Kapsułki pamięci

Ryszard Filipski
To była kiedyś postać i nazwisko elektryzujące. Ryszard Filipski był utalentowanym aktorem emanującym z ekranu prawdą i siłą, a także reżyserem, ale nie to przede wszystkim decydowało o nośności jego nazwiska. Od połowy lat sześćdziesiątych współtworzył w PZPR niewielkie, ale wpływowe środowisko o nastawieniu nacjonalistycznym, przez niektórych określane jako „nurt narodowy w partii” i łączone niejednokrotnie z postacią Mieczysława Moczara. Pismem bliskim temu nurtowi był w pewnym okresie tygodnik „Ekran”. Filipski założył w Krakowie-Nowej Hucie polityczny teatr „RF”, w którym prezentował, m.in. w postaci monodramów, treści o charakterze antyniemieckim (n.p. głośny „Raport z Monachium” Andrzeja Brychta), a zdarzały się także zawoalowane akcenty antysemickie. Głośny był jego proces sądowy przeciwko rysownikowi Andrzejowi Czeczotowi, który opublikował w tygodniku „Literatura” rysunek postaci przypominającej Filipskiego, wyposażonej w pejcz i puszkę z cyklonem B. Rysunek opatrzony był napisem „Teatr Ludowy w Nowej Hucie”, którego dyrektorem był w tym czasie Filipski. Jego powierzchowność i sposób bycia predystynowały go w filmach do ról „mocnych”, brutalnych postaci, niejednokrotnie oficerów różnego autoramentu, ze słynnym majorem Hubalem w filmie Bohdana Poręby na czele. Zagrał też n.p. gestapowca Schabe w „Stawce większej niż życie” czy Komendanta Głównego AK generała Grota-Roweckiego w telewizyjnym widowisku Grzegorza Królikiewicza „O coś więcej niż przetrwanie”. Zagrał też wachmistrza Sorokę, nieodłącznego sługę Kmicica w „Potopie” Jerzego Hoffmana.
Naocznie widziałem go w Lublinie w roku bodaj 1979, dokąd przyjechał z monodramem „Timeo Danaos…”, który zagrał w miejscowym Międzynarodowym Klubie Książki i Prasy. Podczas występu, ubrany w sweter golf i szarą marynarkę, obficie palił papierosy marki „Carmen”, których bordową paczkę ciągle trzymał w dłoniach. W ciągu niewiele ponad godziny mocno zapełnił kryształową popielniczkę niedopałkami. Nic więc dziwnego, że na spotkanie z taką osobą (jesień 2003) wybierałem się nie bez dozy emocjonalnego napięcia i jednocześnie dużego zaciekawienia. Tym bardziej, że umawiając się na nią telefonicznie, w timbrze głosu mojego rozmówcy wyczułem rezerwę i nieufność. Gdy dotarłem kolejką do Ursusa, było już ciemno. Na miejsce spotkania Ryszard Filipski wyznaczył ponury bar piwny podrzędnej kategorii, usytuowany w pawilonie-baraku, jakich w tamtych czasach było mnóstwo. Gdy wszedłem do lokalu, mojego rozmówcy jeszcze tam nie było, pojawił się dopiero po kilku minutach. Na ogół uznałbym to za banalne, niewielkie spóźnienie, ale w tej sytuacji nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że chodziło z jego strony o rodzaj, jakoś specyficznie przez niego rozumianej, ostrożności.
Ubrany był w zieloną kurtkę typu wojskowego. Podczas pierwszego spotkania, choć tego i owego się dowiedziałem, nie udało mi się uzyskać wywiadu, mój rozmówca nawet nie pozwolił mi włączyć dyktafonu. Przypuszczam, że testował, czy może mi zaufać. Test musiał chyba jednak wypaść pozytywnie, bo zaproponował mi ponowne spotkanie, tym razem w jego mieszkaniu w Ursusie. Było to skromne, ciasne lokum, w którym mieszkał ze znacznie młodszą żoną i niespełna rocznym synkiem. Podczas drugiego spotkania pan Ryszard był w stosunku do mnie już prawie serdeczny, więc był grunt do ciekawej rozmowy. Niestety rychło zauważyłem, że mój rozmówca niezbyt chętnie odpowiada na moje pytania o jego pracę aktorską, o role, o filmy w których występował, o własną pracę reżyserską, lecz uporczywie epatuje mnie poglądami politycznymi o silnym kolorycie nacjonalistycznym, chętnie pomstuje na „liberałów” i tym podobnych. Rzecz w tym, że znałem poglądy mojego rozmówcy, więc te enuncjacje niespecjalnie mnie interesowały.
Wydobycie natomiast jakiejkolwiek opowieści związanej z jego pracą artystyczną, z jego aktorskimi partnerami czy reżyserami, jakiejś środowiskowej anegdoty, szło mi jak z kamienia. Ja z kolei, aby nie zachęcać mojego rozmówcy do rozwijania ulubionych przez niego wątków, starałem się starannie omijać tematykę polityczną. Daremnie. Z czasem zacząłem odnosić wrażenie, że mój rozmówca usilnie chce mnie na swoje poglądy „nawrócić”, jako że swoje wywody snuł z prawdziwie misjonarską pasją. Nie wiem dlaczego to czynił, choć wiedział, że jestem z „Trybuny” i nie po drodze mi z jakimkolwiek nacjonalizmem czy antysemityzmem. Może miał w pamięci „marcowy” okres „Trybuny Ludu” z 1968 roku, gdy takie akcenty się pojawiały? A może mój brak jakiejkolwiek reakcji na jego opinie uznał za ich akceptację? W każdym razie zachęcony serdecznością okazywaną mi przez mojego rozmówcę przyjąłem jeszcze raz czy dwa zaproszenie do Ursusa, raz nawet na wiosenny spacer po okolicach. Zapraszał mnie też po tym, jak przeprowadził się do Konstancina, ale już nie skorzystałem, mimo że nawet mojego rozmówcę trochę polubiłem.
Bałem się jednak, nauczony doświadczeniem, że zamiast ciekawej opowieści aktora o interesującym dorobku, znów będę musiał wysłuchiwać monotematycznych monologów politycznych. W końcu więc nasze kontakty obumarły. Pan Ryszard wrócił natomiast na krótko do aktorstwa, grając policjanta w serialu „Kryminalni”. Czas robi jednak swoje i leciwy już aktor nie emanował na ekranie ową aktorską siłą z dawnych lat.
Bohdan Poręba
Zestawienie tych dwóch postaci jest jak najbardziej na miejscu, ale nie akurat dlatego, że połączył ich głośny „Hubal”, przez Porębę wyreżyserowany, lecz z uwagi na podobieństwo ich poglądów, choć nie tylko… Na wywiad zaprosił mnie Bohdan Poręba do swojego skromnego mieszkania w wielopiętrowym bloku przy praskiej ulicy Targowej. W odróżnieniu od nieufnego na początku Ryszarda Filipskiego, pan Bogdan przywitał mnie serdecznie, wręcz kordialnie.
Chętnie też snuł narrację, nie w pełni wprawdzie zgodną z treścią moich pytań, ale interesującą. Nad tematyką filmową, artystyczną dominowały w niej wątki polityczne, a raczej ideologiczne, nota bene właściwie tożsame z tymi, które wyrażał Filipski. Charakterystyczne było także i to, że kierował je do mnie z podobną „misyjną” pasją, jakby chciał mnie do nich przekonać. Postacią, która często pojawiała się w narracji pana Bohdana był Andrzej Wajda, któremu nie odmawiał talentu, ale któremu miał za złe jego wizję polskiej historii, jakoby niedostatecznie patriotyczną.
Podobnie jak w przypadku wcześniejszej rozmowy z Filipskim, unikałem podchwytywania tych wątków, bo interesowały mnie inne tematy, a pan Bohdan jako reżyser i doświadczony człowiek mający wiele do opowiedzenia, a nie jako komiwojażer mało sympatycznych mi poglądów. Udało mi się to średnio, podobnie jak w przypadku pana Ryszarda. Sprawy, konflikty polityczno-ideologiczne w środowisku filmowym dla obu były znacznie bardziej interesujące niż sprawy artystyczne. Byli w tym obaj tak konsekwentni, że tylko z wielkim wysiłkiem udało mi się „wydobyć” z moich rozmówców przynajmniej część interesujących mnie wątków.
Po drugiej, autoryzacyjnej rozmowie, pan Bohdan ofiarował mi poświęconą mu książkę, z nieco patetyczną dedykacją. Dlatego zdziwiłem się, gdy kilka tygodni później zadzwonił do mnie i zakomunikował, że uznał, że ja powinienem być autorem jego biografii. Podziękowałem mu za ten wyraz sympatii i uznania, ale zauważyłem, że przecież sam mi ofiarował książkę o sobie. Usłyszałem, że nie jest to jednak właściwa biografia, jedynie wprawka do niej. Pan Bohdan dość kategorycznym tonem domagał się ode mnie pozytywnego odzewu, jego propozycja, mówiąc pół żartem pół serio, przypominała wydanie rozkazu. Przy czym mojej pozytywnej deklaracji domagał się natychmiast, tu i teraz.
Powiedziałem, że z różnych powodów nie czuję się na siłach podjąć tego zadania, a ponadto na pewno takiego zobowiązania nie mogę podjąć się ad hoc, od razu, „w tej minucie”, że potrzebuję czasu do namysłu. Poprosiłem więc pana Bohdana, żeby zadzwonił do mnie za tydzień.
Kilka dni później, zamiast telefonu, doczekałem się czegoś innego. Niespodziewanie, w redakcji „Trybuny” przy ulicy Miedzianej pojawił się pan Bohdan w towarzystwie kilku młodych ludzi, którzy wnieśli kilka potężnych pudeł kartonowych wypełnionych rozmaitego rodzaju dokumentami, pismami, starymi scenariuszami, wycinkami prasowymi itd. – To jest dla pana panie Krzysztofie materiał do pracy nad książką – oświadczył tonem nie znoszącym sprzeciwu, po czym pożegnał się i oddalił. Przyznam, że kompletnie mnie zamurowało i nie zdobyłem się wtedy na żadną reakcję, ale nawet gdyby był we mnie okruch myśli, by podjąć się zadania nałożonego na mnie przez pana Bohdana, to tego rodzaju ruch ostatecznie mnie zniechęcił.
Po wielu miesiącach zadzwonił na mnie i zapytał jak idzie praca nad książką. Odpowiedziałem, że w ogóle nie idzie, bo nie zdecydowałem się jej podjąć. Dokumentację odwiozłem mu do domu, korzystając z pomocy redakcyjnego kolegi. Powitanie i pożegnanie w progu było chłodne.

Kapsułki pamięci

Bohdan Łazuka
Do niego, i w końcu także do piszącego te słowa, można odnieść frazę z piosenki mającej za refren pytanie: „jaka tego jest przyczyna, ty z Lublina, ja z Lublina”, choć w klasycznej wersji wykonania utworu, tym drugim z Lublina był piosenkarz Piotr Szczepanik, wykonawca niezapomnianych „Kormoranów” i „Żółtych kalendarzy”. Z Bohdanem od prawie dwudziestu lat jesteśmy po imieniu, ale od kilkunastu lat nie mamy możliwości tego praktykować, bo po raz ostatni spotkaliśmy się w 2009 roku na pogrzebie Witolda Fillera na Powązkach dawnych Wojskowych. Bohdan, przynajmniej z mojego punktu widzenia i z perspektywy tamtych czasów, należał do znanych mi osób najszybciej niwelujących dystans personalny, co jeszcze wtedy nie było w Polsce takie powszechne. Po kwadransie rozmowy byłem już dla niego „Krzysieńkiem”, choć u mnie, choćby z uwagi na dużą różnicę wieku, śmiałość odwzajemnienia tej formy zwracania się przyszła nieco później. Kiedy umówiliśmy się na wywiad, a rok to był bodaj 2003, Bohdan przyjechał nieco spóźniony, ale za to spóźnienie odrobinę mnie opieprzył, co zresztą przyjąłem z satysfakcją, bo nie każdemu jest dane być opieprzonym przez samego Łazukę. Trochę też „musztrował” mnie na początku rozmowy, jednak dość szybko pojaśniał, stał się przemiły, czarujący i tak już zostało. Później spotkaliśmy się kilka razy i za każdym razem podziwiałem dynamiczną, żywiołową osobowość Bohdana, jego żywotność, witalność, dowcip. Swego czasu pośredniczyłem w zaproszeniu go na jedną z imprez z okazji dorocznych dni Lublina, które odbywają się w sierpniu, z epicentrum na Starym Mieście, ale mimo że Bohdan zaproszenie przyjął, nie doszło do jego przyjazdu z powodu działania siły wyższej. Bohdan Łazuka! Legenda polskiej piosenki i estrady, ale także aktor pamiętny z niezapomnianych ról filmowych. Dorobek twórczy Bohdana jest tak ogromny i kolorowy, że czyni go jednym z tych artystów, do których szczególnie trudno jest dopasować jakiś jeden tytuł emblematyczny. Obrazki pamięci z nim związane, które najbardziej mi się w niej utrwaliły, to choćby Łazuka wykonujący, któryś ze swoich najsłynniejszych przebojów na bodaj pierwszym festiwalu polskiej piosenki w Opolu, w strugach deszczu, który spadał na głowę piosenkarzowi i publiczności kryjącej się wyłącznie pod parasolami, jako że dach jeszcze nad tamtejszym amfiteatrem jeszcze nie istniał. Utrwalił mi się też jako młody „ahystokhata” w komedii filmowej Stanisława Barei „Małżeństwo z rozsądku”, jako przemądrzały jogin w jednym z odcinków serialu telewizyjnego „Wojna domowa” Jerzego Gruzy, śpiewający w Kabarecie Starszych Panów, w brawurowym duecie z Barbarą Krafftówną, piosenkę „Przeklnę cię”, w komedii Tadeusza Chmielewskiego „Nie lubię poniedziałku”, w roli samego siebie czyli jako artysta Łazuka, bladym warszawskim świtem, w stanie „zawiania”, podpisujący autografem, na prośbę milicjanta, swój wizerunek na plakacie zdartym ze słupa ogłoszeniowego, a następnie wracający z imprezy trasą toru tramwajowego, czy jako aktor teatru rewiowego w „Hallo Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy” Janusza Rzeszewskiego. Jednak moje pierwsze zetknięcie się za zjawiskiem „Bohdan Łazuka” utrwaliło mi się w pamięci dzieciństwa jako widoczna na wystawie sklepu muzycznego na lubelskim Krakowskim Przedmieściu długogrająca płyta winylowa („long”), na której okładce widniało barwne zdjęcie Łazuki siedzącego na skuterze i tytuł najsłynniejszego z jego przebojów, „Bohdan, trzymaj się”. Bo Bohdan, jego osobowość i jego sztuka, to moje dzieciństwo i młodość, choć wtedy jeszcze nie byłem dojrzały do należytego docenienia wielkości i niepowtarzalności tego zjawiska. Gdziekolwiek jesteś i cokolwiek robisz, Bohdanie, Bohdanie, trzymaj się.

Maciej Damięcki
Spotkaliśmy się w momencie niecodziennym, bodaj w roku 2007, nazajutrz po tym, jak w mediach ukazała się informacja o tym, że IPN z właściwą sobie tupeciarską przesadą ogłosił go „agentem SB”. „Trybuna” była i pierwszą i jedną z nielicznych gazet, które dały Maciejowi Damięckiemu możliwość obszernej wypowiedzi w tej sprawie. W czasie naszej rozmowy na nieistniejącym już chyba kawiarnianym pięterku warszawskiego empiku u zbiegu Nowego Światu i Alei Jerozolimskich, nietrudno było wyczuć, że bardzo mocno, boleśnie przeżył oskarżenia, że czuje się wobec nich bezradny, bezbronny. Przyznał, że w pewnej trudnej dla niego sytuacji dał się pewnemu funkcjonariuszowi wziąć na spytki ale zwracał uwagę, że wypytywany o postawy polityczne środowiska nie mógłby powiedzieć nic ponadto, co było powszechnie znane. Dla mnie jako dla rozmówcy nie miało to prawdę mówiąc żadnego znaczenia, bo zawsze uważałem i uważam IPN za wyjątkowo wredną instytucję, od początku istnienia opanowaną przez skrajną prawicę klerykalno-nacjonalistyczną, która ani na moment nawet nie zbliżyła się do obiektywizmu, jakiego można by oczekiwać od instytucji państwowej i zawsze była narzędziem polityki jednego środowiska ideologicznego – polskiej czarnej reakcji. Dla mnie Maciej Damięcki jest przede wszystkim ciekawym, utalentowanym aktorem mającym w swoim emploi, poprzez swoją powierzchowność, coś wiecznie chłopięcego, wisusowatego, nawet sympatycznie dziecięcego. Pamiętam z samego początku lat siedemdziesiątych, gdy miał już około trzydziestu lat, jak w ramach telewizyjnego „teledysku” wykonał okolicznościową piosenkę na rozpoczęcie roku szkolnego „Żeby już do szkoły”, przebrany za uczniaka pląsającego z tornistrem na plecach i radośnie wywijającego workiem na obuwie. Miał zresztą także, pewnie również z powyższych powodów, bardzo dobry kontakt z publicznością dziecięcą, dzięki czemu bardzo często był zapraszany do udziału w imprezach z jej udziałem. Oczywiście pamiętam go też jako jednego z braci bliźniaków z filmu „Tajemnica dzikiego szybu”, który Wadim Berestowski nakręcił według „Księgi urwisów” Edmunda Niziurskiego, zwłaszcza w scenie, gdy grający rolę nauczyciela Gustaw Holoubek poleca mu pokazać, czy nie ma na dłoniach wypisanych ściągawek z wzorami z matematyki. Maciej Damięcki to jednak dla mnie nade wszystko członek hitlerjugend Erik Getting w odcinku „Stawki większej niż życie” zatytułowanym „Genialny plan pułkownika Kraffta”, gdzie w scenach z renomowanymi aktorami tamtych czasów, Zdzisławem Mrożewskim i Stanisławem Mikulskim bez kompleksu okazał prawdziwy kunszt aktorski.

Damian Damięcki

Starszy brat Macieja, wbrew panującemu swego czasu przekonaniu nie jest jego bratem bliźniakiem, jako że jest od niego o trzy lata starszy. I jako starszy brat wyraźnie okazywał w naszej rozmowie z garderobie Teatru Współczesnego wzruszającą troskę o młodszego, a przy tym bardziej „lekkomyślnego” brata, co było jednocześnie zabawne, jako że już wtedy byli właściwie starszymi panami, a dzieląca ich różnica wieku jest doprawdy, zwłaszcza w bardziej zaawansowanym wieku, zupełnie bez znaczenia. Pan Damian, w odróżnieniu o lekko komizującej charakterystyczności Macieja jest aktorem o profilu dramatycznym, choć jest to raczej dramatyczność typu light, ocierająca się o charakterystyczność. Bardzo bawił mnie jako tytułowy nowy w komedii „Nowy” Jerzego Ziarnika. W rozmowie jest przyjacielski, dbający o ograniczenie dystansu, chętnie wchodzący w indywidualną reakcję interpersonalną z rozmówcą. Opowiedział mi ciekawą i dramatyczną anegdotę z życia swoich rodziców, gdy jego ojciec Dobiesław Damięcki, znakomity aktor, ścigany był w 1941 roku listem gończym przez gestapo. W liście tym była m.in. informacja, że poszukiwany może przebywać z żoną, znajdującą się „w stanie poważnym”. Otóż ową wzmiankowaną dawnym zwyczajem jako „stan poważny” ciążę stanowił sam Damian, który wkrótce przyszedł na świat. „Tak oto zostałem anonimowym bohaterem gestapowskiego listu gończego” – zauważył mój rozmówca. Dobiesław w ręce gestapo nie wpadł, natomiast po wojnie stał się obiektem zainteresowania UB i choć nigdy nie został uwięziony ani skazany, to mocno odcierpiał szereg wezwań na przesłuchania, co mogło przyczynić się do jego przedwczesnej śmierci w 1951 roku. Pan Damian należy też do świetnych anegdociarzy teatralnych i jako jeden z aktorów pracujących pod dyrekcją i reżyserią Kazimierza Dejmka opowiedział mi szereg anegdot o – znanym skądinąd – brutalnym, obcesowym traktowaniu przez niego aktorów. Gdy kiedyś o kilka sekund spóźnił się z wejściem na scenę i został przez niego grubymi słowami zbesztany po spektaklu, próbował się usprawiedliwić rozpoczynając od słów: „Myślałem..”. W odpowiedzi usłyszał: „Osioł myśli, bo ma mózg, a pan ma warować i czekać na wejście”. Jednak zabawniejsza jest anegdota o tym, jak obcesowego i rzucającego wulgaryzmami Dejmka poskromiła Kalina Jędrusik. Gdy Dejmek potraktował ją w typowy dla siebie sposób, usłyszał w odpowiedzi słowa wypowiedziane przez nią charakterystycznym erotycznym, ochrypłym głosem: „Spierdalaj, chuju, myślisz, że ja kląć nie umiem?”. Podobno był to jedyny przypadek, gdy Dejmek zaniemówił.

Korespondencja z Piekła (3)

Poemat o dzieciaku

 

Życie na detoksie wróciło do normy. Znowu zaczął się czas awantur o wszystko, ale głównie o wyimaginowane kradzieże, każdy podejrzewa każdego o kradzież wszystkiego, nawet tego czego nie ma i nigdy nie było. Eskalacja nieporozumień sięgnęła zenitu, doszło nawet do poważnego pobicia, agresor oczywiście od razu wyleciał, ofiara prawdopodobnie ocaliła zęby. Choć nie wiem, czy wszystkie. Podzieliło to również pensjonariuszy. Jedni stanęli w obronie bijącego, inni bitego. Nie szukam jednak sensacji, więc nie będę plotkował o tym wydarzeniu, ale do tematu jeszcze wrócę, ponieważ ściśle dotyczy on tego tekstu.
Kolejnym bardzo ważnym elementem oddziałowego życia, są różnego rodzaju dile, te osadzone w miejscowych realiach, jak i olbrzymie biznesy zaplanowane zaraz po wyjściu z oddziału. Lokalne – oddziałowe interesy są zwykle niewielkie, ale bywają dochodowe. Polegają głównie na wymianie papierosów za wartościowe przedmioty od pacjentów, którym akurat szlugi się skończyły, lub dopiero przyjechali na oddział i w roztargnieniu lub z braku pieniędzy nie mogli ich kupić.
Mając papierosy i clonazepam, który jest jeszcze cenniejszy, można zrobić tutaj majątek. Majątek na miarę krezusa detoksu. Dzieje się tak na każdym detoksie w Polsce. Większość pacjentów wcale nie przychodzi tutaj, by przestać ćpać, chodzi im głównie o wejście na program metadonowy, lub trochę odpocząć i się odwirować przed kolejnym ciągiem. W tej grupie jest jednak jakiś procent, który autentycznie chce się wyleczyć. I właśnie dla tych kilku procent warto prowadzić takie oddziały. Personel robi wszystko, by udaremnić handel pozornym pacjentom (pozorny pacjent to taki który przyszedł tu, by wejść na program i generalnie ma w dupie leczenie), których celem jest nie dać się złapać. Te zawody zawsze kończą się remisem, a przyłapany pacjent od razu zostaje wyrzucony z oddziału.
Clonazepam to lek stosunkowo tani. W w aptece opakowanie kosztuje jakieś dziesięć złotych, a jeśli kupowany jest z ryczałtową zniżką, wtedy cena wynosi jakieś 4 złote. Na oddziale przebitka może wynieść nawet tysiąc procent. Bywa że na detoksie sprzedają po 25 złotych za tabletkę, czyli 750 złotych za opakowanie. Gdy cena jest tak wysoka oznacza, że jest mało towaru. Normalnie sprzedają jednego klona, za paczkę papierosów. To też świetny interes.
O ile te małe detoksowe interesy zwykle się udają , o ile nie dojdzie do wpadki, to te wielkie interesy planowane po wyjściu ze szpitala kończą się co najwyżej kilkudniowym wspólnym ćpaniem. I ewentualnie wyrwaniem kartki z zeszytu w celu zrobienia biznesplanu. Po kilku dniach narkotykowego ciągu na kartce która miała posłużyć rozpoczęciu „pewnego” biznesu, drżące ręce rysują plan trasy do najbliższego aśramu. Każdy narkoman przynajmniej raz w życiu musi „poważnie” zaplanować życie w aśramie, podobnie jak muzułmanin musi odwiedzić Mekkę.
Ale – jak w każdej minispołeczności – niepodzielną królową wszystkiego jest plotka. Przy wyobraźni i fantazji narkomanów, najdrobniejsza nawet pierdoła rośnie do gigantycznych rozmiarów. Mija więc czas na oskarżeniach o kradzieże, dochodzeniach i obgadywaniu każdego, kogo akurat nie ma w pobliżu. Czasami pojawiają się nowi pacjenci, czasami odchodzą. Jedni planowo, inni na własne żądanie. Nie wytrzymują bez ćpania i zwykle ten właśnie argument podają. Jeszcze inni wylatują.
Zdeklarowany narkoman ma ten komfort, że nie zawsze musi udawać czy oszukiwać. Bo, że z oddziału wyciąga ich narkotykowy głód, jest dla wszystkich oczywiste.
Rozmawiałem z wieloma pacjentami, zgodzili się na opublikowanie ich historii, pod własnym imieniem i bez zmian uniemożliwiających identyfikację. Rozumiem starych ćpunów jak Gacek, który jest pokoleniem punkrocka, mniej więcej w moim wieku, serdeczny i koleżeński. Poznalem go wiele lat temu, podczas pierwszego mojego pobytu tutaj. Ale zdziwiło mnie że zgodę wyraził również dziewiętnastoletni Arek – chłopak z dobrego domu, mówiący biegle w trzech językach, który maturę zdawał po hiszpańsku.
Każda historia jest inna, ale każda fascynuje. Na oddziale leży dziewiętnaścioro pacjentów, wciaż dochodzą nowi Nieważne więc jak długo zostanę na oddziale, pewne jest to, że tematów nie zabraknie.
Dziewiętnastolatkowie na wózkach inwalidzkich! Siedemnastoletnie dzieciaki z parkinsonizmem – choroba o tyle gorsza od Parkinsona, że kompletnie nieuleczalna. Albo wcale nie mówią, albo usiłują coś wybełkotać, mają nieskoordynowane ruchy, zachowują się jak sparaliżowani. Ci którzy próbują poruszać się o własnych siłach, łapią się ścian by pokonać kilka kroków. To wcale nie efekt zażywania dopalaczy, ale jednego z najłatwiej dostępnych narkotyków, popularnego leku na katar, który można kupić w każdej aptece bez recepty. Przy dodaniu odrobiny octu i nadmanganianu potasu, wyjdzie narkotyk, który swym działaniem przypomina kokainę połączoną z amfetaminą. Jego zażycie daje wrażenie sprawczości, czujemy że złapaliśmy boga za nogi, a świat leży u naszych stóp. Tych samych stóp, które po kilkunastu miesiącach nie są w stanie pokonać kilku kroków i muszą wspomagać się wózkiem inwalidzkim. Zrobienie tego narkotyku wymaga jednak pewnej wiedzy. Wiem – w dobie internetu to żaden problem. Są też jednak bezreceptowe leki narkotyczne, które nie wymagają żadnych chemicznych przeróbek. Gotowe do spożycia od razu po kupieniu, nawet pod apteką.
Czasy szkolnych dilerów już dawno przeszły do lamusa, a najlepszym dostawcą narkotyków jest sympatyczna pani magister z pobliskiej apteki. Jeśli już zna klienta, sprzeda mu dowolną liczbę opakowań. Nie muszę wspierać się tu żadnymi relacjami narkomanów, ponieważ sam tak kupowałem.
Ludzie podniecają się, gdy w transporcie bananów policja czy celnicy znajdą kilkadziesiąt kilogramów kokainy. Każdy udaremniony przemyt jest szeroko głoszonym sukcesem, każdy rozbity gang zajmuje czołówki stacji telewizyjnych i prasowych jedynek. Waga i ilość wszystkich nielegalnie sprzedawanych narkotyków, to niewielka część twardych, a nawet najtwardszych narkotyków sprzedawanych legalnie w polskich aptekach. Bez recepty oczywiście. Jestem pewien, że „legalna” sprzedaż lekarstw, które pozornie mają leczyć kaszel czy katar jest wielokrotnie wyższa niż cały czarny rynek narkotyków. Bez problemu można kupić morfinę czy speeda, którego działanie jest równie wystrzałowe? Pozwala to sądzić, że właściwości lecznicze są najmniej istotnym punktem produkcji.
Po co więc zwalczać tzw. bossów narkotycznego podziemia, skoro prawdziwy problem leży zupełnie gdzie indziej. To nie dilerzy narkotykowi sa źródłem największego zagrożenia narkomanią wśród młodzieży, ale koncerny farmaceutyczne i apteki. Dlaczego więc państwo chroni koncerny farmaceutyczne, wybijając im konkurencję? Jestem pewien, że firma Unia, produkująca Thiocodin zbankrutowałaby, gdyby lek ten był na receptę. Oczywiście, kodeina, która w organizmie metabolizuje się w morfinę, nie ma wpływu na to, że młodzież – i nie tylko – żre to garściami’. Z róbcie drodzy czytelnicy pewien eksperyment, w słoneczny , letni dzień, postójcie chwilę pod apteką i zwróćcie uwagę jak wielu ludzi kupuje te tabletki na kaszel, mimo, że będzie to środek upalnego lata. Bez trudu znajdziecie blistry i opakowania po tym leku poniewierają się w okołolicealnych koszach. Ale nie tylko tzw. gimbaza go kupuje. Gdy jeszcze sam jadłem Thiocodin i łaziłem po niego od apteki do apteki, regularne spotykałem staruszkę, która kupowała dokładnie to samo co ja, czyli bardzo silny narkotyk dostępny bez recepty.
Ministerstwo Zdrowia pozoruje jakieś działania, ograniczając możliwość zakupu do jednego opakowania. Producent Thiocodinu wyszedł jednak temu naprzeciw i produkował opakowania zawierające nie dziesięć – jak poprzednio – tabletek, a po dwadzieścia.
Po jakimś czasie ktoś z resortu zdrowia zorientował się jednak, że firma bez problemu ominęła zakaz sprzedaży więcej niż jednego opakowania, zwiększając pudełka i pakując w nich dwa razy więcej tabletek niż poprzednio. Znowu pomajstrowali coś w przepisach i teraz koncern farmaceutyczny Unia pakuje nie dziesięć, ale i nie dwadzieścia tabletek. Znaleziono kompromis – pakować można 16 sztuk, zmniejszając jednocześnie drugi składnik leku – sulfogwajakol – który narkomanowi nie jest do niczego potrzebny. Specjalnej szkody też nie wyrządza, ale po cholerę inwestować w środek na kaszel w leku, którego na kaszel prawie nikt nie używa. Zatem, w jednej tabletce Thiocodinu jest 15 mg kodeiny. Opakowanie zawierające 16 sztuk zawiera 180 mg. Trzy takie opakowania dają ponad pół grama bardzo silnego narkotyku, który organizm, przerabia na czyściutką morfinę.
Wprawdzie kolejny przepis nakłada na apteki zakaz sprzedaży więcej niż jednej paczki, ale ponieważ żyjemy w kraju lombardów i aptek, to wystarczy przejść kilkadziesiąt metrów, by kupić nie trzy, a pięć opakowań. A to do już prawie gram kodeiny. Nie mówiąc o tym, że osiedlowe apteki często takich dylematów nie mają, a sympatyczna pani magister sprzeda nawet dziesięć opakowań znajomemu klientowi. Musi jedynie dziesięć razy nabić na kasę osobny paragon.
Kodeinę zawiera także przeciwbólowy lek o nazwie Antidol. Zawarta w nim duża dawka paracetamolu skutecznie odstrasza, bo przy zjedzeniu 40 tabletek, w której każda zawiera 500 mg paracetamolu, konsekwencje mogą być nieprzyjemne. Oczywiście, jest sposób by oddzielić jedno od drugiego, ale wymaga to powrotu do domu i kilkunastu minut cierpliwości. A tej narkoman nigdy nie ma, a Thiocodin można połknąć zaraz po kupieniu, nawet pod apteką, jeśli tylko będzie czym popić.
Thiocodin odkrył też wspomniany Arek, zafascynowany amerykańskim rapem, miał zaledwie szesnaście lat gdy po raz pierwszy sięgnął po ten narkotyk. Podobnie jak ja, opracował sobie listę aptek, by zbyt często nie kupować w tych samych punktach. No chyba, że u osiedlowej pani magister, ale tam cena jest zwykle ciut wyższa. Igor potrzebował już dziesięć, jedenaście opakowań dziennie. Więc skrupulatnie liczył każdą złotówkę Wychodził wtedy z domu dwie godziny przed planowanymi zajęciami i robił rundę po mieście, kupując po jednym opakowaniu.
Po roku, już gdy był w liceum, uznał, że Thiocodin jest jednak za słaby. Chciał mocniejszych wrażeń. Wsiadł w pociąg i pojechał do Warszawy szukać heroiny. Wysiadł na dworcu i swoim wyglądem zadbanego młodzieńca, dziecinną buźką i markowym ubraniem uzbierał 250 złotych. Wystarczyło na gram heroiny. Odnalezienie miejsca, gdzie można ją kupić, nie sprawiło mu już większego problemu. Był tak żądny wrażeń, ze nie miał oporów by samemu podać sobie w żyłę. Siedział w stolicy dwa dni ciągle ćpając kupiony towar.
W końcu szkoła zorientowała się w jego problemie, kilka dni przed studniówką został z niej wyrzucony. Dzięki staraniom rodziców podszedł do matury w prywatnym liceum. Zdał ją celująco, w dodatku zdawał egzamin po hiszpańsku. To jeden z trzech języków, które zna.
Teraz ma dziewiętnaście lat, nie ma planów ani pomysłu na życie. To właśnie on został dzisiaj ciężko pobity w jednej z sal, sprawca został wprawdzie usunięty, ale to nie koniec szykan. Pozostali pacjenci wyrzucili jego rzeczy z pokoju informując, że ma stamtąd wypierdalać. Próbowaliśmy zrobić wraz z terapeutą jakąś roszadę, by przynajmniej w nocy czuł się bezpieczny. Był tak zastraszony, że bał się nawet zbliżyć do swojej sali. W końcu udało się umieścić największego z pacjentów na łóżku wyrzuconego agresora, dodało to chłopakowi otuchy i przyhamowało chęć zemsty pozostałych pacjentów.
Arek już drugi raz przyjechał się odtruć od heroiny, tym razem wszedł na program metadonowy. To znaczy, nie wiem czy wszedł, bo z tego co mówił, planował wyjechać z detoksu następnego dnia rano. Jak będzie, czas pokaże.
Arek to typowy dzieciak klasy średniej, przekonany że wszystko mu się należy Sytuację pogarszają również jego rodzice, spełniając wszelkie jego zachcianki. Nawet podczas matury matka dyskretnie podawała mu niewielkie ilości narkotyku. Uległa szantażowi, że bez tego nie zda matury.
P.S. Arek na własną prośbę opuścił oddział. Czarno widzę jego przyszłość.