Alfabet na dwie głowy

Tomasz Raczek, krytyk filmowy i teatralny (niegdyś), stał się po śmierci niezapomnianego Zygmunta Kałużyńskiego (1918-2004), niejako kustoszem jego spuścizny i jest to działalność godna wysokiego uznania, ponieważ dorobek krytyczny, intelektualny sławnego kiedyś „Żylastego”, jak nazywano go w środowisku piszących o kinie i publicystów kulturalnych, jest bardzo cenny.

Był bowiem Kałużyński kimś więcej niż krytykiem filmowym tylko czy nawet krytykiem kultury. Był dużej klasy myślicielem, teoretykiem, intelektualistą, historykiem, socjologiem i antropologiem kultury w jednym, choć kojarzono go głównie z X Muzą.
Na pewno są tacy byli czytelnicy jego recenzji publikowanych w tygodniku „Polityka” oraz jego książek, którzy tęsknią za niezwykle charakterystycznym stylem mówienia i pisania Kałużyńskiego, za jego niepodrabialną frazą, za jego u nikogo innego niespotykanym sposobem akcentowania intelektualnych puent, owym połączeniem pewnego rodzaju jowialności dobrego wujaszka z bezlitosną precyzją krytyczną chirurga. I właśnie obu tych jakości można ponownie posmakować czytając zapis rozmowy Raczka z Kałużyńskim, którzy wędrują po rozległym szlaku zjawisk kultury, mówiąc między innymi o dzieciństwie i młodości krytyka, o kinie, teatrze, muzyce, literaturze, religii, pornografii, personaliach, o PRL, a także o ulubionym przez Kałużyńskiego temacie percepcji kultury.
A przy tym Raczek jest dla Kałużyńskiego, a Kałużyński dla Raczka rozmówcą idealnym. Z jednej strony darzą się obaj nieskrywaną sympatią, łączy ich relacja, którą można określić jako relację wujaszka i siostrzeńca, a jednocześnie wnikliwy Raczek stara się weryfikować za pomocą pytań rozmaite kwestie Kałużyńskiego, który, jak pamiętają jego czytelnicy i słuchacze, miał skłonność do błyskotliwych, brawurowych, często prowokacyjnych uogólnień, przybierały kształt barwnych zwischenrufów, bonmotów i cudownie bezpretensjonalnych ekspozycji erudycyjnych. Kałużyński żywo na nie reaguje, więc powstaje między nimi frapująca sieć interakcji intelektualnych, czasem poważnych czasem naznaczonych humorem. Ta rozmowa może być też formą sentymentalnego powrotu do ich niezapomnianych spotkań w telewizyjnym cyklu „Perły z lamusa”, jednym z najciekawszych w dziejach telewizji. Ich krótkie rozmowy poprzedzały emisję rozmaitych starych filmów, „celuloidowych pereł”, które niejednokrotnie były ciekawsze od samych prezentowanych pozycji.
Ten dialogowy duet, w którym Raczek grał rolę grzecznego, dobrze wychowanego młodzieńca a Kałużyński mocno ekscentrycznego, inteligentnego i uczonego, niechlujnego starego mądrali był jednym z hitów ówczesnej telewizji, nie okupowanej naówczas tak jak dziś przez jedną, mającą władzę siłę polityczną. Z dzisiejszego punktu widzenia tematyka i język tych rozmów jest prawdziwie oldskulowy, raczej nie przystający do obecnie dominującego sposobu mówienia i pisania o kulturze, sztuce, społeczeństwie. Ale może właśnie dlatego szczególnie warto sięgnąć po ten tytuł, żeby zasmakować czegoś, co już właściwie zaginęło.
Słowem – ten alfabet, to prawdziwa uczta erudycji, inteligencji i dowcipu. Powrót do pewnego rodzaju rzeczywistości, która już od dłuższego czasu znajduje się w kulturowym lamusie, zastąpiona przez tandetę i konwencjonalność dzisiejszych niby-dialogów.
Tomasz Raczek, Zygmunt Kałużyński – „Alfabet na 4 ręce”, Wyd. Biblioteka Latarnika, Warszawa 2009, str. 257.