Jakiej polityki oświatowej potrzebuje Polska?

W czwartym roku rządów Prawa i Sprawiedliwości stoimy przed największym w historii Polski kryzysem oświaty. Ma on swój wymiar ekonomiczny – żądanie radykalnej poprawy kondycji materialnej nauczycieli – ale się do tego nie ogranicza.

Dzisiejsza opozycja już teraz powinna przygotować całościowy program wyjścia z tego kryzysu. To zaś wymaga poważnej dyskusji na temat wykraczającej poza samo tylko środowisko polityków.

Wobec strajku nauczycieli

Stoimy w obliczu ogólnopolskiego strajku nauczycielskiego. Postulaty tego środowiska – najbardziej konsekwentnie wyrażane przez Związek Nauczycielstwa Polskiego – są w pełni uzasadnione. Cynizm obecnego rządu znajduje oczywisty wyraz w uporczywie głoszonej tezie, że na znaczne podwyżki płac nauczycielskich nie ma pieniędzy. Skoro znalazły się miliardy na inne cele, to ich brak dla nauczycieli jest po prostu konsekwencją przyjętych przez rząd (a raczej przez stojący nad nim ośrodek dyspozycyjny Prawa i Sprawiedliwości) priorytetów. Tym razem jednak środowisko nauczycielskie jest tak zdeterminowane, że najprawdopodobniej rząd zmuszony zostanie do zmiany stanowiska. Następny rząd odziedziczy skutki wieloletnich zaniedbań i będzie musiał stworzyć długofalowy program dofinansowania oświaty. Wymagać to będzie bardzo poważnej refleksji nad cała koncepcją finansów publicznych.
Problem finansowania oświaty nie zrodził się wczoraj. Po drugiej wojnie światowej imponujący skok edukacyjny stanowiący jedno z największych osiągnieć Polski Ludowej dokonał się w warunkach zniszczeń wojennych, a także w ramach polityki ekonomicznej, której wady są na tyle znane, że nie warto ich przypominać. Państwo podjęło wielkie zadania edukacyjne nie mając na to wystarczających środków, co musiało pociągać za sobą oszczędzanie na płacach nauczycielskich. Tym, co do pewnego stopnia łagodziło społeczne odczucie degradacji tego zawodu był fakt, ze w podobny sposób obniżone zostały (w porównaniu z okresem przedwojennym) płace innych zawodów inteligenckich. Po 1989 roku sytuacja uległa jednak zmianie. Badania socjologiczne (zwłaszcza profesora Henryka Domańskiego) wskazują na to, że ponownie wystąpiła silna korelacja między wykształceniem i zarobkami. Wystąpiło to jednak silniej w sektorze przedsiębiorstw niż w sferze budżetowej, do której należy oświata. W latach dziewięćdziesiątych sytuację do pewnego stopnia łagodziło to, że przy wysokiej stopnie bezrobocia zawód nauczyciela postrzegany był jako ten, który zapewnia trwałe zatrudnienie. Rządy Włodzimierza Cimoszewicza i Jerzego Buzka podejmowały wysiłki na rzecz podniesienia płac nauczycielskich, ale skala wprowadzonych wówczas podwyżek uposażeń była ograniczona wciąż bardzo trudną sytuacją finansową państwa. W obecnym stuleciu – zwłaszcza po wejściu Polski do Unii Europejskiej – sytuacja gospodarcza wyraźnie się poprawiła, co wyraziło się w znaczącym wzroście stopy życiowej Polaków. To w tych warunkach najsilniej wystąpiło zjawisko coraz większej dysproporcji między zbyt wolno rosnącymi zarobkami nauczycieli a zarobkami innych grup zawodowych z wyższym wykształceniem. Szkodzi to nie tylko nauczycielom, gdy ż powoduje odpływ z zawodu utalentowanych ludzi, którzy wiele mogliby dać polskiej oświacie, ale nie są w stanie utrzymać rodziny z tak niskich zarobków, jakie obecnie oferuje im praca w oświacie. „Prawo i Sprawiedliwość” samo sprowokowało radykalizację protestu nauczycielskiego przez to, że idąc po władzę głosiło nieprawdziwą tezę, jakoby na wszystko będą pieniądze „wystarczy tylko nie kraść”. Trudno się więc dziwić, że nauczyciele po trzech latach obecnych rządów zażądali stanowczo poprawy warunków, na jakich wykonują swój trudny zawód. Obecna opozycja powinna radykalną poprawę warunków płacowych tego środowiska wpisać w swój program. Wymaga to zmiany priorytetów polityki finansowej. Oświata i służba zdrowia musza uzyskać silniejszą niż dotychczas pozycję w podziale środków budżetowych.

Jaka edukacja?

Oświata wymaga jednak nie tylko radykalnej zmiany w zakresie jej finansowania. Konieczna jest nowa polityka oświatowa. Dotyczy to zwłaszcza programów nauczania, neutralności światopoglądowej szkoły i jej roli w wychowaniu obywatelskim. Dwukrotnie na przestrzeni dwudziestu lat zafundowano polskiej oświacie nieprzemyślane zmiany strukturalne: najpierw powołując gimnazja (1998), a potem je znosząc (2017). W obu wypadkach były to reformy kosztowne i do tego wprowadzane zbyt szybko, co prowadziło do chaosu. Zmiany organizacyjne miały zastąpić poważną pracę nad unowocześnieniem oświaty. Po odsunięciu PiS od władzy należy zaprzestać tej huśtawki organizacyjnej i skupić uwagę na tym, co najważniejsze : na treści nauczania.
Wybitny fizyk i edukator profesor Łukasz Turski przedstawił dwa lata temu nowatorską koncepcję edukacji, której celem – jak pisał – powinno być „zdobywanie wiedzy i umiejętności samorealizacji każdego uczącego się w parciu jego własne talenty” („Uwagi o edukacji powszechnej z reformą szkół AD 2017 w tle”, Warszawa 2017, s.13). Tak rozumianą edukację przeciwstawiał szkoleniu polegającemu na mechanicznym przekazywaniu wiedzy „z góry w dół”, co stanowi nadal obowiązujący model polskiej oświaty. Dlatego postulował, by reforma kształcenia powszechnego polegała „na zmianie paradygmatu ze szkolenia na edukację” (s. 20).
Wracam w tym kontekście do własnych doświadczeń z okresu, gdy w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza (1996-1997) kierowałem Ministerstwem Edukacji Narodowej. Stałem wtedy na stanowisku, że dla polskiej oświaty najważniejsze są nie zmiany struktury szkolnej, lecz zasadnicze zmiany treści i sposobów nauczania. Dlatego w 1997 roku podpisałem nową podstawę programową kształcenia ogólnego opracowaną przez znakomity zespół ekspertów kierowany przez wiceministra Mirosława Sawickiego i dyrektora departamentu Jerzego Gąsiorowskiego – zasłużonych działaczy oświatowych związanych przed laty z „Solidarnością”. Istotą tej zmiany było odejście od przeładowanych programów i zapewnienie nauczycielom znacznej swobody w doborze sposobu przekazywania wiedzy. Publicystka „Gazety Wyborczej” Maria Kruczkowska nazwała to „cichą rewolucją” (Gazeta Wyborcza, 30 czerwca 1997).
Już po zmianie rządu zostałem (w listopadzie 1997 roku) przyjęty na kilkugodzinnej rozmowie przez redaktora naczelnego „Kultury” Jerzego Giedroycia, który nie tylko bardzo wysoko ocenił ten kierunek zmian, ale zaproponował mi opublikowanie na ten temat artykułu („Spory o politykę oświatową w Polsce”, Kultura. Nr.1-2, 1999) – mojego jedynego tekstu w tym zasłużonym miesięczniku. W konkluzji tego artykułu pisałem:
„Sprawy oświaty w stopniu szczególnie wielkim wymagają wyłączenia ich ze sfery doraźnej walki politycznej….W sprawach oświaty i wychowania istnieją znaczne różnice poglądów, ale nie powinno to wykluczać porozumienia ponad politycznymi podziałami. Bez niego spory o politykę oświatową będą jedynie pogłębiały podziały zamiast służyć znajdowaniu najlepszych rozwiązań” (s. 24) .

Z pełną aprobatą

Jerzego Giedroycia spotkały się moje uwagi o konieczności zapewnienia neutralności światopoglądowej szkoły, krytyka ksenofobicznych akcentów w nauczaniu historii i postulat „edukacji europejskiej”, której celem jest przygotowanie młodego pokolenia do roli światłych obywateli Unii Europejskiej. Rozmowy z redaktorem naczelnym „Kultury” wspominam z wielką satysfakcją, gdyż umacniały mnie one w przekonaniu, że w polityce edukacyjnej lewicy szliśmy właściwą drogą.
Po zmianie rządu sprawy poszły jednak w innym kierunku. Przeprowadzona została politycznie motywowana czystka nie tylko w ministerstwie, ale także w kuratoriach, przy czym ofiarami tej czystki padali nie tylko ludzie związani z SLD czy PSL, ale także wielu dawnych działaczy „Solidarności”, których jedyną winą była dobra współpraca z lewicowym ministrem. Nowa podstawa programowa została odrzucona przez ministra Mirosława Handke i nigdy później nie wrócono już do takiej koncepcji szkoły, w której nauczyciel nie byłby skrępowany zbyt drobiazgowymi dyrektywami i w której nacisk kładziony byłby na rozumienie zjawisk, a nie na zapamiętywaniu niezliczonych faktów. Powrotowi do konserwatywnej koncepcji szkoły towarzyszyło mechaniczne przyjmowaniu takich „nowinek” jak masowo stosowane testy, oparte głównie na pamięciowym opanowaniu materiału.

W następnych latach

tendencja ta ulegała wzmocnieniu pod wpływem mechanicznie przejmowanych wzorów obcych, w tym nacisku kładzionego na testy, które preferują mechaniczne zapamiętywanie właściwych odpowiedzi kosztem pobudzania do samodzielnego myślenia. Jest to coraz bardziej anachroniczne – zwłaszcza w erze powszechnej dostępności internetu. Po co uczniowi zapamiętywanie nazw czy dat, skoro bez trudu te informacje może znaleźć w swoim laptopie?
Inny model edukacji wymaga dwóch rzeczy: przebudowy programów szkolnych i zmiany sposobu kształcenia nauczycieli. Obie te zmiany wymagają czasu i konsekwencji. Im szybciej się za to weźmiemy, tym lepsze będą efekty.
Nie są to jednak jedyne bolączki naszej oświaty. Rządy PiS spowodowały wyraźną klerykalizację oświaty. Katecheci uzyskali bardzo silną pozycję – nieproporcjonalną do formalnie przecież nadobowiązkowego charakteru nauczanego przez nich przedmiotu. Ceremonie szkolne nasycone są treściami religijnymi, co kłóci się z zasadą neutralności światopoglądowej państwa, a więc i państwowej szkoły. Niektórzy kuratorzy oświaty zasłynęli pełnymi nietolerancji wypowiedziami publicznymi w tak delikatnych sprawach jak orientacja seksualna. Zaniechano nowocześnie rozumianego przekazu wiedzy o życiu seksualnym człowieka, od dawna atakowanego przez środowiska klerykalne.
Dochodzi do tego skrajne upolitycznienie szkoły. Jednostronne przedstawianie historii najnowszej (w tym bezkrytyczny kult tak zwanych „żołnierzy wyklętych”) osiągnęło ostatnio alarmujący poziom. Nie brak sygnałów, że do szkoły docierają treści nacjonalistyczne, w tym antysemickie. Podległy Prawu i Sprawiedliwości aparat oświatowy przymyka na te zjawiska oko. Tak nie buduje się wspólnoty obywatelskiej.

Co należy zrobić?

Stoimy przed bardzo realną perspektywą odsunięcia PiS od władzy w wyniku październikowych wyborów parlamentarnych. Przed nowym rządem staną wielkie zadania wyprowadzania Polski z chaosu spowodowanego obecnymi rządami. W obszarze polityki edukacyjnej wymaga to wielu trudnych posunięć, do których należy przygotowywać się już teraz.
Dlatego proponuję podjęcie przez kierownictwa partii wchodzących w skład Koalicji Europejskiej kilku posunięć, które nie muszą czekać na wybory.
Po pierwsze: powołany powinien zostać niezależny od partii politycznych zespół wybitnych ekspertów, którego zadaniem byłoby przygotowanie podstaw zmian programowych tak, by nowy rząd nie musiał zaczynać tych prac od zera.
Po drugie: należy przygotować projekty dwóch ustaw: jednej, która anulowałaby niefortunną reformę szkolnictwa wyższego autorstwa wicepremiera Gowina i drugą, która ustanawiałaby jako stały organ państwowy Radę Edukacji Narodowej jako ciała wyposażonego w istotne kompetencje w zakresie programu edukacji i złożonego z nieusuwalnych ( na okres długiej kadencji) specjalistów powoływanych przez Prezydenta RP spośród osób wysuniętych przez Prezydium Polskiej Akademii Nauk, rektorów najważniejszych uniwersytetów, posiadaczy doktoratów honoris causa i osób zaproponowanych przez nauczycielskie związki zawodowe.
Po trzecie: należy ponownie po łączyć ministerstwa edukacji narodowej i oraz nauki i szkolnictwa wyższego. Podział ministerstw nastąpił w 2006 roku w wyniku wejścia do rządu Ligi Polskich Rodzin, której szef został wicepremierem i ministrem edukacji nie mając nawet doktoratu. To wtedy oddzielono naukę i szkolnictwo wyższe, co jednak utrzymane zostało przez wszystkie następne rządy mimo że znikła przyczyna „rozwodu”. Sprawa jest dlatego ważna, że potrzebna jest silniejsza koordynacja prac w zakresie szkolnictwa wyższego i średniego, a także dlatego, ze uniwersyteckie kształcenie nauczycieli powinno być synchronizowane z pracami programowymi w oświacie.
Po czwarte: należy opracować i poddać pod dyskusję publiczną (jeszcze przed wyborami) koncepcję uwolnienia polskiej szkoły od dyktatu wyznaniowego. Zmiany te powinny obejmować wyprowadzenie nauki religii ze szkól i zastąpienie jej podstawami religioznawstwa, a także wyraźne zagwarantowanie takiego prowadzenia szkół, by przywrócona została pełna wolność sumienia – tak wierzących, jak niewierzących.
Mamy przed sobą nieco ponad pól roku. Warto ten czas wykorzystać, by po październikowych wyborach energicznie przystąpić do naprawy tego, co w polskiej oświacie zepsuły rządy Prawa i Sprawiedliwości.

Ślimak Sam zamiast debaty

Minister Zalewska nie zrobiła nic, żeby uniknąć protestów i dogadać się ze środowiskiem – wręcz przeciwnie, nie sposób zliczyć przekłamań i pomówień, które padły, za część zresztą zapłacili podatnicy. Zmanipulowana kampania o niebotycznych zarobkach nauczycieli kosztowała nas wszystkich 64 tys. zł.

Tymczasem za strajkiem kryje się autentyczna troska, nie tylko o swoje kieszenie, ale także o jakość edukacji. Dobrze opłacani, szanowani nauczyciele, to lepsza szkoła, głodowe pensje to masowy odpływ z zawodu, który zresztą widzimy już dzisiaj. Jeśli natychmiast nie poprawi się sytuacja tej grupy zawodowej, zaraz nie będzie miał kto prowadzić lekcji. Już brakuje kilkudziesięciu tysięcy anglistek, matematyczek czy przedszkolanek.

Obecne klasy ósme, które będą zdawać egzaminy w czasie strajków, to rocznik, który na swoich młodych plecach od początku swojej kariery szkolnej dźwiga skłonność do „reformowania” szkoły. To jedne z pierwszych dzieci, które poszły do szkół w wieku 6 lat. Zamiast iść do gimnazjum zostały w szkołach podstawowych, gdzie w ciągu dwóch lat muszą zrealizować program z trzech lat gimnazjum – nie dają sobie z tym rady, nauki jest za dużo. Trafią do liceów, gdzie nie ma na nich miejsca – w pierwszych klasach liceum znajdą się dwa roczniki, ostatni absolwenci gimnazjów i właśnie nieszczęśni ósmoklasiści, którzy mieli rok mniej na opanowanie materiału, więc ciężko im będzie konkurować ze starszymi kolegami. Te dzieci mają 13 lat – trochę mało, żeby płacić za polityczne błędy rządu, prawda?

Problemem polskiej szkoły są oczywiście nie tylko zarobki nauczycieli i nie tylko reforma oświaty. Metody nauczania i wychowania zmieniają się znacznie wolniej niż świat wokół nas. Szkoła często nie ma żadnych narzędzi, żeby radzić sobie z nowymi formami rówieśniczej przemocy, która przeniosła się do internetu. System edukacji nie ma żadnej odpowiedzi na epidemię depresji i samobójstw wśród młodzieży – tylko w pierwszych trzech kwartałach 2017 roku zabiło się 66 nastolatków, 440 próbowało. Metody nauczania są przestarzałe i odklejone od rzeczywistości – tony prac domowych, czytanie tych samych opracowań i tych samych lektur od 30 lat, jedynka i uwaga jako narzędzia pracy z dziećmi, które sprawiają trudności.

MEN pod wodzą Zalewskiej pozbywa się ze szkół dzieci z niepełnosprawnością, nie ma żadnego pomysłu na integrację dzieci migrantów, chociażby z Ukrainy, których pojawia się w Polsce coraz więcej. Nie ma rozwiązań najprostszych problemów – jak choćby wykrzywiające dziecięce plecy ciężkie plecaki czy stan techniczny i rozmiar ławek, w których muszą siedzieć całymi dniami.

Czym w tych ponurych okolicznościach zajmują się kadry? Anna Zalewska planuje kampanię do Parlamentu Europejskiego. Krzysztof Nowacki, kurator oświaty w woj. warmińsko-mazurskim, zorganizował już 10 kontroli w szkole, która w bibliotece miała książeczkę o Ślimaku Samie, sympatycznym zwierzątku, które podobnie jak wszystkie pozostałe ślimaki na świecie, jest obojnakiem; wiedza o tym mogłaby zgorszyć dzieci. Małopolska kurator, Barbara Nowak odkryła skandal – w ramach wymiany międzynarodowej dzieci w jednej ze szkół miały szansę pouczyć się arabskiego od algierskich studentów, na szczęście już nie mają, jeszcze by się czegoś dowiedziały o świecie! Nagrała też obszerny materiał i sporo bywała w mediach w związku z podpisaniem przez Rafała Trzaskowskiego karty LGBT dla Warszawy, zapewniającej rzetelną edukację seksualną – to z pewnością ważniejsza kwestia niż egzaminy w małopolskich szkołach i dalsze losy absolwentów podstawówek albo fakt, że w samej Małopolsce już po rozpoczęciu obecnego roku szkolnego brakowało 800 nauczycieli.

Trudno uwierzyć, żeby widząc pożar polskiej szkoły kuratorzy naprawdę martwili się o islamską inwazję albo homopropagandę. To raczej umyślny zabieg – krzyczmy dużo rasistowskich, homofobicznych haseł, niech prasa pisze o tym, że jesteśmy konserwatywni i oszołomscy. Może wtedy nikt nie zauważy, że jesteśmy bezradni i niekompetentni, że złamaliśmy życie tysiącom dzieci i nie mamy pojęcia, jak posprzątać ten burdel. Walka ze Ślimaczkiem ma za zadanie tworzenie pozoru, że kogokolwiek w kuratorium obchodzi szkoła i wartości, jakie prezentuje; że ktoś stara się chociaż mieć nad tym kontrolę.

Z takiej szkoły można wygonić świętym ogniem obojnaczego ślimaka, można wygnać z niej algierskich studentów. Mogą z niej uciec nauczyciele, którzy jak każdy człowiek chcą godnie zarabiać. Jeśli nie zaoferuje im tego państwo, znajdą inną robotę. Kiedy zmieni się władza, odejdą z niej pisowscy urzędnicy. Tylko dzieci nie mają gdzie uciec, a wszystkie błędy pani Zalewskiej, jej kolegów i koleżanek, poniosą w przeładowanych plecakach w życie.

Pogadać o szkole

To wymaga odwagi!

Nie lękajcie się! – powiedział Sławomir Broniarz słowami papieża Polska do kolegów szykujących się do strajku. Do szefowej MEN natomiast skierował ostrzeżenie: „Jest to czas, żebyśmy rzeczywiście porozmawiali!”.
– Wydaje się, że jest czas na to, żebyśmy rzeczywiście rozmawiali, natomiast jeżeli pani minister mówi, że kolejna transza podwyżkowa będzie od września, to wprowadza państwa w błąd albo nie pamięta własnego projektu ustawy – mówi szef ZNP. – Tam jest napisane, że będzie od września do grudnia, więc pani minister już tutaj manipuluje faktami.
Tymczasem Anna Zalewska najwyraźniej nie ma ochoty na serio pogadać o szkole, bo powtarza swoją mantrę o podwyżkach, które wcześniej rozpisała – i o których nauczyciele wielokrotnie już mówili, że nie spełniają ich oczekiwań i nic się w tej materii nie zmieni, niezależnie od tego, jak bardzo Zalewska będzie zaklinać rzeczywistość.
– Pani minister stale prezentuje pogląd, że wydaje miliardy na płace nauczycieli. Tylko tyle, że ten iloraz w dzieleniu na kilkaset tysięcy moich koleżanek i kolegów daje wielkość podwyżki na poziomie 120 – 160 złotych na etat – podsumował Broniarz po raz 273535. – a nie wiem, z kim pani minister negocjuje, natomiast jeżeli w dalszym ciągu w przestrzeni publicznej pojawiają się te same deklaracje, te same zapowiedzi i te same niestety puste zwroty, to ja nie rokuję dobrze jakimkolwiek potencjalnym negocjacjom z panią minister edukacji narodowej.
Znanym faktem jest, że Anna Zalewska nie jest zainteresowanie rozmową nie tylko z potencjalnie strajkującymi, nie była również zainteresowana spotkaniami Rady Unii Europejskiej do spraw edukacji. Zainteresowała się nimi dopiero kiedy okazało się, że PiS wystawi ją na eurolistach.
Na dziewięć spotkań od 2015 roku uczestniczyła w jednym, na czterech w ogóle nie pojawiła się polska delegacja. Kolejne zebranie Rady planowane jest na 22 i 23 maja, tuż przed planowanymi wyborami do Parlamentu UE. Wówczas strajk nauczycieli prawdopodobnie będzie już w rozkwicie. Ogarnąć może nawet 75 proc. placówek i 300 tys. pedagogów zrzeszonych w 3 związkach.
Sławomir Broniarz uważa, że to „pokazanie środkowego palca” nauczycielom przez Zalewską, która w maju najwyraźniej zamierza spakować swoje manatki i uciec od rozkładu, w którym znajduje się nauczycielskie morale i nauczycielskie wynagrodzenia.
– Pragnę zwrócić uwagę na to, z jakim bagażem minister Zalewska pójdzie do Europarlamentu – mówi Broniarz. – To powinien być zaszczyt, nagroda, a wygląda na to, że daje się złoty spadochron ministrowi, który zdemolował edukację. W tym samym momencie, gdy będzie się kończyła rekrutacja i dzieci będą biegały od szkoły do szkoły, minister Zalewska będzie ze swoim radosnym uśmiechem wybierała się do Europarlamentu.
Z poradami życiowymi dla nauczycieli wystąpił również kolejny specjalista: Krzysztof Szczerski, który de facto kazał pedagogom wziąć się za płodzenie młodych Polaków i żyć z 500 plus.
Już nawet Andrzej Duda uznał tę wypowiedź za „wyjątkowo niefortunną”. Szczerski przeprosił. Ale przeprosić powinien tak naprawdę polskie kobiety, które po raz kolejny dla 40 – i 50-latków z partii rządzącej okazały się chodzącymi inkubatorami.
– Wydaje się, że to była wypowiedz nieprzemyślana, krzywdząca i obraźliwa naprawdę nie tylko dla nauczycieli – oświadczył przewodniczący ZNP. – Dotyczy nie tylko nas nauczycieli, ale milionów polskich rodzin, które mają dzieci nie po to, aby dostawać 500 plus i nie z takim zamysłem kobiety rodzą dzieci, żeby wzbogacać swój budżet.
Bo nie zapominajmy, że owoce tego wzbogacania budżetu trzeba będzie kiedyś posłać do szkoły – a część z dzieci urodzonych dzięki hojności rządu PiS być może sama w tej szkole skończy, ucząc matmy za niewiele ponad najniższą krajową.
Strajk nauczycieli wybuchnie, bo innej możliwości po prostu nie ma. Chyba że faktycznie za Annę Zalewską przyjdzie „minister od policji” Jarosław Zieliński i zrobi porządek z całym tym towarzystwem. Przypomnijmy, że w resorcie edukacji nie chciał go nawet najpamiętniejszy z pamiętnych ministrów, Roman Giertych.
„Słowo wyjaśnienia, dlaczego nie mogłem zaakceptować Jarosława Zielińskiego jako wiceministra MEN. Po krótkim, pobieżnym spotkaniu, odniosłem bowiem wrażenie, że ubiegający się o pozostanie moim zastępcą poseł PiS nie nadaje się nawet na woźnego w szkole podstawowej” – napisał na Twitterze.

Pani minister nie wie, co to dialog

„Zirytowany jestem nie tylko ja, ale większość środowiska nauczycielskiego – mówi Kamili Terpiał (wiadomo.co) Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego.

PO: Gdzie są pieniądze dla nauczycieli?
– Rodzice i nauczyciele są zaniepokojeni tym, że w sobotę nie padła żadna propozycja dla nauczycieli. Czekamy zatem na konkretne, realne decyzje rządu i na to, aby nauczyciele otrzymali podwyżki, aby poprawiła się ich sytuacja finansowa. Uniki minister Anny Zalewskiej i brak dialogu powodują, że sytuacja jest coraz bardziej napięta. Najpilniejszy problem to zapobiec strajkowi nauczycieli i to jest odpowiedzialność rządu – mówiła na konferencji prasowej była minister edukacji narodowej Krystyna Szumilas z PO.
Posłowie opozycji żądają od premiera Mateusza Morawieckiego, aby spotkał się z przedstawicielami wszystkich związków zawodowych i rozwiązał problem podwyżek dla nauczycieli. – PiS w tej sprawie zachowuje się nie jak partia rządząca, tylko jak ludzie owładnięci żądzą rządzenia, myślą tylko o tym, jak wygrać wybory – dodaje poseł PO Rafał Grupiński.
Przypominają, że w miniony piątek na ich wniosek zwołane zostało specjalne posiedzenie sejmowej komisji edukacji, nauki i młodzieży, na której poruszony został temat podwyżek dla nauczycieli, ale bezskutecznie.
– Pani minister Anna Zalewska nie zdaje sobie sprawy z sytuacji, w którą nas wszystkich wpycha, a przede wszystkim nauczycieli. Minister Zalewska, mimo iż patrzy w kierunku Brukseli, powinna spojrzeć na to, co po sobie zostawia. Nie bierze pod uwagę tego, że chcemy pomóc. Zaproponowaliśmy poprawkę do budżetu, która miała pomóc samorządom w złagodzeniu skutków podwójnego rocznika oraz przeznaczała 2 mld zł na podwyżki dla nauczycieli. W budżecie zaproponowanym przez PiS nie ma żadnych dodatkowych pieniędzy na ten cel – oburza się posłanka Urszula Augustyn, była wiceminister edukacji.

PSL składa projekt ustawy zakładający 1000 złotych podwyżki
– Rząd chciał stworzyć wrażenie, że dba o wszystkich Polaków, niestety tak nie jest. Jest wiele grup społecznych, zawodowych, które od wielu miesięcy protestują, domagają się podwyżek, lepszego traktowania, prawdziwej rozmowy. Ich postulaty nie zostały uwzględnione w propozycjach rządowych – mówił w Sejmie prezes PSL.
Dlatego zaprezentował projekt ustawy podnoszący wynagrodzenia dla nauczycieli. – To grupa zawodowa, która od wielu miesięcy walczy o lepszą jakość nauczania w Polsce, o to, żeby dzieciaki miały lepszy dostęp do wiedzy, żeby ta wiedza była jak najstaranniej przekazywana, żeby była nie tylko edukacja, ale i wychowanie w szkole. Walczą o to, żeby rodzice byli spokojni o przyszłość swoich dzieci i oczywiście o to, żeby warunki pracy nauczycieli były jak najgodniejsze – tłumaczył Władysław Kosiniak-Kamysz.
Projekt zgłoszony przez ludowców zakłada podwyżkę dla wszystkich nauczycieli: stażystów, dyplomowanych i mianowanych o 1000 złotych.

Broniarz: Nastroje są bojowe

KAMILA TERPIAŁ: Ostatnie obietnice PiS przelały czarę goryczy? Jest pan wkurzony na rząd?
SŁAWOMIR BRONIARZ: To budzi we mnie ogromną irytację. Jest rzeczą niedopuszczalną, że nagle dowiadujemy się, że są ogromne pieniądze, choć budżet jest już zamknięty.

Wiele razy nauczyciele słyszeli, że nie ma pieniędzy na podwyżki. Czuje się pan oszukany?
Tak. Od dawna byliśmy informowani, że rząd stać najwyżej na 100 złotych podwyżki. Tak samo, jak państwa nie stać na 500 złotych dodatku dla niepełnosprawnych i ich opiekunów. Politycy PiS-u prosto w twarz byli w stanie mówić, że nie ma pieniędzy. To straszne. Potem nagle okazało się, że PiS, jak królik z kapelusza, wyciąga 40 miliardów złotych. Zirytowany jestem nie tylko ja, ale większość środowiska nauczycielskiego. Myślę, że przelała się taka dawka emocji, jak po stu spotkaniach związkowych i objeździe całej Polski. Nastroje są bojowe.
Oliwy do ognia dolewa fakt, że znika jakikolwiek dialog związkowy, a zastępuje go rozmowa rządu z „Solidarnością”. Centrum dyskusji przeniosło się na ulicę Nowogrodzką. Tylko patrzeć, jak rząd będzie reaktywował Centralną Radę Związków Zawodowych, na której czele stanie Duda. To też budzi niepokój, bo do tej pory wydawało się, że jednak pewne normy cywilizowanej debaty, a przynajmniej jej pozory będą obowiązywały.

Minister edukacji przekonuje, że od początku robi, co może, i dlatego nauczyciele dostali od stycznia podwyżki.
Mówimy nie tylko o podwyżkach, ale także o braku jakiejkolwiek wizji, która pokazywałaby, że edukacja jest w stanie sprostać oczekiwaniom XXI wieku. Gdyby nie nauczyciele i ich kolosalny wysiłek, to wszystko, co minister edukacji wygenerowała w ciągu ostatnich 3 lat, zniszczyłoby doszczętnie polską szkołę. Tylko nauczycielom zawdzięczamy to, że nie doszło do najgorszego. Za to wszystko proponuje się nam podwyżkę w wysokości od 83 do 115 złotych netto i przekonuje, że więcej nie ma. Poza tym ta podwyżka została nam narzucona, nie była przedmiotem żadnej dyskusji i negocjacji. Minister przyszła na spotkanie tylko po to, aby zakomunikować, że jest tyle i więcej nie będzie.
Pani minister nie wie, co to jest dialog. Nie ukrywam mojego wielkiego rozgoryczenia i rozczarowania.

Strajk jest właściwie przesądzony?
Rozpoczynamy referendum, które będziemy chcieli zakończyć maksymalnie 22 marca, po to, aby przygotować sam strajk. Cieszymy się, że do strajkujących nauczycieli i członków ZNP coraz liczniej dołączają przedstawiciele „Solidarności”. Przed chwilą na Twitterze przeczytałem wpis jednego z członków „S”, który twierdzi, że nie obchodzi go stanowisko jego kierownictwa, za to popiera nasze działania i postulaty.

Czyli strajk odbędzie się już na początku kwietnia, podczas egzaminów gimnazjalnych i ośmioklasisty?
Ta decyzja zostanie zakomunikowana 5 marca. Musi się pani uzbroić w cierpliwość.

Nie tylko ja. Nie boi się pan gniewu rodziców?
Poziom niezadowolenia rodziców oczywiście bierzemy pod uwagę. Ale powtarzam wszem i wobec, że nie mamy innej możliwości, chociaż będziemy starali się przeprowadzić to jak najbardziej bezboleśnie. Większą szkodą dla dzieci jest petryfikowanie tego stanu rzeczy – uczą nas nauczyciele, których udajemy, że wynagradzamy, i którym proponujemy 1850 złotych miesięcznie. Jeżeli taka sytuacja się utrzyma, to we wrześniu do szkoły przyjdzie nieliczna grupa nauczycieli, których ta kwota zadowala. Inni będą po prostu szukać pracy w innych zawodach. Dlatego tłumaczymy rodzicom, że to wbrew pozorom leży w interesie ucznia i przyszłych pokoleń. Powinniśmy zrobić wszystko, aby nauczyciele nie byli zmuszani do pracy za najniższe wynagrodzenie w kraju.
Cieszymy się, że w Europie jest Bułgaria i Rumunia, bo inaczej bylibyśmy na szarym końcu, a tak zajmujemy zaszczytne trzecie miejsce od końca.

Domagacie się podwyżki w wysokości 1000 zł. Ile w sumie to kosztowałoby budżet państwa?
Mamy 700 tysięcy nauczycieli, naszym zdaniem zmieścilibyśmy się w kwocie do 10 miliardów złotych. Nieprawdą są wyliczenia ministerstwa edukacji, które mówi o około 17 miliardach. To są astronomiczne pieniądze. Ale moje podejście zmieniło się, gdy usłyszałem, że nagle rząd jest w stanie dać 11 miliardów złotych emerytom, przy całym szacunku dla dorobku tej grupy. Premier rozbudził takie emocje i nadzieje, że puściły wszelkie ograniczenia. Przypominam, że płaca nauczyciela dyplomowanego od 1 stycznia wynosi niecałe 2500 tysiąca złotych netto. Rodzina młodych nauczycieli z dwójką dzieci, którzy zarabiają po 1850 złotych po podwyżce, żyje na poziomie poniżej minimum socjalnego.

Poseł PiS apeluje do rodziców do pozywania ZNP za „utracone szanse uczniów”. Słyszał pan o tym?
Wiedza nie boli, ale brak wiedzy już tak. Panu posłowi, który rozpowszechnia te nieprawdziwe wiadomości, polecam lekturę ekspertyz prawnych. Nie ma takiej możliwości. Stroną może być ministerstwo edukacji i Centralna Komisja Egzaminacyjna, a nie nauczyciel.
Zbliżają się egzaminy i przypominam wszystkim, że aby się odbyły, potrzebny jest nie tylko uczeń i nauczyciel, ale także egzaminator, który je sprawdzi. Minister edukacji zepchnęła to na bok, trochę podwyższyła stawki za taką pracę, ale większość i tak nie zamierza się za takie pieniądze angażować.
To jest zresztą kolejny problem.

Groźba strajku może doprowadzić do tego, że i dla nauczycieli pieniądze się znajdą?
Walczymy nie tylko o pieniądze, ale o to, aby edukacja była postrzegana nie jako zło konieczne i dziura budżetowa, tylko jako element prorozwojowy, decydujący o przyszłości tego kraju. Jeżeli mamy być Europejczykami także w zakresie płacowym – tak twierdzi przecież premier Mateusz Morawiecki – to chcemy zarabiać tak jak zarabiają Europejczycy. A płace nauczycieli w tej chwili wynoszą 50 proc. tego, co jest w krajach UE. To przepaść.

Odetchnął pan z ulgą po informacji, że Anna Zalewska będzie kandydowała w wyborach do Parlamentu Europejskiego?
Wcześniej pani minister twierdziła, że nie będzie kandydować w tych wyborach, bo musi dokończyć swoją reformę. Przykre jest też to, z jakimi wartościami występuje – neguje dialog, nie szanuje partnerów, nie wie, co to kompromis.
Jest osobą, która ma problem ze zdefiniowaniem wartości, które decydują o funkcjonowaniu UE.

To ucieczka?
Złoty spadochron, który partia zafundowała pani minister, ma chyba służyć do pozbycia się jej z Polski, po to, aby wyciszyć awanturę, która toczy i będzie się toczyć wokół edukacji. W trakcie wyborów europejskich 720 tysięcy uczniów będzie biegało od komputera do komputera albo od szkoły do szkoły, aby znaleźć sobie miejsce w szkole ponadgimnazjalnej. To jest efekt tego, że w 2016 roku minister Zalewskiej zabrakło wiedzy i wyobraźni, na pierwszym planie była dyspozycja polityczna. Powiem szczerze, że wolałbym, aby takie osoby nie reprezentowały Polski na forum Parlamentu Europejskiego.

Pani minister zwiewa

Zanim Anna Zalewska uda się na zasłużony odpoczynek do europarlamentu, warto skorzystać z niedawnej oferty rządowej dla nauczycieli. Mają oni dostać podwyżki w formie nagród za odstrzelenie dzika.

Nastąpił nieoczekiwany zwrot w negocjacjach nauczycieli z minister edukacji Anną Zalewską.
Jak informuje ASZdziennik, zgodzono się na proponowane przez Związek Nauczycielstwa Polskiego 1000 złotych podwyżki, ale strona rządowa postawiła swoje warunki. Pieniądze będą wypłacone jako nagroda za odstrzelenie dzika.
Minister Zalewska za przykład podała nam asystentkę prezesa NBP – przyznaje pani Dagmara, polonistka z Białegostoku. – Podobno „aniołek prezesa” osobiście co miesiąc przynosi do skupu dziczyzny po 100 dorodnych odyńców i 150 loch, za co związki łowieckie płacą jej po 65 tysięcy złotych.
Propozycja Ministerstwa Edukacji Narodowej zakłada, że nauczyciel stażysta będzie mógł odstrzelić do dwóch odyńców i jednej lochy miesięcznie, za co ma otrzymać nawet 1250 złotych dodatku do pensji.
– Limity będą rosły wraz z awansem zawodowym – podkreśla Anna Zalewska. – I tak nauczyciel kontraktowy może liczyć na 3 trzy odyńce i dwie lochy, dla nauczycieli dyplomowanych limity zwierzyny nie będą obowiązywać, sezon łowiecki trwał będzie cały rok, a dyrektorzy szkół raz do roku będą mogli ustrzelić żubra.
Polowania mogą odbywać się w ramach zajęć pozalekcyjnych. Zdaniem resortu, w czasie nagonki dzieci rozwiną kulturę fizyczną, a pokot i liczenie ubitej zwierzyny to doskonała okazja do utrwalenia sobie tabliczki mnożenia.
– Nauczyciele dostaną dodatek motywacyjny na wabiki zapachowe oraz nagrody jubileuszowe za co setnego ustrzelonego odyńca – obiecuje MEN. – Szczególną szansę na rozwój zawodowy upatrujemy tu dla polonistów, którzy wreszcie będą mogli wiarygodnie zinterpretować scenę polowania w „Panu Tadeuszu”.
Anna Zalewska przypomina, że broń i naboje nauczyciele powinni kupić sobie sami. Tak jak i inne pomoce szkolne i naukowe.
Pojawiają się niekiedy opinie, że propozycja MEN będzie obowiązywać tylko do chwili, gdy minister Anna Zalewska nie zostanie posłem do Parlamentu Europejskiego. Są to jednak nieuzasadnione obawy.
Pani minister realizuje zadania o tak wiekopomnym znaczeniu dla polskiej oświaty, iż wyborcy z pewnością nie zgodzą się na to, by ktokolwiek spróbował przerwać tę wielką misję – i swymi głosami umożliwią jej dalszą pracę w kraju dla dobra polskiej młodzieży.

Głos prawicy

Z ministerstwa do ciupy

„Do Rzeczy” pastwi się nad Bartłomiejem, byłym ulubieńcem Antoniego: „może szybko nie wyjść z aresztu” – pisze tygodnik, powołując się przy tym na Wirtualną Polskę:
Były rzecznik MON Bartłomiej M. został zatrzymany przy okazji innej sprawy, którą prowadzili funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego – informuje Wirtualna Polska. Z ustaleń serwisu wynika, że śledczy dysponują obszernym materiałem dowodowym w jego sprawie, w tym podsłuchanymi rozmowami.
Wirtualna Polska donosi, że byłego współpracownika Antoniego Macierewicza zdradziły rozmowy z bliskimi współpracownikami, lobbystami, biznesmenami oraz byłymi politykami PiS. Ich podsłuchiwanie miało mieć związek z inną sprawą. Bartłomiej M. miał być tak pewny siebie, że wszystkie interesy załatwiał przez telefon.
– CBA sprawdzało nieprawidłowości w kilku spółkach skarbu państwa, w tym w Polskiej Grupie Zbrojeniowej. Operacja służb trwała od 2016 roku. Bartłomiej M. często kontaktował się z osobami, które CBA prześwietlało. W tych podsłuchanych rozmowach mówił, co mu ślina na język przyniesie. Powoływał się na generałów, ministrów i znanych polityków – twierdzi informator portalu. Jak dodaje, stenogramy rozmów są na tyle dobrze udokumentowane, że Bartłomiej M. może szybko nie wyjść z aresztu. Informator twierdzi, że są dwie sprawy, które byłego rzecznika MON mogą obciążyć najbardziej: ta związana z organizacją przez PGZ wystawy na targach obronności w Nadarzynie w centrum kongresowym Ptak Expo oraz organizacja podobnego wydarzenia Ostródzie.
Bartłomiej M. i były poseł PiS Mariusz Antoni K. zostali w styczniu zatrzymani przez CBA. Niedługo później w Prokuraturze Okręgowej w Tarnobrzegu usłyszeli zarzuty powoływania się wspólnie na wpływy w instytucji państwowej i podjęcia się pośrednictwa w załatwieniu określonych spraw celem uzyskania korzyści majątkowej w kwocie ponad 90 tys. zł.
Bartłomiej M. i była urzędniczka MON Agnieszka M. usłyszeli też zarzuty przekroczenia swoich uprawnień jako funkcjonariuszy publicznych i działania na szkodę spółki PGZ w związku z zawartą przez nią umową szkoleniową. Według prokuratury podejrzani doprowadzili do wyrządzenia koncernowi szkody w wysokości prawie 500 tys. zł.

Kto z PiS wybiera się do Brukseli?

PAP zdradza kulisy list PiS do europarlamentu, pisze o tym niezależna.pl:
Polska Agencja Prasowa powołując się na źródło w kierownictwie PiS informuje, że europoseł Tomasz Poręba poprowadzi zbliżającą się kampanię wyborczą ugrupowania do Parlamentu Europejskiego. Poza obecnymi eurodeputowanymi na listach wyborczych mają znaleźć się m.in. Beata Szydło oraz Anna Zalewska.
Wybory do europarlamentu odbędą 26 maja, ich zarządzenie przez prezydenta powinno nastąpić nie później niż 25 lutego. Wtedy oficjalnie rozpocznie się kampania wyborcza.
W ubiegłorocznych wyborach samorządowych PiS wygrało w dziewięciu sejmikach województw: dolnośląskim, lubelskim, łódzkim, małopolskim, mazowieckim, podkarpackim, podlaskim, śląskim oraz świętokrzyskim. Ostatecznie rządzi w ośmiu regionach.
Polityk z kierownictwa PiS zaznaczył, że aby Poręba formalnie objął funkcję szefa sztabu wyborczego, Komitet Polityczny PiS musi przyjąć uchwałę w tej sprawie. Z informacji PAP wynika, że stanie się to podczas dzisiejszego posiedzenia Komitetu.
Jak dodał, na listach wyborczych PiS znajdą się m.in. obecni europarlamentarzyści PiS: Tomasz Poręba, Ryszard Legutko, Jadwiga Wiśniewska, Ryszard Czarnecki, Zbigniew Kuźmiuk, a także wicepremier Beata Szydło, szefowa resortu edukacji Anna Zalewska, czy minister w KPRM Beata Kempa.
W tegorocznych eurowyborach Polacy wybiorą 52 przedstawicieli do PE w 13 okręgach wyborczych.

Szału nie ma

Minister Anna Zalewska przekazała do uzgodnień międzyresortowych i konsultacji społecznych projekt rozporządzenia, na mocy którego zmienią się minimalne stawki wynagrodzenia zasadniczego dla nauczycieli.

 

Rozporządzenie reguluje kwestię drugiej transzy podwyżek dla nauczycieli. Pierwszą przyznano w kwietniu 2018 r., trzecia przypadnie na styczeń 2020 r. Po wszystkich trzech wynagrodzenie zasadnicze dla nauczycieli ma być o 15 proc. wyższe – zdaniem nauczycielskich związków zawodowych to i tak żenująco niewiele. Nauczyciele, którzy w ogromnej większości (96 proc.) posiadają wykształcenie wyższe magisterskie ze specjalnym przygotowaniem pedagogicznym, pozostają wśród najgorzej opłacanych zawodów, gdzie bezwzględnie wymaga się uniwersyteckiego dyplomu.

Jakie zapisy znalazły się w rozporządzeniu? Po podwyżce nauczyciel stażysta, dopiero rozpoczynający pracę w szkole, zarobi 2538 zł brutto. Bardziej doświadczeni nauczyciele kontraktowi dostaną 2611 zł brutto, mianowani – 2965 zł brutto, zaś ci z najdłuższym stażem pracy i największymi osiągnięciami, dyplomowani – 3483 zł brutto. Oprócz wynagrodzenia zasadniczego na nauczycielską pensję składają się dodatki za wykonywanie konkretnych zadań i funkcji w szkole, dodatek motywacyjny, za zastępstwa i nadgodziny czy stażowy. Ministerstwo lubi podkreślać ten ostatni aspekt, pisząc, że „nauczyciele mają kilkanaście dodatków”. Rzecz jednak w tym, że jedna osoba może równocześnie spełniać warunki uprawniające tylko do niektórych.

Tęczowa hipokryzja

Uczniowie w ponad 200 szkołach w Polsce na zajęciach prowadzonych przez wolontariuszy KPH zostali poddani skandalicznej indoktrynacji dewiantów. Wtłoczono im do głów rzeczy niebezpieczne i druzgocące, mogące przeorać ich świadomość na zawsze. Na przykład, że gej to człowiek. Albo że żadnego człowieka nie wolno dyskryminować. Tak wywrotowych tez ministerstwo pani Anny Zalewskiej w programie nauczania nie przewidziało. Nie dziwi zatem wzburzenie, jakiego pani minister doznała, stawiając do pionu kuratoria.

 

– Jeśli rodzice dowiedzą się, że w szkole ich dzieci prowadzona jest kampania, to powinni natychmiast zgłosić to do kuratorium, które ma obowiązek odpowiednio zainterweniować – odgrażała się „Gazecie Polskiej Codziennie”. – Upowszechnianie jakichkolwiek materiałów, które nie są zatwierdzone, z którymi nie zapoznał się ekspert z kuratorium oświaty, jest po prostu nielegalne. Nie ma takiego święta i takiego piątku w szkolnym kalendarzu!

Jest to oczywiście lipa i pani minister doskonale o tym wie. Wiedzą to również inni byli ministrowie edukacji, na przykład Krystyna Szumilas, która bardzo szybko zdementowała obowiązek zgłaszania każdego pierdnięcia do MEN czy kuratorium. Zresztą później Zalewska zmieniła linię obrony i teraz kładzie nacisk na to, że źli pederaści razem z będącymi na ich usługach dyrektorami mogli potencjalnie zlekceważyć głosy głęboko wierzących rodzin.

I te obiekcje rozwiała Szumilas: „Ustawa o systemie oświaty wyraźnie mówi, że współpraca ze stowarzyszeniami jest możliwa i decydują o niej pedagodzy oraz rodzice. Jeśli była wola przeprowadzenia tej kampanii w danej placówce, to zapewne stało się tak za porozumieniem stron”. Wzburzenie zdążył podzielić już jednak Episkopat, Młodzież Wszechpolska, ONR, który pospieszył dać odpór, oraz Ordo Iuris.

Mam do pani minister następujące pytanie: czy z materiałami, które przekazują w szkołach od wielu miesięcy wąsaci panowie z dwururkami oraz rącze Diany w futrzanych czapkach ze zwierząt, co umierały w męczarniach – zostały pilnie przestudiowane przez ministerialnych ekspertów i sprawdzone pod kątem zgodności z „z programem wychowawczo-profilaktycznym, który został z rodzicami przyjęty na początku roku szkolnego w każdej placówce”? Czy edukatorzy Polskiego Związku Łowieckiego ze swoimi skalpami zdartymi z zabitych zwierząt, prezentujący się jako strażnicy dobrostanu polskiej przyrody, zostali już dokładnie prześwietleni przez kuratorów oświaty?

Dlaczego pytam? Bo pani rzecznik PZŁ twierdzi, że „treść zajęć jest zawsze uzgadniana z dyrekcją placówki oraz nauczycielem prowadzącym”. Ojej, toż to zupełnie jak w przypadku organizatorów Tęczowego Piątku!

Mam jeszcze jedną złą wiadomość: kuratorzy pani Zalewskiej chyba też niekoniecznie podzielają wszczepianą polski uczniom miłość do łowiectwa. Bo na przykład pani Barbara Nowak, Małopolska Kurator Oświaty, w piśmie z 10 października kierowanym do dyrektorów szkół wzywała do respektowania chrześcijańskiego systemu wartości i w związku z tym ostrzegła przed indoktrynacją nie tylko przy okazji organizacji Tęczowego Piątku, ale również… Dnia Świętego Huberta. GDZIE WTEDY BYŁA PANI MINISTER?

Jak to leciało w tym całym chrześcijańskim systemie? Coś o mieczu, co się nim wojuje i od niego ginie?

Na korytarzu

W sobotę 15 września pod budynkiem MEN protestowali nauczyciele zrzeszeni w oświatowej „Solidarności”. Twierdzili, że przyszli „pokazać czerwoną kartkę minister Zalewskiej” bo „wprawdzie poparli reformę edukacji, ale nie popierają degradacji zawodu nauczyciela”. Zalewska przyjęła ich w hallu, nie zaprosiła ich do swojego gabinetu. Związkowcy są jednak zadowoleni, że w ogóle wyszedł do nich minister we własnej osobie.

 

– To jest moja 20. manifestacja. Po raz pierwszy przyjął nas minister konstytucyjny, to już jest jakiś postęp – stwierdził Ryszard Proksa, przewodniczący nauczycielskiej „Solidarności”. Początkowo nastroje zebranych pod MEN były bojowe: nauczyciele przynieśli transparenty z napisami „Niskie płace dla nauczycieli to wstyd dla polityków”, „Dość pozorowanego dialogu”, „Godna płaca za ciężką pracę”, „Nauczyciel to nie wolontariusz”, „Stop oszczędnościom w oświacie”.

Protestowali przeciwko zarządzeniom Zalewskiej , które doprowadziły do wydłużenia drogi awansu zawodowego nauczyciela, bo odbije się to negatywnie na płacach. Chcieli też podwyżek wynagrodzeń o 15 procent z początkiem 2019 r.

Szef Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „S” przed demonstracją mówił zdecydowanie: – Poparliśmy reformę systemu edukacji, ale nie popieramy degradacji zawodu nauczyciela! Jednak kiedy Zalewska zdecydowała się przyjąć delegację protestujących, nieco spuścił z tonu:

– Spotkanie było bardzo merytoryczne. Pani minister przyjęła nas w hallu, nie u siebie w gabinecie. Dlatego tak krótko trwało. Zaczęliśmy i ważne, żeby ta determinacja nas nie opuściła. Tutaj nic nie dostaniemy za darmo. Mam nadzieję, że to nie koniec naszej walki.

Minister zapowiedziała, że w ciągu kilku dni zaprosi przedstawicieli „S” na „rozmowy o konkretach”.

Ciekawe, czy będą na nie zaproszeni również przedstawiciele Związku Nauczycielstwa Polskiego. Na temat zmian w ścieżce awansu zawodowej nauczyciela i nowych kryteriów ocen pracy mają podobne zdanie, z tym że od początku nie kryli swojego krytycznego stosunku do reformy Zalewskiej. Nie kryli również żalu do „Solidarności”, która – zdaniem ZNP – pozostawała bierna wobec likwidacji gimnazjów. Przy okazji protestów pod koniec 2016 Ryszard Proksa oskarżał Sławomira Broniarza o chęć upolityczniania manifestacji, a nawet o ambicje „jednoczenia lewicy”, co miało w jego ustach jednoznacznie negatywny wydźwięk.

Swoje niezadowolenie związkowcy z ZNP wyrażą więc 22 września na wielkiej demonstracji OPZZ.

– Nastroje są fatalne, a będą jeszcze gorsze, jak nowa ocena pracy i nowe obowiązki nakładane przy tej okazji na nauczycieli wejdą w życie – mówił Sławomir Broniarz zapowiadając protesty. – Dzisiaj mamy konkurencję ze strony Lidla, Biedronki czy Miejskich Zakładów Autobusowych w Warszawie, które na plakatach proponują 4,7 tys. zł brutto. A pensja nauczyciela stażysty wynosi 2,2 tys. zł. To jest dramat z punktu widzenia przyszłości edukacji.