Uderzenie po kieszeni

Produkcja ropy Arabii Saudyjskiej została zmniejszona o połowę po ataku na instalacje koncernu Aramco należącego do rodziny Saudów. Jemeńskie drony bojowe znacznie uszkodziły dwie wielkie rafinerie nie powodując żadnych ofiar śmiertelnych. Była to odpowiedź na ostatnie saudyjskie bombardowania Jemenu. Imperium amerykańskie oskarża Iran o pomoc oblężonym Jemeńczykom i „bezprecedensowy atak na światowe zaopatrzenie w ropę”.

Rządzący Arabią następca tronu Mohammed ben Salman, który cztery lata temu dał rozkaz ataku na sąsiedni Jemen, zapowiedział natychmiast, że jego poddani mają „wolę i możliwości stawienia czoła tej terrorystycznej agresji”. Agresja saudyjska, poparta przez Stany Zjednoczone, doprowadziła do faktycznego rozpadu Jemenu, wzmocnienia lokalnej, saudyjskiej Al-Kaidy, zniszczenia prawie połowy cywilnej infrastruktury, śmierci ponad 200 tys. osób i „najgorszej sytuacji humanitarnej na świecie”, według ONZ. Wojna napastnicza, która miała trwać „dwa tygodnie” nie zdołała jednak pokonać jemeńskiej obrony.
Tymczasowe ograniczenie saudyjskiej produkcji o połowę oznacza zmniejszenie dostaw ropy na świecie o ok. pięć proc. Biały Dom jest bardzo zaniepokojony: amerykańskie systemy obronne sprzedane Saudom nie zadziałały, podobnie jak wcześniej system antyrakietowy „Patriot” w przypadku jemeńskich odpowiedzi rakietowych. Potępił więc „przemoc wobec żywotnej dla gospodarki światowej infrastruktury”. Sekretarz stanu Mike Pompeo oskarżył o atak Iran, od lat podejrzewany o pomoc jemeńskiej obronie. Wezwał wszystkie kraje świata do potępiania „irańskiego” ataku, co zrobiły na razie dyktatury z Półwyspu Arabskiego i egipska. Polska z pewnością podporządkuje się wymaganiu amerykańskiej administracji.
Izraelski reżim apartheidu oskarża z kolei Irak, niedawno zbombardowany przez siły izraelskie. Irackie jednostki Haszd al-Szaabi miały w ten sposób odpowiedzieć na ataki bliskowschodniej „terrorystycznej osi zła” (USA-Izrael-Arabia), jak nazywają ten sojusz. Do udanego ataku przyznają się jednak Jemeńczycy. Dodatkowo wystrzelili wczoraj trzy stare rakiety balistyczne Zelzal-1 na południe Arabii, znowu pominięte przez równie stary system „Patriot”. Eksperci są jednak zgodni, że amerykański niepokój jest niepotrzebny: Saudowie będą dalej kupować amerykańską broń, gdyż to dla nich środek na utrzymanie się przy władzy. Bez imperialnego poparcia saudyjska dyktatura mogłaby się szybko rozpaść.

103 ofiary

Lotnictwo wojskowe despotii Saudów znów dokonało rzezi w Jemenie. W niedzielę (1 września) zbombardowany został budynek uniwersytetu w mieście Zamar w zachodniej części kraju.

Przedstawiciele jemeńskich władz i Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża (MKCK) oświadczyli, że liczba ofiar śmiertelnych wczorajszego ataku lotnictwa Arabii Saudyjskiej i – jak określają to media głównego nurtu – „sił koalicyjnych”, to już 130 osób.
Wcześniej media informowały o odnalezionych 60 zwłokach, które wydobyto spod gruzów. Władze w Sanie mówiły zaś o 100 zabitych. Obserwatorzy i eksperci ostrzegają, że bilans ofiar niemal na pewno okaże się większy.
Według rzecznika ministerstwa zdrowia w rządzie rebeliantów Huti, przeciwko którym Arabia Saudyjska za przyzwoleniem Zachodu toczy wyjątkowo krwawą wojnę napastniczą, kampus został trafiony przez siedem pocisków bombowych; zniszczeniu uległy trzy różne budynki. Huti podkreślają, że dowodzona przez Rijad koalicja była w pełni świadoma, że celem ataku były obiekty, w których znajdowało się bardzo wiele osób. Ta część uniwersytetu w Zamarze została przekształcona w ośrodek zatrzymań, w którym przebywali właśnie zatrzymani i aresztanci. Nie mieli więc nawet szans
na ucieczkę.
MKCK przypomniał po niedzielnej serii nalotów, że według prawa międzynarodowego celem ataków mogą być wyłącznie instalacje militarne i personel wojskowy. Oczywiście, nikt nie zwraca na to uwagi, a już najmniejsze wrażenie robi to na Stanach Zjednoczonych i ich totalitarnych sojusznikach.
Według statystyk ONZ 80 proc. mieszkańców Jemenu potrzebuje pilnie pomocy humanitarnej. Bez jej dostarczania kraj zostałby doszczętnie wyniszczony przez głód i epidemie. Już teraz głoduje 240 tys. obywatelek i obywateli najbiedniejszego kraju arabskiego, a milion kolejnych jest niedożywionych.

Cel: Iran

Poprzednio zdarzyło się to przed pierwszą wojną w Zatoce w 1991 r. i potem przed inwazją Iraku w 2003. Stany Zjednoczone mają już bazy we wszystkich krajach Zatoki naprzeciw Iranu. Wcześniej niektóre kraje arabskie kręciły nosem, że na świętej ziemi Mekki i Medyny stoi imperialna armia niewiernych, która zabija muzułmanów. Ale USA są przede wszystkim gwarancją przetrwania saudyjskiej tyranii. Dziś szykuje się wojna tych sojuszników przeciw Teheranowi.
„Król Salman zgodził się na przyjęcie sił amerykańskich, by podnieść poziom wzajemnej współpracy w celu ochrony stabilności i bezpieczeństwa regionu” – czytał z kartki mowę-trawę saudyjski rzecznik ministerstwa obrony. Podlega ono temu, kto faktycznie rządzi Arabią, synowi króla, księciu Mohamedowi ben Salmanowi. Tymczasem bazę księcia Sultana, ok. 80 km na południowy wschód od Rijadu, odwiedził już gen. Kenneth McKenzie, szef dowództwa armii amerykańskiej (Centcom). Na razie trwają tam przygotowania, remonty i przeróbki.
Dziennikarze zajmujący się obronnością już wcześniej widzieli ruch w bazie na komercyjnych zdjęciach satelitarnych. W czasie imperialnej inwazji na Irak stacjonowały tu setki samolotów atakujących i bombardujących. Amerykanie mieli stosunkowo łatwo, bo Irak nie posiadał lotnictwa bojowego ani dalekosiężnej obrony przeciwlotniczej, w przeciwieństwie do dzisiejszego Iranu. W maju New York Times serwował liczbę 120 tys. żołnierzy, którzy mieliby docelowo wylądować w Arabii. Póki co, wysłano tam 500. Dobrze wypełnione są za to bazy w Kuwejcie, Iraku i Katarze.
Sprawa zestrzelenia przez Amerykanów „irańskiego” drona przycichła po tych wiadomościach. Rozlokowanie wojsk w Arabii ogłoszono nazajutrz po zablokowaniu przez Izbę Reprezentantów sprzedaży broni rodzinie Saudów za ponad 8 miliardów dolarów. Trump oczywiście zawetuje ustawę, bo wojna w Jemenie rozpętana przez Mohameda ben Salmana przynosi dochody, a krajanie krytycznych dziennikarzy w kawałki mu nie przeszkadza. Chce teraz bronić „wolności żeglugi” w Zatoce Perskiej i cieśninie Ormuz, gdyż Iran aresztował brytyjski tankowiec.
Irańczycy informują, że Stella Impero przycumował w porcie Bandar Abbas (nad cieśniną Ormuz). Został zatrzymany w związku ze śledztwem w sprawie „wejścia w kolizję z kutrem rybackim”. Na pokładzie brytyjskiego tankowca jest 23 marynarzy, 18 Hindusów (w tym kapitan), trzech Filipińczyków, Łotysz i Rosjanin. Statek został aresztowany przede wszystkim w odpowiedzi na areszt irańskiego tankowca przez Brytyjczyków z Gibraltaru.

UE nie poszła na pasku

Kwestia irańska nie przestaje dzielić krajów Unii i Stanów Zjednoczonych. Podczas gdy Amerykanie i zaraz po nich Brytyjczycy orzekli, że to Iran jest winien ataku na dwa tankowce w zeszłym tygodniu, ministrowie spraw zagranicznych Unii zebrani w Luksemburgu przyjęli stanowisko wybrane przez ONZ: potrzebne jest najpierw śledztwo, potem wyrok.

W sprawie Iranu kraje Unii dały się nabrać amerykańskiej dyplomacji na początku tego roku: uznały mianowanego przez Waszyngton „prezydenta” Wenezueli, za co spodziewały się wyjątkowego zezwolenia na handel z Iranem, mimo amerykańskich sankcji nałożonych na ten kraj i na wszystkich, którzy zechcą z nim handlować. Bardzo szybko, już w lutym okazało się jednak, że USA nałożą sankcje również na kraje europejskie, gdyby chciały prowadzić wymianę z Iranem. Waszyngton jest niezadowolony, że kraje Unii próbowały ratować zerwane jednostronnie przez USA porozumienie atomowe z Teheranem, które tak nie podobało się Izraelowi.
Unia, wykiwana w kwestii Wenezueli, tym razem stanęła okoniem: amerykańsko-brytyjskie doniesienia, jakoby to Iran ostrzelał dwa tankowce, nie są jej zdaniem przekonujące. „Głównym zadaniem ministrów spraw zagranicznych jest uniknięcie wojny” – mówił szef luksemburskiej dyplomacji Jean Asselborn.
Niemiecki minister spraw zagranicznych Heiko Maas nadał ton zwracając uwagę, że na razie brak dowodów, że to Irańczycy zaatakowali tankowce: „Musimy być ostrożni, zbieramy informacje”. Wtórował mu austriacki minister Alexander Schallenberg: „Niebezpieczeństwo polega na tym, że chodzi o igranie z ogniem, a na koniec wszyscy będą przegrani.” Wyłowiony jakoby z wody irański paszport – w domyśle: zgubiony przez irańskiego terrorystę, który „przezornie” zabrał go ze sobą na akcję – europejskich dyplomatów nie przekonał do „jedynie słusznej” wersji ogłoszonej przez Waszyngton przy wtórze Londynu, Tel Awiwu i Rijadu.
Czwartkowy atak na tankowce do tej pory nie został wyjaśniony. Arabia Saudyjska i Izrael twierdzą, że to Iran, lecz ci amerykańscy sojusznicy od dawna prą do wojny przeciw Teheranowi.

Clooney obali sudańską juntę?

Słynny amerykański aktor filmowy, bożyszcze kinomanek George Clooney wezwał „społeczność międzynarodową” do śledzenia i zablokowania pieniędzy pochodzących z Sudanu. Wojskowi piorą tam swe konta na wyścigi, jakby miało się coś stać. Kiedy stary prezydent al-Baszir musiał odejść pod naciskiem manifestacji, władzę przejęła wojskowa junta, która nie bardzo chce oddać jej cywilom. Clooney jest zaangażowany w sprawy sudańskie od dawna.

W liście otwartym opublikowanym wczoraj w amerykańskim Atlantico (prawica), podpisanym też przez znanego działacza praw człowieka Johna Prendergasta, Clooney domaga się wywarcia ekonomicznego nacisku na rządzącą generalicję tak, by rozważyła spokojne odejście: trzeba zająć lub zablokować ich konta zagraniczne.
„Byłby to środek nacisku zbyt rzadko stosowany na korzyść pokoju i praw człowieka”, ale konieczny ze względu na wyjątkową sytuację w Sudanie, przekonuje Clooney. Wyeliminowanie generałów z międzynarodowego systemu finansowego miałoby przemówić do nich głosem rozsądku. Jeszcze w tym tygodniu do Chartumu wybiera się amerykańska delegacja z departamentu stanu, by sondować zamiary wojskowych.
Wojskowi martwią się o kontrakty z Arabią Saudyjską i Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi (ZEA). Sudan, oprócz oficjalnego uczestnictwa w saudyjskiej koalicji w Jemenie, wysyła tam tysiące najemników, którzy nierzadko w imię króla Salmana giną na froncie. Interesem zarządzają generałowie i to oni najwięcej zarabiają, lecz zawsze coś tam spłynie na ubogie rodziny najemników. W Sudanie jest wysokie bezrobocie, „praca” dla Arabii w Jemenie jest ceniona.
Obecną juntę popiera właśnie najważniejszy sojusznik Stanów Zjednoczonych wśród Arabów – Arabia Saudyjska, więc imperium musi jeszcze się zastanowić, czy woli w Sudanie wojskowych, czy cywilów. Z blokowaniem kont nie będzie raczej pośpiechu.

Jemen się odcina

Dwie wiadomości: Jemeńczykom udało się w tym tygodniu niespodziewanie przełamać front na granicy z Arabią i przez trzy dni zajmować saudyjskie bazy wojskowe pod Nadżranem, sporym miastem, stolicą prowincji o tej nazwie. Jemeński wypad do Arabii miał skończyć się śmiercią lub ranami ponad 200 żołnierzy saudyjskich i zaborem sprzętu wojskowego. We wtorekj z kolei jemeńska rakieta sięgnęła saudyjskiego lotniska w Abha, ponad 120 km na północ od granicy, raniąc 26 osób, cywilów kilku narodowości.

Saudyjskie bombardowania zniszczyły w Jemenie prawie wszystkie szkoły. To „samoobrona” miała być pretekstem do ostrzelania saudyjskiego lotniska. Pocisk lekko uszkodził salę przylotów, przez którą przewija się codziennie tysiące pasażerów. Nikt nie zginął. W Sanie, jemeńskiej stolicy, rzecznik broniącej się części kraju zwrócił się do publiczności międzynarodowej, by unikała saudyjskich lotnisk, gdyż Jemen ma zamiar w nie strzelać, aż saudyjska tyrania zakończy wojnę i zniesie blokadę. Arabia nie pozwala Jemeńczykom używać lotniska w Sanie, ani portów. Głosi, że Irańczycy jakoś omijają jej blokadę i dostarczają broń obrońcom, i że to wszystko przez nich.
Niespodziewany jemeński atak na Nadżran, przeprowadzony z trzech kierunków, był niewątpliwie sukcesem, ale zbyt krótkotrwałym, by zmienić sytuację. Mohammed ben Salman, dziedzic saudyjski, prze do rozwiązania siłowego, podbicia Jemenu. Arabia ściąga z wielu krajów afrykańskich najemników: mają dojść do Sany. Zjednoczone Emiraty Arabskie, które finansowały oddziały najemników kolumbijskich w Jemenie, mają znowu sięgnąć do kieszeni. Dwa najbogatsze kraje arabskie atakują od czterech lat najuboższy kraj arabski. Pogrążyło go to w „najgorszej sytuacji humanitarnej na świecie”, według ONZ.

Broń dla Saudów nie popłynie?

Zaledwie kilka tygodni po odmowie załadowania przez dokerów z Hawru dział dalekiego zasięgu Caesar na saudyjski statek „Bahri Yanbu”, który został też później zbojkotowany przez robotników włoskich z Genui, francuscy związkowcy odmówili ładowania amunicji do tych samych dział w porcie Marsylia-Fos. Ładunek, przeznaczony na użytek masakry w Jemenie, został wywieziony z portu samochodami ciężarowymi „w nieznanym kierunku”. Rząd kłamał w parlamencie, co skończyło się awanturą.

„Wierni naszej historii i wartościom pokoju, nasz związek zawodowy jest przeciwny wszystkim wojnom na naszym globie. Walczymy przeciw imperializmowi, przeciw destabilizacji wielu krajów, przeciw rabunkowi surowców, przeciw wszystkim tym geopolitycznym wojnom! Wojny te, powodując tragedie, napychają tylko kieszenie możnych. Robotnicy-dokerzy CGT Zatoki Fos nie załadują żadnej broni, żadnej amunicji na użytek jakiejkolwiek wojny. Port św. Ludwika, 28 maja 2019” – Ten komunikat marsylskich dokerów został bardzo dziwnie odczytany przez oligarchiczne media: „Związki zawodowe zaprzeczają, jakoby chodziło o załadunek broni”… lecz sprawa się wyjaśniła.
Wcześniej obowiązywała bajeczna wersja rządowa, według której na inny statek saudyjski – „Bahri Tabuk”, który przybił do portu pod Marsylią (Marseille-Fos) nie będzie ładowana żadna broń, żadna amunicja artyleryjska, lecz tylko cywilne generatory elektryczne Siemensa. Ale w parlamencie posłowie Nieuległej Francji i komuniści nie dawali spokoju minister obrony Florence Parly. Rozlegały się okrzyki „To kłamstwa, nie macie wstydu!”, interpelacje z informacjami organizacji pozarządowych i niezależnych dziennikarzy, których nie sposób było podważyć. W końcu Parly powiedziała, że „sprawdzi”, co mają ładować w Marsylii i dodała, że „transport broni nie byłby niczym dziwnym, gdyż Arabia Saudyjska jest naszym partnerem handlowym”.
W środę wieczorem, przyciśnięty w końcu przez media, szef francuskiej dyplomacji Jean-Yves Le Drian, powiedział coś niebywałego: „Tak, to brudna wojna, tak, trzeba ją skończyć, tak, Saudyjczycy i Zjednoczone Emiraty Arabskie powinni przestać, tak, trzeba być czujnym przy sprzedaży broni tym krajom”. To pierwsza taka ocena członka francuskiego rządu, wymuszona zresztą poprzez ujawnienie prawdy na temat francuskiego handlu bronią przez niezależnych dziennikarzy i strajkami robotniczymi. Kontenery z amunicją zostały z portu wywiezione.
Saudyjska tyrania wraz z proamerykańskimi dyktaturami naftowymi z Zatoki prowadzi barbarzyńską wojnę w Jemenie od ponad czterech lat. Jemen został w tym czasie doprowadzony do „najgorszej sytuacji humanitarnej na świecie”, jak ocenia ONZ. Zginęło dotąd – według źródeł lokalnych – ok. 200 tys. Jemeńczyków, w olbrzymiej większości cywilów. Najbiedniejszy kraj arabski jest zrujnowany.

Zamykanie ust

Oficjalna wersja rządu francuskiego, już wcześniej podważana, mówiła, że francuska broń sprzedawana dyktaturom z Półwyspu Arabskiego nie służy do zabijania cywilów w Jemenie. Francuski wywiad oskarża trzech dziennikarzy o „ujawnienie tajemnicy wojskowej”, gdyż udowodnili, że to nieprawda. Francuska broń, podobnie jak amerykańska i brytyjska od początku służą agresji na Jemen, który przeżywa według ONZ „najgorszy kryzys humanitarny za świecie”.

Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA) – dwa najbogatsze państwa arabskie od czterech lat atakują najuboższe państwo arabskie, z błogosławieństwem imperium amerykańskiego. Stoją na czele „sunnickiej koalicji”, która od marca 2015 r. próbuje zniewolić jemeńskich szyitów, broniących się w północno-zachodniej części kraju. W związku z niebywałą katastrofą, która dotknęła Jemen, niektóre państwa europejskie wstrzymały dostawy broni (jak Niemcy) lub twierdzą, że ich broń nie uczestniczy w wojnie, jak Francja.
Ujawnienie przez niektóre media nieoligarchiczne (we Francji tylko 5 proc. mediów nie należy do oligarchów) tajnej notatki dyrekcji wywiadu wojskowego, która oczywiście przeczy oficjalnym bajaniom rządu, spowodowało oskarżenie trzech dziennikarzy, dwóch z Disclose.ngo i jednego z publicznego radia France Inter, choć ich redakcje uznały, że ujawnienie prawdy „leży w interesie publicznym”. Zarówno francuskie okręty wojenne, jak artyleria i drony biorą udział w jemeńskiej masakrze.
Media oligarchiczne, w części należące do wielkich producentów broni, nigdy nie odważyłyby się przeprowadzić śledztwa w takiej sprawie. Ofensywa reżimu Macrona przeciw mediom i dziennikarzom niezależnym nabrała rozpędu w związku z protestami „żółtych kamizelek” – aresztowania i bicie reporterów podczas manifestacji nie odbiegają od standardów państwa totalitarnego. Francja odpowiedziała w tym miesiącu na zarzuty ONZ o stosowaniu nieproporcjonalnej siły twierdząc po prostu, że użycie takich środków jest „niezbędne”.

Pretekst do egzekucji

Amnesty International nagłośniła ostatnie masowe egzekucje w Arabii Saudyjskiej: stracono 37 osób, ciało jednej z nich po wykonaniu egzekucji dodatkowo ukrzyżowano.

Arabia Saudyjska utrzymuje, że wykonała kodeksowe kary śmierci za terroryzm, ale AI nie wierzy: jeden ze skazanych na karę śmierci miał 16 lat, 14 osób spośród brało wcześniej udział w antyrządowych demonstracjach. Od początku roku wykonano już wyroki na 104 osobach. „To brak szacunku dla życia ludzkiego i miażdżenie oporu ze strony szyickiej mniejszości” – twierdzą obrońcy praw człowieka.
Według AI 11 osób straconych 23 kwietnia zostało skazanych w fałszywych procesach za szpiegostwo na rzecz Iranu, 14 osób poniosło karę za udział w gwałtownych antyrządowych demonstracjach w zamieszkiwanej przez mniejszość szyicką wschodniej części kraju. Zginął między innymi 16-latek. Amnesty twierdzi, że procesy w większości naruszały standardy międzynarodowe i miały na celu skuteczne zastraszenie szyitów.
Państwo natomiast utrzymuje, że wszyscy skazani tworzyli siatkę terrorystyczną i byli odpowiedzialni za zamach na posterunek policji w miejscowości Zulfi na północ od stolicy, który odbył się dwa dni wcześniej. Mieli też planować zamachy z użyciem materiałów wybuchowych. Mieli zagrażać „pokojowi i bezpieczeństwu społeczeństwa”. Obrońcy praw człowieka są niemal pewni, że zeznania wymuszono na nich torturami. Egzekucje odbyły się jednocześnie w sześciu miastach, m.in. w Rijadzie, Mekce i Medynie.
Ukrzyżowanie po wykonaniu kary stanowi praktykę, która ma stanowić odstraszający przykład: w 2018 roku spotkało to mężczyznę oskarżonego o zasztyletowanie jednej osoby, próbę zabójstwa kolejnej oraz gwałtu. Od początku 2019 r., jak donosi AI, na karę śmierci skazano aż 104 osoby. Wszystkie wyroki wykonano. W ubiegłym roku wykonano ich aż 149 (44 z nich to cudzoziemcy skazani za przestępstwa narkotykowe). To informacje AI, Rząd Arabii Saudyjskiej nie publikuje oficjalnych statystyk dotyczących liczby egzekucji, które wykonuje, najczęściej nie informując o tym rodzin straconych. Tak było również w tym przypadku. W tej chwili w saudyjskich celach śmierci na wykonanie kary czeka jeszcze co najmniej dwóch chłopców poniżej 18. roku życia.
Lynn Maalouf z AI zaapelował do Arabii Saudyjskiej, aby powstrzymała to „szaleństwo egzekucji” i ustanowiła moratorium, mające być pierwszym krokiem do całkowitego zniesienia kary śmierci.

Koniec taryfy ulgowej dla księcia

Zachodnie media długo przedstawiały saudyjskiego księcia Muhammada ibn Salmana jako reformatora, który otworzy pustynne królestwo na świat i zliberalizuje panujące w nim despotyczne porządki. Po morderstwie Dżamala Chaszodżdżiego zaczęły „przyznawać się do błędu”. Najnowsza publikacja „New York Times” ostatecznie dowodzi, że rację od początku miała lewica: Muhammad ibn Salman zawsze był krwawym satrapą.

Następca tronu Arabii Saudyjskiej pokazał swoje „humanitarne” oblicze już jako osoba, która w saudyjskim establishmencie odpowiada za prowadzenie wojny z Jemenem. Zachodnie media, które bardzo długo ignorowały tragedię tego państwa i jego mieszkańców, wolały jednak przekonywać, że książę Muhammad rozumie potrzebę reformowania swojego kraju, na przykład poszerzenia zakresu praw kobiet. Komentarze tego typu brzmiały od początku jak zaklinanie rzeczywistości – bo „światły następca tronu” ani razu nie zająknął się nawet o rezygnacji z systemu nadzoru nad obywatelkami (obecnie każda Saudyjka do podróży czy podjęcia nauki potrzebuje zgody ojca, męża lub brata).
W poniedziałek „New York Times” przyznał – Muhammad ibn Salman na ponad rok przed morderstwem Dżamala Chaszodżdżiego zatwierdził plan działań służb wymierzonych w opozycję. Zgodził się nie tylko na śledzenie obrońców praw człowieka czy nawet umiarkowanych krytyków i krytyczek panującej dynastii, ale i na porwania, tortury i więzienie bez wyroku.
Na celowniku znalazły się działaczki broniące praw kobiet, a także m.in. wykładowcy akademiccy pozwalający sobie na zbyt duży margines wolności słowa. Mężczyźni, którzy zabili Chaszodżdżiego i poćwiartowali jego ciało, prawdopodobnie brali już wcześniej udział w porwaniach i torturowaniu opozycjonistów. Były wśród nich aktywistki kobiece, których proces ruszył niedawno w Ar-Rijadzie: Ludżajn al-Hatlul, Aziza al-Jusuf, Iman an-Nadżfan i inne działaczki mogą zostać skazane nawet na 10 lat więzienia. W areszcie były torturowane – podtapiane i rażone prądem.
Co na to opinia publiczna „wolnego świata”? Amerykanie wiedzieli o programie inwigilowania i represjonowania opozycji od dawna. Źródła „NYT” przyznają teraz, że powstały na jego temat raporty wywiadowcze – oczywiście tajne. W rozmowie z dziennikarzami zastrzegający anonimowość urzędnicy wskazują nawet konkretne osoby nadzorujące program. Najważniejsza z nich to Saud al-Kahtani, wpływowa postać na dworze w Ar-Rijadzie, człowiek księcia Muhammada. Po śmierci Chaszodżdżiego został on demonstracyjnie pozbawiony stanowiska, ale to tylko gra na użytek chwilowo oburzonej światowej opinii publicznej.
W ubiegłym tygodniu w sprawie procesu 11 kobiet obwinionych m.in. o „kontaktowanie się z organizacjami międzynarodowymi i mediami zagranicznymi”. zabrała głos Amnesty International, określając szykany zmuszaniem do milczenia. Zdaniem Amnesty, ta sprawa zaczernia reputację Arabii Saudyjskiej, nie mniej niż zamordowanie dziennikarza Dżamala Chaszodżdżiego w konsulacie saudyjskim w Stambule.