Moim żywiołem jest lżejsza z Muz

– W drugiej części mojej drogi zawodowej przestawiłam się na role w sztukach lżejszego autoramentu, w farsach itd. bo znacznie lepiej czuję się w tego typu repertuarze niż w dramatycznym – z JOLANTĄ WOŁŁEJKO rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Pani ojciec, Czesław Wołłejko był sławnym aktorem, aktorką była Pani Mama, Halina Czengery, aktorką jest siostra Magdalena, aktorem był Pani mąż Tadeusz Pluciński. Czy to rodzinna atmosfera w domu rodzinnym popchnęła Panią
do tego zawodu?

Ani trochę. W klasie maturalnej miałam sto pomysłów na minutę, dotyczących mojego przyszłego zawodu., nie wiem jak by się to skończyło, gdyby nie przypadek. Towarzysząc mojej przyjaciółce, poszłam na ulicę Miodową do szkoły teatralnej, do tzw. „poradni”. Koleżanka bardzo chciała być aktorką. Pomyślałam „a dlaczego nie ja” i weszłam na salę. Pani dziekan Rena Tomaszewska po wysłuchaniu mojej „produkcji” (był to jakiś wiersz i proza), powiedziała: „Złóż dziecko papiery i przyjdź na egzamin”. I tak to się zaczęło. Lata 1960-1964 spędziłam w PWST na Miodowej. Miałam wspaniałych profesorów. Opiekunem roku był profesor Marian Wyrzykowski, mąż niezapomnianej Elżbiety Barszczewskiej. Profesorami: Halina Mikołajska, Zofia Mrozowska, Ryszarda Hanin, Stanisława Perzanowska, Ludwik Sempoliński, Sławomir Lindner, – same wielkie nazwiska. Dzięki tym ludziom pozbyłam się kompleksów, nieśmiałości, niewiary we własne możliwości. Ojciec nie był zadowolony z mojego wyboru. Nie miałam z jego strony żadnego wsparcia.

Kto ze znanych później aktorów był z Panią na roku?

Dudek Damięcki, Irenka Karel, Maniek Opania, Andrzejek Zaorski, Janek Englert, Basia Sołtysik.
Urodziła się Pani w czasie II wojny światowej w Grodnie na kresach, na dzisiejszej Białorusi. Pamięta coś Pani z tego najwcześniejszego dzieciństwa?
Było dużo kobiet i dzieci. Tylko jeden moment – wnętrze piwnicy wypełnione zapalonymi świecami. Po latach mama opowiedziała mi, że było to w czasie nalotu bombowego. Z Grodna, po ataku Niemiec na ZSRR moja rodzina przedostała się do Białegostoku przez tzw. zieloną granicę, gdzie ojciec grał w teatrze, potem do Poznania, do Łodzi. Zanim w 1947 roku znaleźliśmy się w Warszawie wędrowaliśmy z miasta do miasta. To były czasach powojennych „wędrówek ludów”. Moje dzieciństwo warszawskie to najpierw Praga, potem ulica Nowogrodzka. Na Pradze mieszkaliśmy przy ulicy Wileńskiej, w kamienicy zamieszkałej głównie przez aktorów. Mieszkała tu m.in. Nina Andrycz, którą odwiedzał tu jej przyszły mąż premier Józef Cyrankiewicz. Mieszkała tu też legendarna aktorka Maria Dulęba, która występowała na scenie jeszcze przed I wojną światową, grała w teatrze, ale i w niemych filmach, np. w „Meirze Ezofowiczu” z 1911 roku! Pamiętam, jak kiedyś przyszła do naszego mieszkania, żeby zobaczyć „dziecko Wołłejki” czyli mnie.

Po studiach i dyplomie dostała Pani angaż do Teatru Polskiego, uważanego za teatr „mandarynów”, starych renomowanych aktorów. Jak się Pani czuła w tym gronie?

Bardzo dobrze. Zagrałam tam sporo ról, m.in. Ficię w „Onych” Witkacego, Lulu w „Urodzinach Stanleya” Pintera, tytułową „Lillę Wenedę” Słowackiego, Trojankę w „Trojankach” Eurypidesa, Reginę Engstrand w „Upiorach” Ibsena, Hankę w „Moralności pani Dulskiej, także tytułowe Okapi” w sztuce Stanisława Grochowiaka. W „Balladynie”, gdzie zagrałam Skierkę, grał też Tadek Pluciński, Kostryna. Tadek wspominał z uśmiechem, że patrzył namiętnie na Skierkę, choć przecież Skierka był stworkiem raczej płci męskiej. Zaiskrzyło wtedy i skończyło się latami pięknego związku. Za swoją najważniejszą rolę uważam Małgorzatę w „Fauście” Goethego w reżyserii Augusta Kowalczyka, w 1971 roku, u boku Bronisława Pawlika. To była taka wisienka na torcie. W 1983 roku, po zmianie dyrekcji, pożegnałam się z Teatrem Polskim, poszłam do Rozmaitości, potem do Komedii, do pani Olgi Lipińskiej. W drugiej części mojej drogi zawodowej przestawiłam się na role w sztukach lżejszego autoramentu, w farsach itd. bo znacznie lepiej czuję się w tego typu repertuarze niż w dramatycznym. W kilku takich rolach, m.in. w reżyserii Tomka Grochoczyńskiego, zagrałam w Teatrach Komedia u Olgi Lipińskiej i Kwadrat u Wojtka Pokory. Nawet jak grałam w tzw. poważnym repertuarze w Teatrze Polskim, w dramatach Słowackiego, to wolałam grać Skierkę w „Balladynie” niż tytułową „Lilię Wenedę”. Zanim ją zagrałam w 1968 roku, musiałam poprosić o zgodę panią Elżbietę Barszczewską, która ją grała na otwarcie Polskiego, 22 lata wcześniej, w 1946 roku. Takie były wtedy obyczaje, dziś nie do pomyślenia. Tomek Grochoczyński zaangażował mnie w teatrze Na Woli do sympatycznego przedstawienia według „Trzech muszkieterów” Dumasa, w roli demonicznej Milady de Winter.

Zagrała Pani szereg ciekawych ról w Teatrze Telewizji, n.p. w „Fircyku w zalotach” Zabłockiego w 1968 roku, w słynnym „Mieszczanienie szlachcicem” Jerzego Gruzy w 1969 roku, w „W małym dworku” Witkacego w 1970 roku w reżyserii Zygmunta Hűbnera, czy w „Szkole żon” Moliera w reżyserii Gruzy w 1971…

Było tych ról sporo, choćby w „Ondynie” Giraudoux, w „Trzech siostrach” Czechowa w reżyserii Jerzego Antczaka, w „Kollokacji” Korzeniowskiego, w „Zemście sieroty” Henri Rousseau, w „Weselu” w reżyserii Lidii Zamkow, w „Szczęściu Frania” Perzyńskiego, w „Mądremu biada” Gribojedowa czy „Pan inspektor przyszedł” Prietsleya. Bardzo lubiłam formę teatru telewizyjnego, bo dawała aktorowi równocześnie możliwości typu filmowego i teatralnego. Za jedną ze swoich najlepszych ról w Teatrze Telewizji uważam Adelę w „Domu Bernardy Alba” Lorki w reżyserii świetnej pani Krystyny Meissner. Dzięki Teatrowi Telewizji zetknęłam się też z wielkim Konradem Swinarskim w „Kartotece” Różewicza.

Zagrała Pani też w licznych serialach, od „Stawki większej niż życie” do popularnych seriali współczesnych takich jak „M jak miłość”, „Klan”, czy „Na dobre i na złe”.

Tych ostatnich bym nie wspominała, bo to pojedyncze epizody. Udział w „Stawce”, w odcinku „Cafe Rosé”, gdzie zagrałam turecką tancerkę-agentkę.

W filmie zadebiutowała Pani w 1962 roku w „L’amour a vingt ans”…

To był film o miłości, składający się z nowel reżyserowanych przez reżyserów z różnych krajów. Polską nowelę nakręcił Andrzej Wajda, ale pomijał ją w swojej filmografii. Wspominam też rolę w „Bandzie” i „Nowym”, „Długiej nocy”, „Tajemnicy Enigmy” no i w słynnej komedii „Poszukiwany, poszukiwana” Barei z Wojtkiem Pokorą.

Jest Pani nadal czynna w zawodzie, pojawia się Pani w nowych serialach…

To są małe rólki, okazjonalne epizody, ale chętnie przyjmuję te propozycje, bo to pozwala mi czuć się potrzebną, istnieć w moim zawodzie, który lubię mimo jego mankamentów. Chciałabym też wspomnieć o ważnych dla mnie latach pracy w dubbingu, z którym nieprzerwanie współpracuję od 1964 roku. Moim debiutem w tej dziedzinie było dubbingowanie Claudii Cardinale w filmie „Jego dziewczyna”. W dubbingu miałam bardzo wiele ciekawych ról, m.in. we współpracy z Zofią Dybowską-Aleksandrowicz, która powierzyła mi rolę jednej z żon królewskich w znanym angielskim serialu „Sześć żon Henryka VIII”, w duecie z Mariuszem Dmochowskim.

Przyniosła Pani na nasze spotkanie książkę, wywiad-rzekę z Pani byłym mężem, zmarłym niedawno znakomitym aktorze Tadeuszu Plucińskim. Jest niej rozdział „Jola i wszystko co kocham”, w którym wypowiedział się o Pani z wielką czułością. Nieczęsto w ten sposób „exowie” piszą o byłych partnerach…

Moje lata z Tadeuszem, mężczyzną nie tylko zabójczo przystojnym, ale i zjawiskowo czarującym, a przy tym dużej klasy jako człowiek, były najpiękniejszym okresem mojego życia, pełnym ciepła i miłości, okresem który zaowocował narodzinami synów, pełnym ciekawego życia towarzyskiego, podróży itd. I mimo, że rozstaliśmy się, pozostaliśmy przyjaciółmi. Ja także wspominam go z sentymentem i czułością.

Dziękuję za rozmowę.

Jolanta Wołłejko – ur. 15.09.1942 r. w Grodnie. Absolwentka warszawskiej PWST (1964). Aktorka teatralna, filmowa i telewizyjna. W latach 1965-1982 w Teatrze Polski, później w Teatrze Rozmaitości, Teatrze Komedia i gościnnie w Teatrze na Woli i Kwadracie.

Z pieprzem i solą

Trzeba znać tradycję i antenatów swojego zawodu, a anegdota jest jednym ze źródeł wiedzy o tej tradycji.
Młodzi jej nie znają, przez co są duchowo ubożsi, z czego na ogół nawet nie zdają sobie sprawy – z Barbarą Burską, aktorką, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Jedna z filmowych scen z Pani udziałem stała się kultowa i wykorzystana jest nawet w satyrze politycznej. Wie Pani, którą scenę mam na myśli?

No, którą?

Scenę z „kultowego” „Misia” Stanisława Barei, w której jako Irena Ochódzka, przychodzi Pani niespodziewanie do byłego męża, granego przez Stanisława Tyma, w towarzystwie nowego partnera, czy męża granego przez Zenona Wiktorczyka, żeby zabrać swoje rzeczy. „Z tragarzami”.

A tak, rzeczywiście (śmiech). Wielu widzów pamięta tę scenę i czasem zaczepiają mnie sympatycznie na ulicy. „Idzie pani z tragarzami?” – pytają niektórzy, albo: „A gdzie tragarze?”

Kilka lat temu widywałem i słuchałem Panią często na spotkaniach z cyklu „Heroina polskiego kina”, organizowanych w Collegium Nobilium warszawskiej PWST przy Miodowej, gdzie imponowała Pani zebranej publiczności wspomnieniami i anegdotami z życia środowiska aktorskiego i reżyserskiego. Jest Pani istną kopalnią wiedzy o nim.

Bo to, po pierwsze, były, przynajmniej z tego anegdotycznego punktu widzenia, bardzo piękne, barwne czasy. Anegdota aktorska, do mistrzów której należeli tacy starsi koledzy jak n.p. Igor Śmiałowski, Andrzej Szczepkowski czy Andrzej Łapicki, a dziś niektórzy ją kontynuują, była zawsze solą i pieprzem naszego zawodu, niejako jego przedłużeniem. Nie znam innej profesji, w której anegdota zawodowa miałaby tak piękną i dowcipną tradycję. Swoistą odmianą tej tradycji jest parodiowanie kolegów aktorów czy reżyserów przez innych kolegów. N.p. Marek Kondrat cudownie parodiował Gustawa Holoubka, Zbyszek Zapasiewicz – Mariana Wyrzykowskiego, a Daniel Olbrychski – Andrzeja Wajdę czy Jerzego Hoffmana. Przykłady można by długo mnożyć. Aktorzy to po prostu umieją. Po drugie, trzeba znać tradycję i antenatów swojego zawodu, a anegdota jest jednym ze źródeł wiedzy o tej tradycji. Młodzi jej nie znają, przez co są duchowo ubożsi, z czego na ogół nawet nie zdają sobie sprawy. Na ogół, bo pewnie są wyjątki, nie rozumieją, że wiedza, pamięć, świadomość, ale nie ta wypożyczona od smartfonu, poszerzają wyobraźnię i pomagają w uprawianiu zawodu aktorskiego. Cykl, o którym pan wspomniał powstał z takiej właśnie intencji, z chęci przypomnienia przybliżenia tradycji naszego zawodu. W pierwszej zwłaszcza fazie spotkania przy Miodowej prowadził z dużą klasą i kulurą teatrolog Janusz Majcherek.

Zaczęliśmy rozmowę od sceny filmowej, ale realizowała się Pani głównie w serialach, w „Stawce większej niż życie”, w odcinku „Akcja liść dębu”, w „Kolumbach”, „Chłopach”, „Dyrektorach”, „Daleko od szosy”, „Czterdziestolatku”, „Życiu na gorąco”, „Panu na Żuławach”, „Karierze Nikodema Dyzmy”, „07 zgłoś się” – to znaczna część klasyki polskiego serialu.

 Bardzo sobie cenię te doświadczenia, nawet epizodyczne. Potem, po latach doszły mi też nowsze seriale jak „13 posterunek” czy „Plebania”, ale wzięłam udział także w takich filmach kinowych, jak „Dzięcioł” Jurka Gruzy, „Człowiek z M-3” Leona Jeannota z Bobkiem Kobielą, „Akwarele” Rydzewskiego, „Za ścianą” Zanussiego czy, z późniejszego okresu, „Pręgi” Magdy Piekorz.

Wróćmy do Pani czasów Pani studenckich. Kto z pedagogów był dla Pani najważniejszy?

Opiekun naszego roku Zbyszek Zapasiewicz, także Jan Kreczmar, rektor, który miał z nami zajęcia ze scen, także Aleksander Bardini i Zygmunt Hűbner. To oni mnie uformowali pod względem zawodowym, ale też zwyczajnie ludzkim. Nauczyli mnie różnych rzeczy, także choćby zainteresowania moim zawodem, innymi jego przedstawicielami, ich dokonaniami, różnymi barwami tej profesji, a nie tylko sobkowskiego koncentrowania się na swojej własnej karierze.

Powspominajmy teraz zatem o Pani pracy w teatrze żywym. Po ukończeniu w 1971 roku warszawskiej PWST grała Pani naprzemiennie w Narodowym u Hanuszkiewicza i Ludowym.

Tak. W Narodowym zaczęłam od pięknej roli Muzy w „Beniowskim” Hanuszkiewicza według poematu Juliusza Słowackiego. Była to Muza bardzo dziewczęca, ale ja długo miałam dziewczęcy wygląd. Długo miałam emploi dziewczęcej amantki, ale z rysami charakterystycznymi. Potem była rola Heleny w „Panu Jowialskim” u Jana Kulczyńskiego w Ludowym, a potem znów „Trzy po trzy” Fredry w wielkim widowisku Hanuszkiewicza w Narodowym, po czym, tamże, „Kartoteka” Różewicza w reżyserii Tadeusza Minca, bardzo dobrego i wykształconego reżysera, dziś zapomnianego. Potem rola Pani w głośnej „Balladynie” Hanuszkiewicza z „Hondami”. Następnie znów Ludowy i rola Xairy w „Izkaharze, królu Guaxray” Bogusławskiego w reżyserii Kulczyńskiego. No i w 1974 roku bardzo ważna dla mnie rola Maryny w „Weselu” w inscenizacji Hanuszkiewicza, a dalej udział w „Mężu i żonie” Fredry, też u Hanuszkiewicza. I znów „Na Woli”, w reżyserii Tadeusza Łomnickiego, Hanka w „Do piachu” Różewicza, „Damy i huzary”, a także skromny, ale ciekawy udział w „Amadeuszu”, sztuce o Mozarcie w reżyserii Romana Polańskiego. Potem jeszcze „Igraszki z diabłem” Drdy w reżyserii Tomasza Grochoczyńskiego i ostatnia moja rola sceniczna, w Teatrze Kwadrat w „Mandacie” Erdmana w reżyserii Marcina Sławińskiego. Naprawdę w teatrze żywym doświadczyłam różnorodności ról, płodozmianu.

Nie zapomniał też o Pani także Teatr Telewizji. Ja Panią po raz pierwszy zauważyłem właśnie w telewizyjnym spektaklu, w roli Doloridy w „Beatrix Cenci” Juliusza Słowackiego, w reżyserii Gucia Holoubka, w 1973 roku.

To była piękna praca nad pięknym widowiskiem, bo Gucio był wspaniałym człowiekiem, którego rozkoszą było słuchać, a co dopiero rozmawiać z nim i współpracować. Zaczęłam jednak od roli w Teatrze Kobra w „Nieznanym sprawcy” w reżyserii Jana Kulczyńskiego. Potem były też „Emancypantki” według Prusa w reżyserii Hanuszkiewicza. Zagrałam też w kilku telewizyjnych realizacjach przeniesionych w Teatru Kwadrat, w tym u Wojtka Pokory.

Barbara Burska – ur. 6 maja 1947 w Warszawie. Absolwentka PWST w Warszawie (1971). Związana z teatrami warszawskimi: Ludowym (1971-74), Narodowym (1974-75), Na Woli (1975-87), Kwadrat (1987-89).

Szaleństwo kontrolowane – czyli (prawie) wszystko o Grażynie Barszczewskiej

„Amantka z pieprzem”, tak nazywa się ta książka, w której znakomita aktorka odpowiada na pytania Grzegorza Ćwiertniewicza.

Zazwyczaj, pewnie z przyzwyczajenia, określa się takie książki wywiadami-rzekami, ale ta mieniąca się wieloma barwami rozmowa różni się od ich typowego charakteru. To bardziej dorzecze niż rzeka, albo jeszcze lepiej: mozaika, migocąca kolorowymi okruchami jak w kalejdoskopie, która układa się w rozmaite wzory i konfiguracje.
Nie jest to więc rozmowa podzielona na duże bloki tematyczne w rodzaju: życie prywatne, kariera teatralna, obecność na ekranie, pasje i aktywność społeczna, okraszone garścią anegdot, a czasem manifestem artystycznym. Nie jest to rozmowa teatrologiczna czy filmoznawcza, opatrzona licznymi przypisami, tzw. aparatem naukowym i modnymi pojęciami z dziedziny performatyki, antropologii i myśli krytycznej Michela Foucault. Nie jest to wreszcie rozmowa o polityce i ideologii, czyli walce artysty o wolność. Nie jest tym wszystkim, choć zrazem dotyka tych wszystkich wątków, ale czyni to nienatrętnie, niejako mimochodem, bez presji i poczucia misji nauczania maluczkich i wprowadzania ich w świat prawdziwych wartości. Słowem jest to rozmowa, w której traktuje się czytelnika poważnie, ale jednocześnie w pewnej mierze uwodzi. Czy nie na tym polega zadanie aktora? Pozyskać dla siebie widza, wejść z nim sojusz, a nawet oczarować i porwać?
Oczywiście, pozyskać za pośrednictwem zawodowo skrojonych ról, a tych przecież było w życiu zawodowym aktorki bardzo wiele: w teatrze, na ekranie i w ukochanym radiu, z którym nie rozstaje się od wielu lat. Jak ogromny to dorobek przypomina Ćwiertniewicz w dołączonym do rozmowy „Kalendarium”, czyli zestawieniu wszystkich dokonań artystki w teatrze, radiu, filmie i telewizji. To zestawienie wieńczy rubryka przypominająca nagrody, odznaczenia i wyróżnienia. Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o niedawnej Nagrodzie im. Ireny Solskiej, przyznanej Grażynie Barszczewskiej przez Polską Sekcję Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych (AICT/IATC) w uznaniu osiągnięć artystycznych, ze szczególnym uwzględnieniem dokonań na deskach warszawskiego Teatru Polskiego. To z okazji tej nagrody w liście gratulacyjnym pisał do Laureatki Olgierd Łukaszewicz, ówczesny prezes ZASP: „Twoje wzorcowe posługiwanie się słowem, nacechowane wartościami artystycznymi, pięknem zarówno słowa znaczącego jak słowa brzmiącego, tudzież nieustanne pielęgnowanie zasad dykcji i wyrazistości wymowy scenicznej, czyli pieczołowitości w zakresie tradycyjnego kunsztu aktorskiego, zaowocowało przyznaniem tytułu Mistrza Mowy Polskiej.
Z radością zatem przyłączam się do grona admiratorów, serdecznie gratulując wyróżnienia, jakim jest Nagroda im. Ireny Solskiej, aktorki znanej ze swej pracowitości, artyzmu najwyższej próby i oddania sztuce, cech tak spójnych z Twoim spojrzeniem na Teatr i pracę w nim. Gratuluję zaszczytu dołączenia do tak zacnego grona artystek, którego listę  otwiera niezwykła i niezapomniana Danuta Szaflarska”.
Ten ogromny spis zasług aktorskich wspiera znakomicie warstwa ilustracyjna tej książki, mnóstwo pięknych fotosów z planów filmowych i teatralnych, także nieco zdjęć prywatnych, a także skopiowanych okładek czasopism i niepoliczonych wywiadów, które udzieliła gwiazda „Kariery Nikodema Dyzmy”. Nie można tytułu tego filmu-serialu tutaj ominąć (w książce sporo szczegółów na ten temat) – przyniósł przecież aktorce niezwykłą popularność i uznanie.
Nie byłoby możliwe sporządzenie wspomnianego spisu ról, gdyby nie pracowitość i zdolność organizowania czasu. Powiedzieć jednak o Grażynie Barszczewskiej, że jest artystką doskonale zorganizowaną, to umieścić ją w rejestrze wszystkich „pozapinanych”, z którymi tak namiętnie walczył Mrożkowski Stomil z „Tanga”. Coś jednak jest na rzeczy, bo wewnętrzne biuro porządkowania zajęć musi być w stałym pogotowiu – aktorce nigdy nie brakowało zajęć, propozycji, zaproszeń. Jeśli więc chce się traktować poważnie innych, trzeba takie „wewnętrzne biuro” prowadzić. Czyni to od lat niezawodnie – nie ma mowy o spóźnieniach, przekładaniach terminów. Precyzyjne planowanie stoi na straży spokoju aktorki i wszystkich, którzy z nią współpracują. Może ktoś ma inne doświadczenia, ale ja nigdy się na tym nie zawiodłem – co dogadane, to i spełnione. Niby nic, a jednak ważna cecha, niekoniecznie powszechna.
To przecież nie znaczy, że obce jest jej szaleństwo. Gdyby było inaczej, nie wymyślałaby dla siebie nowych zadań, nie mierzyłaby się z poprzeczkami, które sama sobie ustawia, by pokonać więcej trudności, zobaczyć coś nowego, uciec od sztampy. Dotyczy to również poszukiwania szczelin w rolach, o których wydawałoby się, wiemy już wszystko, a tymczasem Grażyna Barszczewska potrafi w nich znaleźć coś wcześniej niedostrzeżonego, jak choćby u pani Dulskiej („Dulscy” w stołecznym Teatrze Polskim, 2007), która w jej wykonaniu wcale nie była uciążliwym babsztylem, ale prącą do sukcesu bizneswoman (po latach to odkrycie powtórzy Magdalena Cielecka w telewizyjnym spektaklu Marcina Wrony, 2013).
A czy nie jest szaleństwem niezwykle przecież urodziwej kobiety pobrzydzanie się albo występowanie „sauté” jak w monodramie w Teatrze Polonia („Pani z Birmy”, 2009). Choć niekiedy przyjmuje to obrót zgoła nieprzewidywalny – postarzona w „Niezatańczonym tangu” wedle prozy Wiesława Myśliwskiego, w miarę rozwoju spektaklu – młodnieje. Albo ukrywa się za charakteryzacją tak dalece, że nawet jej własny mąż nie rozpoznaje (kilka wcieleń
w „Królowej Śniegu”).
Imponująca jest otwartość Grażyny Barszczewskiej na wiele tonacji i barw, bez mała dziecięca ciekawość, szukanie nowych doświadczeń – od jaskrawego kabaretu („Pożar w burdelu) po tragizm odchodzenia (najnowszy przykład to rzecz o Marlenie Dietrich). Ta ciekawość to całkiem niezła tarcza przed rutyną, która na pewno jej nie grozi.
To wszystko widać jak na dłoni w tej rozmowie, podzielonej inteligentnie na krótkie fragmenty, które pozwalają przerwać i rozpocząć lekturę w dowolnym momencie i miejscu, choć zaręczam, że kto rozpocznie lekturę, to w nią już wsiąknie i przerwać ją będzie niezwykle trudno. Każdy z tych fragmentów rozmowy-opowieści broni się sam, jest pewną całością, niewielkim okruchem, jak już wspominałem, często bardzo smakowitym i dowcipnym. Świadczą o tym choćby tytuły tych segmentów opowieści, dla przykładu: „Za krucha na ladacznicę”, „Nałogi mi nie smakują”, „Reguła dietetyczna”, „Zostaną… rzęsy!”, „Na wieki wieków… amantka?” „Ludożerka”. Ale dopiero razem, w pewnym napięciu i dialogu, tworzą całość, zaskakująco spójną i czytelną. Prawdopodobnie wynika to z tego, że Barszczewska należy do rozmówczyń, które nie mówią wszystkiego, co wiedzą, ale wiedzą, co mówią. I prawdopodobnie dlatego, że Grzegorz Ćwiertniewicz należy do empatycznych rozmówców, który nie kryje swego zdania, mimo deklarowanej admiracji dla swej rozmówczyni i jej imponującego dorobku.
Ale z książki wyłania nie tylko portret zawodowy aktorki, ale i prywatny, choć Grażyna Barszczewska ze swoją prywatnością się nie obnosi. Nietrudno zauważyć jak bardzo jest rodzinna, zakochana w domu, współczująca, wrażliwa na cudze cierpienie, uczynna, pełna taktu i ciepła. Wyrozumiała, a zarazem wymagająca przede wszystkim wobec siebie, ale także innych. Życzliwa dla wstępujących do tego zawodu, ale zarazem krytyczna, bez taryfy ulgowej dla pracy wykonanej byle jak. Pełna pasji i wdzięczności dla partnerów scenicznych i filmowych i przede wszystkim „robotna”. Wspaniale odsłania charakter Grażyny Barszczewskiej jej syn Jarosław Szmidt, który autorowi książki ujawnił pierwszą tajemnicę artystki: „Sama mówi, że nie znosi pustych przebiegów, i objawia się to głównie w jej chęci jak najlepszego wykorzystania czasu każdego dnia, ale też jej obniżonej cierpliwości… Zazwyczaj wpada i od progu rzuca: „To co robimy?!”. Musi czuć się aktywnie potrzebna. Zwracam się zwykle wtedy do niej słowami: „Mamo, spokojnie…”.
Ale chyba to nie pomaga. Zresztą, być może niechęć do „pustych przebiegów” to fundament pełnej sukcesów drogi artystki.

„Grażyna Barszczewska – Amantka z pieprzem w rozmowie z Grzegorzem Ćwiertniewiczem”, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2019, str. 222, ISBN 978-83-816-9074-4.

Boyowa Janda

Nagrodę przyznaje Zarząd polskiej sekcji AICT/Klubu Krytyki Teatralnej. Tę prestiżową nagrodę przyznano po raz pierwszy w roku 1957, a pierwszym laureatem został Kazimierz Dejmek. Pośród czterdzieściorga laureatów tej nagrody znaleźli się m.in. Tadeusz Kantor, Jacek Woszczerowicz, Konrad Swinarski, Krystyna Skuszanka, Jerzy Grzegorzewski, Adam Hanuszkiewicz, Gustaw Holoubek.

 

W wygłoszonej laudacji, honorowy wiceprzewodniczący AICT/IACT i zarazem prezes Klubu Krytyki Teatralnej SD RP Tomasz Miłkowski zwrócił m.in. na fakt, że Krystyna Janda jest dopiero dziesiątą kobietą, która otrzymała tę nagrodę, a do roku 2000 otrzymały ją zaledwie dwie artystki. W mistrzowskiej analizie sylwetki teatralnej Krystyny Jandy Miłkowski zwrócił uwagę m.in. na jej bogatą osobowość, która budziła i budzi kontrowersje nie tylko natury artystycznej, ale także jako postać wykraczająca swoim rozmachem poza ramy aktorskiej profesji. W rozmowie poprowadzonej przez Łukasza Maciejewskiego laureatka opowiadała m.in. o warszawskiej publiczności teatralnej, która według jej szacunków wynosi około 25 tysięcy osób, co jak na blisko dwumilionowe miasto stołeczne oznacza niewielką liczbę, o niełatwej sytuacji finansowej jej teatrów („Polonia” i „Och-Teatru”) po odebraniu dotacji rządowej w rezultacie nastania „dobrej zmiany”, o swojej bogatej działalności okołoteatralnej, w tym edukacyjnej, o niezwykle silnej obecności kobiet i problematyki kobiecej w życiu społecznym, o swoich rolach, a także o swoim zmarłym mężu, wybitnym operatorze filmowym Edwardzie Kłosińskim, który był dla niej w związku „biegunem chłodu i rozwagi w kontraście do jej szaleństwa”, o śmierci, „która w teatrze jest głównym tematem”, o jej spektaklach i związanych z nimi perypetiach, o miłości do kotów i artystycznych konsekwencjach tej miłości, a także o swojej niezwykłej i nieprzeciętnej wrażliwości na doznania artystyczne.
– Więcej zawdzięczam dziełom sztuki niż komukolwiek i czemukolwiek. Potrafię w sposób niepohamowany płakać nad pięknem dzieła sztuki i całymi dniami siedzieć w muzeach kontemplując obrazy w zachwyceniu – mówiła Janda.

 

Z Krystyną Jandą, laureatką nagrody im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Otrzymała Pani nagrodę imienia Boya, ale mam wrażenie, że to on osobiście powinien Panią nagrodzić, gdyby żył, za to że była Pani inspiratorką największego i najskuteczniejszego w historii Polski protestu kobiet w obronie ich praw i wolności, czyli „Czarnego Protestu” z października 2016 roku…

Ja nadal uważam, że byłam tylko jedną z kobiet, które zabrały w tej sprawie głos.

 

Mam jednak przekonanie, że to fakt, iż to właśnie Pani rzuciła tę iskrę sprawił, że ten protest nabrał takiego zasięgu i intensywności. Pani Krystyno, przy okazji tej uroczystości pozwolę sobie na taki oto komplement: rolą Agnieszki w „Człowieku z marmuru” Andrzeja Wajdy weszła Pani do historii polskiego kina, a rolą w zainspirowaniu „Czarnego Protestu” – do najnowszej historii Polski…

Być może było trochę tak, jak pan mówi. A jeśli tak, to cieszę się, że moje nazwisko mogło odegrać tak pożyteczną rolę. Staram się to swoje zaangażowanie społeczne kontynuować w moim teatrze, który jest przecież bardzo społeczny. Wystawiane przez nas spektakle bardzo rzadko nie odnoszą się do ważnych zagadnień społecznych, nawet komedie. Ostatnio mieliśmy premierę „Mojego pierwszego razu”, przedstawienia, które dotyka kwestii ważnej dla każdego młodego człowieka – inicjacji seksualnej. A nawet te, które jak „Boska”, „Shirley Valentine” czy „Jak zabić starszą panią” odległe są od problematyki społecznej, zarabiają na te pozostałe. W naszym repertuarze działa zasada pomocniczości, bo żeby nasz teatr mógł funkcjonować po utracie dotacji, musi zarobić miesięcznie około miliona złotych. Na szczęście mamy wierną publiczność.

 

Skąd pomysł na „Mój pierwszy raz”?

Z lektury podręczników dotyczących życia w rodzinie. Poziom narracji o sferze życia płciowego, biologii kobiet i mężczyzn, prokreacji, jest w tych podręcznikach tak przerażający, podawany na poziomie graniczącym z absurdem, że postanowiłam wystawić „Mój pierwszy raz”.

 

O publicystyce jako gatunku pisania mówi się zazwyczaj, że jej życie jest krótkie, że szybko się dezaktualizuje. Tymczasem można odnieść wrażenie, że publicystyka społeczna Boya, zwłaszcza ta dotycząca kwestii praw kobiet i świadomego macierzyństwa, jest ciągle aktualna, mimo że ma już metrykę blisko dziewięćdziesięcioletnią. Dlaczego Pani zdaniem tak się dzieje?

To smutne. Brakuje nade wszystko edukacji, edukacji, raz jeszcze edukacji i dlatego jesteśmy niestety bardzo daleko za światem. Tracimy jako społeczeństwo energię na sprawy drugorzędne, a sprawami pierwszorzędnymi się nie zajmujemy. To przerażające, że na te 100 lat niepodległości, u progu której kobiety uzyskały prawa wyborcze, tylko przez 36 lat miały przynajmniej formalną, bo nie zawsze praktyczną, wolność wyboru w sferze prokreacji.

 

Prawa kobiet, w tym dotyczące aborcji, macierzyństwa, poziom edukacji seksualnej, mentalność twórców prawa jest właściwie generalnie na poziomie nie zmienionym od 100 lat. Czy nie rozwijamy się mentalnie jako społeczeństwo?

Nie byłabym aż taką pesymistką. To prawda, że na poziomie prawa, edukacji i mentalności elit politycznych, wpływów Kościoła katolickiego wygląda to bardzo źle, można powiedzieć, że prawie nic się nie zmieniło od dziesięcioleci. Jednak po stronie społecznej, zwłaszcza po stronie kobiet jest już zupełnie inny stan ducha i świadomości. Czy można sobie wyobrazić „Czarny Protest” i taki ruch kobiecy w obronie ich wolności, jaki dziś mamy, w międzywojennej Polsce Boya? Nie sposób sobie czegoś takiego wyobrazić. W tamtej Polsce poza Ireną Krzywicką można było na palcach jednej ręki policzyć te kobiety, które angażowały się w tzw. kwestię świadomego macierzyństwa. Dziś takich kobiet są w Polsce tysiące. O ile więc ciągle zawodzą elity polityczne, prawo, instytucje, szkoła, o tyle nie zawodzą kobiety. I kto wie, czy moment w której wywalczą sobie należne im prawa i wolności, nie jest bliższy niż może się to nam wydawać.

 

Dziękuję za rozmowę.

Krystyny Jandy skoki z wysokości

Od samego początku swojej artystycznej drogi Krystyna Janda zawarła przymierze z widzami.
Zawsze wiedziała, do kogo, po co i dlaczego mówi.

 

Przy czym przymierze to miało swój awers i rewers, ton serio i buffo, niczym w walce karnawału z postem. Toteż nigdy nie dziwiło sąsiedztwo takich premier jak „Pomoc domowa” i „Zapiski z wygnania”. To przymierze pozostało fundamentalną zasadą jej twórczej pracy, sprzyjało licznym osiągnięciom, mierzonym otrzymywanymi nagrodami na rozmaitych festiwalach, w konkursach i plebiscytach czytelników czy widzów. Strona e-teatru, rejestrująca nagrody odnotowuje ich 75, tyle otrzymała do tej pory artystka – tak więc Nagroda im. Tadeusza Żeleńskiego-Boya, która właśnie otrzymała, nosi numer kolejny „76”.
Jeśli by szukać jakiegoś mianownika artystycznych dokonań Laureatki, na pierwszym miejscu trzeba by wymienić odwagę w podejmowaniu nowych wyzwań. Właściwie to sama artystka podsuwa ten mianownik tytułem jednego ze swych spektakli solistycznych, które przygotowała w Teatrze Polonia – mam na myśli „Skok z wysokości” Leslie Ayvasian.
To było bardzo zabawne spotkanie – Krystyna Janda w kąpielowym szlafroku, uśmiechnięta, przyjmowała swoich widzów-gości w Teatrze Polonia (na scence w foyer, „Fioletowe pończochy”), zapraszając do wspólnej zabawy. Jej współpracownice rozdawały ponad 20 „ról”, niektóre bardzo malutkie, ale dwie, ho ho, to rola męża i syna. Widzowie się nie opierali, przygotowani na tę „niespodziankę” przez poprzedzający premierę rozgłos. Tylko recenzentka „Naszego Dziennika” odmówiła, zapewne dlatego, aby zachować odpowiedni dystans, tak potrzebny krytykowi. Widzowie użyci jako domniemani partnerzy mieli wypowiadać rozdane kwestie, najlepiej „na biało”, czyli bez przesadnej interpretacji, aktorka robiła resztę: oto kobieta, która ma lęk wysokości, a właśnie obiecała synowi, że skoczy z wieży do basenu.
Może to tylko figura stylistyczna, ale odnoszę wrażenie, że aktorska ścieżka Krystyny Jandy rozpoczęła się od „skoku z wysokości”. Mam na myśli jej szalony debiut w telewizyjnej inscenizacji „Trzech sióstr” Antoniego Czechowa – było to w roku 1974. Wtedy Aleksander Bardini postanowił zaangażować do głównych ról utalentowane studentki warszawskiej PWST: Krystynę Jandę, Joannę Szczepkowską i Ewę Ziętek. Jeszcze przed realizacją spektaklu sam zamysł obsady spotkał się z frontalną krytyką, ale Bardini, wytrawny reżyser i niedościgły pedagog, nie dał sobie pomysłu wyperswadować. I wygrał.
To, co nastąpiło po spektaklu, trudno sobie dzisiaj nawet wyobrazić. Teatr telewizji miał wówczas rangę pierwszego Teatru Rzeczpospolitej. Spektakle oglądała cała Polska. Przed początkującą aktorką otworzyły się wszystkie drzwi, mogła przebierać w propozycjach. Wybrała Ateneum. Tradycyjny teatr aktorski, słynący gwiazdorskim zespołem. To był już drugi skok z wysokości – grać u boku samej Aleksandry Śląskiej stanowiło nie lada wyzwanie, a tak się przecież stało już w debiucie teatralnym, na początek zagrała Anielę w „Ślubach panieńskich” reżyserowanych przez Jana Świderskiego – Aleksandra Śląska grała wtedy panią Dobrójską, ale wkrótce znowu dostała rolę z teki Czechowa – tym razem Niny Zariecznej w „Mewie”, także u boku Śląskiej w roli Arkadiny (1977).
Tak więc Czechow niezmiennie jej towarzyszy – najpierw to dzieło w pewnym sensie przypadku, ale potem świadomych decyzji, na pierwszy jubileusz wszak wybierze „Mewę” w Teatrze Studio – tym razem wystąpi w roli Arkadiny (2003), także na dużej scenie Polonii będzie współreżyserować z Natashą Parry „Trzy siostry”, a Teatrze Telewizji z ducha czechowowskie „Rosyjskie konfitury” wg Ludmiły Ulickiej (2011) – sama zagra też jedną z głównych ról.
Wróćmy jednak do roku 1977, który zaważył na gwałtownym przyspieszeniu kariery artystki: poza wspomnianą rolą Maszy zadebiutowała wtedy na ekranie w filmie Andrzeja Wajdy „Człowiek z marmuru” (film nakręcono w roku 1976, ale premiera odbyła się 25 lutego 1977), a na opolskim festiwalu dynamicznym wykonaniem piosenki „Guma do żucia” Marka Grechuty. Kto widział i słyszał, nie zapomni tej szalonej chrypki, tych gorączkowo wyrzucanych słów i gumowo-wężowego ruchu wykonawczyni. Występ w Opolu zakończył się bisem, stając się początkiem trwającego do dzisiaj związku artystki z piosenką – dość powiedzieć, że płyta „Guma do żucia” to prawdziwe cymelium, prawie nie do zdobycia na Allegro, a przecież aktorka wątpiła w swoje możliwości wokalne i pełna obaw wstępowała na tę drogę. To były kolejne skoki na głęboką wodę, które wynosiły aktorkę na sam szczyt. Lekko neurotyczna początkująca dziennikarka Agnieszka z filmu Wajdy wniosła nowy powiew na ekran, stała się postacią symbolizującą buntowniczo nastrojone pokolenie, które nie da się zbyć byle czym, które żąda prawdy. To było mocne wejście, paradoksalnie wzmocnione niechęcią władz do tego filmu, ledwie rozpowszechnianego i obrzucanego pisanymi na propagandowe zamówienie paszkwilami.
To, co wydarzyło się 40 lat temu, w roku 1977, stanowiło kapitał założycielski artystki, a dla niejednej zapewne aktorki byłoby to dość, aby odcinać kupony od sukcesów. Udała się jej bowiem rzecz arcyrzadka – stała się nie tylko rozpoznawalna, ale stworzyła postać, kreację, którą można było długo eksploatować. Wyczuli to wówczas nieomylnie jurorzy Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego wyróżniając ją tą nagrodą za błyskotliwy debiut. Tak bowiem, jak przed laty Cybulski w roli Maćka Chełmickiego stał się idolem pokolenia końca lat 50., tak teraz Agnieszka Jandy uchodziła za ucieleśnienie gorączkowej energii młodego pokolenia końca lat 70.
A jednak Krystyna Janda nie zatrzymała się na powtarzaniu czy kopiowaniu już odniesionego sukcesu, ale wciąż stawiała sobie nowe cele. Już statystycznie wygląda to imponująco, świadczy o jej gigantycznej wręcz pracowitości. Nasza Laureatka bowiem ma za sobą: ponad 70 ról teatralnych, 65 ról telewizyjnych, ponad 50 ról filmowych, 31 reżyserii teatralnych,14 reżyserii teatrów telewizji i 1 serialu (Męskie-żeńskie), 4 scenariusze spektakli tv i 2 adaptacje, role w 9 serialach telewizyjnych.
W tym wykazie brakuje (a trzeba by przecież dodać) licznych ról radiowych, koncertów i rozmaitych okazjonalnych występów. Można by tym bogactwem obdzielić co najmniej kilka wcale poważnych biografii artystycznych. A jeśli do tego dodać opublikowane książki, prowadzony blog, pracę w Fundacji, kierowanie teatrami i w końcu pełnienie funkcji Bardzo Ważnej Instytucji – uznawanego autorytetu, wypada tylko z podziwem się pokłonić.
Rzecz nie w rozległości obowiązków, godnej uznania aktywności – wciąż pozostaje aktualny przywołany na początku mianownik jej poszukiwań, ponawiane nagminnie skoki z wysokości. Wspomnę już tylko o kilku, bo o wszystkich mówić tu nie sposób. Ale nie można pominąć niezwykle odważnego wejścia Krystyny Jandy na terytorium wielkiej klasyki, a zwłaszcza tragedii – docenił to zachwycony Maciej Nowak, który po premierze „Medei” (1988, w reżyserii Zygmunta Hübnera na scenie Teatru Powszechnego, to była jego ostatnia praca reżyserska) tak pisał:
„Aktorka w pełni podporządkowała się wymogom klasycznego tekstu, co znowu nie znaczy, że zrezygnowała z nadania mitycznej boha­terce indywidualnego rysu. Jest to Medea bliska poprzednim wcieleniom Jandy poprzez swoją wybuchowość, nieopanowanie graniczące momentami z histerią, nerwowość gestów i zachowań, ale też – odległa, gdyż bogatsza od nich o umiejętność nadawania swym namiętnościom wymiaru monumentalnego”.
Innym przejawem nieustannego podejmowania nowych wyzwań, było wejście aktorki na grząski teren monodramu. Ten kolejny debiut, wspomagany reżysersko przez Magdę Umer, odbyła aktorka „Białą bluzką” Agnieszki Osieckiej, spektaklem na tyle wyrazistym i znaczącym, że po jego wznowieniu po latach na deskach Och-teatru znowu wybrzmiał niezwykle mocno, choć inaczej, bo nie była to powtórka. Wciąż poszukiwała nowych tonów. Jednym z najbardziej odważnych „skoków z wysokości” stał się jej monodram Mała Steinberg Lee Hall, początkowo trudny do zaakceptowania, aktora bowiem grała 10-letnią, cierpiąca na autyzm dziewczynkę. Ale w miarę upływu minut „widz się poddaje – pisałem. – Cisza na widowni przytłacza, coraz trudniej oddychać, coś ściska za gardło, chce się uciekać i chce się nadal słuchać tej wstrząsającej opowieści o świecie pełnym obezwładniającej samotności, szczerości aż do bólu, ale i radości życia”.
To samo uczucie towarzyszyło mi niedawno, kiedy oglądałem najnowszy spektakl jednoosobowy Krystyny Jandy (choć z towarzyszeniem grupy muzyków), „Zapiski z wygnania”. I tym razem rzecz opracowała reżysersko Magda Umer, a wiem, że impuls do podjęcia tego nowego wyzwania dała Gołda Tencer. Marzena Dobosz swoją wnikliwą recenzję tego spektaklu-wydarzenia rozpoczęła bardzo emocjonalnie: „W głuchej ciszy widzowie wpatrują się w czarno-białą twarz Krystyny Jandy widoczną na półprzezroczystym ekranie rozpostartym niczym kurtyna przed sceną. Wstrzymują oddech podczas monologu aktorki, by ze ściśniętych gardeł nie wyrwał się szloch. nadaremnie jednak, pod koniec spektaklu nikt już nie ukrywa łez…”. Tak prawdziwie opowiadała Krystyna Janda o wygnańcach z Polski po marcu 1968 roku.
Fałszywy jednak byłby wniosek, że życie się słało Krystynie Jandzie u stóp. Było różnie, bywała nękana srogimi zarzutami, jak teraz fake’ami za jej postawę społeczną, krytykowana tak bardzo, że kiedyś nie wytrzymał nawet mistrz Wajda, chwycił za pióro i stanął w obronie artystki przeciw harcownikom-recenzentom. Nie trzeba tak daleko szukać, także najnowsza jej premiera w Polonii spotkała się z połajankami, że za dużo brzydkich słów, że banalna literatura, że żaden to teatr. Mam na myśli „Mój pierwszy raz, spektakl, w którym opowiada za pośrednictwem zapisów internetowych o pierwszych doświadczeniach seksualnych. Byłbym ostrożny z tymi połajankami, bo pewnie znowu okaże się, że artystka miała rację, wkładając kij w mrowisko, nie uciekając od tematu tabu. W końcu nie na darmo zawarła przymierze z widzami. Robi to, co zwykle – znowu skacze z wysokości.

 

fot. Zbigniew Kresowaty/Wikimedia Commons