Prawda w końcu się przebije

Z płk. dr. ANDRZEJEM CZECHOWICZEM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Domyślam się, że swojej dwutomowej książce „Straceniec. Przypadki urodzonego w niewłaściwym czasie”, niektórych istotnych faktów Pan nie zamieścił, że niektóre zachował Pan w tajemnicy. Czy tak było?

Są takie fakty, których nie zamieściłem, a do ich ujawnienia upoważniłem moją córkę po mojej śmierci.

Musiał Pan czy chciał je Pan zataić?

I chciałem i nie bardzo mogłem ich ujawnić, z różnych względów, po części zawodowych, po części osobistych.

Spotkał się już Pan z reakcjami na Pana wspomnienia?

Z wieloma, zwłaszcza w internecie i jest ich coraz więcej. Także coraz więcej jest chętnych do zakupu mojej książki.

Co czytelników najbardziej w niej interesuje? Wątki sensacyjne, wywiadowcze, polityczne, personalne?

Sensacyjne jak najbardziej – a jest ich naprawdę dużo – jako że często noszą znamiona prawie kryminałów, zaś gatunek ten od niepamiętnych czasów cieszy się dużą popularnością. Aspekty polityczne oczywiście także. Zauważyłem, że wielu moich czytelników, to ludzie PRL, którzy mają uzasadnione poczucie niezasłużonej krzywdy z powodu potraktowania ich ryczałtem jak zwykłych przestępców. Stosując wobec nich sprzeczną z prawem polskim, europejskim i w ogóle międzynarodowym zasadę odpowiedzialności zbiorowej z pominięciem drogi sądowej. A przecież to nie oni sprawili, że Zachód sprzedał Polskę Stalinowi już w Teheranie w 1943 roku, a potem w Jałcie i Poczdamie. Jeśli zaś chodzi o PRL, to powstała ona z łaski Stalina i w ogóle mogła istnieć tylko i wyłącznie w takiej formie ustrojowej i w takich granicach, gwarantowanych zresztą przez ZSRR. To właśnie dzięki temu, że powstała PRL, a nie 17 republika radziecka, można było chronić i rozwijać polską tożsamość, kulturę i naukę, które notabene rozwijały się wtedy wręcz wspaniale w każdej dziedzinie. Mimo ograniczonej suwerenności, zwłaszcza w polityce zagranicznej, posiadaliśmy duży zakres samodzielności i liberalizmu w polityce wewnętrznej, szczególnie po przełomie październikowym w 1956 roku. Istniał niezależny Kościół, prywatne rolnictwo, rzemiosło , drobny przemysł i handel, otworzyliśmy się na Zachód, cenzura była łagodna, a wolność słowa mówionego duża. Tego zaś mogli nam tylko pozazdrościć i bardzo zazdrościli obywatele pozostałych demoludów, nie mówiąc już o ZSRR, dla którego elit staliśmy się wzorem do naśladowania, n.p. przez czytanie naszych czasopism. Chyba jednak najbardziej interesująca dla czytelników jest zawarta w książce dokumentacja, przede wszystkim zaś sposoby jej zdobywania, jak również moja praca operacyjna. Największym moim osiągnięciem było, po pierwsze, rozszyfrowanie systemu organizacyjnego i sposobu działania Wydziału Badań i Analiz Europy Wschodniej czyli Pionu Wywiadowczego RWE w naszej nomenklaturze, w którego polskiej sekcji pracowałem przez 6 lat. A więc systematyczne zdobywanie tajnych raportów, zwłaszcza I i II stopnia tajności oraz najbardziej tajnych i najpilniej strzeżonych kart osobowych informatorów RWE, szczególnie tych pochodzących z samej góry władz partyjno-państwowych, rozgrywających rękami RWE swoje sprzeczne interesy w walce o utrzymanie lub przejęcie władzy, w znanym szeroko konflikcie „Chamy” kontra „Żydy”, czyli „Partyzanci” kontra „Puławianie”. Po drugie, naprowadzenie przeze mnie Centrali na ślad redaktora Sekcji Polskiej, czyli Pionu Propagandowego RWE, którego nazywam w książce „x-em”, posiadającego w jednym z banków szwajcarskich w skrytce na hasło, dokumenty dotyczące Nowaka-Jeziorańskiego, kompromitujące go jako hitlerowskiego kolaboranta, zatrudnionego przez SS na stanowisku Nadkomisarza Zarządu Komisarycznego Zabezpieczonych Nieruchomości (ZKZN) w Warszawie w latach 1940-1942. Poza tym znał on osobiście, mieszkającego w Warszawie SS-mana Johanna Kassnera, „kolegę” z pracy Nowaka w tej instytucji, zarządzającej zrabowanym mieniem żydowskim. W wyniku cierpliwej, misternej i wręcz koronkowej robocie naszych oficerów w Centrali i „za płotem” czyli za granicą oraz wielu współpracujących z nami polskich emigrantów w Anglii, USA i RFN, udało się nam nakłonić Kassnera przez jego byłą żonę Barbarę Szubską, która specjalnie przyleciała w tym celu z Florydy do Monachium, do złożenia w 1970 roku notarialnego oświadczenia z mocą przysięgi, iż znał Nowaka jako zatrudnionego z nim razem nadkomisarza w ZKZN w Warszawie w latach 1940-1942. Kserokopię tego oświadczenia podarowała ona swojemu przyjacielowi Alexowi Ostoi-Starzewskiemu z prośbą o przekazanie jej „rozmnożonych” kserokopii – w ramach jego współpracy z kierownictwem Partii Republikańskiej – senatorom tej partii, Cliffordowi Case’owi i Jamesowi Buckley’owi. Ci zaś zwrócili się do Komitetu Wolnej Europy i dyrekcji amerykańskiej RWE o wyjaśnienie tej sprawy. Nasi ludzie z kolei dotarli w tym czasie do Ostoi-Starzewskiego z propozycją udostępnienia im (po odmowie Szubskiej) posiadanych przez niego kserokopii oświadczenia Kassnera, występując wobec niego (podobnie jak wobec Szubskiej) pod flagą rzekomych wysłanników pewnych kręgów rządu londyńskiego, pragnących usunięcia Nowaka ze stanowiska dyrektora RWE, nie tylko z uwagi na jego „cackanie się” z komunistami w kraju, lecz wręcz zachwalania zalet tzw. demokratycznego socjalizmu w programach RWE. Ostoja-Starzewski, domyślając się prawdopodobnie kim są owi „wysłannicy”, powiedział: „Dokumentu wam nie dam, ale zamieszczę go w majowym (1972) wydaniu mojego pisma „Ruch Odrodzenia Narodowego”, a wy zrobicie z tym, co zechcecie”. Tu dodam, że Szubska, córka rosyjskiego arystokraty, Wasilija Koczubieja, dyrektora personalnego w ZKZN (ona sama prowadziła tam biuro meldunkowe) i agenta brytyjskiego w jednej osobie, pałała do Nowaka żądzą zemsty za doznane z jego strony upokorzenie. Otóż w 1950 roku, będąc jeszcze w Niemczech, poprosiła go o zatrudnienie w RWE. Przerażony Nowak, widząc przed sobą niebezpiecznego świadka swego nadkomisarzowania, zelżył ją i wyrzucił za drzwi, każąc ochroniarzowi wyprowadzić ja za kołnierz z budynku radia. Kserokopia oświadczenia Kassnera, wzięta z gazetki Ostoi-Starzewskiego, ukazała się dopiero w drugim wydaniu mojej książki „Siedem trudnych lat” w 1974 roku, a nie w pierwszym z 1973 roku, ponieważ sekretarz KC PZPR Jerzy Łukaszewicz, odpowiedzialny za propagandę, nie wyraził na to zgody z obawy o zablokowanie przyznanych nam przez Amerykanów kredytów. Niestety, wielu ludzi z partyjnej góry miało kiepskie wyobrażenie o Zachodzie, zwłaszcza w porównaniu z nami, ludźmi służb na tym Zachodzie działających. Gdy się o tym dowiedział ówczesny szef MSW, generał Franciszek Szlachcic, nakazał jego natychmiastowe zamieszczenie w drugim, przyspieszonym wydaniu mojej książki w 1974 roku. W oparciu o jej tekst w „Rheinischer Merkur” z 20 września 1974 roku ukazał się artykuł znanego niemieckiego dziennikarza i pisarza Joachima Gőrlicha, który nazwał Nowaka hitlerowskim treuhanderem (powiernikiem) pożydowskiej cegielni w Radzyminie. Otóż Nowak, starając się jak najlepiej urządzić pod okupacją niemiecką, zwrócił się do swego stryja Stanisława Jeziorańskiego, pełniącego od 15 lipca 1940 roku funkcję burmistrza Radzymina, o przydzielenie mu w zarząd najlepszej wówczas cegielni w Radzyminie, noszącej nazwę „Nowa Cegielnia w Radzyminie”, skonfiskowanej Żydowi Arie Harderowi. Stryj jednak nie będąc władnym zadośćuczynić jego prośbie, gdyż wszystkie cegielnie w okupowanej Polsce podlegały SS, polecił mu złożenie odpowiedniego podania do dowódcy SS i Selbstchutzu powiatu warszawskiego, obersturmfűhrera Friedricha Wawrzoka (zniemczonego Ślązaka). Ten z kolei poparł to podanie w swoim piśmie z 8 sierpnia 1940 roku do odpowiadającego za takie sprawy powiatowego szefa Wydział Rolnictwa i Wyżywienia. Ponieważ jednak cegielnia ta została już uprzednio ustnie przyrzeczona volksdeutschowi o nazwisku Zontara przez szefa Dystryktu Warschau, Wawrzok załatwił Nowakowi intratną fuchę w postaci posady Nadkomisarza ZKZN w Warszawie. Był to zdumiewający awans dwudziestosiedmioletniego zaledwie wówczas Nowaka, gdyż takie kierownicze stanowiska mogli zajmować – zgodnie z zarządzeniem Generalnego Gubernatora Hansa Franka – tylko „wyjątkowo godni zaufania tubylcy”, czyli Polacy i to dopiero po złożeniu przez nich przysięgi na wierność Trzeciej Rzeszy. Względnie tacy, co już uprzednio byli niemieckimi agentami, członkami piątej kolumny, czy też w taki czy inny sposób czymś się Niemcom zasłużyli. Zamieszczenie w 1974 roku w mojej książce kserokopii oświadczenia Kassnera wziętego z „Ruchu Odrodzenia Narodowego” spowodowało w RWE i wśród emigracji wielką konsternację. Ponieważ Nowak od razu nazwał je „fałszywką bezpieki”, rozesłaliśmy do jego wrogów w RWE, jego dyrekcji amerykańskiej, gazet niemieckich i emigracyjnych polskich owe pismo obersturmfűhrera SS Wawrzoka z 8 sierpnia 1940 roku. Mimo iż i ten dokument nazwał Nowak fałszywką bezpieki, skutek był natychmiastowy, gdyż został on w ten sposób zmuszony do wytoczenia procesu „Rheinisher Merkur” i Gőrlichowi o zniesławienie. Przegrał go z kretesem w Sądzie Krajowym w Kőln (Kolonii), który w swym wyroku z 2 lipca 1975 roku (sygn. Akt. 78099/75) uznał, że Gőrlick miał prawo nazwać go „hitlerowskim treuhanderem”, a następnie dodał: „Zatem więc powód (t.j. Nowak) pracował wówczas – czemu nie przeczy – w Zarządzie Komisarycznym Zabezpieczenia Nieruchomości jako urzędnik hitlerowskiej władzy okupacyjnej, czyli urzędzie, który zajmował się administracją nieruchomości, które należały względnie należałyby do żydowskich właścicieli i które zostały przez władze okupacyjne co najmniej zarekwirowane. Znaczenie czynności powoda podkreśla i uwydatnia określenie jej jako oficjalnie i urzędowo zatwierdzonego nadkomisarza hitlerowskiego Zarządu Komisarycznego”. Należy tu podkreślić, iż Nowak aż do śmierci twierdził, że także ten wyrok był fałszywką bezpieki. W tej sytuacji Amerykanie zostali zmuszeni do jego prawie natychmiastowego usunięcia z RWE już w połowie 1975 roku, oficjalnie zaś z dniem 1 stycznia 1976, nie czekając nawet na rozprawę apelacyjną, która również zakończyła się zresztą jego kolejną katastrofą, przypieczętowaną wyrokiem Wyższego Sądu Krajowego w Kőln z 6 lipca 1976 r, sygn. Akt. 228/75 i 99/75.

Ma Pan jakąś hipotezę na ten temat tych filiacji niemieckich Nowaka?

Mam. Niemcy przed napaścią na Polskę bardzo rozwinęli wymierzoną w nią działalność szpiegowską, werbując nie tylko mieszkających w niej Niemców, ale także Polaków, najchętniej urodzonych w Niemczech, mających tam jakieś powiązania rodzinne, sympatyzujących z Hitlerem czy państwowością niemiecką, dobrze wykształconych, a więc przyszłościowych itd. Nowak, jako urodzony w Berlinie, a nie w Warszawie, a przy tym doktorant Uniwersytetu w Poznaniu, był wręcz idealnym kandydatem do takiego werbunku. Tak twierdzili niektórzy jego wrogowie na emigracji. Inni utrzymywali, że został zwerbowany w ZKZN i stamtąd skierowany do podziemia, do jego rozpracowywania, jak przypuszczał n.p. redaktor RWE Stefan Wysocki. Jeszcze inni przypuszczali, że początkowo rzeczywiście pracował dla Niemców, ale po ich napaści na ZSRR zerwał z nimi i wiernie służył Polsce. Byli też tacy, którzy uważali go za podwójnego agenta, a osławiony rewizjonista Herbert Czaja nazwał go w niemieckiej gazecie najpierw podwójnym agentem, potem zaś wyłącznie niemieckim agentem, za co Nowak nie ośmielił się wytoczyć mu procesu. Jego opisy podróży kurierskich w książce „Kurier z Warszawy” są wielce niewiarygodne, pełne sprzeczności, niedorzeczności i kłamstw w świetle znanych dokumentów, sprawdzonych faktów i opinii. Najłagodniejsza ocena jego wrogów mówi o tym, że odbywał je za cichą zgodą Niemców, którzy mieli w tym swój interes. Najcięższa zaś sprowadza się do stwierdzenia, że był agentem Abwehry lub Sicherheitsdienst (SD/SS). Podejrzewał go o to m.in. major wywiadu brytyjskiego, osobisty przyjaciel Winstona Churchilla i jego doradca ds. wywiadu, Desmond Morton. To on cały czas intrygował przeciwko Nowakowi podczas jego pobytów w Londynie, starał się nie dopuścić do złożenia wizyty Churchillowi, a w końcu spowodował, że ambasada USA odmówiła mu wizy wjazdowej do tego kraju. Ostatecznie pogrążyło go przerzucenie z jego poparcia zaprzyjaźnionego z nim byłego jeńca brytyjskiego i porucznika AK Rolanda Jeffreya, który wbrew zakazowi jeszcze generała Grota-Roweckiego podejmowania jakichkolwiek kontaktów z „białymi” Rosjanami, nawiązał współpracę z pułkownikiem Borysem Smysłowskim, szefem sztabu Rossijskoj Oswoboditielnoj Armi (ROA) i agentem SS. Za jego namową podjął wyprawę do Anglii przez Danię i Norwegię w mundurze Sonderfűhrera SS, a następnie w cywilu został przerzucony do Szwecji, skąd odleciał do Anglii. Wszakże po wnikliwych przesłuchaniach go przez wywiad brytyjski, w tym osobiście Desmonda Mortona i zaczerpnięciu przez tegoż odpowiednich informacji z KG AK, Anglicy uznali go za podwójnego agenta zwerbowanego przez Smysłowskiego, figurującego przy tym na jego liście płac agentów gestapo działających głównie w ZSRR i Polsce. W rezultacie Jeffrey został aresztowany, zdegradowany do stopnia szeregowego i przez dłuższy czas czyścił latryny w jakiejś karnej jednostce. Morton zaś – obok polskich wrogów Nowaka – stał się w Londynie głównym źródłem pogłosek o jego kolaboracji z wywiadem SS.

Dziś mamy jednak taką sytuację, że Pana narracja, bogato udokumentowana i godna co najmniej zainteresowania, analizy i dyskusji, jest w niszy, właściwie przemilczana, a wygrała narracja mówiąca o Nowaku Jeziorańskim jako o niewątpliwym polskim bohaterze narodowym, czego wyrazem jest niedawna premiera hagiograficznego filmu „Kurier”. Wierzy Pan, że to co Pan ma do powiedzenia wyjdzie na szersze tory? Bo zwyciężyło polskie pragnienie pięknego mitu, cenionego wyżej niż prawda…

W tej chwili tak. Moja książka na razie jeszcze nie dotarła do szerszych kręgów, ale myślę, że do tego dojdzie. Nowak to był gangster polityczny, człowiek, któremu nie można jednak odmówić silnego charakteru, inteligencji i przebiegłości oraz charyzmy, zdolności aktorskich i predyspozycji przywódczych. Dążył do tego, za każdą cenę, wręcz na siłę, żeby zrobić z siebie postać pomnikową, wielkiego patrioty, katolika, antykomunisty i rusofoba. Już samo tylko takie postępowanie rodzi jak najgorsze podejrzenia. Kto bowiem, będąc prawdziwym patriotą, ma potrzebę robić sobie taką autoreklamę? Prawdziwi patrioci, jak n.p. Jan Karski, są ludźmi skromnymi, nie obnoszącymi się nachalnie i wszędzie ze swoimi zasługami. Ponieważ zależy mi na tym, żeby to o czym mówię, dotarło jak najszerzej, wysyłam książkę do różnych prominentnych osób z kręgu nauki i dziennikarstwa, do różnych redakcji. Myślę, że to w końcu przyniesie skutek i prawda się przebije.

Czy bez problemów znalazł Pan wydawcę swojej książki?

Ależ skąd! Aż siedem wydawnictw odmówiło mi, ze strachu przed narażaniem się. Jeden z wydawców, dawny pracownik naszych służb powiedział mi wprost: „Skurwysyny mnie zniszczą” inny powiedział, że moja książka wywoła zbyt duży szok wśród opinii publicznej, karmionej dotychczas uwielbieniem dla Nowaka, uważanego za świętość narodową. Musiałem więc wydać ją prywatnie, co udało mi się w Olsztynie. Wynika z tego gorzka refleksja. Tak się ludzie boją w wolnej Polsce, choć niby nie ma cenzury i jakiejkolwiek opresji. Jednak ludzie się obudzą, bo to co robi PiS jest zabójcze dla kraju. Jeśli wskutek także ich działań Unia Europejska się rozpadnie, to zostaniemy sami między Niemcami a Rosją, w postaci wyznaniowego skansenu. Trzeba więc współpracować ze wszystkimi a nie ze wszystkimi walczyć. Nie podporządkowywać partii sądów i całego wymiaru sprawiedliwości. Niestety opozycji ciągle brak przywódcy z jajami. Jestem obywatelem o takim temperamencie, że nie potrafię na dłuższą metę milczeć. Napisałem więc do Kaczyńskiego list z wezwaniem, by zaprzestał bezsensownej i zgubnej dla kraju walki z Unią Europejską, opozycją i siłami postępowymi, by zerwał z perfidną, destrukcyjną polityką skłócania i dzielenia narodu. Żeby zwołał nowy okrągły stół, by pogodzić ze sobą Polaków, w ogólnonarodowym interesie, bo w przeciwnym razie odejdzie w hańbie.

A co Pan myśli o lewicy?

Niestety, lewica nie może się podnieść z drugiego szeregu. Mam do niej pretensje, mam na myśli SLD, że za bardzo wchodzili w dupę Kościołowi i wszelkiego rodzaju kołtunerii, a przecież Kościół nigdy nie poprze lewicy, bo jest jego naturalnym wrogiem. Ustępstwa przed referendum w sprawie Unii nic na dłuższą metę nie dały. A to co dziś wyprawiają biskupi, to jest straszne, haniebne i źle się dla niego skończy. Nie słuchają oni bowiem nawet Franciszka, który chce ten Kościół ratować. Myślę jednak, że to końcówka jego prosperity, przynajmniej w takiej formie jak dziś, dlatego chcą forsy i nic innego, posługując się m.in. stosowaniem opresji religijnej. Mnie pośrednicy do Pana Boga za pieniądze są niepotrzebni, bo to jak dawny handel odpustami, który w XVI wieku doprowadził do rozbicia Kościoła katolickiego. Niestety od tego czasu lud niewystarczająco zmądrzał. Na prowincji wielu modli się do księży jak do bożków. Tam wpływ Kościoła ciągle jest ogromny, choć i tam coraz częściej ludzie sarkają na mieszanie się kleru do polityki i na jego pazerność.

Wróćmy do Pana książki. Podobne jak Pan, problemy z szerszym dotarciem do opinii z wynikami swoich dociekań ma Tomasz Piątek, autor książek o tajemniczej roli Antoniego Macierewicza. To także robi wrażenie zmowy milczenia…

Macierewicz rozwalił Wojskowe Służby Informacyjne i wystawił wielu naszych agentów. Jednym z tych, którzy się uratowali ucieczką był zdolny oficer Aleksander Makowski. Za to Macierewicz powinien stanąć przed sądem. Prawdopodobieństwo, że mógł on być zwerbowany przez służby radzieckie, a potem podtrzymywany przez rosyjskie, jest duże. Przecież oni werbowali ludzi głównie z ówczesnej solidarnościowej opozycji, bo skąd mieli werbować? Sądzę, że wielu z nich zajmuje w dzisiejszej Polsce wysokie stanowiska, rozpoznawać ich zaś należy po tym, czy to co mówią, robią, piszą, jak postępują i działają, służy w jakikolwiek sposób Putinowi. Myślę, że sporo ich zwerbowano także spośród dziennikarzy. Jakkolwiek jednak jest, i Macierewicz i Kaczyński obiektywnie działają na rękę Rosji. Ludzie z tzw. Konfederacji, gdzie są pospołu Korwin, Winnicki, Braun, Liroy nawet specjalnie nie kryją swoich prorosyjskich sympatii, ale to stara tradycja endecka, a oni są postendekami. Jednak stawianie na konia rosyjskiego nie ma przyszłości. Putin marzy o nowej Jałcie ale to nierealne przy ich potencjale, to odlot. Ogromna terytorialnie Rosja ma potencjał ekonomiczny o rozmiarach małej Holandii albo Hiszpanii. Do tego dochodzi tragiczny stan demograficzny Rosji, nadumieralność mężczyzn, masowy alkoholizm. Mało kto dożywa tam emerytury po podniesieniu wieku emerytalnego do 65 roku życia. Tymczasem Chiny już ich kolonizują, zwłaszcza na Syberii. Przy proporcji1,5 miliarda Chińczyków do 15 milionów rosyjskich mieszkańców wyludniającej się Syberii, Chińczycy skolonizują ją bez jednego wystrzału. Nawet ropa im nie pomoże, bo Chińczycy będą mieli własną ropę z Morza Południowego. Należy przy tym pamiętać, że jako stary, doświadczony naród, kierujący się teraz także filozofią konfucjańską, planują swoją przyszłość i działania z wyprzedzeniem na dziesiątki czy nawet setki lat. Wydaje się więc, że najlepszym wyjściem dla Rosji i dla nas wszystkich byłoby przyłączenie się jej do wspólnoty euro-atlantyckiej, a więc do wszystkich ludów wywodzących swe korzenie z kultury europejskiej i chrześcijaństwa.

Dziękuję za rozmowę.

Informacje o możliwości nabycia książki Andrzeja Czechowicza można znaleźć pod adresami: www.swiatksiazki.pl, www. motyleksiazkowe.pl, a także pod numerem telefonu: 668 255 863.

Przygody Andrzeja Czechowicza

Przygody! łatwo napisać.

A przecież kapitan, dziś pułkownik Andrzej Czechowicz zapewne niejeden raz w swojej działalności stawiał własne życie na szali. Dziś nie jest postacią powszechnie znaną, można by nawet zaryzykować opinię, że na ogół zapomnianą. Jednak większość tych, którzy pamiętają marzec roku 1971 i choć trochę wtedy interesowali się tym, co pokazywała ówczesna telewizja, co nadawało radio i co publikowała prasa, na pewno zapamiętali dzień, gdy władze PRL ujawniły działalność Czechowicza. „Kapitan Andrzej Czechowicz wykonał zadanie” – krzyczały PRL-owskie media, a telewizja i radio nadały relację z publicznej konferencji prasowej z udziałem oficera wywiadu PRL, który przez siedem lat, zakamuflowany jako pracownik, infiltrował rozgłośnię polską Radia Wolna Europa w Monachium. Dla mnie, wtedy 14-latka była to ekscytująca sensacja w telewizji, od której w jej paśmie publicystyczno-propagandowej na ogół wiało drętwotą i nudą. Pamiętam też, że telewizja nadała wtedy także rozmowę, którą z Czechowiczem przeprowadził Jan Kolczyński z KC. Kapitan odbył szereg podróży po kraju spotykając się z różnymi środowiskami. W szybkim tempie, w MON-owskiej serii „Ideologia-Polityka-Obronność”, pod tytułem „Kapitan Czechowicz wykonał zadanie”, ukazał się wtedy zbiór jego relacji dla prasy, radia i telewizji PRL. Nieco później ukazała się jego książka „Siedem trudnych lat”.
Jednak dopiero niedawno, 47 lat po swoim sławnym coming out z RWE, opublikował dwa tomy swoich pamiętników zatytułowanych „Straceniec, czyli przypadki urodzonego w niewłaściwym czasie”, obejmujących bez mała całe jego życie, dziś już prawie 82-letnie, niezwykle burzliwe, trudne, ale i barwne. Obejmują one jego przebogaty życiorys, którym mógłby obdzielić co najmniej kilku doświadczonych rówieśników. Co ciekawe, choć Czechowicz został oficerem wywiadu PRL, jego genealogia bynajmniej nie była „komunistyczna”. Wywodził się z kresowej, wileńskiej szlachty o tradycjach patriotycznych (Lachowicze-Czechowicze herbu Ostoja), a jeden z jego pradziadków był powstańcem styczniowym. Ani nie jestem w stanie, ani nie zamierzam streszczać tu bogactwa treści tych blisko 800 stron, które składają się na te wspomnienia. Nie opowiada się bowiem „kryminałów”, nie opowiada się takich pasjonujących opowieści, bo byłaby to nielojalność w stosunku do przyszłych czytelników. W kolejnych rozdziałach opowiada Czechowicz o swoim wojennym i syberyjskim dzieciństwie, o swoim powrocie z rodziną do Polski na zachód od linii Bugu, tej części Polski, która była dla niego, de facto, nieznaną krainą. Mogę jednak uspokoić przyszłych czytelników, którzy mogą się obawiać lektury w typie niezliczonych, nudnych, rodowych wspomnień kresowych, rozplenionych w piśmiennictwie od dziesięcioleci, a podobnych do siebie jak dwie krople wody. Już we wspomnianiach obejmujących dzieciństwo i młodość na Górnym Śląsku, gdzie powojenny los rzucił go z rodziną i studencką w PRL, odzywa się w autorze żyłka „łotrzykowska”, a niektóre wspomnienia z lat liceum w Grójcu i studiów na Uniwersytecie Warszawskim (germanistyka) jako żywo przywodzą na myśl dzikie brewerie studentów z „Lalki” Bolesława Prusa. Szybko też pojawiają się charakterystyczne dla tych wspomnień wątki licznych i intensywnych, okresami nadmiernie, doświadczeń erotycznych Andrzeja Czechowicza, objawia się jego nieprzeciętna wrażliwość na wdzięki kobiece, fascynacja kobietami i kobiecością, z uwzględnieniem nawet takiego aspektu jak odpowiadający mu kobiecy „typ”, fizyczny i psychiczny. Bardzo szybko pojawia się też inny walor tych wspomnień: trafne, obrazowe, soczyście, w niektórych przypadkach nieco „plotkarsko” ujmowane personalia, w tym także personalia i mini-portrety poznanych przez Czechowicza postaci, później znanych w istotnych dokonań, jak n.p. Janusz Rolicki, Ewa Wipszycka, Izabela Małowist, czy znani później aktorzy Jan Kociniak i Andrzej Szajewski, jak również przyszły wybitny historyk Tomasz Szarota, z którymi Czechowicz służył w Studium Wojskowym. Dalsze losy autora to decyzja o emigracji, opuszczenie kraju, uzyskanie azylu w NRF i pierwsze, dojmujące rozczarowanie Zachodem, kapitalizmem, z jego zimnem i bezdusznością oraz skomercjalizowaniem relacji międzyludzkich, połączone z falą trudnej do zniesienia nostalgii za krajem, nostalgii, która sprawiała, że szara gomułkowska Polska w jego wyobraźni nabrała niemal cech idylli. Otrzymanie pracy w rozgłośni polskiej RWE w Monachium pozwoliło Czechowiczowi poznać ten sławny zespół dziennikarski, którego głosom i audycjom przez kilka dziesięcioleci dawały ucha przy odbiornikach radiowych liczne setki tysięcy, może nawet miliony Polaków w kraju. Nie jest to obraz pochlebny. Środowisko polskich dziennikarzy RWE, z dyrektorem Janem Nowakiem-Jeziorańskim okazało się prawdziwym „kłębowiskiem żmij”, pełnym wzajemnych intryg i wrogości, a także podziałów ideologicznych. Opisał je Czechowicz barwnie, sugestywnie, obrazowo, z prawdziwym talentem narracyjnym i spostrzegawczością psychologiczną. Podjęcie współpracy z Centralą Wywiadu MSW PRL, która zaczęła się już po podjęciu pracy w Monachium stanowiło najistotniejszą cezurę w życiu Czechowicza.
Od tej pory nie był już tylko emigrantem, stał się utajonym „człowiekiem systemu” w innym, wrogim systemie. O podjęciu tej działalności zadecydował zapewne m.in. ryzykancki, pchający go do życiowego hazardu rys jego osobowości. Nowa rola Czechowicza nie zmieniła prywatnego aspektu jego życia, więc opisom jego działań o charakterze operacyjnym i obszernym komentarzom do sytuacji politycznej w kraju i na emigracji towarzyszą opisy kolejnych romansów, zazwyczaj z Niemkami, niektóre nie bez akcentów humorystycznych, jak przypadek Gerdy, która histerycznymi „scenami” zepsuła obojgu „romantyczną” wyprawę turystyczną do Hiszpanii i Portugalii. Takimi epizodami obyczajowymi wspomnienia te są naszpikowane, pozwalając czytelnikowi co jakiś czas odprężyć się po uważnym śledzeniu działalności wywiadowczej narratora. Jeden z najważniejszych i najobszerniej opisanych wątków tych wspomnień dotyczy szefa Czechowicza, dyrektora rozgłośni polskiej RWE Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Tej czczonej w Polsce niczym bohater narodowy postaci, Czechowicz, zresztą nie tylko on, wystawia jak najgorsze świadectwo. I bynajmniej nie tylko z powodu jego osobistych przywar, despotyzmu, intryganctwa, gwałtowności, bezceremonialności, chamstwa, itd. Także z powodu udowodnionej Nowakowi, i pośrednio potwierdzonej także przez niemiecki sąd niechlubnej działalności Nowaka (właściwe imię: Zdzisław) jako zarządcy, komisarza przejętego przez Niemców majątku żydowskiego w Radzyminie, czyli, mówiąc bez ogródek – kolaboranta.
W ujęciu Czechowicza fakt, że także przez ostatnie lata życia spędzone w Polsce przez byłego dyrektora, sprawa ta nie wyszła na szersze wody był wynikiem jego kolosalnych wpływów i starannie podtrzymywanego mitu bohaterskiego „kuriera z Warszawy”. Nawiasem mówiąc nawet teraz, gdy na ekrany wszedł poświęcony Nowakowi-Jeziorańskiemu hagiograficzny film „Kurier” Władysława Pasikowskiego, sprawa ta nie została podjęta. Niejaka czasowa zbieżność ukazania się wspomnień Czechowicza i premiery filmu nadaje całej sytuacji dodatkowej „pikanterii”. Obszerną cześć tekstu poświęcił Czechowicz swoim losom zarówno po powrocie do PRL, jak i w III RP, po 1989 roku. Według jego świadectwa, władze PRL, po początkowym propagandowym wykorzystaniu jego misji, potraktowały go raczej po macoszemu, natomiast wiele lat po 1989 roku upłynęło mu na walce, także przed sądami, o dobre imię, a także na próbach dotarcia do szerszej publiczności ze sprawą kolaboracji Nowaka-Jeziorańskiego. Nie podjął jej oczywiście także IPN. Przy tej okazji niepochlebnie jawi się z jego punktu widzenia obraz środowiska „Tygodnika Powszechnego”, owianego idealistyczną legendą szlachetności i czystości moralnej, a także wysokich standardów w działaniu. Czechowicz demaskuje ten obraz jako fałszywy, za którym kryła się nielojalność, małość, poczucie wyższości, a nawet skłonność do pogardy w stosunku do „profanów” rozmaitego autoramentu. Kończąc tę z konieczności niewielką – wobec ogromu tematów, kwestii, zdarzeń, personaliów – porcję uwag i wrażeń z lektury tych pasjonujących pamiętników, nie sposób raz jeszcze nie podkreślić jej czytelniczych, narracyjnych walorów, dobrej, klarownej polszczyzny, dynamiki opisu, dużej erudycji humanistycznej i politycznej. Ze swojego życia człowieka „urodzonego w niewłaściwym czasie” uczynił jednak Andrzej Czechowicz pasjonującą, przebogatą przygodę, która, gdyby urodził się w jakimś hipotetycznym innym czasie, „czasie właściwym”, być może nigdy by się nie wydarzyła.

Andrzej Czechowicz – „Straceniec, czyli przypadki urodzonego w niewłaściwym czasie”, wyd. Andrzej Czechowicz, Warszawa 2018, tom I (str. 486, ISBN 978-83-941652-0-8), tom II (str. 341, ISBN 978-83-941652-1-5).