnymi, jawnymi zasadami. Nie jednak tymi, które chętnie są deklarowane i które warto byłoby przyjąć za wartościowe czy słuszne, a tymi, które faktycznie są wdrażane w życie. Aspekt ten jest tu o tyle ważny, że wprowadza rozróżnienie pomiędzy politycznymi zapowiedziami, a rzeczywistym administrowaniem przejawiającym się w konkretnych wynikach.
Wobec powyższego obywatele nie tylko powinni mieć jakiś wpływ na administrujących, ale mają prawo do uzyskiwania rzetelnego sprawozdania z ich działalności. Mają prawo żądać odpowiedzi na zadane pytania i domagać się sankcji za nie wywiązywanie się z tych obowiązków.
Zwykły podatnik nie posiada jednak wystarczających narzędzi, aby poznać jakość realizowanych przez administrację usług. Odwiedzając jeden z urzędów może on jedynie zaobserwować skrawek tego, w jaki sposób funkcjonuje jego administracja. To czego sam doświadcza to tylko forma w jakiej załatwiane są jego prywatne sprawy. W tym obszarze okazuje się jednak być wiele do zrobienia. Nie chodzi tu już o samą ewentualną opieszałość i kompetencje urzędników. Do systematycznego pozbawiania obywateli przez państwo praw do szybkiej i skutecznej obsługi ich spraw co bezpośrednio przekłada się do ich fatalnej opinii wielu zdążyło już już przyzwyczaić. Warto jednak zaznaczyć, że administracja publiczna być może sama nie zasłużyła na taką renomę, podobnie jak urzędnicy wchodzący w skład Służby Cywilnej wcale nie są w rzeczywistości tak niekompetentni lub źle nastawieni do petenta w urzędzie, jak wydaje się większości społeczeństwa.
Fakt że już w standardzie społecznym przyjęto, że urzędy nie są uznawane za uczciwe, nie wynika bezpośrednio z pracy poszczególnych urzędników. Należy pamiętać bowiem, że niezadowalające decyzje podejmowane są zgodnie z napisanym w określony sposób prawem. Warto zwrócić uwagę na fakt, że w Polsce każdego roku powstają tysiące stron nowego prawa, które w założeniu mają zapewnić jednostce – zarówno obywatelowi, jak i przedsiębiorcy – fizyczne i ekonomiczne bezpieczeństwo. Takie są jednak jedynie założenia. Bowiem w rzeczywistości częstotliwość ich wprowadzania i same zmiany bezpośrednio ingerują już nie tylko w swobodne prowadzenie działalności gospodarczej, ale także funkcjonowanie osób fizycznych, gdzie nie sposób przypomnieć o kuriozach prawa podatkowego, a wiec i samego funkcjonowania Urzędu Skarbowego.
Prawo powinno być odkrywane i tworzone zgodnie z faktyczną potrzebą, a nie uchwalane w sprzeczności z nią. Z każdym jednak rokiem poszukuje się nowych, „lepszych” rozwiązań legislacyjnych, odrzucając przy tym chęć znalezienia rozwiązania w przestrzeni pozaustawowej. Jednak nie to leży przecież w interesie grupy trzymającej władzę.
Powstająca w ten sposób inflacja legislacyjna nie ma najmniejszego prawa przyczynić się do efektywnej obsługi obywatela przez państwo i uczynić jego życie łatwiejszym. Wręcz przeciwnie, celowo wprowadzana nieczytelność i zagmatwana pseudo logika, zrozumiała przez nielicznych, wspiera ustrój w którym obywatel pełni rolę zagubionej jednostki ekonomicznej, bez większych szans dostępu do swoich indywidualnych praw jako człowieka. Dopóki więc forma organizacji administracji publicznej nie ulegnie drastycznej poprawie, nie dokona się redukcji absurdalnego prawa i ujednolicenia wytycznych w wielu zakresach, dopóty instytucje administracyjne nie będą otrzymywały od obywateli tak ważnego przecież poparcia społeczno-politycznego, które jest tym samym co zaufanie dla banków chociażby.
Fakt, że poszczególny urzędnik zmuszany jest więc często do przekazywania niekiedy niedorzecznych decyzji musi wobec powyższego zwrócić uwagę w stronę, skąd płynie taki a nie inny nakaz ich egzekwowania. W niezrozumiałych wciąż dla obywatela strukturach ministerstw, podejmowane są bowiem postanowienia czy rozporządzenia, które w żadnym wymiarze nie przekładają się na jego interesy i poczucie bezpieczeństwa. Co więcej, mając na względzie oczywisty fakt, że w sektorze publicznym wydawane się pieniądze publiczne, a więc środki absolutnie wszystkich obywateli, również tych, którzy przez ich sposób działania są dyskryminowani, w najlepiej pojętym interesie świadomego społeczeństwa powinno być kontrolowanie władzy i jej rozliczanie z tego, w jaki sposób dysponuje danymi środkami. Przede wszystkim – nadzorowanie, czy nie dochodzi przy tym fakcie do żadnych nadużyć. Jak już wspomniałem, obywatel nie posiada dostępu do odpowiednich instrumentów, które mogłyby pomóc mu w dotarciu do prawdy. Posiadają je jednak dziennikarze, którzy mają wręcz nieograniczone możliwości dotarcia do materiałów dokumentujących chociażby wydatki sektora publicznego, jak również niedopuszczalne działania
poszczególnych urzędników.
W państwie demokratycznym, którego Konstytucja zastrzega urzeczywistnianie zasady sprawiedliwości społecznej, rola lokalnych oraz ogólnokrajowych mediów jest więc kluczowa. Pod warunkiem jednak, że media te realizują swoje własne cele i założenia i nie podlegają odgórnym nakazom odbierającym im ich niezależność, jak dzieje się to w przypadku przywłaszczenia mediów publicznych przez obecnie rządzącą w Polsce partię polityczną.
W czasach rozwoju nowych technologii, powszechnego dostępu do środków masowego przekazu oraz wciąż zwiększającego się udziału mediów społecznościowych, przepływ informacji przybiera nowe i niepokojące często formy i tempo. Podobnie jak ze wszystkimi innymi narzędziami, w niewłaściwych rękach mogą doprowadzić do bardzo dotkliwych szkód przy czym coraz częściej przekładających się na życie osobiste obywateli.
Za pośrednictwem nowych technologii na przykład mamy obecnie do czynienia z nielegalnymi wyciekami ściśle tajnych informacji, do których dostęp powinni mieć jedynie nieliczni z urzędników państwowych i upublicznianiem niepełnych informacji wprowadzających w błąd opinię publiczną. Doprowadzanie do wycieku informacji jak też propagowane przez obóz rządzący tak zwane „fake newsy”, wyraźnie obecne są w przypadku informacji z zakresu prawa, gdzie wprowadzenie odbiorcy w błąd może nie tylko wpłynąć np. na wybory polityczne, ale też na pogorszenie sytuacji prawnej i gospodarczej jednostki. Ostatnia afera w Ministerstwie Sprawiedliwości, a więc w jednym z urzędów mających służyć obywatelowi, obnażyła rzeczywiste działania jakimi zajmują się opłacani ze środków publicznych urzędnicy. Sprawa jest w tym momencie o tyle poważna, że nie zamyka się w obrębie politycznych rozgrywek, ale wskazuje, że kiedy narzędziem w rękach sprawcy są media, życie prywatne obywateli również może być zagrożone.
Nie ulega wątpliwości, że jesteśmy świadkami zmiany, której realizatorzy, ze względu na swoje radykalne założenia, nie mają na celu uczynić życia obywateli łatwiejszym i szczęśliwszym. Zmiana ta ma bowiem na celu wzmocnienie państwa, a nie jego społeczeństwa. Narzędziem jakie wykorzystywane jest w tym celu są przepisy prawa. Zagmatwane i nie dające się zrozumieć kodeksy sprawiają, że obywatel we własnym państwie czuje się winny swoich narodzin, a zanim przekroczy próg sądu wielokrotnie rozważa, czy będąc poszkodowanym w sprawie nie usłyszy oskarżenia pod swoim adresem. Nie ulega wątpliwości, że filozofia obozu rządzącego opiera się na feudalnych formach przymusu i umniejszania wartości jednostki. Należy mieć jednak na uwadze, ze przymus, to obowiązujące prawo. Zatem im więcej prawa, tym mniej wolności.

Nie przenoście nam urzędów za Warszawę

W łonie rządu zrodził się pomysł przeniesienia części urzędów centralnych poza stolicę. Rząd zapewne da dobry przykład i przeniesie np. Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi na jakąś wieś, Ministerstwo Środowiska do Hajnówki, a Ministerstwo Energii do Bełchatowa czy Kozienic. Resortów, które z powodzeniem można by ulokować poza stolicą, nie brakuje.

Wicepremier Jarosław Gowin i minister Jadwiga Emilewicz proponują „deglomerację”, rozumiejąc przez to przenoszenie urzędów centralnych z Warszawy i urzędów wojewódzkich ze stolic województw do mniejszych miast.
Czy taka polityka ma sens? Byłaby ona błędem – uważa Forum Obywatelskiego Rozwoju. Owa deglomeracja na pewno nie wzmocni samorządów lokalnych. Lokalizacja urzędów centralnych nie ma związku z samorządami. Decyzje pozostaną scentralizowane, plan przenosin dotyczy jedynie zmiany lokalizacji urzędów centralnych, a nie przeniesienia ich kompetencji do samorządów.
Duże miasta rosną
Lokalizacja urzędów w mniejszych miejscowościach nie zatrzyma procesu ich wyludniania się na rzecz dużych miast. Na całym świecie najszybciej rośnie populacja największych miast. Podobnie jest w Niemczech, pomimo rozlokowania wielu urzędów w mniejszych miejscowościach. Ze względu na uwarunkowania historyczne, wiele urzędów i instytucji przemysłowych w Niemczech pozostaje zlokalizowanych poza największym miastem, a w przypadku urzędów nawet w mniejszych miejscowościach.
Pomimo tego w Niemczech trwa proces wyludniania się miast (liczonych z obszarem dojazdów do pracy) liczących poniżej 400 tys. mieszkańców i wzrostu miast powyżej tej granicy, przy czym najszybciej rosną największe miasta powyżej 1 mln mieszkańców.
Wzrost dużych miast i wyludnianie się peryferii to nie tylko przypadek Polski. Przynajmniej od czasu rewolucji przemysłowej na całym świecie rośnie populacja miast. Ten proces w ostatnim czasie wydaje się przyspieszać ze względu na zmiany technologiczne i gospodarcze pozytywne dla największych metropolii, przy jednoczesnym starzeniu się społeczeństw. Podobne zjawisko ma miejsce w Stanach Zjednoczonych, Hiszpanii, Japonii. Jeżeli największe miasta szybko rosną, a społeczeństwa się starzeją, to regiony peryferyjne tracą mieszkańców.
Przeniesienie urzędów z Warszawy i stolic województw do mniejszych miast raczej nie przyniesie oszczędności. Przenoszenie urzędów generuje znaczne koszty rekrutacji nowych pracowników i zakłóceń pracy. Stałym kosztem są podróże służbowe pomiędzy rozproszonymi urzędami. Źródłem oszczędności mogą być niższe koszty powierzchni biurowych, ale pod warunkiem sprzedaży lub wynajmu wcześniej zajmowanych budynków.
Nie chcą się przeprowadzać
Pracownicy bardzo rzadko są skłonni przeprowadzić się do mniejszego miasta bez znacznej poprawy warunków finansowych zatrudnienia, szczególnie jeżeli małżonek musiałby szukać nowej pracy, a dzieci – zmieniać szkołę. Do tego dochodzi znaczne pogorszenie oferty kulturalnej i rozrywkowej. W przypadku przenoszenia urzędów jedyna poprawa finansowa wynika z niższych kosztów życia.
Dlatego trudno się dziwić, że Szwecji w wyniku przeniesienia ze Sztokholmu urzędu konsumentów do Karlstad i instytutu zdrowia publicznego do Östersund aż 99 proc. urzędników zwolniło się z pracy. Pomimo oszczędności na kosztach powierzchni biurowej, powstałe koszty rekrutacji nowych pracowników i zakłócenia pracy urzędów nie zwrócą się nawet w horyzoncie 20 lat. W Wielkiej Brytanii przy przeniesieniu urzędu statystycznego z Londynu do Newport 90 proc. urzędników zwolniło się z pracy, co przyczyniło się do spadku jakości tworzonej statystyki publicznej.
Atrakcyjność płac w administracji w mniejszych miejscowościach nie wystarczy, jeżeli brakuje tam pracowników o odpowiednich umiejętnościach. W Szwecji koszty rekrutacji były wysokie, bo na miejscu brakowało odpowiednich kandydatów, więc rekrutacja trwała długo, podczas gdy trzeba było ciągle utrzymywać dotychczasowych pracowników, aby mogli szkolić nowych.
Urzędy centralne realizują krajową politykę publiczną i z tego powodu wymagają utrzymywania kontaktów, co może generować koszty podróży. Głośny przykład to ciągłe podróże urzędników pomiędzy Komisją Europejską w Brukseli i Parlamentem Europejskim w Strasburgu. Gdyby przenieść PE do Brukseli oszczędności sięgnęłyby 114 mln euro rocznie (6 proc. jego budżetu), z czego z samych podróży 34 mln euro rocznie (2 proc. budżetu).
Polska Agencja Kosmiczna, którą od początku zlokalizowano w Gdańsku, uniknęła podobnych kosztów tworząc 65 proc. etatów w „oddziale” w Warszawie, gdzie również pracował jej prezes. To umożliwiło jej łatwiejsze utrzymywanie kontaktów z parlamentem i rządem.
Ekosystemy wiedzy
Czy jednak dziś nie jest tak, że dzięki rewolucji informacyjnej lokalizacja urzędów nie ma już znaczenia? Tak i nie.
Z jednej strony obywatele mogą coraz więcej czynności urzędowych dokonywać przez Internet, więc lokalizacja urzędów w najlepiej skomunikowanych i centralnie położonych miastach traci na znaczeniu.
Z drugiej strony bezpośrednie kontakty urzędników tworzących politykę publiczną rządu centralnego czy województwa pozostaje kluczowy, a może nawet staje się coraz ważniejszy, co przemawia za pozostawieniem ich w jednym miejscu.
Do niedawna powszechnie myślano, że dzięki rewolucji informacyjnej geografia stanie się nieistotna. Technologia informacyjna miała sprawić, że wysoko-płatne miejsca pracy miały odpłynąć z Doliny Krzemowej i innych swoich skupisk o bardzo wysokich cenach nieruchomości do tańszych regionów w Stanach Zjednoczonych i na świecie. Tak się jednak nie stało.
Okazało się, że duże miasta tworzą ekosystemy przepływu wiedzy, które sprawiają, że nowoczesne usługi są znacznie trudniejsze do lokalizacji poza metropoliami niż dawny przemysł. Bank Światowy w 2009 r. podkreślał, że ekosystem największych miast stwarza współcześnie największe korzyści nie tylko dla usług rynkowych, ale również rządu i edukacji.
Przeniesienie urzędów centralnych poza Warszawę byłoby problemem dla wszystkich. Prawdopodobne koszty przeniesienia i funkcjonowania rozproszonych urzędów obciążyłyby ogół mieszkańców Polski.

Polska rządzona z Nowogrodzkiej

Samorządy nie są tym, co obecna władza lubi najbardziej. Na razie jednak nie zrobiła im specjalnej krzywdy.

 

Od listopada 2015 r. gdy Prawo i Sprawiedliwość zaczęło rządzić, trwa proces budowy państwa scentralizowanego, z rosnącymi uprawnieniami władzy w Warszawie i stopniowo uszczuplanymi – w samorządach.
Pojawiają się nawet opinie, że od prawie trzech lat trwa nieprzerwany proces demontażu samorządności terytorialnej. To ograniczanie władztwa samorządów dokonuje się poprzez odbieranie zadań jednostkom samorządu i przekazywanie ich organom administracji rządowej lub podmiotom im podległym.
Jak ocenia zdecydowanie antyPiS-owskie Forum Obywatelskiego Rozwoju Leszka Balcerowicza, brakuje finansowania adekwatnego do zadań administracji lokalnej. Następuje zmniejszanie efektywności samorządów w imię interesów władzy centralnej.
FOR wskazuje, że aż 9 z 11 ustaw „antysamorządowych” to inicjatywy poselskie, które nie wymagają konsultacji publicznych i otwartych debat.
„W ten sposób rząd rozpisał plan całkowitego demontażu Polski samorządowej na ciche akty, wykonywane przez poszczególnych posłów” – ocenia Forum. Zwraca uwagę fakt, że autorami poselskich projektów ustaw antysamorządowych najczęściej są posłowie, którzy nie posiadają dużego doświadczenia parlamentarnego i legislacyjnego. Firmują oni większość projektów ustaw, przeprowadzonych przez Sejm . Wynika z tego, że rządowo-sejmowy sztab legislatorów PiS przygotowuje tzw. projekty poselskie, a obowiązek ich podpisywania spoczywa przede wszystkim na posłach „nowicjuszach”.
Dodatkowo, rządzący, poprzez wykorzystywanie inicjatyw poselskich (a więc przy 9 z 11 ustaw) ograniczają instytucję, która w założeniu miała przeciwdziałać uszczuplaniu kompetencji samorządów, czyli Komisję Wspólną Rządu i Samorządu Terytorialnego. W pozostałych dwóch przypadkach rząd zignorował zaś obowiązek konsultacji z KWRiST, czym podważył 25-letni okres współpracy wielu rządów z reprezentantami samorządu terytorialnego.
Ponadto, partia rządząca uchwaliła jedną z ustaw w 2 dni, zaś aż 4 z 11 ustaw „antysamorządowych” w czasie poniżej 30 dni.
Wśród „najbardziej szkodliwych” przykładów odebrania zadań samorządom FOR wymienia:
– przejęcie przez ministra ochrony środowiska kontroli nad Wojewódzkimi Funduszami Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej oraz zarządzania ich finansami (przez większość w radach nadzorczych i narzucenie jednolitego statutu);
– przejęcie przez Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie zarządzania wodami istotnymi dla potrzeb rolnictwa oraz zapobiegania powodziom, połączone z likwidacją Wojewódzkich Zarządów Melioracji i Urządzeń Wodnych (samorządowych jednostek budżetowych);
– odebranie województwom Ośrodków Doradztwa Rolniczego (przymusowe przekształcenie samorządowych osób prawnych w państwowe osoby prawne).
– uzależnienie przekształcania lub likwidacji szkół oraz uchwalania planów sieci przedszkoli i szkół od obowiązkowej i pozytywnej opinii kuratora oświaty;
– odebranie prawa do zatrudniania na czas określony asystentów i doradców przez wójtów, burmistrzów, prezydentów miast, starostów powiatowych i marszałków województw.
– odebranie prawa do kandydowania na trzecią kadencję urzędującym wójtom, burmistrzom i prezydentom miast,
Cóż, przy najbardziej krytycznym stosunku wobec obecnej ekipy, trudno uznać, że są to jakieś fundamentalne uderzenia w idee samorządności. Często zresztą łamane przez rozmaite władze lokalne.