Konstytucja według Dudy

Głosowanie nad projektem zmiany Konstytucji zakładającym zakaz adopcji dzieci przez pary jednopłciowe zapowiedział Andrzej Duda. Prezydent zaznaczył też, że jest pewny poparcia sejmowej większości, w liczbie umożliwiającej zamieszczenie takiego zapisu w ustawie zasadniczej.

Andrzej Duda kontynuuje ofensywę wyborczą. Na spotkaniu z wyborcami w Szczawnie-Zdroju obiecał, ze 6 lipca w Sejmie odbędzie się głosowanie nad projektem zmiany Konstytucji. Prezydent chce, aby znalazł się w niej zapis uniemożliwiający osobom LGBT starania się o adopcję dzieci.
Duda kilka tygodni temu dla podbicia swoich wyborczych słupków posunął się do stwierdzenia, że LGBT to nie ludzie. Wtórować mu natychmiast ruszyli inni politycy PiS.

Przed II, decydującą turą, prezydent jeszcze podkręcił stawkę. Teraz zapowiada, że jego celem jest wprowadzenie dyskryminacji osób LGBT na poziomie najwyższego aktu prawnego. Prezydent po raz kolejny posłużył się kłamstwem, jakoby prawidłowy rozwój dzieci adoptowanych przez pary jednopłciowe był zagrożony. Badania naukowe wykazują dokładnie coś innego.

Ataki na osoby LGBT są w kampanii Andrzeja Dudy główną nutą,
dzięki której sztab prezydenta chce osiągnąć pożądaną mobilizację wyborców o homofobicznym nastawieniu, przekonując ich, że heteroseksualne związki i rodziny są w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Nagonka to nakręcana odgórnie. Badania sondażowe przeprowadzane w ubiegłym roku pokazywały bowiem, że nawet dla wyborców PiS głównym atutem tej partii bynajmniej nie jest atakowanie mniejszości seksualnych.
„O ile w naszym prawie małżeństwo w naszym prawie jest związkiem kobiety i mężczyzny, są możliwe inne przypadki. Dlatego uważam, że w polskiej konstytucji powinien się znaleźć zapis, że wykluczone jest przysposobienie lub adopcja dziecka przez osobę pozostającą w związku jednopłciowym. Dla bezpieczeństwa dziecka, dla jego prawidłowego wychowania” – powiedział do swoich zwolenników polski prezydent.

Następnie Duda wywołał do tablicy swojego rywala, zaznaczając, że oczekuje poparcia jego klubu parlamentarnego dla projektu stosownej ustawy. W ten sposób chce postawić Trzaskowskiego w niezręcznej sytuacji, mając na uwagę, że jego elektorat składa się zarówno z obywateli wyrażających poparcie dla praw LGBT, z samych przedstawicieli tej atakowanej społeczności, jak i bardziej konserwatywnych segmentów elektoratu KO, sceptycznych wobec co bardziej postępowych rozwiązań.
I to raczej ci ostatni mogą być zadowoleni z odpowiedzi Rafała Trzaskowskiego, który nie poszedł na konfrontację.

– Jestem przeciw adopcji dzieci przez pary jednopłciowe i wydaje mi się, że takie jest stanowisko większości partii politycznych – odpowiedział prezydent Warszawy, a propozycję Dudy nazwał „tematem zastępczym”.
Po raz kolejny okazało się, że słaba pozycja przetargowa lewicy po I turze przekłada się na obranie przez Trzaskowskiego kursu w prawo. Polityk KO wierzy, że głosy lewicowców ma w kieszeni, bo ludzie ci są zdeterminowani podważyć pisowski monopol władzy. Jednoznaczność odpowiedzi może jednak sprawić, że część z nich podczas decydującego starcia zostanie w domu lub odda głos nieważny, co też jest celem działań sztabu obecnego prezydenta.

Co z tą adopcją dzieci przez pary homoseksualne?

Jeżeli małżeństwa heteroseksualne są równe homoseksualnym, a prawem małżeństwa jest wychowywanie dzieci – własnych lub adoptowanych, to to prawo przysługiwać powinno każdej parze małżeńskiej, bez względu na orientację seksualną małżonków.

Poseł Klubu SLD Robert Kwiatkowski podzielił się publicznie swoim głębokim przekonaniem na temat adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Wbrew postanowieniem zawartym w programie własnej partii popierającym równość małżeńską, Robert Kwiatkowski o adopcji dzieci przez jednopłciowe mówi: „Nie, dziecko jest owocem związku mężczyzny i kobiety…. Dobrze, by w wychowaniu brali udział zarówno kobieta, która odgrywa tutaj zasadniczą rolę, jak i mężczyzna. W tej sprawie nie warto eksperymentować”.

Może i byłoby dobrze, ale uprzejmie przypominam Robertowi Kwiatkowskiemu, że jest posłem w kraju, w którym zadłużenie alimenciarzy, czyli tatusiów, którzy wybrali „całkowitą wolność od wychowywania swojego potomstwa” sięga już prawie 12 miliardów złotych. A w kwestii „eksperymentowania”? – Postaram się w punktach przypomnieć zapominalskim kilka podstawowych faktów:
Wszyscy ludzie rodzą się wolni i równi. Każdemu należą się takie same prawa i obowiązki i równa opieka ze strony państwa, oraz równe traktowanie przez jego przedstawicieli, a więc ochrona przed dyskryminacją z jakiejkolwiek przyczyny.

Wyjątkiem może być wyłącznie tzw. „dyskryminacja pozytywna”, czyli przyjmowanie takich rozwiązań, polityk i strategii, których celem jest wyrównywanie szans i praw tych grup, które dotąd z jakiejkolwiek przyczyny traktowane były gorzej niż pozostałe.

Zadaniem państwa jest ochrona praw i wolności wszystkich bez wyjątku obywatelek i obywateli, bez względu na ich indywidualne cechy – płeć, wiek, rasa i pochodzenie etniczne, stan zdrowia, niepełnosprawność, sytuacja ekonomiczna, przekonania i poglądy, wyznawana religia lub bezreligijność oraz orientacja seksualna – i każda inna indywidualna cecha. Państwo winno chroniąc prawa i wolności osobiste, obywatelskie, ekonomiczne – stwarzać szanse i możliwości rozwoju osobistego i kształtowania życia oraz podejmowania wyborów w sposób zgodny z chęcią obywatelek i obywateli. Granicą wolności i praw jest tylko wolność i prawa innych!

Jeśli uznajemy, a tak przecież czynimy (i tak stanowią Konstytucja RP, prawo międzynarodowe, w tym także prawo UE), powyższe za prawdziwe, słuszne i konieczne, to: z zasady równości wynika wprost zasada równości małżeńskiej. Stosuje się ją i to nie od wczoraj w ogromnej części UE. Oznacza to tylko tyle, że związki małżeńskie homo i heteroseksualne są (powinny być) równe w prawach i obowiązkach, a państwo stoi (powinno stać) na straży tej równości. A więc:

Jeżeli małżeństwa heteroseksualne są równe małżeństwom homoseksualnym, a prawem małżeństwa jest wychowywanie dzieci – własnych lub adoptowanych, to to prawo przysługiwać powinno każdej parze małżeńskiej, bez względu na orientację seksualną małżonków.

Małżeństwa homoseksualne w niczym nie zagrażają małżeństwom heteroseksualnym – gej nie zakocha się i nie uwiedzie heteroseksualnej żony. Za to heteroseksualny mąż chętnie zdradza swoją heteroseksualną żonę z inną heteroseksualną kobietą, czego skutkiem bywa pozamałżeńska ciąża i dziecko.

Dzieci powinny być chciane i kochane. To są podstawowe prawa wszystkich dzieci. Zaś życie seksualne rodziców nie jest i nie powinno być przedmiotem zainteresowania dzieci. Nie jest więc drogą skuteczną, właściwą i zgodną z interesem dzieci zmuszanie do rodzenia, kiedy kobieta nie chce lub nie może z jakiejkolwiek przyczyny być matką i w tym samym stopniu nie jest właściwe i skuteczne, a jest raczej zbrodnią na prawie dziecka do miłości, odmowa bycia adoptowanym przez homoseksualną partnerkę lub homoseksualnego partnera rodzica. W związkach jednopłciowych nieuznawanych prawnie w Polsce wychowuje się być może nawet 50 tys. Dzieci, którym odmawia się prawa do bycia kochanym i uznanym za własne dziecko przez partnera/ kę rodzica biologicznego.

Brak prawnego uznania związku rodziców i brak możliwości adoptowania dziecka partnerki/partnera w przypadku śmierci rodzica biologicznego niejednokrotnie był przyczyną odebrania dziecka i umieszczenia go w placówce opiekuńczej lub w rodzinie zmarłego rodzica. Rodzinie, której dziecko nie znało i która wcześniej nie chciała kontaktów z homoseksualną matką lub homoseksualnym ojcem dziecka. I to są prawdziwe tragedie dzieci.

Orientacja homoseksualna nie ma nic wspólnego ze zdolnością do płodzenia/rodzenia dzieci ani też nie ma nic wspólnego z rodzicielską miłością.

Wieloletnie badania nie potwierdziły w żadnym stopniu poglądu homofobicznych fundamentalistów, jakoby dzieci wychowywane przez pary jednopłciowe miały mieć problemy z własną orientacją seksualną lub z postrzeganiem świata. Jedynym problemem tych dzieci jest, a raczej może być homofobia otoczenia wynikająca z uprzedzeń i nienawiści do gejów i lesbijek.

W państwach, gdzie podstawą ustroju i prawa były uprzedzenia i nienawiść do mniejszości podobnie uważano na temat małżeństw „mieszanych rasowo”. W III Rzeszy związek Niemca z Żydówką był zakazany, a Żydzi byli „podludźmi”. Żadne niemieckie małżeństwo nie mogło adoptować żydowskiego dziecka i żadnemu małżeństwu żydowskiemu – choćby rodzice byli noblistami i krezusami – nie pozwolono by na adopcję dziecka niemieckiego.

Jeśli nasze uprzedzenia co do adopcji dzieci przez małżeństwa homoseksualne są powodowane chęcią ochrony przed homofobią otoczenia wyrażającą się choćby „dokuczaniem w szkole czy w przedszkolu”, to drogą do rozwiązania problemu nie jest pozbawianie dzieci możliwości bycia kochanymi przez rodziców adopcyjnych, ale zakaz homofobii i zmiana w otoczeniu. W szkole, w przedszkolu, w parlamencie i u cioci na imieninach. Przekroczenie i pokonanie naszych własnych, wewnętrznych przekonań i lęków. Zmiana, która może nadejść szybciej, jeśli wszystkie i wszyscy postaramy się dla niej pracować.