Kapsułki pamięci

Anna Polony
Kilka ładnych lat temu starałem się o wywiad z Anną Polony. Bezpośredniego kontaktu do tej wybitnej aktorki nie miałem, ale udało mi się uzyskać kontakt pośredni. Niestety, mój zamiar się nie powiódł, przekazano mi informację, że nie będzie możliwości spotkania z panią Polony, mimo jej kilkudniowej, przy okazji gościnnych występów, obecności w Warszawie. Jakiś czas ponowiłem próbę będąc w Krakowie, tą samą drogą, ale i tym razem nic z tego nie wyszło. Oczywiście żałowałem, ale uczuciu temu towarzyszyła, paradoksalnie, szczypta ulgi, bo trochę się spotkania z panią Polony, wielką aktorką scen krakowskich i polskich „bałem” (choć nie to, żeby jakoś przesadnie) mając pewne, zaczerpnięte z różnych przekazów wyobrażenie o jej ciętym języku i nieco apodyktycznym, władczym sposobie bycia. Nie bez wpływu na moje wyobrażenia była także postać „heterowatej” Anieli Dulskiej w spektaklu, apotem serialu Andrzeja Wajdy „Z biegiem lat, z biegiem dni”, jedna z najbardziej znanych ról pani Polony. Pamiętałem też o władczej Muzie, którą kreowała w legendarnych krakowskich „Dziadach” mickiewiczowskich w inscenizacji Konrada Swinarskiego. Wyobrażałem sobie, tym rodzajem trochę naiwnego wyobrażenia, że siedzę przy stoliku kawiarnianym z wytworną damą w kapeluszu i prowadzę wywiad, pełen napięcia by nie wystawić się na jakiś zjadliwy sztych rozmówczyni. To być może do pewnego stopnia objaw „pokoleniowy”, jako że należę do tej generacji widzów, wśród której jeszcze zdarza się odnoszenie się do wielkich postaci artystycznych z respektem niczym do osób „półboskich”. Zwłaszcza do takich Dam teatru jak Anna Polony. Mam natomiast wrażenie, że przedstawiciele młodszych generacji rzadko odznaczają się tego typu obiekcjami. Kilka lat temu, jesienią 2015 roku, pojawiła się kolejna szansa na kontakt z panią Polony. Pracowałem wtedy jeszcze w TVP (przed sczyszczeniem w ramach szerokiej czystki 2016 roku) i zajmowałem się Teatrem Telewizji, tzn. przygotowywałem serwisy krótkich wywiadów z twórcami spektakli, w tym z aktorami, przeprowadzanych na planie podczas nadarzających się przerw. Anna Polony przyjechała do Warszawy, żeby zagrać jedną z głównych ról w „Domu kobiet” Zofii Nałkowskiej. Jednak po dwóch poprzednich niefortunnych próbach nie liczyłem na wiele, może poza kilkoma zdaniami, jako że plan realizacyjny, podobnie jak plan filmowy, z jego zabieganiem, pośpiechem, nerwowością, nie sprzyja spokojnej, a tym bardziej dłuższej rozmowie. Plan realizowany był nie w dekoracjach studia przy Woronicza, ale w przedwojennej chyba willi w jakiejś podwarszawskiej miejscowości typu Konstancina, a może to był Konstancin, nie pamiętam. Korzystając z pierwszej nadarzającej się okazji zbliżenia się do pani Polony podczas przerwy między ujęciami, zapytałem ją czy zgodzi się na rozmowę. Nie zareagowała odmownie, ale na tyle zdawkowo i nie bez nuty roztargnienia, że nie wzbudziło to we mnie dużej nadziei. Wreszcie, po co najmniej dwóch godzinach, ogłoszono przerwę obiadową. Podszedłem ponownie do pani Polony, ale ponieważ zareagowała tak, jakbym całkiem niedawno nie pojawił się przed jej obliczem, więc moje nikłe nadzieje jeszcze osłabły. Miejsce kateringu było dość daleko usytuowane od willi, więc pani Polony, ubrana w prywatną, swobodną garderobę, narzuciwszy na plecy jakąś kurtkę (był jesienny chłód) została zaproszona do busa, do którego i mnie „psim swędem” udało się dostać tylko dlatego, że chytrze udałem, że towarzyszę jej zgodnie z jej wolą i to „służbowo”. Taka niewinna, trochę szwejkowska sztuczka. Po kilku minutach zajechaliśmy na miejsce. Towarzyszyłem pani Polony krok w krok, niczym „paź królowej”, ciągle nie będąc pewnym osiągnięcia celu. Katering, czyli – mówiąc po ludzku – obiad, składający się z dwóch zdań i deseru serwowano w innym z kolei pojeździe, też w czymś w rodzaju busa. Owe okoliczności kulinarne nie wróżyły dobrze mojemu celowi, bo taki obiad to nie okazja do umówionej rozmowy w eleganckiej restauracji, ale spożywanie w ścisku, ciasnocie, metodą chałupniczą, „ambulatoryjną”, w asyście pokaźnego grona osób, z których każda czegoś chce, gdzie panuje rozpraszający harmider, ruch, rozmowy i presja czasu. Czarno więc to widziałem, zwłaszcza, że z dzieciństwa wyniosłem naukę, że „przy jedzeniu się nie rozmawia”. I ciągle wydawało mi się, że nie uchodzi przeszkadzanie takiej Damie przy posiłku, zwłaszcza takiej Damie, co do której nie miałem pewności, że nie odprawi mnie w każdej chwili pod jakimkolwiek pretekstem. Innymi słowy – wszelkie okoliczności zdawały się działać przeciw mnie. Pani Polony wybrała dania z karty, a kiedy zasiadła nad pierwszym z nich, przed plastikową miseczką i plastikowymi sztućcami, spojrzała na mnie, po raz pierwszy uważnie, a nawet badawczo i powiedziała łagodnie: „No to proszę pytać”. Zacząłem zadawać pytania, moja Rozmówczyni odpowiadała, i tak mijała minuta za minutą. Kiedy upłynął kwadrans zacząłem odczuwać presję „tajmingu”, choć i tak uważałem, że udało mi się uzyskać nadspodziewanie duży kęs czasu. Pani Polony rozmowy jednak nie przerywała, a na moje kolejne pytania odpowiadała zupełnie obszernie, nie przejawiając przy tym oznak pośpiechu. Jednak po jakichś 20-25 minutach zaczęły się znane mi, i zawsze denerwujące, a przy tym rozpraszające, próby położenia kresu rozmowie. Co rusz podchodziły jakieś osoby z ekipy, rzucały słówka o „kończeniu”, coś mówiły do pani Polony, stwarzały atmosferę rozpraszającego zdenerwowania i rzucały mi spojrzenia ponaglające, pełne nagany, że „zabieram czas”, słowem – „pchały się między wódkę a zakąskę”. Miałem w tym już pewne doświadczenie, więc postanowiłem nie reagować, zdając się w tej sytuacji całkowicie na moją znakomitą Rozmówczynię. W pewnym momencie, gdy „pressing tajmingowy” stawał się coraz bardziej natarczywy i zaczął przeszkadzać w formułowaniu wypowiedzi samej pani Polony, podniosła głowę i dość srogim, nie znoszącym sprzeciwu tonem zażądała, aby „nam nie przeszkadzano”. Najwidoczniej autorytet Wybitnej Damy Sceny sprawił, że namolny pressing w okamgnieniu ustał i rozmawialiśmy jeszcze przez kolejne blisko pół godziny. I tylko od czasu do czasu, rzuciwszy kątem oka na otoczenie, widziałem w oczach ekipy kierowane na mnie spojrzenia ostre jak sztylety. W końcu „zabierałem” im ich czas pracy, opóźniałem moment zakończenia dnia roboczego, a było już późne, listopadowe popołudnie. I tak oto udało mi się, w tych trudnych warunkach, przeprowadzić „pełnokalibrowy” wywiad, zadać wszystkie zaplanowane pytania. I nawet to nie pani Polony dała znak do zakończenia rozmowy, lecz ja „zmiłowałem” się nad otoczeniem i postawiłem ostatni akord. Jaki z tego wniosek? W takich sytuacjach nie trzeba być „miękiszonem” i nie dać się pokonać w „pojedynku na miny”. I że w towarzystwie Wybitnej Damy Teatru można się czuć bezpiecznie nawet w takich nieprzyjaznych, paździerzowych okolicznościach, przy posiłku podawanym w jednorazowych, plastikowych naczyniach, pośród ścisku, zaduchu i hałasu.

Alicja Pawlicka
Z panią Alicją rozmawiaem natomiast w warunkach komfortowych, w cichej kawiarni w „Promie Kultury” na warszawskiej Saskiej Kępie. To także Dama Sceny, pokoleniowo bliska Annie Polony, ale o usposobieniu pozbawionym władczości, bardzo stonowana, skromna, mówiąca bardzo oszczędnie o swojej długiej karierze aktorskiej na scenie warszawskiego Teatru Polskiego, gdzie zagrała dziesiątki ról. Ma na swoim koncie także wiele ról filmowych. Ja ją najbardziej zapamiętałem w roli Laury w telewizyjnym „Kordianie” Juliusza Słowackiego, w reżyserii Jerzego Antczaka (1963), w duecie z Ignacym Gogolewskim. Chętniej jednak niż o swojej aktorskiej pracy opowiadała mi o swoim nieżyjącym już mężu, Janie Suzinie, sławnym spikerze Telewizji Polskiej i obdarzonym wspaniałym głosem lektorze filmów emitowanych na „srebrnym ekranie”. Na spotkanie przyniosła maszynopis wspomnień męża i zgodziła się pożyczyć mi je na kilka dni. Są naprawdę bardzo interesującym i barwnie napisanym przyczynkiem do dziejów polskiej telewizji. Niestety, do tej pory nie zostały wydane, a szkoda.

Aktorka nieposkromiona WYWIAD

Anna Władysława Polony – ur. 21 stycznia 1939 w Krakowie. Absolwentka Wydziału Aktorskiego (1960) oraz Wydział Reżyserii Dramatu (1984) Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. W latach 1960–1964 aktorka Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, w latach 1964–2014 – Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie; od 1973 do 2003 roku pedagog Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie, od 1990 – profesor, w latach 1999–2005 – prorektor. Laureatka Nagrody im. Aleksandra Zelwerowicza – przyznawanej przez redakcję miesięcznika „Teatr”. Od 2014 roku aktorka Teatru im. Juliusza Słowackiego. W 2013 r. otrzymała Wielką Nagrodę festiwalu Dwa Teatry w Sopocie za wybitne osiągnięcia aktorskie w Teatrze Polskiego Radia i Teatrze Telewizji Polskiej. Niektóre inne role teatralne to Anabaptystka Helga w „Anabaptystach” F. Dűrrenmatta w reż. Z. Hűbnera (1968), Hanka w „Godach życia” St. Przybyszewskiego w reż. Wandy Laskowskiej (1972), Ewa w „Pan Puntilla i jego sługa Matti” B. Brechta w reż. M. Prusa (1974), Rachela w „Weselu” St. Wyspiańskiego w reż. J. Grzegorzewskiego (1977), Anna Andriejewna w „Rewizorze” M. Gogola w reż. J. Jarockiego (1980), Ofelia w „Hamlecie” W. Szekspira w reż. A. Wajdy (1981), Caryca Katarzyna w „Termopilach polskich” T. Micińskiego w reż. K. Babickiego (1986), Respektowa w „Fantazym” J. Słowackiego w reż. T. Bradeckiego (1991), Ema w „Lunatykach” H. Brocha w reż. K. Lupy (1995), Barbara Pietrowna w „Biesach” F. Dostojewskiego w reż. L. Flaszena (1995), Królowa Małgorzata w „Iwonie, księżniczce Burgunda” W. Gombrowicza w reż. H. Leszczuka (2001) oraz w „Król umiera, czyli ceremonie” E. Ionesco w reż. P. Cieplaka (2008). W Teatrze Telewizji zagrała ostatnio w „Domu kobiet” Z. Nałkowskiej w reż. Wiesława Saniewskiego (2016).

 

 

Z ANNĄ POLONY rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Znów pojawia się Pani przed oczami szerokiej, bo telewizyjnej publiczności, w roli Emilii w serialu „Drogi wolności”, zrealizowanym na 100 rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę. Kiedy po raz pierwszy zetknęła się Pani z fenomenem aktorstwa?

W krakowskim liceum, gdzie uczył mnie o teatrze przedwojenny artysta Jan Niwiński. Pracował z nami, uczniami nad interpretacją utworu – stwarzał nastrój, który pobudzał wyobraźnię, pilnował słowa, żeby było wyraziste, prawidłowo wypowiedziane. W naszej grupie była znakomita poetka, czarująca i śliczna Halina Poświatowska. Recytowałam z nią hymn Jana Kasprowicza „Salome” podczas wyjazdu do Zakopanego. Miała poczucie humoru i przekorę wobec losu, który był dla niej okrutny. A pozy tym kilka razy, gdy byłam małą dziewczynką, zaprowadzono mnie do teatru z całą rodziną. I zapamiętałam Tadeusza Łomnickiego jako Puka w „Śnie nocy letniej” Szekspira. Nic nie zrozumiałam, ale wchłonęłam atmosferę.

 

Jeszcze w trakcie studiów aktorskich ukończonych w 1960 roku wystąpiła Pani na deskach Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej. Czy on już wtedy miał taką renomę jak w latach siedemdziesiątych?

Ależ skąd. Wtedy jego ranga była mniej więcej równa Teatrowi imienia Słowackiego, a w potocznym odbiorze widzów może była nawet nieco wyższa, bo imponujący gmach Słowackiego i legenda jego świetności z czasów Młodej Polski, z czasów Wyspiańskiego, Solskiego i Pawlikowskiego Polski robiły większe wrażenie niż kamienica Starego. Jeszcze nikomu nie śniły się te późniejsze sukcesy Starego za czasów Konrada Swinarskiego, Andrzeja Wajdy czy Zygmunta Hubnera. W tamtych czasach były w Krakowie dwie sceny porównywalne rangą i podobne sobie w stylu uprawiania teatru.

 

A jaki to był teatr?

Bardzo profesjonalnie przygotowywany, powiedziałabym – polonistyczny, literacki, ale jeszcze bardzo osadzony w XIX-wiecznej tradycji i z punktu widzenia inscenizacji i z punktu widzenia stylu aktorstwa. Nowatorstwo na razie kiełkowało jedynie w scenografii.

 

Z racji Pani wieku i filigranowej sylwetki angażowano Panią wtedy do ról dziewczątek, panien z dobrego domu, zakochanych i egzaltowanych albo niesfornych?

I z racji głosiku proszę dodać, bo głosik miałam cienki i dziewczęcy, nie tę chrypkę co od lat do dziś, uformowaną przez dziesięciolecia palenia papierosów. Dopiero później zaczęłam grać kobiety surowe, zasadnicze i złośliwe. Na scenie zadebiutowałam w 1959 roku, jeszcze pod szyldem PWST, w „Wojny trojańskiej nie będzie” Jeana Giraudoux w reżyserii Jerzego Kaliszewskiego jako – nomen omen – Mała Poliksena. Kilka miesięcy później, w 1960, także jeszcze jako studentka, zagrałam Dorynę w wyreżyserowanym przez mojego profesora Tadeusza Burnatowicza „Świętoszku” Moliera, ale to już nie była panienka z dobrego domu, tylko cwana i bezczelna służka w „dobrym” paryskim domu mieszczańskim. Bronisław Dąbrowski zaangażował mnie do Teatru im Słowackiego i w nim zostałam na trzy sezony, do 1964 roku.

 

Zagrała tam Pani m.in. Janielkę w „Z przedmieścia” Konstantego Krumłowskiego i Księżniczkę w „Mądremu biada” Aleksandra Gribojedowa, obie w reżyserii Bronisława Dąbrowskiego, Józię w „Damach i huzarach” Fredry w reż. Romana Niewiarowicza, Lizetkę z „Zakochanych” Carlo Goldoniego w reż. Haliny Gryglaszewskiej, a także Marcysię w „Don Juanie” Moliera w głośnej realizacji Bohdana Korzeniewskiego z 1962 roku, Helenę w „Fantazym” Słowackiego u Gryglaszewskiej…

Ale też trzy malutkie rólki w „Dziadach” w inscenizacji Korzeniewskiego, które przeszły bez echa, nie było tego nastroju co pięć lat później, a była to inscenizacja bardzo przenikliwa, jak to u intelektualisty Korzeniewskiego a zaraz potem Wiolę we francuskiej farsie Barilleta i Gredy’ego „Adela i stresy” w reżyserii Marii Malickiej. Poza tym malusieńką rólkę Panny Trojańskiej w „Odprawie posłów greckich” Kochanowskiego u Maryny Broniewskiej. Niestety takie postacie jak Broniewska i inne wcześniej wymienione są dziś w kompletnym zapomnieniu.

 

Jak widać była to głównie klasyka dramatu i komedii. I oto nagle wylądowała Pani w Starym Teatrze, we współczesnej sztuce Marka Domańskiego „Ktoś nowy”, w reżyserii młodego wtedy Jerzego Jarockiego.

Młody był, ale już bardzo poważny i uczony, reżyser-doctus. Imponował mi, zawsze imponowali mi tacy mądrzy reżyserzy i mądrzy mężczyźni. W mężczyźnie najbardziej fascynujący jest intelekt. To właśnie Jarocki mnie zauważył i doprowadził do angażu w Starym. Zaraz też potem zagrałam u niego w „Henryku IV” Szekspira rolę, proszę uważnie słuchać, Lalki-Drzyj Płótno. To był styczeń 1965, początek mojego pierwszego pełnego roku w Starym, a po kilku miesiącach Konrad Swinarski obsadził mnie w roli Zuzanny w „Żałosnej i prawdziwej tragedii pana Ardena z Feyersham w hrabstwie Kent” autorstwa Anonima. Nawet takie rzeczy się wtedy wydobywało na światło dzienne. Dziś, w tym powszechnym lenistwie umysłowym, nie można o tym nawet marzyć.

 

To było w maju 1965, a w październiku miała miejsce premiera jednej z najsławniejszych premier w dziejach powojennego polskiego teatru, „Nieboskiej komedii” Krasińskiego. Wywindowała ona trwale na szczyt reżysera Konrada Swinarskiego.

I bardzo wpłynęła na język polskiego teatru. Z tego punktu widzenia było to przedstawienie rewolucyjne. Legendarne przedstawienie! Ja zagrałam rolę Orcia, małego chłopczyka którego notabene przygotowywałam na egzamin do szkoły teatralnej, właśnie z Janem Niwińskim. Orcio w interpretacji Niwińskiego był zupełnie inny od interpretacji narzuconej przez Swinarskiego. Popadliśmy na tym tle z Konradem w ostry spór konflikt. Przyszedł i powiedział, że Orcio ma być „debilem”, a ja myślałam, że mnie szlag trafi, bo miałam przygotowany monolog Orcia pełen poetyckich uniesień. Konrada jednak oczywiście zainteresowała głównie choroba chłopca i że ślina leje mu się z ust, że język ma na wierzchu. Jak ja to usłyszałam, jakby mi ktoś nóż wbił w serce. Rozpętała się awantura. W końcu obraziłam się i trzasnęłam drzwiami. Szczęśliwie Marek Walczewski, wówczas mój mąż, który grał w tym przedstawieniu główną rolę, hrabiego Henryka, widząc, jak się szarpię, podsunął mi pomysł, żeby Orcio miał kłopoty z kręgosłupem i żeby stąd wynikała jego niezborność. Tego się uczepiłam. Połączyliśmy liryzm z fizyczną ułomnością i moja rola została uznana za kreację, a spektakl stał się wydarzeniem. Konrad jak nikt potrafił stworzyć na scenie wieloznaczny świat – okrutny i wspaniały. Nota bene obaj panowie, Marek Walczewski i Konrad Swinarski byli mężczyznami mojego życia. Byli fascynującymi osobowościami i wielkimi artystami. Marek grał hrabiego w „Nie-boskiej” fenomenalnie, zjawiskowo. Konrad świetnie go ustawił – tam była i pycha, i duma, i kabotynizm. Ale krakowska krytyka nie poznała się na nim, za to ja zebrałam świetne recenzje. Od tego czasu zaczęły się nieporozumienia. Marek był aktorem Jerzego Jarockiego, a ja aktorką Konrada Swinarskiego, czyli pracowaliśmy w dwóch konkurujących klanach teatralnych gigantów. To był ekscytujący okres w teatrze, ale podziały przenosiły się na życie prywatne. On miał mocny charakter, a ja jestem impulsywna, gadatliwa, złośliwa, pazerna, zazdrosna. Pożądałam zarówno ludzkich uczuć, ról, uznania i w ogóle wszystkiego, oprócz spraw materialnych.
Dobrze wychodziły mi tylko przyjaźnie z mężczyznami. Przetrwała nasza serdeczna zażyłość z Jerzym Trelą. Zawsze mu zazdrościłam ról większych od moich i nagród. Jesteśmy z jednej stajni mistrza Swinarskiego, a to mocna więź. Konrad był moim mistrzem i przyjacielem aż do tragicznej śmierci w 1975 roku. Bardzo mnie cenił jako krytycznego i pyskatego widza, czy „widzkę”, jakby dziś powiedziały feministki. Choć bywałam (i bywam) niepohamowana, gwałtowna, wybuchowa. Chciałabym być aniołem, ale mój diabeł wyskakuje z pudełka i na to nie pozwala.

 

Później były dziesiątki ról w znakomitych tekstach w znakomitej reżyserii, u samego tylko Konrada Swinarskiego jako Claire w Pokojówkach” Geneta, „Wszystko dobre co się dobrze kończy” Szekspira, Stella w „Fantazym”, Młoda w Klątwie” i Joas w „Sędziach” Wyspiańskiego, Helena w „Śnie nocy letniej” Szekspira, Dziewczyna w „Żegnaj, Judaszu” Iredyńskiego, aż po Ewę w jego legendarnych „Dziadach” oraz Muzę w „Wyzwoleniu” Wyspiańskiego.

I to była ostatnia moja wspólna praca z Konradem na scenie, przy czym w przypadku „Dziadów” i „Wyzwolenia współpracowałam z nim reżysersko.

 

Bo przecież jest Pani także jest z wykształcenia reżyserką….

Eee, tam.. Jakbym się naprawdę nią czuła, to bym zrobiła „Hamleta”, a ja tylko czasem wystawiam komedie. Niby uczyłam się syntezy problematyki dramatu, idei spektaklu, lecz nie mam takiej odwagi jaką powinien mieć reżyser z prawdziwego zdarzenia. Reżyserując, ani razu nie potrafię przekroczyć granicy, jaką wyznacza oryginalny tekst, choć akurat w graniu jestem gotowa na każde szaleństwo. Nigdy nie mam stuprocentowej pewności, że to, co wymyśliłam, jest naprawdę dobre. Wielki reżyser ma równie wielkie ego i jest przekonany o swoim geniuszu. Mną miotają wątpliwości. A więc komedie tak, poważny repertuar nie.

 

Nietrudno jednak nie zauważyć, że to – na ogół – nie drugorzędne komedie, ale wielkie, klasyczne komediowe teksty: „Poskromienie złośnicy” Szekspira, „Igraszki trafu i miłości” Marivaux, „Gwałtu co się dzieje” i Śluby panieńskie” i „Pana Jowialskiego” Fredry, „Urodziny Stanleya” Pintera, „Wdowy” Mrożka czy „Wesele Figara” Beaumarchais. Czy czuje Pani nostalgię za latami 60-tymi i 70-tymi, kiedy teatr w Polsce przeżywał złoty okres, rozkwit?

Za komuny kwitła kultura, teatr, muzyka, wspaniałe kariery robili wirtuozi, reżyserzy, aktorzy, pisarze, mimo że przecież obowiązywała cenzura. Była przestrzeń dla wysokiej kultury i sztuki. Dzisiaj niestety rządzi pieniądz, więc jest prostacko, wesołkowato, ale w konsekwencji smutno. Nie mogę znaleźć w tym nowym świecie sztuki miejsca dla siebie. W każdym razie zrezygnowałam, mimo licznych propozycji i namów Marka Walczewskiego, z robienia warszawskiej kariery, która jednak mogłaby być nieco większa niż kariera w królewskim mieście Krakowie. Kraków uchodzi za słodką, śliczną, elegancką, ale prowincję. Czuję go w kościach, kocham jego niezwykłą atmosferę, choć mam temperament zupełnie nie krakowski. Odzywają się geny dziadka Węgra (są też one w moim nazwisku), który przywędrował do Polski 150 lat temu i zakochał się w mojej babci. Jestem żywa, impulsywna, a tutaj ludzie są spokojniejsi i bardziej wyciszeni niż w stolicy. Warszawa zawsze mnie przerażała przede wszystkim rozległością. W Krakowie na Rynku każdy może się z każdym spotkać, więc spotykam wielu znajomych, ale za prawdziwie bliskie mi osoby uważam mojego bratanka Leszka Polony, a przede wszystkim Józka „Żuka” Opalskiego, profesora krakowskiej PWST, reżysera, wybitnego intelektualistę, który po części zastąpił mi duchowo Konrada.

 

Pani przygoda zawodowa z kinem jest rzeczywiście liczbowo nieobfita. Mówi Pani o sobie, że jest Pani „niefilmogeniczna”, nieefektowna, szara. Ról stricte filmowych, kinowych zagrała Panie niewiele, m.in. epizod w „Kontrybucji” Jana Łomnickiego (1966), w „Dwóch księżycach” Andrzeja Barańskiego (1993), choć rolą w „Rewersie” Borysa Lankosza (2007) położyła Pani silny akcent w polskim kinie ostatnich lat. Za to Pani kontakt z ekranem telewizyjnym zaowocował wieloma dziesiątkami ról, głównie w Teatrze Telewizji, w czasach gdy istniała telewizyjna, piątkowa scena krakowska. Ale także jako Aniela Dulska we wspaniałym serialu Andrzeja Wajdy „Z biegiem lat z biegiem dni”.

Który stał się prawdziwym dokumentem artystycznym starego Krakowa. Najpierw jednak zaistniał w 1978 roku jako spektakl w Starym Teatrze. W Teatrze Telewizji debiutowałam w „Woyzecku” Bűchnera u Konrada Swinarskiego, ale najwięcej razy pracowałam z cudowną Ireną Wollen, m.in. w „Czajce” Czechowa w roli Maszy czy w „Próbować być szczęśliwą” w roli Marii Baszkircew, która to rolę najlepiej wspominam. Dobrze też wspominam Lizę w „Diable” Lwa Tołstoja w reż. Lidii Zamkow czy margrabinę Cibo w „Lorenzaccio” Musseta w reż. Agnieszki Holland.

 

W teatrze żywego planu aktor ma kontakt z publicznością, i to daje mu energię. A co zastępuje publiczność w Teatrze Telewizji: kamera?

W teatrze żywego planu siła przekazu musi być tak mocna, żeby doszła do ostatniego rzędu. Lubię czuć, że widz potrzebuje moich wyraźnych emocji i zachowań. Z moją naturalną ekspresyjnością i ekstrawertyczną naturą na scenie jestem w swoim żywiole. W Teatrze Telewizji potrzeba mi tylko partnera – przekaz ma trafiać do niego. A kamera ma być świadkiem tego, co się dzieje między nami. Przyznaję, że opanowanie mojej ekspresji i nadmiernej wyrazistości sprawia mi dużą trudność. Jednak ta walka z samą sobą, jeśli z niej wychodzę zwycięsko, sprawia też dużą satysfakcję.

 

Zauważyłem, że działa Pani jak magnes na „Poskromienie złośnicy” Szekspira. W 1969 roku zagrała Pani Kasię w inscenizacji Zygmunta Hübnera, a po latach reżyserowała ją Pani najpierw ze swoimi studentami w PWST, a jeszcze później dla Teatru Wybrzeże w Gdańsku. Dlaczego tak bardzo ceni Pani ten tekst?

Proszę się samemu domyśleć.

 

Dziękuje za rozmowę.