Kapsułki pamięci

Jerzy Nasierowski
Gdy w latach 1995-2005 byłem w zespole redakcyjnym najpierw miesięcznika, a później kwartalnika „Bez dogmatu”, z pismem współpracował także Jurek. Był już wtedy poza aktorstwem i namiętnie oddawał się pisaniu. Napisał i wydał kilka tomów wspomnień z więzienia, gdzie znalazł się na początku lat siedemdziesiątych po głośnym procesie o zabójstwo i rabunek dokonane przez niego wraz ze swoim kochankiem na Starówce warszawskiej.
Czas odsiadki skrócił mu Roman Bratny, który poproszony o pomoc przez Krzysztofa Zanussiego, oczarowanego pisarstwem Jurka, przemyconym zza krat, użył swoich towarzyskich kontaktów na szczytach władzy, a konkretnie u generała Czesława Kiszczaka. Mieszkałem wtedy jeszcze w rodowitym Lublinie i co najmniej raz w miesiącu przyjeżdżałem na kolegia redakcyjne do Warszawy. Zazwyczaj nocowałem wtedy u Jurka w jego lokum na Nowym Świecie.
Jurek miał obsesję na punkcie zachowania młodego wyglądu, ćwiczył intensywnie, dbał o cerę, co sprawiało, że mimo dojrzałego wieku (miał już w tym okresie po sześćdziesiątce) nie wyglądał na swoje lata, na co miała wpływ także jego nieco cherubinowa blond uroda. Jurek przyjechał z kolei do Lublina na operację plastyczną, którą opłaciła mu jedna z ważnych telewizji w zamian za możliwość sfilmowania jej i wtedy zanocował u mnie. Jesienią 1995 roku pojechaliśmy razem, w ramach szerszej grupy, na doroczny, kilkudniowy zjazd Humanistische Deutsche Verband (Niemieckiego Związku Humanistycznego) do Berlina, a w naszej grupie był także Piotr Gadzinowski, z którym przewędrowałem wiele godzin po stolicy Niemiec. Podczas któregoś ze śniadań hotelowych siadłem przy stole z Jurkiem i z pewnym profesorem filozofii, starszym od Jurka zaledwie o cztery lata, ale wyglądającym bardzo sędziwie. Gdy profesor snuł w pewnym momencie wspomnienia z czasów powstania warszawskiego, Jurek odwzajemnił mu się wspomnieniem z handlowych wizyt z matką w getcie warszawskim. Profesor spojrzał na niego ze zdumieniem. Zapytał Jurka, czy ten nie zmyśla, bo wygląda na człowieka urodzonego już po wojnie.
Operacje i starania Jurka dały więc, niczym eliksir młodości, oczekiwany przez niego efekt. Z Jurkiem od 20 lat nie mam kontaktu, nie ukazują się jego książki, gdzieś dla mnie zniknął. Od czasu do czasu oglądam go tylko w dość często powtarzanym filmie telewizyjnym „Błękitny pokój” nakręconym przez Janusza Majewskiego, gdzie Jurek zagrał w parze z Polą Raksą. Widuję go też w „Godzinie pąsowej róży” Hanny Bielińskiej, gdzie zagrał u boku Elżbiety Czyżewskiej.
Barbara Stanosz
Była nieformalną redaktorką naczelną wspomnianego wyżej wolnomyślicielsko-racjonalistycznego miesięcznika, a później kwartalnika „Bez dogmatu”.
Spotykaliśmy się na kolegiach w redakcyjnym pokoiku przy ulicy Twardej 18. Barbara była profesorką filozofii i specjalizowała się w logice języka. Była bardzo uczona i miała umysł ostry jak brzytwa. Była nie tyle antyklerykałką, ile namiętnym wrogiem religii. Uważała ją za „obelgę dla rozumu ludzkiego” i fakt, że religia w ogóle istnieje był dla niej niebywale skandaliczny, nie mogła się pogodzić z taką aberracją. Wręcz płonęła żarem antyreligijnym.
Nawet ja, także ateista, byłem daleki od aż tak namiętnej niechęci do religii. Mimo swojego antyfideizmu Barbara nie była hedonistką, żyła po spartańsku, ascetycznie, jedyną jej przyjemnością natury fizycznej były papierosy, których dziennie spalała jakieś trzy paczki, a jadała jak wróbelek. Szkoda, że nie dożyła czasów, w których Kościół katolicki w Polsce chwieje się w posadach z powodu afer pedofilskich, arogancji, chciwości oraz innych nadużyć, a młodzież w większości odwróciła się od niego. Wtedy, ćwierć wieku temu, było to trudne do wyobrażenia.
Kościół był na fali wznoszącej, miał papieża Wojtyłę, religię w szkołach, zakaz aborcji i wszelakie przywileje finansowe. Istniał wprawdzie popularny tygodnik „Nie”, ale to zasadniczo nie zmieniało układu sił. Gdy spotykaliśmy się w redakcyjnym pokoiku, miałem poczucie, że niszowe (1000 egzemplarzy nakładu), teoretyczne, chłodne pismo nie ma nawet szans konkurować z satyrycznym pismem antyklerykalnym opartym na społecznym konkrecie.
Miałem też poczucie, że jesteśmy niszowym kręgiem bez praktycznego znaczenia wobec walca politycznego klerykalizmu. Czy cieszyłaby ją obecna sytuacja? Chyba nie, bo była bardzo wymagająca i sam fakt, że Kościół ciągle trwa, a ciągle wielu ludzi chodzi na nabożeństwa, był dla niej „zgorszeniem i głupstwem”, skandalem. Barbara była bardzo uczona i przenikliwa, ale pomyliła się w jednej ze swoich prognoz, którą opublikowała w „Gazecie Wyborczej”, tuż po wprowadzeniu zakazu aborcji w styczniu 1993 roku.
Stwierdziła wtedy pesymistycznie, że Kościół wychowa sobie posłuszne jego władzy pokolenia i to utrwali się, spetryfikuje na długie dziesięciolecia, może nawet na zawsze.
Nie przewidziała (nikt nie przewidział) w tym tekście antyklerykalnego buntu młodzieży z lat 2016 – 2020, fali laicyzacji, ale też trudno było wtedy o to, bo o wielu okropnościach kościelnych nie wiedzieliśmy. Mimo to żałuję, że już jej nie ma i nie mogę jej zapytać, co o tym wszystkim myśli.
Jan Baszkiewicz
To od lektury jego biografii Robespierre’a zaczęła się moja fascynacja historią Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Była tak silna, że zapragnąłem Profesora poznać.
Był wyrafinowanym intelektualistą o silnym zmyśle ironii, poczucia humoru i bajecznym erudytą. W jego sposobie bycia i mówienia, w typie poczucia humoru było coś francuskiego, wykwintnego w dawnym stylu. Umysł miał – nazwę to tak – wolteriański. Umówiony, zapukałem do jego wypieszczonego, pełnego książek warszawskiego mieszkania przy Świętojerskiej, nieopodal Starego Miasta.
Po dłuższej rozmowie zaprosił mnie na obiad do „Bazyliszka” i zaczął opowiadać o rewolucjonistach francuskich, o jakobinach i innych tak plastycznie i barwnie, jakby byli jego starymi znajomymi. Przez szereg lat korespondowaliśmy, a ja czytałem jego kolejne książki: „Dantona”, „Rewolucję Francuską 1789-1794”, „Francuzów 1789-1794. Studium świadomości rewolucyjnej” i inne.
Do końca życia był konsekwentnym człowiekiem lewicy, a lewicowość traktował integralnie. Gdy ja w latach osiemdziesiątych patrzyłem na ruch „Solidarności” z boku, ale z różnych powodów nie bez pewnej sympatii (choć daleko od entuzjazmu) profesor otworzył mi oczy na wiele spraw w tej mierze.
Ale i on, tak przenikliwy analityk życia politycznego (zawsze przez pryzmat historii) pomylił się w prognozie co do przyszłości. Nasze wspomniane spotkanie miało miejsce w czerwcu 1980 roku, na kilka tygodni przed wydarzeniami sierpniowymi na Wybrzeżu.
Kiedy go wtedy zapytałem czy przewiduje wybuch protestów, powiedział, że nie, bo „obecne społeczeństwo to worek kartofli”.
Od lat, gdy słyszę, jak ktoś autorytatywnie mówi, że coś się zdarzy albo nie zdarzy, przypominają mi się słowa profesora Baszkiewicza.

Kapsułki pamięci

Lech Wałęsa
Skoro mamy sierpień (i przy okazji Sierpień), to nieco o Lechu Wałęsie. Otarłem się o niego (to chyba najlepsze słowo w tym przypadku) trzy razy, acz nigdy jako z przywódcą „Solidarności” czy prezydentem, lecz już w czasach, gdy w jednym i drugim był „eksem”, acz niezmiennie aktualnym noblistą. Dwa razy dziennikarsko i raz prywatnie. Po raz pierwszy w Lublinie w roku 2000, gdy zjechał tu z jakiejś okazji, już nie pamiętam jakiej, na pewno politycznej. Miał mi udzielić wywiadu jako dziennikarzowi lokalnego „Dziennika Wschodniego”. Odpowiednio wcześnie, nie bez tremy, pojawiłem się w pałacu Radziwiłłów, gdzie miał „kwaterę”. Po chwili czekania wpuszczono mnie przed oblicze Dostojnego Gościa, Legendarnego, Znanego Przez Cały Świat Przywódcy, Wodza „Solidarności” („We the people”), Laureata Pokojowej Nagrody Nobla etc, etc, etc., więc aż dziw, że nogi się pode mną nie ugięły. Lech Wałęsa siedział za biurkiem, bardzo naburmuszony, nie spojrzał na mnie, oczy miał skierowane na podłogę lub na czubki butów. Był wyraźnie zły, nie w humorze, co nie wróżyło dobrze rozmowie. Zadałem mu kilka przygotowanych uprzednio pytań, na które odpowiadał krótko, warkliwie, jakby zniecierpliwiony, trochę „na odpieprz”. W pewnym momencie, już na zakończenie rozmowy, nieopatrznie zadałem mu pytanie o kłopoty z synem Przemysławem, o których dziś już pewnie mało kto pamięta. To był ten jeden moment, gdy mój Wielki Rozmówca podniósł głowę i spojrzał mi w oczy, z irytacją, po czym rzucił: „Panie, masz pan jedno dziecko, masz pan jeden kłopot, masz pan ośmioro, masz pan osiem kłopotów”. Na tym rozmowa się zakończyła. Kilka lat później, moje drugie otarcie się o Lecha Wałęsę nie doszło do skutku, choć było umówione przez jego biuro w Gdańsku. To miał być wywiad na temat relacji polsko-rosyjskich, o który zwrócił się do mnie redaktor Witold Filler dla redagowanego przez siebie wtedy pisma. Redaktor Filler wysłał mnie nawet w tym celu do Gdańska „w delegację”, ze zwrotem kosztów podróży i skromną dietą. Dwa dni wcześniej uzyskałem zgodę i w piękny, słoneczny, letni, wczesny poranek, wyruszyłem, w białej koszuli, z Gdańska-Wrzeszcza, gdzie nocowałem, aby pojawić się w biurze Wałęsy w „Zielonej Bramie” przy gdańskiej starówce. Gdy zbliżałem się do stacji kolejki EKD, zadzwonił telefon i bardzo kulturalna pani mecenas poinformowała mnie w przepraszającym tonie, że „pan prezydent odwołał wywiad”. Dodała przy tym, jakby chciała się przyjaźnie usprawiedliwić, że „pan prezydent przyszedł na chwilę, był zdenerwowany, szybko wyszedł i zamknęliśmy biuro na klucz”. Po raz trzeci otarłem się o Lecha Wałęsę dwa lata temu, 31 sierpnia 2019, pod Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku. Byłem tego dnia na wycieczce w Trójmieście i korzystając z okazji, jaką była historyczna data, udałem się tam w nadziei napotkania jakichś ciekawych postaci i zdarzeń. Minąłem abepe Głodzia, otoczonego jakimiś solidarnościowymi zakapiorami, odprawiającego modły pod pomnikiem Poległych Stoczniowców, po czym po chwili ujrzałem sunącą z wolna gęstą grupę osób, w tym parlamentarzystów Platformy Obywatelskiej, otaczającą … Lecha Wałęsę, który szedł w przyodziany w koszulkę z napisem „konstytucja” i w słonecznych okularach, z różowymi szkłami. Pojawiło się sporo gapiów z zamiarem zrobienia sobie z Wałęsą sweet-foci. Pomyślałem, że i ja się załapię. A że byłem w towarzystwie mojego pieska-kundelka Frędzelka vel Miśko, spróbowałem ustawić się do fotki z nim na rękach, tak by znaleźli się na niej: Lech Wałęsa, Miśko i ja, ale – chyba – ochroniarz mi tego zabronił kategorycznym gestem. Postawiłem więc pieska na chodniku, ale wtedy Miśko zaszczekał przenikliwie, przestraszony tłumem, na co Lech Wałęsa niemal odskoczył z okrzykiem: „Ugryzie mnie” i ze sweet-fotki wyszły nici.
Jerzy Antczak
Nie ja jeden ogromnie cenię Jerzego Antczaka jako artystę, wybitnego reżysera. Ogromnie lubię go także jako człowieka. Jego namiętną serdeczność, żarliwość życia, jakiś rodzaj staromodnego idealizmu i romantyzmu. Sam zresztą powiedział mi w udzielonym mi kilkanaście lat temu wywiadzie, że „żyje w romantycznym świecie”. Nasze spotkanie zaowocowało miłą, przyjacielską zażyłością i kilkoma spotkaniami przy okazji przyjazdów pana Jerzego do kraju z USA, z Kalifornii, gdzie mieszka przeszło 40 lat z żoną, wybitną aktorką, panią Jadwigą Barańską. Przez lata utrzymywaliśmy stałą korespondencję mejlową, acz ostatnio jakoś straciłem z nim kontakt (pan Jerzy w tym roku ukończy 92 lata). Planowaliśmy nawet wspólną książkę-wywiad-rzekę, ale do tego nie doszło, bo pan Jerzy postanowił sam napisać swoje (drugie) wspomnienia, tym razem poświęcone aktorom (głównie), z którymi pracował. Książka miała mieć tytuł „Jak ja ich kochałem”, pan Jerzy sygnalizował mi, że ją pisze, ale jak dotąd (o ile mi wiadomo) się nie ukazała i nie wiem co będzie dalej. Swego czasu powiedziałem panu Jerzemu, że choć i on sam i widzowie i krytycy najbardziej z jego dzieł filmowych cenią „Noce i dnie”, to moim ulubionym jego filmem jest „Hrabina Cosel”. Lubię ten bardzo dobrze zrobiony film, dynamiczny, zwłaszcza jak na owe czasy (1968), świetnie zagrany, wystawny, sugestywny romans historyczno-przygodowy. Lubię go także dlatego, że dzięki niemu w chłopięctwie odkryłem, że poetyka kina „płaszcza i szpady” to nie tylko francuska specjalność, ale że i historia Polski też z „płaszczem i szpadą” (i falistą peruką męską) miała coś do czynienia. „Hrabina Cosel” została zresztą przez Antczaka zrealizowana w stylu pokrewnym temu gatunkowi, modnemu jeszcze wtedy we Francji („Garbus”, „Serce i szpada”, „Trzej muszkieterowie”). Ku mojemu zdziwieniu, pan Jerzy powiedział mi, że nie ma z tym filmem zbyt miłych wspomnień, głównie z powodu jakiegoś prywatnego nieporozumienia z jednym z odtwórców głównych ról. Pan Jerzy jest wspaniałym gawędziarzem i wiele takich gawęd zawarł w książce „Dni i noce mojego życia”. Ponieważ jednak poświęcona ona była głównie realizacji jego najsłynniejszego dzieła, nie ma w niej historyjki z czasów jego częstochowskiego, okupacyjnego dzieciństwa. Ponieważ jego ojciec był ważną figurą akowskiej konspiracji w Częstochowie, młody Jurek mimochodem stykał się z działalnością ojca. Jak mi opowiadał, do ich domu przychodziło mnóstwo osób, często „dziwnych figur”, grano w karty, handlowano, popijano też i wszystko to – zauważył pan Jerzy – bardzo odbiegało od stereotypowego wyobrażenia o tym, jak wyglądała konspiracja, czerpanego z książek i filmów. To był „istny Grand Guignol” – spuentował pan Jerzy swoje wrażenia z tamtych czasów. Opisał mi też swoje wrażenia z makabrycznej sceny publicznego rozstrzelania przez Niemców młodej kobiety, nieopodal kościoła św. Zygmunta. Jako widz żałuję, że panu Jerzemu dane było zrobić w Polsce tak niewiele filmów, zwłaszcza w gatunku do którego miał świetną rękę, przygodowo-historycznego. Miał też jednak świetną rękę do Teatru Telewizji, w którym zrealizował m.in. – jako wielogatunkowiec – pięknego i mrocznego „Kordiana” Słowackiego, świetne spektakle humoresek Czechowa, klasykę horroru w postaci „Doktora Jekylla i pana Hyde” Stevensona , społeczno-polityczny „Notes” Skowrońskiego, czy „Cezara i Pompejusza” Montherlanta.
Xymena Zaniewska
W tej wersji zapamiętałem z dzieciństwa i młodości jej nazwisko z ekranu telewizyjnego, choć później pisała się jako Xymena Zaniewska-Chwedczuk. Czarująca dama o ujmującym sposobie bycia. Gdy ją odwiedziłem w domu przy Pilickiej na Mokotowie, miała już problemy z chodzeniem, na co pewnym remedium była zainstalowana w domu winda. Długo wypytywałem panią Xymenę o jej wspaniałą twórczość scenograficzną i kostiumową. Obdarzona wspaniałym smakiem estetycznym, była damskim arbitrem elegantiarum w tej dziedzinie. Ofiarowała mi piękny album swojego autorstwa o kabarecie Starszych Panów, do którego tworzyła scenografię. W pewnym momencie, a był to rok bodaj 2007, czas pierwszych rządów PiS, rozmowa zeszła i na braci Kaczyńskich. W pewnym momencie, komentując bardzo krytycznie ich poczynania, odniosła się do „estetycznego” aspektu tych postaci. I puentując swoje uwagi postawiła retoryczne pytanie: „Skąd oni się wzięli, do cholery!”. No właśnie, skąd oni się wzięli? Pytanie pani Xymeny pozostaje do dziś aktualne.

Mój dziennik politycznie niepoprawny

27 listopada 2013
Media doniosły, że Krzysztof Skiba, rocznik 1963 – lider zespoły „Big Cyc”, rockman i komentator; postać barwna, celebryta z pewnością, został odznaczony przez Prezydenta RP Orderem „Wolności i Solidarności”. Odznaczenie jest przyznawane „za zasługi w zwalczaniu komunistycznej dyktatury”.
Skibie i kilkorgu innym ze środowiska bliskiego artyście ordery wręczył Prezes IPN. Odnotowałem komentarz odznaczonych, wygłoszony w przypływie satysfakcji zaraz po przypięciu, do mikrofonów i kamer. Nagrodzeni zgodnie stwierdzili, że wyróżnieni zostali za .. niestrudzoną walkę z komunizmem w Polsce, który był ich zdaniem „syfem”. Ze swej walki są dumni. Dla Skiby „syfem” szczególnym był okres lat osiemdziesiątych, bowiem przesiedział trzy miesiące w więzieniu w Kaliszu za rozdawnictwo nieprawomyślnych ulotek podczas festiwalu w Jarocinie w 1985 roku. Indagowany przez dziennikarza na okoliczność anarchistycznej, a więc robiącej państwu wbrew aktywność w czasach, których nie lubi, artysta nie bez dumy zauważa, że ta antypaństwową być nie mogła, gdyż jak odkrywczo stwierdził, państwo polskie wtedy nie istniało, był za to „ruski satelita”. Bezkompromisowość odznaczonego jest wsparta na myśleniu prostym jak konstrukcja cepa; ta ‘komuna” musiała być upiorna, skoro przez lata tolerowała anarchistyczne występy Skiby, podważającego jajcarstwem tzw. fundamenty socjalizmu. „Komuna” jakoś nie odesłała jajcarza – zgodnie z bolszewicką tradycją – na Sybir celem reedukacji.
Cały ten cyrk w wykonaniu Skiby, do czego ma prawo, zasmuca mnie i rozśmiesza zarazem. Odnotowuję je w tonacji nieco sarkastycznej, a więc mało poważnej. Postaram się dowieść dlaczego. Dodam, że swych przekonaniach jestem równie niezłomny jak odznaczony Skiba. Trudno nie zauważyć natchnionego antykomunizm artysty, bo go często i publicznie objawia, czyniąc to ze współcześnie modną satysfakcją. System przez Skibę ośmieszany poległ w 1989 roku więc, co by nie było, wojna skończyła się przed niemal ćwierćwieczem; wydawałoby się, że dawno temu. Czas jednak, miast przytłumiać dawne urazy, upuścić powietrza z walecznego ego artysty, stabilizuje je i dynamicznie objawia w medialnych występach, często przy okazji komentowania czegoś tam. Teraz zostało ono pokrzepione państwowym orderem.
Nie neguję jakiejś tam powagi oraz zasadności odznaczenia, zauważam jedynie jaskrawą w wielu przypadkach asymetrię pomiędzy rzeczywistymi zasługami nim obdarowanych a realnymi krzywdami, jakich rzekomo doznali za przyczyną … „komunistycznej dyktatury”.
Posilę się tu wywodem Stanisława Cioska spisanym w jednym z prasowych wywiadów. Odnosząc się do stanowiska ciągle aktywnego odłamu zwycięskiej „Solidarności”, coraz bardziej agresywnego w portretowaniu dawno minionej „komuny”, zasłużony polityk lewicy zauważa metaforycznie: „- żeby ludzie uwierzyli, że św. Jerzy zabił smoka i by było to bohaterstwo, to smok musiał być jak najstraszniejszy i jak najbrzydszy. Wtedy św. Jerzy stawał się bardziej bohaterski i coraz bardziej święty”.
Okres trzech dziesięcioleci, począwszy od las sześćdziesiątych minionego wieku, cechowały w Polsce bujny i wielce dojrzały wykwit muzyki młodzieżowej. Był on z natury rzeczy niezależny, nie podlegał szczególnej presji ze strony władz, pomimo że dystrybucja owoców twórczości pozostawała w rękach państwowych. Niektóre fragmenty twórcze pewnych zespołów i solistów wybiły się na „legendę”. Część kompozycji uchodzi do dziś za kultowe, po części w związku z czytelnymi, niemiłymi władzy tekstami, walonymi aluzyjnie czy też niemal wprost. Wydawało by się, że oryginalna dynamika i różnorodność polskiego rocka tamtego czasu winna – zgodnie z logiką – zaświadczać o swobodzie twórczej tekściarzy, zespołów i wokalistów, a w każdym razie o zasadniczo sporym jej marginesie. Z tego co wiem, ingerencje cenzorskie w śpiewane teksty, jakkolwiek się zdarzały, nie były częstymi, „represje” władz zaś polegały na epizodycznym ich sekowaniu z publicznego obiegu, przy tym nie towarzyszyły temu jakieś szczególne dolegliwości serwowane autorom i bardom wyśpiewującym poetykę władzy niemiłą. Aktywność cenzury nasiliła się w stanie wojennym, wiec w latach tzw. „konspiry”, kiedy wykwit śpiewanego protestu nabrał walecznej dynamiki. Nie słyszałem jednak, aby twórcom nieprawomyślnych tekstów oraz ich wykonawcom wyrywano paznokcie. Przeciwnie, obnosząc się ze swoim „anty”, niczym specjalnie, poza nielicznymi wyjątkami, nie ryzykowali. Trzeba sporo wyobraźni i duchowego zakręcenia, aby uznać je za szczególnie bohaterskie – niemal martyrologiczne – bo taki wymiar usiłuje się im współcześnie nadać. Są co najwyżej godne „kombatanckich” wspominków części środowiska dinozaurów rodzimego rocka, któremu, w walecznym nurcie Skiba zdaje się przewodzić. Stąd już tylko krok do dowodzenia, że młodzieżowa twórczość muzyczna – swoisty fenomen tamtych lat PRL-u – była zasadniczo inspirowana niechęcią do „komuny”. Bzdura !. Wychodzi więc jakoś tak głupio, że bez posilania się wstrętem do „reżimu” nasz rock byłby co najmniej zubożony o utwory inspirowane buntem przeciw chwiejącemu się w posadach systemowi; kto wie, może zwyczajnie zdechłby z braku duchowej pożywki. Jest kuriozalnym windowanie przez niektórych festiwalu w Jarocinie do rangi wydarzenia politycznego w pierwszej kolejności, mającego zasadniczo na celu uprzykrzenie życia rządzącym.
Ponieważ facet (Skiba) został wykreowany przez media – zwłaszcza TV – za żywy autorytet od wszystkiego – nie przeczę, że zdarza mu się zdrowo myśleć – krzywienie się na Skibę jest dziś ryzykownym. Wzmocniony prezydenckim ukrzyżowaniem artysta dołączył do grona najbardziej zasłużonych kombatantów walecznej konfrontacji z komunizmem. Chwalebna amatorszczyzna na polu niestrudzonej walki, z którą się przy każdej okazji obnosił, została zadekretowana więc o parę punktów wyżej, i przybliżyła Skibę do grona najbardziej bitnych i zasłużonych. Trzeba jednak przyznać, że swe „kombatanctwo” artysta traktuje z pewnym dystansem.
Głos odznaczonych o „syfie” w komunie nie może urażać, gdyż mieści się w kanonie demokracji – każdy może gadać co chce, nawet dyrdymały, Skiba również. Ja po prostu uważam ten język za głupi i populistyczny – pod niewymagającą publikę. Oczywiście nie brakuje klakierów zapatrzonych w Skibę, podzielających jego strzelistą puentę o „syfie”. Z drugiej strony, wielu dystansuje się od takich skrajności, pozostając przy tym w mnogich aspektach krytycznym wobec tamtej Polski. Do nich należę. Sprawa jest mym zdaniem częścią myślowego zbioru z rzędu nieprostych i jak się chce o niej gadać warto się przygotować do tematu. Być może Skiba przy tak poważnej okazji poważnie gadać nie zamierzał, bo i po co, jak można na modłę młodzieżową – odznaczony ma już dzięki Bogu pięćdziesiątkę – walnąć z grubej rury, płynąc z prądem, a więc z zachowaniem politycznej poprawności, z niezmąconą wiarą w sprawę, za którą „upuszczał krwi” w kaliskim więzieniu. Nie wykluczone, że nadal, nie mogąc oderwać się od ducha walki, Skiba anarchizuje, tyle że inaczej.
Oczywiście nie sposób negować faktów. Więzienna represja, której padł ofiarą w roku1985, należy do świata realnego. Te i podobne uciążliwości, niekiedy bardziej bolesne, obciążają miniony system i sprawiają, że postawa naszego rockmana była w tamtym czasie jakąś wartością. Nie akceptuję jedynie płynących z tego wniosków, które deprecjonują i sprowadzają do zera (skoro to był „syf”) liczne zasługi powojennego pokolenia jako całości. Te zaś, działając w najlepszej wierze, z pobudek jak najbardziej patriotycznych, włączyło się w rozmaite nurty życia wspierającego ludowe państwo – jedyne jakie było. Należę do ogromnej rzeszy „cichych”, którzy się nie godzą na totalne potępienie drogi życiowej rodziców i dziadków, a także w jakiejś części swej własnej. Działaliśmy i pracowaliśmy dla Polski motywowani patriotyzmem, tak jak ten patriotyzm rozumieliśmy. Czyniliśmy to daleko bardziej bezinteresownie od współczesnych nauczycieli, czy epizodycznych interpretatorów historii: rozmaitych gwiazd medialnych, dyżurnych historyków, celebrytów, od których roi się w szeroko rozumianej publicystyce. Jest oczywistym, że mają prawo mieć swoje zdanie, nawet jeśli ono nie przystaje do mego. Nie może jednak być tak, aby liczyło się wyłącznie to ich, bo taka sytuacja oznacza manipulacje, z tą zaś mamy w sposób oczywisty i bezczelny do czynienia.
Tak na marginesie całej sprawy pytam: co to był za „reżim” skoro pozwolił Skibie, mimo iż był jego natchnionym wrogiem, zdać państwową (reżimową) maturę a potem ukończyć państwowe (reżimowe) studia ukoronowane magisterium (pewnie też reżimowym) w 1989 roku, a więc … w czasach „syfu”. W „ponurej komunie”. .

Kapsułki pamięci

Anna Polony
Kilka ładnych lat temu starałem się o wywiad z Anną Polony. Bezpośredniego kontaktu do tej wybitnej aktorki nie miałem, ale udało mi się uzyskać kontakt pośredni. Niestety, mój zamiar się nie powiódł, przekazano mi informację, że nie będzie możliwości spotkania z panią Polony, mimo jej kilkudniowej, przy okazji gościnnych występów, obecności w Warszawie. Jakiś czas ponowiłem próbę będąc w Krakowie, tą samą drogą, ale i tym razem nic z tego nie wyszło. Oczywiście żałowałem, ale uczuciu temu towarzyszyła, paradoksalnie, szczypta ulgi, bo trochę się spotkania z panią Polony, wielką aktorką scen krakowskich i polskich „bałem” (choć nie to, żeby jakoś przesadnie) mając pewne, zaczerpnięte z różnych przekazów wyobrażenie o jej ciętym języku i nieco apodyktycznym, władczym sposobie bycia. Nie bez wpływu na moje wyobrażenia była także postać „heterowatej” Anieli Dulskiej w spektaklu, apotem serialu Andrzeja Wajdy „Z biegiem lat, z biegiem dni”, jedna z najbardziej znanych ról pani Polony. Pamiętałem też o władczej Muzie, którą kreowała w legendarnych krakowskich „Dziadach” mickiewiczowskich w inscenizacji Konrada Swinarskiego. Wyobrażałem sobie, tym rodzajem trochę naiwnego wyobrażenia, że siedzę przy stoliku kawiarnianym z wytworną damą w kapeluszu i prowadzę wywiad, pełen napięcia by nie wystawić się na jakiś zjadliwy sztych rozmówczyni. To być może do pewnego stopnia objaw „pokoleniowy”, jako że należę do tej generacji widzów, wśród której jeszcze zdarza się odnoszenie się do wielkich postaci artystycznych z respektem niczym do osób „półboskich”. Zwłaszcza do takich Dam teatru jak Anna Polony. Mam natomiast wrażenie, że przedstawiciele młodszych generacji rzadko odznaczają się tego typu obiekcjami. Kilka lat temu, jesienią 2015 roku, pojawiła się kolejna szansa na kontakt z panią Polony. Pracowałem wtedy jeszcze w TVP (przed sczyszczeniem w ramach szerokiej czystki 2016 roku) i zajmowałem się Teatrem Telewizji, tzn. przygotowywałem serwisy krótkich wywiadów z twórcami spektakli, w tym z aktorami, przeprowadzanych na planie podczas nadarzających się przerw. Anna Polony przyjechała do Warszawy, żeby zagrać jedną z głównych ról w „Domu kobiet” Zofii Nałkowskiej. Jednak po dwóch poprzednich niefortunnych próbach nie liczyłem na wiele, może poza kilkoma zdaniami, jako że plan realizacyjny, podobnie jak plan filmowy, z jego zabieganiem, pośpiechem, nerwowością, nie sprzyja spokojnej, a tym bardziej dłuższej rozmowie. Plan realizowany był nie w dekoracjach studia przy Woronicza, ale w przedwojennej chyba willi w jakiejś podwarszawskiej miejscowości typu Konstancina, a może to był Konstancin, nie pamiętam. Korzystając z pierwszej nadarzającej się okazji zbliżenia się do pani Polony podczas przerwy między ujęciami, zapytałem ją czy zgodzi się na rozmowę. Nie zareagowała odmownie, ale na tyle zdawkowo i nie bez nuty roztargnienia, że nie wzbudziło to we mnie dużej nadziei. Wreszcie, po co najmniej dwóch godzinach, ogłoszono przerwę obiadową. Podszedłem ponownie do pani Polony, ale ponieważ zareagowała tak, jakbym całkiem niedawno nie pojawił się przed jej obliczem, więc moje nikłe nadzieje jeszcze osłabły. Miejsce kateringu było dość daleko usytuowane od willi, więc pani Polony, ubrana w prywatną, swobodną garderobę, narzuciwszy na plecy jakąś kurtkę (był jesienny chłód) została zaproszona do busa, do którego i mnie „psim swędem” udało się dostać tylko dlatego, że chytrze udałem, że towarzyszę jej zgodnie z jej wolą i to „służbowo”. Taka niewinna, trochę szwejkowska sztuczka. Po kilku minutach zajechaliśmy na miejsce. Towarzyszyłem pani Polony krok w krok, niczym „paź królowej”, ciągle nie będąc pewnym osiągnięcia celu. Katering, czyli – mówiąc po ludzku – obiad, składający się z dwóch zdań i deseru serwowano w innym z kolei pojeździe, też w czymś w rodzaju busa. Owe okoliczności kulinarne nie wróżyły dobrze mojemu celowi, bo taki obiad to nie okazja do umówionej rozmowy w eleganckiej restauracji, ale spożywanie w ścisku, ciasnocie, metodą chałupniczą, „ambulatoryjną”, w asyście pokaźnego grona osób, z których każda czegoś chce, gdzie panuje rozpraszający harmider, ruch, rozmowy i presja czasu. Czarno więc to widziałem, zwłaszcza, że z dzieciństwa wyniosłem naukę, że „przy jedzeniu się nie rozmawia”. I ciągle wydawało mi się, że nie uchodzi przeszkadzanie takiej Damie przy posiłku, zwłaszcza takiej Damie, co do której nie miałem pewności, że nie odprawi mnie w każdej chwili pod jakimkolwiek pretekstem. Innymi słowy – wszelkie okoliczności zdawały się działać przeciw mnie. Pani Polony wybrała dania z karty, a kiedy zasiadła nad pierwszym z nich, przed plastikową miseczką i plastikowymi sztućcami, spojrzała na mnie, po raz pierwszy uważnie, a nawet badawczo i powiedziała łagodnie: „No to proszę pytać”. Zacząłem zadawać pytania, moja Rozmówczyni odpowiadała, i tak mijała minuta za minutą. Kiedy upłynął kwadrans zacząłem odczuwać presję „tajmingu”, choć i tak uważałem, że udało mi się uzyskać nadspodziewanie duży kęs czasu. Pani Polony rozmowy jednak nie przerywała, a na moje kolejne pytania odpowiadała zupełnie obszernie, nie przejawiając przy tym oznak pośpiechu. Jednak po jakichś 20-25 minutach zaczęły się znane mi, i zawsze denerwujące, a przy tym rozpraszające, próby położenia kresu rozmowie. Co rusz podchodziły jakieś osoby z ekipy, rzucały słówka o „kończeniu”, coś mówiły do pani Polony, stwarzały atmosferę rozpraszającego zdenerwowania i rzucały mi spojrzenia ponaglające, pełne nagany, że „zabieram czas”, słowem – „pchały się między wódkę a zakąskę”. Miałem w tym już pewne doświadczenie, więc postanowiłem nie reagować, zdając się w tej sytuacji całkowicie na moją znakomitą Rozmówczynię. W pewnym momencie, gdy „pressing tajmingowy” stawał się coraz bardziej natarczywy i zaczął przeszkadzać w formułowaniu wypowiedzi samej pani Polony, podniosła głowę i dość srogim, nie znoszącym sprzeciwu tonem zażądała, aby „nam nie przeszkadzano”. Najwidoczniej autorytet Wybitnej Damy Sceny sprawił, że namolny pressing w okamgnieniu ustał i rozmawialiśmy jeszcze przez kolejne blisko pół godziny. I tylko od czasu do czasu, rzuciwszy kątem oka na otoczenie, widziałem w oczach ekipy kierowane na mnie spojrzenia ostre jak sztylety. W końcu „zabierałem” im ich czas pracy, opóźniałem moment zakończenia dnia roboczego, a było już późne, listopadowe popołudnie. I tak oto udało mi się, w tych trudnych warunkach, przeprowadzić „pełnokalibrowy” wywiad, zadać wszystkie zaplanowane pytania. I nawet to nie pani Polony dała znak do zakończenia rozmowy, lecz ja „zmiłowałem” się nad otoczeniem i postawiłem ostatni akord. Jaki z tego wniosek? W takich sytuacjach nie trzeba być „miękiszonem” i nie dać się pokonać w „pojedynku na miny”. I że w towarzystwie Wybitnej Damy Teatru można się czuć bezpiecznie nawet w takich nieprzyjaznych, paździerzowych okolicznościach, przy posiłku podawanym w jednorazowych, plastikowych naczyniach, pośród ścisku, zaduchu i hałasu.

Alicja Pawlicka
Z panią Alicją rozmawiaem natomiast w warunkach komfortowych, w cichej kawiarni w „Promie Kultury” na warszawskiej Saskiej Kępie. To także Dama Sceny, pokoleniowo bliska Annie Polony, ale o usposobieniu pozbawionym władczości, bardzo stonowana, skromna, mówiąca bardzo oszczędnie o swojej długiej karierze aktorskiej na scenie warszawskiego Teatru Polskiego, gdzie zagrała dziesiątki ról. Ma na swoim koncie także wiele ról filmowych. Ja ją najbardziej zapamiętałem w roli Laury w telewizyjnym „Kordianie” Juliusza Słowackiego, w reżyserii Jerzego Antczaka (1963), w duecie z Ignacym Gogolewskim. Chętniej jednak niż o swojej aktorskiej pracy opowiadała mi o swoim nieżyjącym już mężu, Janie Suzinie, sławnym spikerze Telewizji Polskiej i obdarzonym wspaniałym głosem lektorze filmów emitowanych na „srebrnym ekranie”. Na spotkanie przyniosła maszynopis wspomnień męża i zgodziła się pożyczyć mi je na kilka dni. Są naprawdę bardzo interesującym i barwnie napisanym przyczynkiem do dziejów polskiej telewizji. Niestety, do tej pory nie zostały wydane, a szkoda.

Kapsułki pamięci

Ryszard Filipski
To była kiedyś postać i nazwisko elektryzujące. Ryszard Filipski był utalentowanym aktorem emanującym z ekranu prawdą i siłą, a także reżyserem, ale nie to przede wszystkim decydowało o nośności jego nazwiska. Od połowy lat sześćdziesiątych współtworzył w PZPR niewielkie, ale wpływowe środowisko o nastawieniu nacjonalistycznym, przez niektórych określane jako „nurt narodowy w partii” i łączone niejednokrotnie z postacią Mieczysława Moczara. Pismem bliskim temu nurtowi był w pewnym okresie tygodnik „Ekran”. Filipski założył w Krakowie-Nowej Hucie polityczny teatr „RF”, w którym prezentował, m.in. w postaci monodramów, treści o charakterze antyniemieckim (n.p. głośny „Raport z Monachium” Andrzeja Brychta), a zdarzały się także zawoalowane akcenty antysemickie. Głośny był jego proces sądowy przeciwko rysownikowi Andrzejowi Czeczotowi, który opublikował w tygodniku „Literatura” rysunek postaci przypominającej Filipskiego, wyposażonej w pejcz i puszkę z cyklonem B. Rysunek opatrzony był napisem „Teatr Ludowy w Nowej Hucie”, którego dyrektorem był w tym czasie Filipski. Jego powierzchowność i sposób bycia predystynowały go w filmach do ról „mocnych”, brutalnych postaci, niejednokrotnie oficerów różnego autoramentu, ze słynnym majorem Hubalem w filmie Bohdana Poręby na czele. Zagrał też n.p. gestapowca Schabe w „Stawce większej niż życie” czy Komendanta Głównego AK generała Grota-Roweckiego w telewizyjnym widowisku Grzegorza Królikiewicza „O coś więcej niż przetrwanie”. Zagrał też wachmistrza Sorokę, nieodłącznego sługę Kmicica w „Potopie” Jerzego Hoffmana.
Naocznie widziałem go w Lublinie w roku bodaj 1979, dokąd przyjechał z monodramem „Timeo Danaos…”, który zagrał w miejscowym Międzynarodowym Klubie Książki i Prasy. Podczas występu, ubrany w sweter golf i szarą marynarkę, obficie palił papierosy marki „Carmen”, których bordową paczkę ciągle trzymał w dłoniach. W ciągu niewiele ponad godziny mocno zapełnił kryształową popielniczkę niedopałkami. Nic więc dziwnego, że na spotkanie z taką osobą (jesień 2003) wybierałem się nie bez dozy emocjonalnego napięcia i jednocześnie dużego zaciekawienia. Tym bardziej, że umawiając się na nią telefonicznie, w timbrze głosu mojego rozmówcy wyczułem rezerwę i nieufność. Gdy dotarłem kolejką do Ursusa, było już ciemno. Na miejsce spotkania Ryszard Filipski wyznaczył ponury bar piwny podrzędnej kategorii, usytuowany w pawilonie-baraku, jakich w tamtych czasach było mnóstwo. Gdy wszedłem do lokalu, mojego rozmówcy jeszcze tam nie było, pojawił się dopiero po kilku minutach. Na ogół uznałbym to za banalne, niewielkie spóźnienie, ale w tej sytuacji nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że chodziło z jego strony o rodzaj, jakoś specyficznie przez niego rozumianej, ostrożności.
Ubrany był w zieloną kurtkę typu wojskowego. Podczas pierwszego spotkania, choć tego i owego się dowiedziałem, nie udało mi się uzyskać wywiadu, mój rozmówca nawet nie pozwolił mi włączyć dyktafonu. Przypuszczam, że testował, czy może mi zaufać. Test musiał chyba jednak wypaść pozytywnie, bo zaproponował mi ponowne spotkanie, tym razem w jego mieszkaniu w Ursusie. Było to skromne, ciasne lokum, w którym mieszkał ze znacznie młodszą żoną i niespełna rocznym synkiem. Podczas drugiego spotkania pan Ryszard był w stosunku do mnie już prawie serdeczny, więc był grunt do ciekawej rozmowy. Niestety rychło zauważyłem, że mój rozmówca niezbyt chętnie odpowiada na moje pytania o jego pracę aktorską, o role, o filmy w których występował, o własną pracę reżyserską, lecz uporczywie epatuje mnie poglądami politycznymi o silnym kolorycie nacjonalistycznym, chętnie pomstuje na „liberałów” i tym podobnych. Rzecz w tym, że znałem poglądy mojego rozmówcy, więc te enuncjacje niespecjalnie mnie interesowały.
Wydobycie natomiast jakiejkolwiek opowieści związanej z jego pracą artystyczną, z jego aktorskimi partnerami czy reżyserami, jakiejś środowiskowej anegdoty, szło mi jak z kamienia. Ja z kolei, aby nie zachęcać mojego rozmówcy do rozwijania ulubionych przez niego wątków, starałem się starannie omijać tematykę polityczną. Daremnie. Z czasem zacząłem odnosić wrażenie, że mój rozmówca usilnie chce mnie na swoje poglądy „nawrócić”, jako że swoje wywody snuł z prawdziwie misjonarską pasją. Nie wiem dlaczego to czynił, choć wiedział, że jestem z „Trybuny” i nie po drodze mi z jakimkolwiek nacjonalizmem czy antysemityzmem. Może miał w pamięci „marcowy” okres „Trybuny Ludu” z 1968 roku, gdy takie akcenty się pojawiały? A może mój brak jakiejkolwiek reakcji na jego opinie uznał za ich akceptację? W każdym razie zachęcony serdecznością okazywaną mi przez mojego rozmówcę przyjąłem jeszcze raz czy dwa zaproszenie do Ursusa, raz nawet na wiosenny spacer po okolicach. Zapraszał mnie też po tym, jak przeprowadził się do Konstancina, ale już nie skorzystałem, mimo że nawet mojego rozmówcę trochę polubiłem.
Bałem się jednak, nauczony doświadczeniem, że zamiast ciekawej opowieści aktora o interesującym dorobku, znów będę musiał wysłuchiwać monotematycznych monologów politycznych. W końcu więc nasze kontakty obumarły. Pan Ryszard wrócił natomiast na krótko do aktorstwa, grając policjanta w serialu „Kryminalni”. Czas robi jednak swoje i leciwy już aktor nie emanował na ekranie ową aktorską siłą z dawnych lat.
Bohdan Poręba
Zestawienie tych dwóch postaci jest jak najbardziej na miejscu, ale nie akurat dlatego, że połączył ich głośny „Hubal”, przez Porębę wyreżyserowany, lecz z uwagi na podobieństwo ich poglądów, choć nie tylko… Na wywiad zaprosił mnie Bohdan Poręba do swojego skromnego mieszkania w wielopiętrowym bloku przy praskiej ulicy Targowej. W odróżnieniu od nieufnego na początku Ryszarda Filipskiego, pan Bogdan przywitał mnie serdecznie, wręcz kordialnie.
Chętnie też snuł narrację, nie w pełni wprawdzie zgodną z treścią moich pytań, ale interesującą. Nad tematyką filmową, artystyczną dominowały w niej wątki polityczne, a raczej ideologiczne, nota bene właściwie tożsame z tymi, które wyrażał Filipski. Charakterystyczne było także i to, że kierował je do mnie z podobną „misyjną” pasją, jakby chciał mnie do nich przekonać. Postacią, która często pojawiała się w narracji pana Bohdana był Andrzej Wajda, któremu nie odmawiał talentu, ale któremu miał za złe jego wizję polskiej historii, jakoby niedostatecznie patriotyczną.
Podobnie jak w przypadku wcześniejszej rozmowy z Filipskim, unikałem podchwytywania tych wątków, bo interesowały mnie inne tematy, a pan Bohdan jako reżyser i doświadczony człowiek mający wiele do opowiedzenia, a nie jako komiwojażer mało sympatycznych mi poglądów. Udało mi się to średnio, podobnie jak w przypadku pana Ryszarda. Sprawy, konflikty polityczno-ideologiczne w środowisku filmowym dla obu były znacznie bardziej interesujące niż sprawy artystyczne. Byli w tym obaj tak konsekwentni, że tylko z wielkim wysiłkiem udało mi się „wydobyć” z moich rozmówców przynajmniej część interesujących mnie wątków.
Po drugiej, autoryzacyjnej rozmowie, pan Bohdan ofiarował mi poświęconą mu książkę, z nieco patetyczną dedykacją. Dlatego zdziwiłem się, gdy kilka tygodni później zadzwonił do mnie i zakomunikował, że uznał, że ja powinienem być autorem jego biografii. Podziękowałem mu za ten wyraz sympatii i uznania, ale zauważyłem, że przecież sam mi ofiarował książkę o sobie. Usłyszałem, że nie jest to jednak właściwa biografia, jedynie wprawka do niej. Pan Bohdan dość kategorycznym tonem domagał się ode mnie pozytywnego odzewu, jego propozycja, mówiąc pół żartem pół serio, przypominała wydanie rozkazu. Przy czym mojej pozytywnej deklaracji domagał się natychmiast, tu i teraz.
Powiedziałem, że z różnych powodów nie czuję się na siłach podjąć tego zadania, a ponadto na pewno takiego zobowiązania nie mogę podjąć się ad hoc, od razu, „w tej minucie”, że potrzebuję czasu do namysłu. Poprosiłem więc pana Bohdana, żeby zadzwonił do mnie za tydzień.
Kilka dni później, zamiast telefonu, doczekałem się czegoś innego. Niespodziewanie, w redakcji „Trybuny” przy ulicy Miedzianej pojawił się pan Bohdan w towarzystwie kilku młodych ludzi, którzy wnieśli kilka potężnych pudeł kartonowych wypełnionych rozmaitego rodzaju dokumentami, pismami, starymi scenariuszami, wycinkami prasowymi itd. – To jest dla pana panie Krzysztofie materiał do pracy nad książką – oświadczył tonem nie znoszącym sprzeciwu, po czym pożegnał się i oddalił. Przyznam, że kompletnie mnie zamurowało i nie zdobyłem się wtedy na żadną reakcję, ale nawet gdyby był we mnie okruch myśli, by podjąć się zadania nałożonego na mnie przez pana Bohdana, to tego rodzaju ruch ostatecznie mnie zniechęcił.
Po wielu miesiącach zadzwonił na mnie i zapytał jak idzie praca nad książką. Odpowiedziałem, że w ogóle nie idzie, bo nie zdecydowałem się jej podjąć. Dokumentację odwiozłem mu do domu, korzystając z pomocy redakcyjnego kolegi. Powitanie i pożegnanie w progu było chłodne.

Kapsułki pamięci

Bohdan Łazuka
Do niego, i w końcu także do piszącego te słowa, można odnieść frazę z piosenki mającej za refren pytanie: „jaka tego jest przyczyna, ty z Lublina, ja z Lublina”, choć w klasycznej wersji wykonania utworu, tym drugim z Lublina był piosenkarz Piotr Szczepanik, wykonawca niezapomnianych „Kormoranów” i „Żółtych kalendarzy”. Z Bohdanem od prawie dwudziestu lat jesteśmy po imieniu, ale od kilkunastu lat nie mamy możliwości tego praktykować, bo po raz ostatni spotkaliśmy się w 2009 roku na pogrzebie Witolda Fillera na Powązkach dawnych Wojskowych. Bohdan, przynajmniej z mojego punktu widzenia i z perspektywy tamtych czasów, należał do znanych mi osób najszybciej niwelujących dystans personalny, co jeszcze wtedy nie było w Polsce takie powszechne. Po kwadransie rozmowy byłem już dla niego „Krzysieńkiem”, choć u mnie, choćby z uwagi na dużą różnicę wieku, śmiałość odwzajemnienia tej formy zwracania się przyszła nieco później. Kiedy umówiliśmy się na wywiad, a rok to był bodaj 2003, Bohdan przyjechał nieco spóźniony, ale za to spóźnienie odrobinę mnie opieprzył, co zresztą przyjąłem z satysfakcją, bo nie każdemu jest dane być opieprzonym przez samego Łazukę. Trochę też „musztrował” mnie na początku rozmowy, jednak dość szybko pojaśniał, stał się przemiły, czarujący i tak już zostało. Później spotkaliśmy się kilka razy i za każdym razem podziwiałem dynamiczną, żywiołową osobowość Bohdana, jego żywotność, witalność, dowcip. Swego czasu pośredniczyłem w zaproszeniu go na jedną z imprez z okazji dorocznych dni Lublina, które odbywają się w sierpniu, z epicentrum na Starym Mieście, ale mimo że Bohdan zaproszenie przyjął, nie doszło do jego przyjazdu z powodu działania siły wyższej. Bohdan Łazuka! Legenda polskiej piosenki i estrady, ale także aktor pamiętny z niezapomnianych ról filmowych. Dorobek twórczy Bohdana jest tak ogromny i kolorowy, że czyni go jednym z tych artystów, do których szczególnie trudno jest dopasować jakiś jeden tytuł emblematyczny. Obrazki pamięci z nim związane, które najbardziej mi się w niej utrwaliły, to choćby Łazuka wykonujący, któryś ze swoich najsłynniejszych przebojów na bodaj pierwszym festiwalu polskiej piosenki w Opolu, w strugach deszczu, który spadał na głowę piosenkarzowi i publiczności kryjącej się wyłącznie pod parasolami, jako że dach jeszcze nad tamtejszym amfiteatrem jeszcze nie istniał. Utrwalił mi się też jako młody „ahystokhata” w komedii filmowej Stanisława Barei „Małżeństwo z rozsądku”, jako przemądrzały jogin w jednym z odcinków serialu telewizyjnego „Wojna domowa” Jerzego Gruzy, śpiewający w Kabarecie Starszych Panów, w brawurowym duecie z Barbarą Krafftówną, piosenkę „Przeklnę cię”, w komedii Tadeusza Chmielewskiego „Nie lubię poniedziałku”, w roli samego siebie czyli jako artysta Łazuka, bladym warszawskim świtem, w stanie „zawiania”, podpisujący autografem, na prośbę milicjanta, swój wizerunek na plakacie zdartym ze słupa ogłoszeniowego, a następnie wracający z imprezy trasą toru tramwajowego, czy jako aktor teatru rewiowego w „Hallo Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy” Janusza Rzeszewskiego. Jednak moje pierwsze zetknięcie się za zjawiskiem „Bohdan Łazuka” utrwaliło mi się w pamięci dzieciństwa jako widoczna na wystawie sklepu muzycznego na lubelskim Krakowskim Przedmieściu długogrająca płyta winylowa („long”), na której okładce widniało barwne zdjęcie Łazuki siedzącego na skuterze i tytuł najsłynniejszego z jego przebojów, „Bohdan, trzymaj się”. Bo Bohdan, jego osobowość i jego sztuka, to moje dzieciństwo i młodość, choć wtedy jeszcze nie byłem dojrzały do należytego docenienia wielkości i niepowtarzalności tego zjawiska. Gdziekolwiek jesteś i cokolwiek robisz, Bohdanie, Bohdanie, trzymaj się.

Maciej Damięcki
Spotkaliśmy się w momencie niecodziennym, bodaj w roku 2007, nazajutrz po tym, jak w mediach ukazała się informacja o tym, że IPN z właściwą sobie tupeciarską przesadą ogłosił go „agentem SB”. „Trybuna” była i pierwszą i jedną z nielicznych gazet, które dały Maciejowi Damięckiemu możliwość obszernej wypowiedzi w tej sprawie. W czasie naszej rozmowy na nieistniejącym już chyba kawiarnianym pięterku warszawskiego empiku u zbiegu Nowego Światu i Alei Jerozolimskich, nietrudno było wyczuć, że bardzo mocno, boleśnie przeżył oskarżenia, że czuje się wobec nich bezradny, bezbronny. Przyznał, że w pewnej trudnej dla niego sytuacji dał się pewnemu funkcjonariuszowi wziąć na spytki ale zwracał uwagę, że wypytywany o postawy polityczne środowiska nie mógłby powiedzieć nic ponadto, co było powszechnie znane. Dla mnie jako dla rozmówcy nie miało to prawdę mówiąc żadnego znaczenia, bo zawsze uważałem i uważam IPN za wyjątkowo wredną instytucję, od początku istnienia opanowaną przez skrajną prawicę klerykalno-nacjonalistyczną, która ani na moment nawet nie zbliżyła się do obiektywizmu, jakiego można by oczekiwać od instytucji państwowej i zawsze była narzędziem polityki jednego środowiska ideologicznego – polskiej czarnej reakcji. Dla mnie Maciej Damięcki jest przede wszystkim ciekawym, utalentowanym aktorem mającym w swoim emploi, poprzez swoją powierzchowność, coś wiecznie chłopięcego, wisusowatego, nawet sympatycznie dziecięcego. Pamiętam z samego początku lat siedemdziesiątych, gdy miał już około trzydziestu lat, jak w ramach telewizyjnego „teledysku” wykonał okolicznościową piosenkę na rozpoczęcie roku szkolnego „Żeby już do szkoły”, przebrany za uczniaka pląsającego z tornistrem na plecach i radośnie wywijającego workiem na obuwie. Miał zresztą także, pewnie również z powyższych powodów, bardzo dobry kontakt z publicznością dziecięcą, dzięki czemu bardzo często był zapraszany do udziału w imprezach z jej udziałem. Oczywiście pamiętam go też jako jednego z braci bliźniaków z filmu „Tajemnica dzikiego szybu”, który Wadim Berestowski nakręcił według „Księgi urwisów” Edmunda Niziurskiego, zwłaszcza w scenie, gdy grający rolę nauczyciela Gustaw Holoubek poleca mu pokazać, czy nie ma na dłoniach wypisanych ściągawek z wzorami z matematyki. Maciej Damięcki to jednak dla mnie nade wszystko członek hitlerjugend Erik Getting w odcinku „Stawki większej niż życie” zatytułowanym „Genialny plan pułkownika Kraffta”, gdzie w scenach z renomowanymi aktorami tamtych czasów, Zdzisławem Mrożewskim i Stanisławem Mikulskim bez kompleksu okazał prawdziwy kunszt aktorski.

Damian Damięcki

Starszy brat Macieja, wbrew panującemu swego czasu przekonaniu nie jest jego bratem bliźniakiem, jako że jest od niego o trzy lata starszy. I jako starszy brat wyraźnie okazywał w naszej rozmowie z garderobie Teatru Współczesnego wzruszającą troskę o młodszego, a przy tym bardziej „lekkomyślnego” brata, co było jednocześnie zabawne, jako że już wtedy byli właściwie starszymi panami, a dzieląca ich różnica wieku jest doprawdy, zwłaszcza w bardziej zaawansowanym wieku, zupełnie bez znaczenia. Pan Damian, w odróżnieniu o lekko komizującej charakterystyczności Macieja jest aktorem o profilu dramatycznym, choć jest to raczej dramatyczność typu light, ocierająca się o charakterystyczność. Bardzo bawił mnie jako tytułowy nowy w komedii „Nowy” Jerzego Ziarnika. W rozmowie jest przyjacielski, dbający o ograniczenie dystansu, chętnie wchodzący w indywidualną reakcję interpersonalną z rozmówcą. Opowiedział mi ciekawą i dramatyczną anegdotę z życia swoich rodziców, gdy jego ojciec Dobiesław Damięcki, znakomity aktor, ścigany był w 1941 roku listem gończym przez gestapo. W liście tym była m.in. informacja, że poszukiwany może przebywać z żoną, znajdującą się „w stanie poważnym”. Otóż ową wzmiankowaną dawnym zwyczajem jako „stan poważny” ciążę stanowił sam Damian, który wkrótce przyszedł na świat. „Tak oto zostałem anonimowym bohaterem gestapowskiego listu gończego” – zauważył mój rozmówca. Dobiesław w ręce gestapo nie wpadł, natomiast po wojnie stał się obiektem zainteresowania UB i choć nigdy nie został uwięziony ani skazany, to mocno odcierpiał szereg wezwań na przesłuchania, co mogło przyczynić się do jego przedwczesnej śmierci w 1951 roku. Pan Damian należy też do świetnych anegdociarzy teatralnych i jako jeden z aktorów pracujących pod dyrekcją i reżyserią Kazimierza Dejmka opowiedział mi szereg anegdot o – znanym skądinąd – brutalnym, obcesowym traktowaniu przez niego aktorów. Gdy kiedyś o kilka sekund spóźnił się z wejściem na scenę i został przez niego grubymi słowami zbesztany po spektaklu, próbował się usprawiedliwić rozpoczynając od słów: „Myślałem..”. W odpowiedzi usłyszał: „Osioł myśli, bo ma mózg, a pan ma warować i czekać na wejście”. Jednak zabawniejsza jest anegdota o tym, jak obcesowego i rzucającego wulgaryzmami Dejmka poskromiła Kalina Jędrusik. Gdy Dejmek potraktował ją w typowy dla siebie sposób, usłyszał w odpowiedzi słowa wypowiedziane przez nią charakterystycznym erotycznym, ochrypłym głosem: „Spierdalaj, chuju, myślisz, że ja kląć nie umiem?”. Podobno był to jedyny przypadek, gdy Dejmek zaniemówił.

Korespondencja z Piekła (3)

Poemat o dzieciaku

 

Życie na detoksie wróciło do normy. Znowu zaczął się czas awantur o wszystko, ale głównie o wyimaginowane kradzieże, każdy podejrzewa każdego o kradzież wszystkiego, nawet tego czego nie ma i nigdy nie było. Eskalacja nieporozumień sięgnęła zenitu, doszło nawet do poważnego pobicia, agresor oczywiście od razu wyleciał, ofiara prawdopodobnie ocaliła zęby. Choć nie wiem, czy wszystkie. Podzieliło to również pensjonariuszy. Jedni stanęli w obronie bijącego, inni bitego. Nie szukam jednak sensacji, więc nie będę plotkował o tym wydarzeniu, ale do tematu jeszcze wrócę, ponieważ ściśle dotyczy on tego tekstu.
Kolejnym bardzo ważnym elementem oddziałowego życia, są różnego rodzaju dile, te osadzone w miejscowych realiach, jak i olbrzymie biznesy zaplanowane zaraz po wyjściu z oddziału. Lokalne – oddziałowe interesy są zwykle niewielkie, ale bywają dochodowe. Polegają głównie na wymianie papierosów za wartościowe przedmioty od pacjentów, którym akurat szlugi się skończyły, lub dopiero przyjechali na oddział i w roztargnieniu lub z braku pieniędzy nie mogli ich kupić.
Mając papierosy i clonazepam, który jest jeszcze cenniejszy, można zrobić tutaj majątek. Majątek na miarę krezusa detoksu. Dzieje się tak na każdym detoksie w Polsce. Większość pacjentów wcale nie przychodzi tutaj, by przestać ćpać, chodzi im głównie o wejście na program metadonowy, lub trochę odpocząć i się odwirować przed kolejnym ciągiem. W tej grupie jest jednak jakiś procent, który autentycznie chce się wyleczyć. I właśnie dla tych kilku procent warto prowadzić takie oddziały. Personel robi wszystko, by udaremnić handel pozornym pacjentom (pozorny pacjent to taki który przyszedł tu, by wejść na program i generalnie ma w dupie leczenie), których celem jest nie dać się złapać. Te zawody zawsze kończą się remisem, a przyłapany pacjent od razu zostaje wyrzucony z oddziału.
Clonazepam to lek stosunkowo tani. W w aptece opakowanie kosztuje jakieś dziesięć złotych, a jeśli kupowany jest z ryczałtową zniżką, wtedy cena wynosi jakieś 4 złote. Na oddziale przebitka może wynieść nawet tysiąc procent. Bywa że na detoksie sprzedają po 25 złotych za tabletkę, czyli 750 złotych za opakowanie. Gdy cena jest tak wysoka oznacza, że jest mało towaru. Normalnie sprzedają jednego klona, za paczkę papierosów. To też świetny interes.
O ile te małe detoksowe interesy zwykle się udają , o ile nie dojdzie do wpadki, to te wielkie interesy planowane po wyjściu ze szpitala kończą się co najwyżej kilkudniowym wspólnym ćpaniem. I ewentualnie wyrwaniem kartki z zeszytu w celu zrobienia biznesplanu. Po kilku dniach narkotykowego ciągu na kartce która miała posłużyć rozpoczęciu „pewnego” biznesu, drżące ręce rysują plan trasy do najbliższego aśramu. Każdy narkoman przynajmniej raz w życiu musi „poważnie” zaplanować życie w aśramie, podobnie jak muzułmanin musi odwiedzić Mekkę.
Ale – jak w każdej minispołeczności – niepodzielną królową wszystkiego jest plotka. Przy wyobraźni i fantazji narkomanów, najdrobniejsza nawet pierdoła rośnie do gigantycznych rozmiarów. Mija więc czas na oskarżeniach o kradzieże, dochodzeniach i obgadywaniu każdego, kogo akurat nie ma w pobliżu. Czasami pojawiają się nowi pacjenci, czasami odchodzą. Jedni planowo, inni na własne żądanie. Nie wytrzymują bez ćpania i zwykle ten właśnie argument podają. Jeszcze inni wylatują.
Zdeklarowany narkoman ma ten komfort, że nie zawsze musi udawać czy oszukiwać. Bo, że z oddziału wyciąga ich narkotykowy głód, jest dla wszystkich oczywiste.
Rozmawiałem z wieloma pacjentami, zgodzili się na opublikowanie ich historii, pod własnym imieniem i bez zmian uniemożliwiających identyfikację. Rozumiem starych ćpunów jak Gacek, który jest pokoleniem punkrocka, mniej więcej w moim wieku, serdeczny i koleżeński. Poznalem go wiele lat temu, podczas pierwszego mojego pobytu tutaj. Ale zdziwiło mnie że zgodę wyraził również dziewiętnastoletni Arek – chłopak z dobrego domu, mówiący biegle w trzech językach, który maturę zdawał po hiszpańsku.
Każda historia jest inna, ale każda fascynuje. Na oddziale leży dziewiętnaścioro pacjentów, wciaż dochodzą nowi Nieważne więc jak długo zostanę na oddziale, pewne jest to, że tematów nie zabraknie.
Dziewiętnastolatkowie na wózkach inwalidzkich! Siedemnastoletnie dzieciaki z parkinsonizmem – choroba o tyle gorsza od Parkinsona, że kompletnie nieuleczalna. Albo wcale nie mówią, albo usiłują coś wybełkotać, mają nieskoordynowane ruchy, zachowują się jak sparaliżowani. Ci którzy próbują poruszać się o własnych siłach, łapią się ścian by pokonać kilka kroków. To wcale nie efekt zażywania dopalaczy, ale jednego z najłatwiej dostępnych narkotyków, popularnego leku na katar, który można kupić w każdej aptece bez recepty. Przy dodaniu odrobiny octu i nadmanganianu potasu, wyjdzie narkotyk, który swym działaniem przypomina kokainę połączoną z amfetaminą. Jego zażycie daje wrażenie sprawczości, czujemy że złapaliśmy boga za nogi, a świat leży u naszych stóp. Tych samych stóp, które po kilkunastu miesiącach nie są w stanie pokonać kilku kroków i muszą wspomagać się wózkiem inwalidzkim. Zrobienie tego narkotyku wymaga jednak pewnej wiedzy. Wiem – w dobie internetu to żaden problem. Są też jednak bezreceptowe leki narkotyczne, które nie wymagają żadnych chemicznych przeróbek. Gotowe do spożycia od razu po kupieniu, nawet pod apteką.
Czasy szkolnych dilerów już dawno przeszły do lamusa, a najlepszym dostawcą narkotyków jest sympatyczna pani magister z pobliskiej apteki. Jeśli już zna klienta, sprzeda mu dowolną liczbę opakowań. Nie muszę wspierać się tu żadnymi relacjami narkomanów, ponieważ sam tak kupowałem.
Ludzie podniecają się, gdy w transporcie bananów policja czy celnicy znajdą kilkadziesiąt kilogramów kokainy. Każdy udaremniony przemyt jest szeroko głoszonym sukcesem, każdy rozbity gang zajmuje czołówki stacji telewizyjnych i prasowych jedynek. Waga i ilość wszystkich nielegalnie sprzedawanych narkotyków, to niewielka część twardych, a nawet najtwardszych narkotyków sprzedawanych legalnie w polskich aptekach. Bez recepty oczywiście. Jestem pewien, że „legalna” sprzedaż lekarstw, które pozornie mają leczyć kaszel czy katar jest wielokrotnie wyższa niż cały czarny rynek narkotyków. Bez problemu można kupić morfinę czy speeda, którego działanie jest równie wystrzałowe? Pozwala to sądzić, że właściwości lecznicze są najmniej istotnym punktem produkcji.
Po co więc zwalczać tzw. bossów narkotycznego podziemia, skoro prawdziwy problem leży zupełnie gdzie indziej. To nie dilerzy narkotykowi sa źródłem największego zagrożenia narkomanią wśród młodzieży, ale koncerny farmaceutyczne i apteki. Dlaczego więc państwo chroni koncerny farmaceutyczne, wybijając im konkurencję? Jestem pewien, że firma Unia, produkująca Thiocodin zbankrutowałaby, gdyby lek ten był na receptę. Oczywiście, kodeina, która w organizmie metabolizuje się w morfinę, nie ma wpływu na to, że młodzież – i nie tylko – żre to garściami’. Z róbcie drodzy czytelnicy pewien eksperyment, w słoneczny , letni dzień, postójcie chwilę pod apteką i zwróćcie uwagę jak wielu ludzi kupuje te tabletki na kaszel, mimo, że będzie to środek upalnego lata. Bez trudu znajdziecie blistry i opakowania po tym leku poniewierają się w okołolicealnych koszach. Ale nie tylko tzw. gimbaza go kupuje. Gdy jeszcze sam jadłem Thiocodin i łaziłem po niego od apteki do apteki, regularne spotykałem staruszkę, która kupowała dokładnie to samo co ja, czyli bardzo silny narkotyk dostępny bez recepty.
Ministerstwo Zdrowia pozoruje jakieś działania, ograniczając możliwość zakupu do jednego opakowania. Producent Thiocodinu wyszedł jednak temu naprzeciw i produkował opakowania zawierające nie dziesięć – jak poprzednio – tabletek, a po dwadzieścia.
Po jakimś czasie ktoś z resortu zdrowia zorientował się jednak, że firma bez problemu ominęła zakaz sprzedaży więcej niż jednego opakowania, zwiększając pudełka i pakując w nich dwa razy więcej tabletek niż poprzednio. Znowu pomajstrowali coś w przepisach i teraz koncern farmaceutyczny Unia pakuje nie dziesięć, ale i nie dwadzieścia tabletek. Znaleziono kompromis – pakować można 16 sztuk, zmniejszając jednocześnie drugi składnik leku – sulfogwajakol – który narkomanowi nie jest do niczego potrzebny. Specjalnej szkody też nie wyrządza, ale po cholerę inwestować w środek na kaszel w leku, którego na kaszel prawie nikt nie używa. Zatem, w jednej tabletce Thiocodinu jest 15 mg kodeiny. Opakowanie zawierające 16 sztuk zawiera 180 mg. Trzy takie opakowania dają ponad pół grama bardzo silnego narkotyku, który organizm, przerabia na czyściutką morfinę.
Wprawdzie kolejny przepis nakłada na apteki zakaz sprzedaży więcej niż jednej paczki, ale ponieważ żyjemy w kraju lombardów i aptek, to wystarczy przejść kilkadziesiąt metrów, by kupić nie trzy, a pięć opakowań. A to do już prawie gram kodeiny. Nie mówiąc o tym, że osiedlowe apteki często takich dylematów nie mają, a sympatyczna pani magister sprzeda nawet dziesięć opakowań znajomemu klientowi. Musi jedynie dziesięć razy nabić na kasę osobny paragon.
Kodeinę zawiera także przeciwbólowy lek o nazwie Antidol. Zawarta w nim duża dawka paracetamolu skutecznie odstrasza, bo przy zjedzeniu 40 tabletek, w której każda zawiera 500 mg paracetamolu, konsekwencje mogą być nieprzyjemne. Oczywiście, jest sposób by oddzielić jedno od drugiego, ale wymaga to powrotu do domu i kilkunastu minut cierpliwości. A tej narkoman nigdy nie ma, a Thiocodin można połknąć zaraz po kupieniu, nawet pod apteką, jeśli tylko będzie czym popić.
Thiocodin odkrył też wspomniany Arek, zafascynowany amerykańskim rapem, miał zaledwie szesnaście lat gdy po raz pierwszy sięgnął po ten narkotyk. Podobnie jak ja, opracował sobie listę aptek, by zbyt często nie kupować w tych samych punktach. No chyba, że u osiedlowej pani magister, ale tam cena jest zwykle ciut wyższa. Igor potrzebował już dziesięć, jedenaście opakowań dziennie. Więc skrupulatnie liczył każdą złotówkę Wychodził wtedy z domu dwie godziny przed planowanymi zajęciami i robił rundę po mieście, kupując po jednym opakowaniu.
Po roku, już gdy był w liceum, uznał, że Thiocodin jest jednak za słaby. Chciał mocniejszych wrażeń. Wsiadł w pociąg i pojechał do Warszawy szukać heroiny. Wysiadł na dworcu i swoim wyglądem zadbanego młodzieńca, dziecinną buźką i markowym ubraniem uzbierał 250 złotych. Wystarczyło na gram heroiny. Odnalezienie miejsca, gdzie można ją kupić, nie sprawiło mu już większego problemu. Był tak żądny wrażeń, ze nie miał oporów by samemu podać sobie w żyłę. Siedział w stolicy dwa dni ciągle ćpając kupiony towar.
W końcu szkoła zorientowała się w jego problemie, kilka dni przed studniówką został z niej wyrzucony. Dzięki staraniom rodziców podszedł do matury w prywatnym liceum. Zdał ją celująco, w dodatku zdawał egzamin po hiszpańsku. To jeden z trzech języków, które zna.
Teraz ma dziewiętnaście lat, nie ma planów ani pomysłu na życie. To właśnie on został dzisiaj ciężko pobity w jednej z sal, sprawca został wprawdzie usunięty, ale to nie koniec szykan. Pozostali pacjenci wyrzucili jego rzeczy z pokoju informując, że ma stamtąd wypierdalać. Próbowaliśmy zrobić wraz z terapeutą jakąś roszadę, by przynajmniej w nocy czuł się bezpieczny. Był tak zastraszony, że bał się nawet zbliżyć do swojej sali. W końcu udało się umieścić największego z pacjentów na łóżku wyrzuconego agresora, dodało to chłopakowi otuchy i przyhamowało chęć zemsty pozostałych pacjentów.
Arek już drugi raz przyjechał się odtruć od heroiny, tym razem wszedł na program metadonowy. To znaczy, nie wiem czy wszedł, bo z tego co mówił, planował wyjechać z detoksu następnego dnia rano. Jak będzie, czas pokaże.
Arek to typowy dzieciak klasy średniej, przekonany że wszystko mu się należy Sytuację pogarszają również jego rodzice, spełniając wszelkie jego zachcianki. Nawet podczas matury matka dyskretnie podawała mu niewielkie ilości narkotyku. Uległa szantażowi, że bez tego nie zda matury.
P.S. Arek na własną prośbę opuścił oddział. Czarno widzę jego przyszłość.