Kobieta mnie doi

Jedynym prawdziwym oszustwem matrymonialnym jest małżeństwo.

Na policję zgłasza się mieszkanka gminy Trzemeszno, która pod koniec 2018 r. na Facebooku poznała Amerykanina, biznesmena, który się w niej zakochał i obiecał małżeństwo. Niestety po paru dniach okazało się, że jego firma ma chwilowe kłopoty finansowe. Facet prosi wirtualną narzeczoną o pożyczkę. Obiecuje szybki zwrot z nawiązką. Pani przelewa mu na konto kilkadziesiąt tysięcy złotych. I na tym znajomość się kończy. Policja i media uznają, że facet to oszust matrymonialny.

Sieć pełna miłości

Do dokładnie tego samego worka zakwalifikowano „generała armii amerykańskiej stacjonującego w Iraku”. Tak bowiem przedstawiał się 66 letniej pani z Wolsztyna facet, którego widywała na Skypie zawsze na tle amerykańskiej flagi. Facet oczywiście był wdowcem i szukał uczucia. Znalazł. I nawet by nadać mu odpowiednia oprawę wysłał pani prezent. Wysłał pani praczkę z biżuterią i pieniędzmi otrzymanymi od prezydenta USA w nagrodę za dobrą służbę. W pakunku, nie wiedzieć czemu, generał wysłał też swoje dokumenty emerytalne. Miały się w niej znaleźć również dokumenty emerytalne „generała”. Przesyłka utknęła najpierw w Belgii, a potem w Niemczech. Aby ją odebrać, pani zapłaciła 23 tys zł. Gdy nic do niej nie dotarło, pobiegła ze skargą na policję. Ta nie mogąc zrobić nic innego, opowiada teraz o oszustwie matrymonialnym.
55 – latka z Gdańska chwyciła w internecie za nogi Pana Boga w osobie chirurga-ortopedy z misji ONZ w Afganistanie. Państwo postanowili wziąć ślub i zamieszkać w Polsce. Niestety pan nie mógł przylecieć, bo afgańskiemu bankowi coś się porobiło i doktor nie miał dostępu do własnej kasy. Kobieta uznała, że kocha więc zapłaci. Dostała maila z napisem ONZ, a w nim dane wpłaty. Przelała ponad 200 tys. zł za bilet lotniczy, ubezpieczenie i opłaty lotniskowe. Bo z Afganistanu leci się drogo przecież.
Chirurg nie przylatywał. A to z powodu wojny. W związku z którą ewakuować się mógł z Kabulu tylko wynajętym prywatnie śmigłowcem. Tego rozkazu pani już nie strawiła i pognała w te pędy na policję. Ta, nie mogąc prowadzić działań za granicą opuściła ręce i orzekła urbi et orbi, że pani padła ofiarą oszusta matrymonialnego.

Panie tyłem

Przez ostatnie 2 lata, w internecie nie pojawiło się hasło oszustka matrymonialna. Ostatnie takie przypadki dotyczyły 81-letniej babci z Brzeska, która zaprzyjaźniała się ze starszymi panami oglądali razem seriale, jedli i pili nieprzesadne ilości dobrego alkoholu, po czym pani usypiała ich psychotropami i okradała. Przeciętnie czyściła facetów z gotówki i precjozów na kilka, kilkanaście tys zł.
Inną oszustką przedstawianą jako matrymonialna, była 26-latka, która na poczet opłat za ślub wyciągnęła od rodziny lubego 126 tysięcy zł i zniknęła. Ale była to tylko jedna z przewin pani, za którą do momentu zatrzymania, prokuratorzy wysłali już 22 listy gończe. I to wcale nie za sprawy damsko – męskie.

Równouprawnienie w jedną stronę

Dlaczego jednak przypadki wyłudzeń, oszustw i zwykłych kradzieży wrzucono do szufladki z napisem oszuści matrymonialni? Czym naciąganie na bilety, koszty ślubu, czy przesyłkę różnią się od przekrętu na policjanta, wnuczka lub biznesmena z Nigerii? I tu i tam trzeba znaleźć jelenia i sprzedać mu bajkę, na której popłynie finansowo. A ponieważ naiwnych nie sieją, to zawsze znajdzie się sposób na ich wykorzystanie.
Zastanawia natomiast, dlaczego o oszustach matrymonialnych mówi się przynajmniej 10 razy częściej niż o oszustkach. Odpowiedź jest prosta, bo faceci skubiący finansowo kobiety, to wciąż kuriozum.
Przecież na prokuraturę nie pobiegnie gość, którego panna w zamian za uczucie, naciąga na wynajęcie jej mieszkania, kupowanie perfum i czego tam sobie zażyczy. Taka relacja jest normalna. Facet ma płacić i basta.
Na policję nie pogna też jegomość, który od panny, z którą miał parę razy przyjemność, dostaje alternatywę – kasa albo żona się dowie. Normalny chłop – z oczywistych powodów – nie zgłosi też, że panna wyciągnęła z niego 5 tys. bo musiała usunąć to, co im się (wyłącznie według niej) przydarzyło.
A przecież to wszystko, dokładnie mieści się w schemacie wyciągania pieniędzy bazującego na relacji mężczyzny i kobiety. Czy zatem coś takiego jak oszustwo matrymonialne nie istnieje? Ależ skąd. I na dodatek ma niemal dosłowne znaczenie.
Małżeństwo jako konstytucyjny związek kobiety i mężczyzny jest miejscem, gdzie przekręcanie damsko-męskie zachodzi na skalę niespotykaną gdzie indziej. I na dodatek wszystko to odbywa się z błogosławieństwem prawa.

Z żoną na zdjęciu

Według Kodeksu Rodzinnego wzajemna pomoc małżonków obejmuje zarówno wspieranie psychiczne, moralne, jak i branie udziału w życiu rodzinnym, przyczynianie się do zaspokajania potrzeb materialnych, zapewniających obojgu małżonkom równą stopę życiową. Małżonkowie mają obowiązek przyczyniać się do zaspokajania potrzeb rodziny, którą założyli, według swoich sił i możliwości. I jeśli jedno z małżonków nie spełnia obowiązku jakim jest zaspokajanie potrzeb rodziny, sąd może nakazać, aby wynagrodzenie za pracę czy inne należności przypadające temu małżonkowi były w całości lub w części wypłacane drugiemu. Ten drugi, to w niemal w 100 proc. takich orzeczeń – żona.
I nawet jak małżeństwo nie ma dzieci i mieszka w lokum, którego posprzątanie zajmuje góra kwadrans tygodniowo, a pani domu nie uważa za stosowne znaleźć źródła zarobkowania, to mąż musi zaspokajać potrzeby rodziny. Czyli żony.
Każdy bowiem sąd uwierzy, że pani zaspokaja potrzeby rodziny poprzez pracę „we wspólnym gospodarstwie domowym”. Czyli te pieniądze jej się po prostu należą. Zwłaszcza, że zgodnie z treścią art 31 § 2 pkt 1 KRO – pobrane wynagrodzenie za pracę należy do majątku wspólnego. Czyli połowa pensji męża z mocy prawa jest przynależna żonie.
Oczywiście w drugą stronę też to powinno działać. Praktyka jest jednak inna. Jeśli z małżeństwie kasę do domu przynosi pani, i pan pasożyt jej się znudzi, to się go pozbędzie. Gdy zaś taki pasożyt jest patologią, to o to, aby nie miał on najmniejszego pożytku z małżeństwa zadba cały aparat państwa, z policją, prokuratorem, kuratorami, sądami rodzinnymi i opieką społeczną. Oczywiście w wielu przypadkach niebezzasadnie, bo faceci mają sporo za uszami. Jednak spraw wytaczanych przez mężów, żerującym na nich żonach, jest równie dużo jak śladów białka w zdrowym moczu. I ta dysproporcja pokazuje, że czerpanie pożytków z małżeństwa, to przywilej wyłącznie kobiet.

Jeleń alimentacyjny

Oszustwo małżeńskie, czyli nomen omen matrymonialne, nie kończy się jednak wraz z ustaniem węzła. Jeśli bowiem sąd orzeknie rozwód bez orzekania o winie i jedno z byłych małżonków wpadnie w niedostatek, może pozwać swojego eks o alimenty, ale tylko przez 5 lat od momentu orzeczenia rozwodu. Praktyka sądowa mówi, że wnioski mężczyzn o takie alimenty są równie częste, jak trzęsienia ziemi w Grójcu.
Rozwód to też element innego przekrętu matrymonialnego. Ile razy jest bowiem tak, że facet prowadzący firmę, czyli coś co niesie znamiona ryzyka finansowego w wypadku bankructwa, przepisuje cały swój majątek na żonę? Żeby ten majątek był po prostu zabezpieczeniem dla obojga. Nie trzeba chyba rozwijać tego, co jest dalej, a co kończy się tym, że szybko pojawia się wniosek rozwodowy i mężczyzna zostaje z niczym. W drugą stronę to tak nie działa.
Znacznie też lepiej wychodzą na rozwodach panie, które zachomikowały tyle mężowskich środków, żeby na rozprawę rozwodową przyjść ze świetnym prawnikiem. Taki potrafi przed sądem udowodnić wszystko. A musi tylko to, że winnym rozpadu pożycia był facet. Ponieważ w składach sędziowskich siedzą głównie kobiety, to przekonanie ich do takiego wniosku jest łatwiejsze. I nawet jak facet nie zdradza, to zawsze można powiedzieć, że jest impotentem, przez co małżonka cierpi, a wraz z nią stadło.
Gdy sąd stwierdzi, że z powodu braku erekcji wyłącznie winny rozpadowi jest małżonek, to od tej pory musi on zapewnić byłej, taki sam standard życia, jaki miała przed rozwodem. I to do śmierci. Bo obowiązek ten wygasa jedynie w momencie, gdy osoba otrzymująca alimenty zawrze następny związek małżeński. Czyli – jeśli nie jest idiotką, a wszak udowodniła, że nie jest – nigdy.
Nie trzeba chyba nawet wspominać jak w sądach wyglądają statystyki, ani tego, że niemal 100 proc. płacących alimenty byłym małżonkom to panowie.
Gdy się wie to wszystko, i czyta o Marcinkiewiczu, który musi co miesiąc odpalać Isabell 4 tys zł, albo o Zamachowskim zobligowanym do alimentów w wysokości 14 tys zł miesięcznie, to sformułowanie oszustwo matrymonialne, nabiera zupełnie innego, niż się powszechnie sądzi, znaczenia.

Zła zmiana

To nie jest kraj dla samotnych rodziców. To nie jest kraj dla niepełnosprawnych. To nie jest kraj dla ubogich, ledwo utrzymujących się na powierzchni.

 

Kolejna zła zmiana w wykonaniu Rafalskiej: spora grupa niepełnosprawnych dorosłych straci prawo do alimentów z państwowego funduszu, ponieważ będą już na nie za bogaci po tym, jak wzrośnie próg dochodowy. Obecnie wynosi on 800 zł po zawrotnej podwyżce z 725 zł. Tymczasem renta socjalna wynosi całe 878 zł. To nie jedyna grupa pokrzywdzona przez jednostronne machinacje progowe PiS.
Ucierpią też samodzielni rodzice wychowujący jedynaków, zarabiający pensję minimalną (1549 zł netto).
„Gdy PiS podwyższa najbardziej potrzebującym wynagrodzenia lub świadczenia, robi to tak, aby „zgubić” część beneficjentów. Na przykład wprowadza kolejne kryteria, które muszą spełnić rodziny. Dotyczy to zarówno alimentów, jak i 500 plus. Tylko między 2015 a 2017 r. z FA wypadło ponad 52 tys. dzieci. A po ubiegłorocznej zmianie przepisów dotyczących „Rodziny 500 plus” (np. rodzic musi mieć orzeczenie sądowe o przyznaniu alimentów) ponad 350 tys. dzieci nie otrzymuje już świadczenia wychowawczego” – trafnie podsumowała Małgorzata Kolińska-Dąbrowska na łamach „Wyborczej”.

Z terrorystami się nie negocjuje

Skoro pan ministroprokurator Ziobro tak bardzo chce ułatwić życie samodzielnym rodzicom, to może zamiast robić pozorowane ruchy wokół Funduszu Alimentacyjnego, niech przyjrzy się stowarzyszeniu Dzielny Tata, które formalnie walczy o to, by po rozwodach ojcowie mogli być częściej obecni w życiu swoich dzieci, a półformalnie spełnia funkcję grupy wsparcia dla osobistej, nienawistnej wobec kobiet wendetty.
Tatowie lubią w wolnych chwilach porównywać się do więźniów Auschwitz, choć na drugą nóżkę świadomi są światowego spisku żydokomuny, z rozmysłem odbierającej im „spadkobierców” (kliknijcie w link, nie zmyślam). Z ogromem ucisku walczą metodami należącymi do klasycznego repertuaru terrorystów: zachęcają do rodzicielskich porwań i niepłacenia alimentów, bo alimenty to przecież nie pieniądze na dzieci, tylko na wredne baby, „pasożyty”, które „bezczelnie ich okradają”. Mam trzysta procent pewności, że dzielni tatowie stanowili i zapewne nadal stanowią doskonałą klientelę dla prawników, których mizoginistycznego bloga namierzyłyśmy z Aleksandrą Bełdowicz kilka miesięcy temu.
Teraz okazuje się, że Dzielny Tata murem staje za mężczyzną, który na sali zabaw na warszawskim Bemowie podczas widzenia odebrał życie sobie i swojemu czteroletniemu synowi. I tutaj panu Zbyszkowi, albo komukolwiek u władzy, nieważne z której opcji, naprawdę powinna zapalić się czerwona lampka, bo stowarzyszenie w swoich (usuniętych już z Facebooka) wpisach wprost daje zdesperowanemu mężczyźnie prawo do zabicia dziecka – a choćby i na złość kobiecie („dał życie, to i je zabrał”). Dodatkowo do redakcji Onetu Tatowie przesłali rzewny list, gdzie zapewniają, iż „cała brać ojców zna i rozumie sytuację Tomasza M.”. Znacie i rozumiecie sytuację, kiedy człowiek planowo przeprowadza akcję rozszerzonego samobójstwa i podaje czterolatkowi truciznę w toalecie? Jest to dla was wytłumaczalne i oswojone? Zgłoście się na terapię.
Tragedia, która wydarzyła się na Bemowie, ma wiele wątków, w tym jeden, o którym dzielni tatowie nie lubią wspominać: partnerka mężczyzny miała wielokrotnie alarmować sąd i media o tym, że Tomasz M. stanowi zagrożenie dla swoich dzieci. Sytuacja ta na pewno ma swoje odcienie i teraz zadaniem sądu i psychologów, a nie internetowych nienawistników jest zbadać, kto i na jakim etapie przyczynił się do takiego finału. Rozszerzone samobójstwo to najczęściej domena ludzi z depresją i cierpiących na urojenia bądź psychozy. Ten czyn z pewnością wskazywał na ogrom problemów, z którymi zmagał się mężczyzna. Tym bardziej branie go na sztandary i robienie z niego męczennika na zasadzie „zrobił co zrobił, bo czuł się ofiarą sytuacji” jest po prostu niebezpieczne. Organizację wydającą tak kategoryczne sądy należałoby rozwiązać w trzy do pięciu minut.
Zwłaszcza, że tragedia z Bemowa posłużyła dzielnym tatom do wylania tony kolejnych antykobiecych ścieków. Zabił, no może i zabił, ale za to aborcjonistki zabijają codziennie i na masową skalę! Bo dzielni tatowie są również obrońcami zarodków. Co zrozumiałe, w końcu żydowski spisek obliczony na odebranie im potomków kwitnie.
Stowarzyszenie ma jedną złotą radę na wszystko: opiekę naprzemienną. I najwyraźniej domaga się tego nawet w sytuacji, kiedy jedna ze stron stanowi zagrożenie dla siebie i innych. Jako organizacja faktycznie wspierająca zdrowe ojcowskie więzi Dzielny Tata stracił twarz już dawno. Teraz jest grupą mizoginistycznych, antysemickich, nawołujących do działań na granicy prawa terrorystów, z którymi – jak powszechnie wiadomo – nie należy negocjować.

Wciąż nie chcą płacić

Nie pomagają różne metody, wymyślane przez nasze państwo przeciwko niesolidnym alimenciarzom. Trzeba na własną rękę walczyć z nimi o należne pieniądze.

 

Przypadki, gdy były partner uchyla się od obowiązku alimentacyjnego, nie są rzadkie. Według danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, skala problemu wzrosła w ciągu pierwszego półrocza 2018 r. Łączne zaległości w płaceniu alimentów na dzieci wynoszą blisko 11,9 mld zł i dotyczą prawie 319 tys. osób. Średnio na jednego dłużnika alimentacyjnego przypada ponad 37 tys. zł zaległości. Nie oznacza to jednak, że odzyskanie przyznanych przez sąd pieniędzy jest zupełnie niemożliwe.
Jak podaje Stowarzyszenie „Alimenty to nie prezenty”, problem zaległych alimentów dotyka w Polsce ponad 1 mln dzieci. Gdy zobowiązany rodzic nie płaci, ciężar utrzymania rodziny spoczywa na jednej osobie. Nawet miesiąc opóźnienia lub braku płatności może oznaczać początek problemów finansowych dla rodzica, który sprawuje realną opiekę nad dzieckiem.
Pierwszym z kroków, jakie należy podjąć w takiej sytuacji, jest próba polubownego rozwiązania sprawy.
– Przedstawmy byłemu mężowi lub żonie, na jak wysoką sumę zalega i wyznaczmy nowy termin na przekazanie środków. Niestety, zdarza się, że po rozwodzie mamy utrudniony kontakt z eks-partnerem. Wtedy o pomoc możemy poprosić firmę windykacyjną. Jest to wskazane, jeżeli drugi rodzic unika wszelkiego kontaktu. Firma windykacyjna podejmie się za nas mediacji z dłużnikiem alimentacyjnym – mówi radca prawny Agnieszka Chechelska-Wrześniak.
Jeśli mimo to były partner nie płaci alimentów przez dłuższy okres i unika polubownych rozwiązań, pozostaje nam oddanie sprawy do sądu i skorzystanie z pomocy komornika. Decyzja sądu, czyli wydany tytuł wykonawczy oraz sporządzony wniosek są podstawą do wszczęcia przez komornika egzekucji z majątku dłużnika. Komornik podejmuje wtedy działania, które mają na celu odzyskanie należności, zajmując np. do 60 proc. wynagrodzenia niepłacącego rodzica, z której pokrywane są roszczenia.
–W przypadku alimenciarzy posiadających legalne zatrudnienie, możliwe jest także złożenie bezpośrednio u pracodawcy wniosku o potrącenie wierzytelności alimentacyjnych zgodnie z tytułem wykonawczym. Wówczas pracodawca potrąca z pensji dłużnika zasądzoną kwotę i wypłaca ją osobie, która ma ustalone prawo do alimentów – dodaje radca Agnieszka Chechelska-Wrześniak.
Mając prawomocny wyrok sądu, nakazujący wypłacenie zaległych alimentów, można wpisać dłużnika do Krajowego Rejestru Długów. Osoba na takiej liście staje się niewiarygodnym kredytobiorcą w oczach banku i to będzie mieć nie tylko problem z zaciągnięciem kredytu, ale nawet z zakupami na raty. Gdy egzekucja komornicza jest bezskuteczna, można starać się o świadczenie alimentacyjne. Prawo do niego ma jednak wąska grupa rodziców, którzy znajdują się w szczególnej trudnej sytuacji finansowej (dochód na jednego członka rodziny nieprzekraczający 725 zł).

Alimenciarz na smyczy

Pracodawcy RP nie chcą odpowiadać za zaległości alimentacyjne swoich pracowników.

 

Co można zarzucić Zbigniewowi Ziobrze w jego walce z alimenciarzami? Na pewno nie to, że ukrzywdzi pracodawców. Jeśli już, to fakt, że dotychczasowe reformy dotyczyły głównie dłużników związanych z Fundusze Alimentacyjnym.
Dłużników z Funduszu ścigać łatwiej, bo de facto są oni dłużnikiem państwa. Fundusz bierze na siebie niejako rolę pośrednika – płaci dziecku ze swojej kieszeni, a od tatusia (w 90 proc. to mężczyzna) egzekwuje, jeśli trzeba – nawet karą pozbawienia wolności. Gorzej jest z tymi, gdzie zarobki matki są wyższe, tam zostawał tylko komornik. I nawet jeśli coś zajął, to kombinator potrafił wziąć kasę „do łapy”, albo strategicznie przepisać majątek na matkę czy nową partnerkę.
To takie praktyki Ziobro wziął na celownik – i straszy, że zaległości będzie egzekwować od pracodawców. Ci oczywiście słusznie podnoszą, że alimenty mają charakter osobisty, a zatrudniający z tytułu zatrudniania może ponosić odpowiedzialność jedynie za łamanie prawa pracy. I zapewne w projektowanej ustawie dostaną możliwość wykazania na drodze sądowej, że zatrudniając pana X, nie współuczestniczyli w procederze ukrywania przez niego dochodów przed dzieckiem lub dziećmi – i w takich przypadkach nie staną się współdłużnikami cywilnymi.
Ministerstwo szuka również pola dla rozwiązania problemu dłużników alimentacyjnych wymawiających się bezrobociem. Tym razem stosowną ustawę przygotować ma resort Rafalskiej. Magicznym sposobem na alimenciarzy bez zajęcia mają być roboty publiczne – na organizatora ma zostać nałożony obowiązek zatrudniania dłużników w pierwszej kolejności.
To działania, za które należy rząd PiS pochwalić. Trzeba jednak uważać, żeby nie wylać dziecka z kąpielą, ponieważ pracodawcy, mając nad sobą groźbę automatycznego współdzielenia czyjegoś prywatnego długu, po prostu przestaną alimenciarzy zatrudniać w ogóle, co spowoduje błędne koło rzeczywistego braku dochodów i możliwości wywiązania się z zaległości.
Jak jednak walczyć ze zmową szef-alimenciarz? Pomysł Ziobry z pewnością wymaga doprecyzowania, tak aby namierzać rzeczywistych kombinatorów, pomagających omijać komornika i Fundusz. Pracodawcy powinni mieć wgląd w zadłużenie człowieka, którego zatrudniają. Tylko w ten sposób zniknie społeczne przyzwolenie na uchylanie się od łożenia na własne dziecko.

Same suki

Zawsze mnie zastanawiało, czy wszyscy oburzeni koniecznością płacenia alimentów tatusiowie (tak, ten tekst jest o mężczyznach), mówiąc „nie dam nic tej suce”, „nic ze mnie kurew jedna nie wyciągnie”, „jeszcze pokażę tej dziwce”, zdają sobie sprawę, do kogo tak naprawdę mówią. Takie komunikaty tatusiowie ci formułują nagminnie, ale ich mimowolnymi adresatami stają się dzieci.
Bo to na ich utrzymanie, nie na swoje byłe żony czy dziewczyny panowie mają obowiązek sądowy łożyć.
Wczoraj była żona Piotra „Glacy”, lidera Sweet Noise i My Riot, napisała pełen żalu post o tym, jak wraz z córką obserwuje ukrywanie przez muzyka majątku z pomocą jego nowej partnerki.
„Nie myślcie, że jestem ofiarą” – napisała Sylwia Lato. – „Ofiarą w każdym przypadku jest dziecko”. Poskarżyła się, że czuje bezsilność, gdy widzi, jak jej były mąż zatrudnia przy swojej solowej płycie kosztownego specjalistę, który pracował m.in. z Marilynem Mansonem czy Depeche Mode. W sądzie natomiast wniósł o zmniejszenie alimentów. „Bo to nie alimenty, tylko zemsta”.
Była partnerka znanego artysty dołączyła też screen z Instagrama, na którym Glaca pisał o niej między innymi „Możesz nasyłać na mnie wszystkie pały świata, suko”, „dziś jesteś dla mnie tylko zwykłą kurwą”, „uważaj, bo nadejdzie dzień”; „#reallife”. Ten jakże wzruszający apel miał wystosować do niej muzyk po kolejnej interwencji komornika i policji.
Wokół posta zrobiła się awantura po tym, jak upubliczniła go na swojej tablicy redaktor Karolina Korwin Piotrowska. Dziennikarka zresztą szybko dostała od muzyka wiadomość z żądaniem przeprosin. Nie przeprosiła. Zamiast tego ogłosiła, że zanim udostępniła posta, w zamierzeniu dedykowanego tylko znajomym, zapoznała się ze stosownymi dokumentami i jest pewna racji kobiety.
Cóż, ja żadnych dokumentów nie widziałam. Nie znam ani pana Glacy, ani jego byłej żony. Nie znam układów między nimi. Nie mam tu zamiaru bawić się w wydawanie żadnych wyroków. Tylko czasem czytam Facebooka pani Karoliny (jej wpis udostępniło zresztą już koło 150 osób). I mam kilka ogólnych refleksji.
Na przykład taką, że w przestrzeni publicznej podobne oskarżenie śmiga co i raz – chciała go zniszczyć z zawiści, złamać karierę mu chciała, napisała w momencie, gdy wydawał, występował, w trasę ruszał, film kręcił, awans dostawał.
Była żona Mateusza Kijowskiego też w pewnym momencie została ochrzczona suką, która zamierzała pociągnąć w dół męża stanu. Akurat, kiedy był na wznoszącej, zaczął być rozpoznawalny, został twarzą oddolnej opozycji.
Mnie interesuje nieco inny aspekt tej sprawy. Czy nikt nie pomyślał, że wśród tysięcy kobiet, szarpiących się o alimenty, też są niedoszłe wizjonerki, artystki, naukowczynie, polityczki? Czy ktoś pomyślał o setkach złamanych lub nigdy nie zrealizowanych karier muzycznych, filmowych?
O nigdy nie odkrytych potencjałach, bo po 16.00 trzeba odebrać z przedszkola, a z mało rozwijającej pracy trudno się zwolnić, bo ojciec się nie poczuwa, a mały co kilka miesięcy wyrasta z butów, potrzebuje pojechać z klasa na wycieczkę i co roku musi mieć nowe podręczniki? Fani muzyka Glacy piszą do Korwin Piotrowskiej, że czują się osobiście dotknięci. To nie fair. Nikt nie myśli o tym, że może „mama” też mogła mieć jakichś fanów. Mogła jeździć w trasy koncertowe, właśnie odbierać Nike albo Złotego Lwa. Też mogła dorobić się armii wypisującej na Facebooku komentarze w stylu „odczepcie się, ona wielką poetką jest”.
To smutne, że mężczyźni wciąż lubią powtarzać ten krzywdzący mit o kobietach dorabiających się na rozwodzie i „ustawionych do końca życia”.
Takie przypadki pewnie też można spotkać gdzieś w przyrodzie. Statystyki mówią jednak twardo o milionie dzieci, czekających w Polsce na pieniądze od swoich ojców (najczęściej ojców). Czy one też zawierają się w tym zbiorze chciwych suk i kurew?
Te, którym państwo płaci z Funduszu Alimentacyjnego to około 10 procent – wymagany dochód to ciągle 725 zł na osobę. Kobiety, które zarabiają więcej, zostają ze ściganiem dzielnych tatusiów same.
Komornicy mają różną skuteczność (średnia ściągalność dryfuje mniej więcej na poziomie 19 procent), zwłaszcza, kiedy formalnie mężczyzna nie wykazuje dochodów, ale za to wstawia na Facebooka zdjęcia z egzotycznych wojaży, zakłada nową rodzinę albo pracuje na najniższej krajowej u partnerki obracającej tłustymi sumami.
Na miejscu takiej kobiety pewnie też napisałabym w mediach społecznościowych posta kipiącego od bezsilności.
Według Krajowej Rady Komorniczej długi alimentacyjne to 10,5 miliarda złotych. Dzięki sankcjom Ziobry spadły z 11,3. Nadal jednak alimenciarze „niefunduszowi” mogą bezkarnie raz na jakiś czas rzucić dziecku ochłap. I wrócić do swoich karier, samochodów, lewych faktur. Dlatego trudno mi uwierzyć, że za każdym razem to te złe suki się sprzysięgają, by łamać najpierw serca, a potem kariery. Wierzcie mi, jestem dzieckiem alimenciarza.