Orinoko i odmęty czasu RECENZJA

Przepych. Barokowy przepych, to określenie, które wydaje mi się najtrafniejsze w odniesieniu do tej prozy, może trafniejsze niż powszechnie przyjęty termin „realizm magiczny”. Wielki Kubańczyk Alejo Carpentier (1902-1980) należy niewątpliwie do najwspanialszych pisarzy w dziejach literatury światowej, nie tylko XX wieku, ale na całej przestrzeni jej dziejów. Przepych stylu nie jest jedynym, a zapewne nie jest też najważniejszym kryterium rangi dzieła literackiego. Bywa że przepych stylu przerasta jego sens i ma czasem cechy pustej logorei. Alejo Carpentier należy do pisarzy, którzy z przepychu uczynili niezbywalny atrybut arcydzieła. Kilka miesięcy temu przypomniałem tu moją młodzieńczą lekturę „Królestwa z tego świata” Carpentiera. „Podróż do źródeł czasu”, to druga część tryptyku (trzecią jest „Wojna czasu”) powieściowego, którego bohaterami są Ameryka Południowa w całej jej „cudowności” oraz czas jako fenomen egzystencji, jeden z jej najbardziej tajemniczych i niezbadanych atrybutów. I tak, jak inspiracją do napisania „Królestwa” stała się dla Carpentiera podróż na Haiti przedsięwzięta w 1942 roku wspólnie z przyjacielem, wielkim aktorem Louis Jouvet, tak osnowę fabularną „Podróży” tworzy opis wędrówki bohatera przez wenezuelską dżunglę, między innymi przez zbieg rzek Orinoko i Vichada. Podróż była ucieczką, efektem „zniechęcania Europą, znużenia jej nieustanną pogonią za filozoficznymi chimerami”, wyrazem wielkiej tęsknoty za światem własnym” (Rajmund Kalicki). Zacytowany autor posłowia do tego kongenialnie przez Kalinę Wojciechowską przetłumaczonego na język polski dzieła, tak o nim napisał: „Opisując wędrówkę bohatera przez równiny, dżungle i epoki, przez płaskowyż, góry i odmęty czasu. Carpentier kierował się tęsknotą, by na wzór muzyki, której każdy temat można odegrać od końca, to samo zrobić w literaturze. Dzięki temu bohater mógłby wrócić do początków i odzyskać wolność, jakiej pozbawił go bieg zdarzeń. Dalej i dalej od zgiełku cywilizacji, okrucieństw drugiej wojny światowej, dokonuje się tu „metaforyczna podróż od kultury ku naturze, od miasta ku przyrodzie (…) wędrówka w głąb siebie, w głąb duszy”. W końcowej części tego ujęcia odbija się refleks fascynacji pisarza myślą Jean-Jacques Rousseau. Jednak żadna filozofia czy ideologia, choć był Carpentier nie tylko „rousseaunistą”, ale i człowiekiem radykalnej lewicy, a nawet komunistą bliskim kubańskiej rewolucji Fidela Castro (przez pewien czas był nawet jej reprezentantem jej kultury w ambasadzie w Paryżu, mieście bardzo dla niego ważnym), żadna filozofia ani ideologia nie skaziła doskonałości jego dzieła, nie pozostawiła na niej nawet plamki publicystycznej, choć historia i polityka jest silną osią takich jego dzieł jak „Eksplozja w katedrze” czy „Szaleństwo i metoda”. Zawsze jednak pojawiają się w kostiumie wielkiej metafory i uniwersalizacji. Na koniec, mam nadzieję, że nieoceniony Państwowy Instytut Wydawniczy będzie kontynuował swoją retrospektywną wędrówkę w głąb czasu przeszłego i wyda inne dzieła Carpentiera, w tym wyżej wspomniane, a także choćby „Harfę i cień”. Lektura „Podróży do źródeł czasu”, to możliwość prawdziwej kąpieli w barokowym przepychu stylu wielkiego Alejo. Przenajwyborniejsza lektura.

 

Alejo Carpentier – „Podróż do źródeł czasu”, przekł. Kalina Wojciechowska, posłowie Rajmund Kalicki, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2018, str. 351, ISBN 978-83-06-03418-9

Barokowa cudowność tej literatury Recenzja

Dziś wydaje mi się niewiarygodne, że przeszło trzydzieści lat temu, podczas pierwszej lektury „Królestwa z tego świata” Alejo Carpentiera, ale też innych jego powieści, „Eksplozji w katedrze”, „Wojny czasu”, „Podróży do źródeł czasu” czy „Harfy i cienia” traktowałem tę prozę jako realistyczną, choć realizmem kipiącym i ponadprzeciętnie wybujałym. Teraz, po latach czytałem ją przede wszystkim jako niebywałą kreację literacką wielkiego stylisty i pisarza o nieprawdopodobnej, rzadkiej nawet wśród pisarzy wyobraźni. Tym też razem znacznie mniej istotne wydało mi się to, co stanowi, dość wątłą, fabułę tej powieści. Chłonąłem natomiast ten cudowny, soczysty, przebogaty, zmysłowy i poetycki zarazem styl, w którym jest wszystko: dramatyzm, koneserska erudycja, wykwint, współczucie, ironia, przepych. Wszystko. Przecież jednak już w przedmowie do „Królestwa” powiada Carpentier, a nawet mocno to akcentuje, że wybierając się w podróż na Haiti w 1943 roku szukał tam przede wszystkim cudowności („odczułem atmosferę najprawdziwszych czarów na ziemiach Haiti”). Napisał też, że „cudowność poszukiwana w wyblakłych kliszach lasu Broceliandy, Rycerzy Okrągłego Stołu, czarodzieja Merlina i legend arturiańskich” była już dla niego „nużąca” i że tę „rzeczywistość cudowną” znajduje na Haiti i w Ameryce Łacińskiej na każdym kroku. W innym tekście Carpentier napisał: „Moja przygoda z surrealizmem sprawiła, że poczułem się Latynoamerykaninem bardziej niż kiedykolwiek. My mieliśmy to, czego oni szukali. W Paryżu trzeba było pracowicie wyciskać, doić rzeczywistość, żeby wydobyć cudowną materię; tutaj cudowność była tuż za rogiem”. Carpentier dostrzegał w Ameryce Łacińskiej jej barokowy charakter. Jak napisała Ewa Nawrocka, „barok jest tu pojmowany jako kategoria nie tylko estetyczna, ale również duchowa; ma swoje źródło w oszałamiającym bogactwie amerykańskiej przyrody i współistnieniu różnych tradycji i odmiennych rodowodów. Stanowi swego rodzaju kod kulturowy, jest manifestacją złożonego systemu wartości, który kontrastuje z klasycznym racjonalizmem właściwym europejskiej nowoczesności”.

W planie tematyczno-konstrukcyjnym „Królestwo z tego świata”, jak napisała w posłowiu Ewa Nawrocka, to powieść o konfrontacji dwóch światów, dwóch modeli kulturowych: „świata francuskich kolonizatorów i świata czarnoskórych niewolników, nowoczesnej Europy i tradycji afrykańskich przodków, francuskich ogrodów i dzikiej przyrody puszczy, chrześcijaństwa i obrzędów wudu, „Fedry” Racine’a i muzyki rytualnych bębnów”. Konfrontacji kartezjańskiej interpretacji rzeczywistości z rzeczywistością pozarozumową. „Królestwo” to także powieść o postawach obcych, przybyszów, w stosunku tego świata. Mackandal, to bojownik utożsamiający się ze sprawą niepodległości Haiti aż do heroicznej śmierci. Ti Noel odrzuca świat Wielkiej Encyklopedii i wartości cywilizacji Oświecenia i wybiera tradycje wielkich wojowników afrykańskich i magicznej mocy bóstw. Krwawy król Haiti Henri Christophe próbuje stworzyć potęgę wyspy poprzez przejęcie kultury białej cywilizacji, kultury „zapożyczonej”, a Paulina Bonaparte szuka pod tym tropikalnym nieboskłonem, wiedziona utopijnymi złudzeniami, Raju na Ziemi. W „Królestwie”, w okruchach zdań, pojawia się motyw zdarzenia sprzed lat, Wielkiej Rewolucji Francuskiej i to w szczególnie jaskrawy sposób demaskuje czczość haseł i wolności, równości i braterstwie. Wracam jednak do punktu wyjścia. Lektura „Królestwa z tego świata” to dziś dla mnie przede wszystkim uczta literacka, picie z krynicy barokowego stylu, przyjemność estetyczna czerpana z czytania dla samej przyjemności, bez potrzeby dodatkowych uzasadnień.

 

Alejo Carpentier – „Królestwo z tego świata”, przekł. Kalina Wojciechowska, posłowie Ewa Nawrocka, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2018, str. 150, ISBN 978-83-06-03460-8.