Mój osąd subiektywny

Byłem obecny przy narodzinach SLD w 1999 roku. Brałem udział tworzeniu struktur choć nie byłem w pierwszej linii i nie bez obaw patrzyłem czy aby dorobek Socjaldemokracji Rzeczpospolitej Polskiej nie zostanie zmarnowany. To ta partia była bazą do tworzenia SLD. SdRP, od 1990 roku, zdobyła olbrzymie zaufanie społeczeństwa. Co prawda przegrała wybory parlamentarne w 1997 roku, ale – paradoksalnie – powiększyła przy tym swój elektorat. Wybory samorządowe w 1998 roku potwierdziły wzrastającą siłę lewicy. Dlatego tworzenie SLD dawało nadzieję na długie rządy lewicy.
Do partii, oprócz szeregowych obywateli, zaczęły napływać zastępy byłych aktywistów PZPR i organizacji młodzieżowych. Do tej pory woleli oni raczej przyglądać się z boku i nie afiszować się ze swoimi poglądami. Ta grupa raczej nie przyszła rozprawiać o ideałach lewicy, ale by zmaterializować polityczną koniunkturę. Były to czasy wielkiego bezrobocia i trudno się było dziwić młodym, którzy z polityce upatrywali swojego awansu polityczno-zawodowego. Przy czym ta nowa grupa nie wniosła ideowego żaru czy nowych pomysłów, które wzmocniły by SLD. Nowa partia bazowała na ideowym kapitale SdRP, ale go nie pomnożyła. Dbała o interes państwa kosztem elektoratu lewicy. Gospodarowała kapitałem SdRP dość rozrzutnie. Ówcześni demiurdzy SLD sądzili, że jak w kraju będzie dobrze to i elektorat lewicy będzie zadowolony. Zapomniano, że elektoraty mogą mieć różne oczekiwania. Rząd SLD wprowadził Polskę do UE i zasypał słynną „dziurę Bauca”. Zarazem SLD wygenerował kilka afer, które przy dzisiejszych „wyczynach” prawicy były zabawami w piaskownicy. Trzeba jednak pamiętać, że SLD było mniej wolno. Postsolidarnościowe media umniejszały dorobek SLD i potęgowały potknięcia. Ten wykrzywiony obraz funkcjonuje do dzisiaj. Także w opinii dziesiątek tysięcy byłych członków tej partii.
Sztubackie utarczki premiera z SLD i prezydenta też z tej samej partii wywoływały zdziwienie i niesmak w elektoracie lewicy. I tak można by jeszcze długo mieszać sukcesy z porażkami. Tej mieszanki wyborcy SLD nie przełknęli. Poparcie partii, z ponad 40%, spadło w 2005 roku do kilku procent i tak jest do dzisiaj. Z hegemona z SLD stał się partią kompaktową. Doświadczenie, polityczny umiar, gotowość do kompromisu nie przyciągają wyborców.
Po 2005 roku pospolite ruszenie aktywistów z 1999 roku zaczęło się gwałtownie wykruszać. Po dwóch trzech latach nie pozostało po nich w partii nawet wspomnienie, a jeżeli to nie najlepsze. Po przegranych wyborach w 2005 roku trzonem SLD pozostała sprawdzona gwardia z SdRP. Ale gwardia starzeje się choć w niejednych oczach, na uroczystym spotkaniu, widziałem lewicowy błysk. Samo doświadczenie dzisiaj nie starcza. I nie wiem jakie będą dalsze losy mojej partii. Byłem w SdRP od początku, jestem w SLD od 20 lat. Nie zawsze było mi dobrze, ale w partii tak bywa. Kiedy SLD powstawał, uznano że są bardziej prężni ode mnie. Byli tacy, którzy uznali że nie nadaję się do nowej, dynamicznej polityki. Ta „dynamiczna” polityka wielu wpędziła w kłopoty, odeszli z SLD lub znaleźli się w innych partiach. Ja trwam i staram się być aktywny. Nie wiem jak długo, bo lata lecą. Gdyby lewica miała lepsze notowania zająłbym się grą w tenisa i podróżowaniem. Ale lewica jest słaba. Czy i ja do tego się przyczyniłem? Niech to osadzą inni. Dzisiaj każda dusza na lewicy jest potrzebna. Nawet takich podstarzałych aktywistów jak ja. Zresztą, podróże kosztują więc gram w tenisa latem, a zimą w badmintona i lokalnie zajmuję się polityką.

Głos lewicy

Prałat Jankowski padł

Trzej aktywiści obalili gdański pomnik księdza Henryka Jankowskiego. Oto ich oświadczenie:
Każdy z nas ma nad sobą swój skrawek nieba gwiaździstego, każdy nosi w kieszeni swój osobisty kompas wskazujący dobro i zło, krzywdę i przewinę, a myśli i działania wywodzi tyleż z własnego rozumu i osobniczego doświadczenia, co i z przyrodzonej wrażliwości na niesprawiedliwość i upokorzenie spotykające drugiego człowieka. Oparłszy swe stanowisko na obowiązującym kontrakcie społecznym, którego fundamentalnymi składowymi są m.in. Powszechna Deklaracja Praw Człowieka, Konwencja o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, Karta Praw Podstawowych Unii Europejskiej i Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej i wczytawszy się w karty niedawnej historii, której byliśmy naocznymi świadkami, oraz wsłuchawszy się w głos ofiar udokumentowany szeroko w upublicznionych materiałach ze śledztw prokuratorskich i dziennikarskich,
Oskarżamy Henryka Jankowskiego, księdza katolickiego, kapelana NSZZ ,,Solidarność”, wieloletniego proboszcza parafii pw. św. Brygidy w Gdańsku o podły i haniebny gwałt na godności, wolności seksualnej i prawie do prywatności oraz wykorzystanie trudnej sytuacji społecznej młodych ludzi powierzonych jego opiece; o liczne zamachy na godność oraz o dyskryminację osób i społeczności poprzez szerzenie mowy nienawiści, publiczne głoszenie poglądów antysemickich i lżenie ludzi o odmiennych poglądach politycznych w swych kazaniach, wypowiedziach publicznych i instalacjach kwazi-artystycznych natury (pseudo-)religijnej.
Instytucję kościoła katolickiego w Polsce o systemowe współsprawstwo w złu wyrządzonym ludziom przez Henryka Jankowskiego: w szczególności zaś tych jej przedstawicieli, którzy z pełną świadomością zła czynionego przez Henryka Jankowskiego, nie zareagowali w sposób skuteczny, aby złu temu położyć kres, milczeli lub wręcz z premedytacją kryli przestępstwa Jankowskiego. Uparcie i intencjonalnie milczących świadków i depozytariuszy tajemnicy o społeczne współsprawstwo w złu wyrządzonym ludziom przez Henryka Jankowskiego: świadków należących do świeckiego otoczenia Jankowskiego, którzy zdecydowali się trwać przez lata w zmowie milczenia i bezczynności i poprzez swoją postawę wyrażali de facto przyzwolenie na zło. Administrację publiczną o administracyjne współsprawstwo w złu wyrządzonym ludziom przez Henryka Jankowskiego, nierzadko wynikające z politycznego oportunizmu i pospolitej prywaty: administrację, której decyzje (np: odznaczenie Medalem K.E.N., nadanie jego imienia skwerowi w sąsiedztwie kościoła pw. św. Brygidy i wybudowanie jego pomnika) podejmowane w świadomości uczynionego przezeń zła, były aktem podłej instytucjonalnej zniewagi wobec bezbronnych ofiar pedofila i antysemity. Administrację, której nieskuteczność i opieszałość w wycofywaniu się z tych decyzji stanowi czytelny przykład powszechnej praktyki podporządkowywania dobra wspólnego dobru uprzywilejowanej instytucji kościoła katolickiego.

Niedorzecznik

Nad kandydaturą nowego Rzecznika Praw Dziecka debatowały sejmowe komisje. W piątek posłowie zagłosują za lub przeciw Mikołajowi Pawlakowi, pracownikowi Ministerstwa Sprawiedliwości.

 

Długo zastanawiałam się, o co chodzi: czy w naszym kraju najwyraźniej nie ma osoby kompetentnej, aby powołać ją na urząd RPD, skoro Sejmowi/Senatowi nie udało się to już cztery razy? Najpierw na straty poszli kandydaci opozycji: Ewa Jarosz i Paweł Kukiz-Szczuciński. Było to jednak dość oczywiste: pierwsza chciała 500-plusa dla wszystkich dzieci, a nie życzyła sobie klapsów; drugi już przez sam fakt leczenia arabskich dzieci z Syrii był podejrzany. Poległa Sabina Zalewska ze swoimi obawami o nastanie pajdokracji i oskarżeniami o plagiat. Też logiczne – robiłaby rządzącym zły PR.
Poległa wreszcie Agnieszka Dudzińska, szanowana w środowisku obyczajowa konserwatystka – i tu, szczerze mówiąc, przestałam rozumieć logikę sejmowych przepychanek. Dudzińska była wszak kandydatką idealną z punktu widzenia PiS. Ale na szczęście pojawił się on – cały na czarno. I wtedy doszło do mnie, że Zjednoczona Prawica ma bardzo konkretną wizję osoby, którą chce na ów urząd powołać. W żadnym wypadku nie może być to społecznik, lecz religiant.
Mikołaj Pawlak jest świętszy od samego papieża. Katolicko wykształcony od liceum, znawca prawa kanonicznego, nie uznający rozwodów (za wyjątkiem tych kościelnych, których udzielanie przez 11 lat opiniował). Chciał zresztą zmieniać prawo rodzinne tak, aby ex-małżonkowie w przypadku rozwodów bez orzekania o winie nie dostawali zwrotu kosztów sądowych. Zamiast bowiem zyskiwać po 3 stówki w kieszeni, po wyjściu z sali rozpraw powinni zacząć smażyć się w ogniu piekielnego potępienia. Pawlak domagał się, aby zaoszczędzone pieniądze w zamian szły na mediacje między małżonkami posiadającymi małe dzieci, aby za wszelką cenę ocalić ich od rozwodu.
To i tak jednak akcent humorystyczny w porównaniu z tym, co chciałby zapisać w ustawie o nieletnich: zbuduje ośrodki readaptacji społecznej (takie bardziej lajtowe poprawczaki), do których wsadzane będą już 13-latki. Żeby tylko. Według wizji nowego kandydata na RPD już 10-letnie dziecko mogłoby odpowiadać za popełnienie czynu karalnego. To zresztą kontynuacja polityki karnej Zbigniewa Ziobry (za pierwszej kadencji rządu PiS również chciał obniżyć wiek karalności – do 15 lat). Pawlak rozdysponował również znikomy procent ministerialnego funduszu służącego pomocy ofiarom przestępstw i resocjalizacji więźniów. Strach zapytać, na co w tym wypadku chciałby przekazać oszczędności. Może 600 plus na każde dziecko przeznaczone w przyszłości do seminarium?
RPD ma być urzędem służebnym wobec interesów najmłodszych – wobec dzieci z różnych środowisk, o różnym pochodzeniu i z różnym statusem majątkowym. Z rodzin pełnych i niepełnych, z rodzin adopcyjnych, patchworkowych, cudzoziemskich, nieheteronormatywnych. A także (co w całej sprawie „najstraszniejsze”): z rodzin po rozwodach. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że wybór tego kandydata zaspokoi potrzeby jedynie wąskiej grupy: ultrakonserwatywnych, głęboko wierzących rodziców, przekonanych o zbawiennej sile kar i autorytetu mierzonego klapsem.
Trzeba przyznać, że opozycja zagrała dziś wyjątkowo sprytnie: opiniując negatywnie kandydaturę Pawlaka, znalazła formalny wybieg, który można do niego przyłożyć: brak wymaganego pięcioletniego doświadczenia w pracy na rzecz dzieci lub z dziećmi. W departamencie spraw rodzinnych u Ziobry Pawlak pracuje bowiem dopiero od 2016. Rządzący natomiast pragną jeszcze „dopytywać go o życiorys”, mając nadzieję, że jednak „przepchną” go dalej. Sama nie wiem, czy bardziej chcę, żeby im się to w najbliższy piątek udało, czy jednak nie. Patrząc na tendencję w wyborach kolejnych kandydatów wskazywanych przez PiS, mam obawy, że następnym może okazać się sam arcybiskup Głódź.

Obrońcy praw zwierząt usłyszeli wyrok

17 września nastąpiło rozstrzygnięcie sprawy wytoczonej aktywistom Stowarzyszenia Otwarte Klatki przez właściciela fermy norek w Pawłowie Rajmunda Gąsiorka, który po przegraniu sprawy o zniesławienie oskarżył obrońców zwierząt o wtargnięcie na fermę.

 

Wymiar kary to warunkowe umorzenie postępowania karnego na okres jednego roku.
W listopadzie 2013 roku Stowarzyszenie Otwarte Klatki opublikowało wyniki śledztwa na fermie norek w Pawłowie (woj. wielkopolskie) należącej do Rajmunda Gąsiorka, obecnie prezesa Polskiego Związku Hodowców i Producentów Zwierząt Futerkowych.
Zdjęcia i filmy, ujawniające skandaliczne warunki i stan zwierząt, zainicjowały publiczną debatę na temat branży futrzarskiej w Polsce.
W odpowiedzi Rajmund Gąsiorek wniósł do sądu oskarżenie przeciwko członkom zarządu Otwartych Klatek, zarzucając aktywistom zniesławienie. Jak twierdził, materiały nie pochodziły z fermy w Pawłowie.
Po trwającym cztery lata procesie, w styczniu 2018 roku zapadł wyrok: sędzia uznał dowody za przekonywujące na tyle, że nie można mieć wątpliwości co do autentyczności nagrań. Jeszcze przed ogłoszeniem wyroku Rajmund Gąsiorek zdecydował się na kolejny krok – wniósł prywatny akt oskarżenia przeciwko obrońcom zwierząt dotyczący wtargnięcia na jego fermę. Oskarżeni aktywiści złożyli wyjaśnienia, w których nie zaprzeczali, że to oni są autorami zdjęć i filmów z fermy w Pawłowie.
– Naszą intencją nie było działanie na czyjąś szkodę, lecz ujawnienie prawdy o realiach funkcjonowania ferm norek, a więc działanie w imię niezwykle ważnego interesu społecznego, jakim jest ochrona zwierząt – tłumaczy Paweł Rawicki ze Stowarzyszenia Otwarte Klatki – Kiedy inspekcja weterynaryjna z uwagi na ograniczone zasoby ludzkie i finansowe nie jest w stanie dobrze chronić zwierząt, czujemy się zobowiązani do ujawniania nieprawidłowości na fermach – dodaje.
Sąd uznał, że obrażenia zwierząt nie były wynikiem pracy Rajmunda Gąsiorka. Powołując się na legalność fermy, podkreślił, że hodowcy nie można winić za to, że zwierzęta się okaleczają. Dodatkowo uznał, że aktywiści powinni zwrócić się o pomoc do odpowiednich organów, które przeprowadzają kontrole (zapowiedziane).
Wymiar kary to warunkowe umorzenie postępowania karnego na okres jednego roku. Sąd nie przychylił się do zarzutów oskarżyciela, że aktywiści działali dla własnego zysku – choć działanie według sądu było bezprawne, to aktywiści kierowali się troską o zwierzęta.
– Sąd wskazał, że istnieją odpowiednie organy kontroli, do których można się zwracać – jednak jak wiemy, zapowiedziane kontrole na fermach prawdopodobnie nie wykażą zaniedbań, które odkryliśmy podczas naszych śledztw – komentuje Paweł Rawicki – Najważniejsze natomiast jest dla nas w tym wyroku to, że po raz kolejny mogliśmy pokazać, że zdjęcia i filmy, które opublikowaliśmy w 2013 roku, rzeczywiście pochodziły z fermy norek Rajmunda Gąsiorka. Autentyczność naszych nagrań nie ulega wątpliwości. Naszym celem nie jest walka z Rajmundem Gąsiorkiem czy też z fermą w Pawłowie, lecz zakaz hodowli zwierząt futerkowych w Polsce. To śledztwo z pewnością przybliżyło ten cel – dodaje.

Futro nie ma jutra

Polski przemysł futrzarski widzi, że nadchodzą dla niego ciężkie czasy. Powoli traci oparcie w parlamentarzysrtach i próbuje sie bronić. Ale broni się niegodnie i głupio.

W związku z trwającą od dłuższego czasu w Polsce kampanią mającą na celu doprowadzenie do wprowadzenia zakazu hodowania zwierząt na futra, rozwianych zostało wiele wątpliwości dotyczących przemysłu futrzarskiego. Raport NIK z 2015 roku wykazał szereg nieprawidłowości w funkcjonowaniu polskich ferm, jeszcze więcej przerażających informacji udało się uzyskać poprzez szereg śledztw dziennikarskich a także zeznania byłych pracowników hodowli. W odpowiedzi na zrozumiałe oburzenie znacznej części społeczeństwa, która opowiada się za wprowadzeniem zakazu hodowli, Polski Przemysł Futrzarski postanowił na swoim profilu na portalu Facebook opublikować wyjątkowo żenujący, kilkuminutowy film propagandowy, który – w zamierzeniu w dowcipny chyba sposób – miał obalić wszystkie zarzuty wymierzone przeciwko hodowcom.

„Przed państwem typowa hodowla norek – mała, zaniedbana, wstyd na całą Europę…”

Ano wstyd. Mimo, że prezentowany na filmie obiekt jest imponujących rozmiarów, nie wzbudza mojego podziwu, a odrazę, bo w tym rozłożystym gmachu znajduje się wiele zwierząt, hodowanych w niewielkich klakach tylko po to, by – gdy osiągną odpowiednie wymiary – zginąć i zostać obdarte ze skóry. Jak umierają? Najczęściej – zagazowane, choć prawo dopuszcza też inne możliwości, takie jak „zastosowanie urządzeń działających mechanicznie powodujących penetrację mózgu” czy „porażenie prądem powodujące zatrzymanie akcji serca”.
Wstyd na całą Europę? Owszem, bowiem Europa zdecydowanie odchodzi od hodowli zwierząt na futra. W Wielkiej Brytanii, Austrii, Chorwacji, Słowenii, Macedonii, Holandii, Czechach, Bośni i Hercegowinie oraz Serbii zakaz już obowiązuje a kolejne państwa o nim dyskutują.

„Nie pracuje tutaj nikt i ogólnie nic się nie dzieje”

Mit hodowcy – przedsiębiorcy, który zbawia ludzkość dając pracę, pobrzmiewa od pierwszych sekund filmu. Gospodarka bez niego by padła, okoliczna ludność z braku zajęcia masowo wysiadywałaby pod budką z piwem, w wolnych chwilach czając się na zasiłki z MOPS-u, a w końcu i tak zmuszona byłaby wyemigrować za chlebem. Nie ulega bowiem wątpliwości, że obdzieranie zwierząt ze skóry to jedyny sposób zarobienia na rodzinę.
Na ujęciu widzimy pracowników fermy (lub statystów) – 9 panów w uniformach, ale z pewnością pracowników są tu dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy.
Ministerstwo Rolnictwa deklaruje brak danych dotyczących ilości zatrudnionych w przemyśle futrzarskim osób. Powtarzane przez hodowców mity o zatrudnianiu na polskich fermach 50 tysięcy osób brzmią absurdalnie, kiedy porównamy dane z raportu organizacji Fur Europe, z którego wynika, że w całej Europie na fermach pracuje ok. 60 tysięcy osób.

„Zwierzęta nie są karmione, a nawet jeśli są to wszystko odbywa się tutaj ręcznie, jak w XIX wieku”

Na filmie pracownik w skafandrze przejeżdża alejką między klatkami, a rura prowadząca z pojazdu, na którym siedzi, wypluwa garść brunatnej papki, którą pracownik zostawia na każdej klatce. Zwierzę spędzające całe swoje życie w klatce dostaje od dobrodzieja papkę – a mógł zabić! Jak Stalin. Na żadnym ujęciu nie widać natomiast, żeby norki miały zapewniony, wymagany przez prawo, stały dostęp do wody. Zaskakujące, bo po takim poziomie propagandy można się było spodziewać większej dbałości o szczegóły.

„Te małe stworzenia pozostawione są same sobie, bez jakiejkolwiek opieki, a na prezentowanym filmie, wcale nie widać weterynarza”

Na filmie widać panią w białym fartuchu, która przygląda się jednej z norek, trzymanych na rękach przez pracownika, chwyta zwierzątko za łapkę, po czym przechodząc alejką pośród klatek, spogląda bez większego zainteresowania, to w lewo, to w prawo. Opieka weterynaryjna dla zwierząt futerkowych nie jest luksusem – jest wymogiem, którego zdecydowana większość ferm w Polsce nie spełnia.

„Nikt tu nie słyszał o nowoczesności i nieprawdą jest, że wokół ferm rozwija się transport i infrastruktura”

Tym razem hodowca-zbawiciel daje pracę nie tylko ludziom, których zatrudnia na swojej fermie, ale też ratuje życie przedstawicielom wszystkich branż powiązanych. Słowem się przy tym nie zająkując, ile biznesów już się w pobliżu nie rozwinie, z powodu skażenia ziemi, wody czy dlatego, że okolice ferm z uwagi na niesamowity smród stają się absolutnie bezużyteczne turystycznie itd. Ale najważniejsze, że ferma prezentowana na filmie wygląda naprawdę bajerancko, bo hodowca jest nowoczesny i z rozmachem wprowadza polską wieś w XXI wiek.

„Takie przedsiębiorstwo można sobie kupić w każdym sklepie na rynku w Sanoku. Budowa inwestycji na rynku futrzarskim nic nie kosztuje i nie przynosi właścicielom – a co za tym idzie Skarbowi Państwa – żadnych korzyści, a fermy norek – jak każda firma – powstają po to, by do nich dokładać”

Czy ktoś zarzucał hodowcom norek, że ledwo wiążą koniec z końcem? Przemysł futrzarski generuje spore zyski dla hodowców, głównie dlatego, że warunki w których żyją zwierzęta, pozwalają niemal dowolnie ciąć koszty. Oczywiście – klatki, które widzimy na filmie, prawdopodobnie posiadają wymagane wymiary, w każdej znajduje się jedna norka, ale szereg kontroli np. NIK czy filmy nakręcone z ukrycia przez aktywistów nie pozostawiają złudzeń – wizja przedstawiona na filmie PPF w żadnym wypadku nie może być uznana za polski standard.
Dochody z ferm zasilają jednak głównie kieszenie hodowców – działalność rolnicza jest nisko opodatkowana, więc Skarb Państwa się na niej nie bogaci.

„Taka hodowle można postawić w ciągu jednej nocy a w razie potrzeby zwinąć w jeden dzień, co teraz państwu zaprezentuję… Jest ferma… nie ma fermy!”

Nie ulega wątpliwości, że obecność fermy futrzarskiej pozostawia po sobie na tyle duże spustoszenia okolicy, że o ile „zwinięcie” jej w ciągu dnia mogłoby się udać, to naprawienie skutków jej działalności w środowisku – już nie. A jest to skażona wsiąkającymi odchodami gleba, zanieczyszczone wydzielającym się z tego fosforem i azotem wody i powietrze w którym unoszą się pozostałości po garbowaniu skór, spalaniu zwłok obdartych zwierząt a także przez substancje wydzielające się z odchodów.

„Z pewnością żaden polski rolnik nie martwi się o jutro”

Bo rolnictwo w Polsce to wyłącznie fermy futrzarskie i jak je zamkniemy, to ostatni polski rolnik padnie z głodu.

„W Polsce przemysł futrzarski nie istnieje, a nawet jeśli istnieje, to nikogo nie zatrudnia, a nawet jeśli zatrudnia, to ludzie nie chcą tu pracować, a jeżeli chcą, to na pewno nie są Polakami”

Po tych słowach nastąpiło zbliżenie na panią, obrabiającą skóry – nie odezwała się ani słowem, więc trudno się domyślić, jakiej jest narodowości, choć autorzy filmiku sugerują, że to Polka, bo przecież stwarzają miejsca pracy dla rodaków.
Niemniej jednak nie jest tajemnicą, że znaczna część pracowników na fermach to Ukraińcy. Hodowcy zresztą chętnie umieszczają ogłoszenia o pracę na stronach ukraińskich – stawki, jakie proponują (przeciętnie ok. 8 złotych na godzinę), są znacznie poniżej minimalnej stawki (13 złotych/h), nie są więc atrakcyjne dla Polaków.
Tak, fermy futrzarskie nie powstają w dużych miastach, tylko na wsiach, gdzie bezrobocie rzeczywiście jest większe. Jednak – jak już ustaliliśmy – nie stanowią tak skutecznej broni do walki z bezrobociem, jak usiłują to wmówić hodowcy i bez problemu udałoby się stworzyć wystarczającą dla pracowników ferm ilość miejsc pracy.

„Dla rozwoju hodowli nie przeprowadza się żadnych badań laboratoryjnych, zwierzęta jedzą to, co znajdą w lesie”

Ponury dowcip, bo jak wiemy, żadne z tych zwierząt nie dostaje szansy na to, żeby znaleźć się na wolności i tam poszukać sobie pożywienia. Tak, hodowco-dobrodzieju, ratujesz świat podając zwierzętom papkę z odpadów poubojowych, żeby nie padły z głodu, zanim je obedrzesz ze skóry.

„Po co rozmawiać jednak o faktach, skoro można zapytać ekologów? Przecież wszyscy wiemy, że aktywiści to wielcy przedsiębiorcy, którzy prowadzą poważne interesy, zarabiając na swoje utrzymanie i wcale nie wyciągają pieniędzy od społeczeństwa”

Uff, jak dobrze, że rozmawiamy o faktach… Skąd, przepraszam, PPF ma dane z których wyciąga wniosek, że aktywiści na siebie nie zarabiają? Aktywizm to niekoniecznie jedyna forma ich działalności, najczęściej walkę o prawa zwierząt łączą z pracą zarobkową. Niekoniecznie jednak będąc najwyższym wcieleniem dobroczynności, czyli Przedsiębiorcą przez duże „P”.

„Na koniec sceny dla widzów o mocnych nerwach – pokażemy jak wygląda dramat tych zwierząt. Co powiedziałaby ta norka, gdyby mogła mówić?”

Tu następuje kilka ujęć norek siedzących spokojnie w klatkach, bez widocznych uszczerbków na zdrowiu. To również niecodzienne – na ogół u zwierząt na fermach występuje apatia lub agresja, a także stereotypia – zachowanie polegające na bezustannym kręceniu się po klatce, skakaniu po niej i gryzieniu prętów. Standardem – również w efekcie powyższych zachowań – są też obrażenia ciała.
Trudno też skomentować żarty z „dramatu zwierząt”, wiedząc, w jakim celu są hodowane.

„Polski rolnik gdy tylko otworzy oczy myśli – jak by tu dzisiaj dokuczyć zwierzętom”

Zwierzęta obdziera się z futer dla ich dobra. Ten proces absolutnie nie jest „dokuczaniem zwierzętom”, jest dbaniem o ich dobrobyt.

„Przyłącz się do nas i razem z nami realizuj interesy Niemców i Rosjan”

Likwidacja niemoralnej gałęzi przemysłu jest błędem, bo ktoś inny może nie podzielać naszych przekonań i zgarnąć nam biznes sprzed nosa. Zacznijmy zatem niezwłocznie sprowadzać filipińskie dzieci do pracy po kilkanaście godzin na dobę w polskich zakładach – przecież skoro gdzieś na świecie jest to akceptowalne, to trzeba korzystać i zaniżyć standardy etyczne, jeśli chcemy rozwinąć biznes.
Autorzy filmiku zakładają przy tym niesłusznie, że po zamknięciu ferm futrzarskich w Polsce, popyt na futra nie zmniejszy się i któryś z sąsiednich krajów, w którym hodowle nadal są legalne, wzbogaci się kosztem polskich hodowców. Tymczasem kolejne kraje rezygnują z ferm, bo futro przestaje być opłacalne – nie jest już symbolem luksusu, a staje się symbolem bezsensownego cierpienia zwierząt. Kilka spośród wielkich domów mody – Gucci, Hugo Boss, Giorgio Armani – chcąc wyjść naprzeciw oczekiwaniom swoich klientów, zrezygnowało z futer naturalnych w swoich kolekcjach.
Brak akceptacji dla hodowli zwierząt na futra staje się trendem światowym. Niezależnie od oburzonych głosów hodowców, ich zapewniania, że bez nich gospodarka padnie, a dziesiątki tysięcy ludzi zostanie bez pracy i przekonywania, że dbają o zwierzęta jak o własne dzieci. Prawda jest taka, że fermy opłacają się wyłącznie hodowcom, a lista skutków ubocznych ich działalności jest długa i zatrważająca. A publikacja opisanego przeze mnie filmiku dowodzi, że mają świadomość przegrywania tej walki i desperacko usiłują ratować wizerunek.