Dwie twarze USA

Jak informuje amerykański portal ABC News, jego doradca Jared Kushner, zięć i doradca Donalda Trumpa, uprawia aktywny lobbing na rzecz zwiększenia sprzedaży broni Arabii Saudyjskiej. Miał w tym celu odbyć rozmowy z przedstawicielami Departamentów Stanu i Obrony.

 

W maju ubiegłego roku podczas wizyty Trumpa w Rijadzie USA i Arabia Saudyjska podpisały ramowe porozumienie o dostawach amerykańskiego uzbrojenia na sumę 110 miliardów dolarów. Porozumienie to nie zawiera żadnych szczegółów dotyczących konkretnych kontraktów, płatności itp. Następnie strona saudyjska zwróciła się do USA o dostarczenie sprzętu bojowego takiego, jak śmigłowce, czołgi, okręty wojenne oraz uzbrojenia wartości 14 miliardów USD oraz systemu obrony przeciwlotniczej THAAD kosztującego kolejne 15 miliardów. W oparciu o informacje pochodzące z Białego Domu ABC News twierdzi, iż Kushner przekonywał resort obrony i spraw zagranicznych, by sprzedano Arabii Saudyjskiej możliwie największą ilość uzbrojenia w celu zacieśnienia wzajemnych stosunków.

Starania prezydenckiego doradcy są zgodne z polityką samego Trumpa, który nadal uznaje Arabię Saudyjską za swojego – jak to określił – „spektakularnego sojusznika” oraz zadeklarował, że nie będzie wobec tego kraju stosować żadnych środków represyjnych pomimo tego, że znany mu jest raport CIA, z którego wynika, że sprawujący faktyczną władzę w Arabii Saudyjskiej książę Mohammed bin Salman osobiście zlecił zamordowanie saudyjskiego dziennikarza Dżamala Chaszoddżiego. Jako dowód CIA przytacza podsłuch rozmowy telefonicznej podczas której Salman wyraźnie mówi o „uciszeniu” niewygodnego dziennikarza.

Arabia Saudyjska neguje ustalenia raportu.

Mohammed bin Salman weźmie udział w szczycie G20, który odbędzie się w najbliższy piątek i sobotę w Buenos Aires. Po drodze do Argentyny odwiedził Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrajn, Egipt i Tunezję. W Kairze został został ciepło przywitany przez prezydenta el-Sisi, natomiast w Tunisie na znak protestu przeciwko jego wizycie na ulice wyszły tysiące demonstrantów.
Z kolei organizacja obrony praw człowieka Human Rights Watch zwróciła się do władz Argentyny, aby wykorzystała swoje prawo do wszczęcia dochodzenia przeciwko Salmanowi na podstawie oskarżenia o zbrodnie przeciwko ludzkości w związku z wojną w Jemenie oraz o zabójstwo Chaszoddżiego. Argentyna uznaje powszechną jurysdykcję, pozwalającą na uruchomienie dochodzenia wobec osób oskarżonych o przestępstwa kryminalne bez względu na to, gdzie zostały one popełnione.

85 tys. dzieci zagłodzonych

Co najmniej 85 tys. najmłodszych mieszkańców Jemenu – w wieku poniżej pięciu lat – zmarło z głodu w ciągu trzech lat wojny domowej i interwencji Arabii Saudyjskiej – oszacowała organizacja Save the Children.

 

Klęska głodu towarzysząca wojnie domowej w Jemenie to bezpośrednia konsekwencja blokady granic tego kraju wprowadzonej przez Arabię Saudyjską. Żywność, paliwo i pomoc humanitarna docierają do państwa, które jeszcze przed wojną było jednym z najbiedniejszych w regionie, wyłącznie przez porty w Hudajdzie i Adenie. Pierwszy jest jednak od kilku miesięcy przedmiotem zaciętych walk, drugi natomiast kontrolują siły lojalne wobec rządu, któremu sprzyjają Saudowie. Nie ma więc żadnej gwarancji, że kierowana tam pomoc trafi tam, gdzie sytuacja jest najtrudniejsza, czyli na tereny kontrolowane przez partyzantów Huti.

Save the Children zaznacza, że szacowana liczba 85 tys. najmłodszych ofiar głodu jest w rzeczywistości oceną bardzo ostrożną i ofiar może być w rzeczywistości więcej. Przede wszystkim – codziennie umierają kolejne dzieci. Obecnie z powodu niedożywienia w Jemenie cierpi 1,3 mln dzieci i łącznie 14 mln obywateli, czyli połowa całej populacji. Brak żywności to tylko część problemu. Wojna doprowadziła do zniszczenia infrastruktury medycznej, więc osoby chore i osłabione często nie mogą liczyć na pomoc lekarzy. Ponadto znacząca część pracowników od dawna nie dostaje wypłaty, a wszystkie wynagrodzenia pożera inflacja. Dochodzi do dramatycznych sytuacji, gdy np. w Adenie żywność jest dostępna na bazarach, ale ludzi na nią nie stać.

 

Nóż w plecy Trumpa

Dżamal Chaszodżdżi został zamordowany na osobiste zlecenie księcia Muhammada ibn Salmana – do takich wniosków doszło CIA i, co znaczące, wnioski te zostały podane do wiadomości publicznej na łamach „Washington Post”. Ameryka straci sojusznika nad Zatoką?

 

Pismo dodaje, że administracja USA uznała wnioski CIA za „bardzo godne zaufania”. Ani jednak Biały Dom, ani Departament Stanu nie zdecydowały się na oficjalny komentarz. Deklaracje opublikowane na łamach prestiżowego dziennika wprost przeczą oficjalnemu stanowisku rządu Arabii Saudyjskiej. Ultrakonserwatywne królestwo nieustannie zaprzecza, by następca tronu i najbardziej wpływowy człowiek w dynastii Saudów nakazał zamordowanie Chaszodżdżiego. W ubiegłym tygodniu saudyjski prokurator zapowiedział, że będzie żądał kary śmierci dla pięciu mężczyzn, którzy brali bezpośredni udział w zabójstwie – przekonując, że mieli „tylko” uprowadzić dziennikarza, a nie pozbawiać go życia. Dość powszechnie odczytano to jako zapowiedź zacierania śladów i likwidowania niewygodnych świadków.

„Washington Post” poinformował, że CIA doszła do takich, a nie innych wniosków, na podstawie analizy szerokiej bazy zdobytych informacji. Wśród dowodów wskazano nagraną rozmowę między Dżamalem Chaszodżdżim a ambasadorem Arabii Saudyjskiej w USA księciem Chalidem ibn Salmanem (rodzonym bratem Muhammada). Dyplomata zapewniał dziennikarza, że udanie się do stambulskiego konsulatu po dokumenty niezbędne do zawarcia małżeństwa nie wiąże się dla niego z niebezpieczeństwem. CIA nie ma wątpliwości, że rozmowa – którą zainicjował Chalid ibn Salman – odbyła się na polecenie Muhammada.

Ambasador Arabii Saudyjskiej zaprzeczył, jakoby kiedykolwiek dzwonił do Chaszodżdżiego i sugerował mu udanie się do Turcji. Wezwał, by rząd USA zareagował na publikację „Washington Post”. Przypomnijmy, że kilka dni temu doradca prezydenta Trumpa ds. bezpieczeństwa narodowego John Bolton twierdził, że przedstawione przez Turcję dowody w sprawie zabójstwa dziennikarza nie obciążają Muhammada ibn Salmana.

Nie mniej ważne wydaje się, że CIA decydując się na ujawnienie wniosków wynikających ze swoich badań postawiła administrację prezydenta Donalda Trumpa w sytuacji przynajmniej kłopotliwej – Arabia Saudyjska jest bowiem jednym z najbliższych sojuszników USA w kluczowym regionie Zatoki Perskiej, na którego „wyczyny” Waszyngton zawsze patrzył przez palce, uciekał od zajmowania stanowiska, sprzedawał broń i wspierał.

 

Bomby znów lecą

Według częściowych danych medycznych, od wczoraj w oblężonej Hudajdzie, porcie nad Morzem Czerwonym, zginęły dziesiątki obrońców miasta. Brak informacji o liczbie zabitych cywilów. Samoloty saudyjskie bombardują szczególnie ten port, gdyż pozostaje on jedynym łącznikiem wolnego jeszcze Jemenu (jego części północno-zachodniej) ze światem. Przez Hudajdę docierał import żywności i pomoc humanitarna.

 

Koalicja dowodzona przez saudyjską tyranię, popierana przez Stany Zjednoczone i Izrael, bombardowała w ostatnich dniach stolicę Sanę i liczne miejscowości na skrajnej północy kraju, jednak gros uderzeń spada na Hudajdę, półmilionowe miasto broniące się już od wielu miesięcy. Według wojskowych, to zapowiedź kolejnego, zmasowanego ataku na miasto. Już od czwartku w pobliżu lokalnego uniwersytetu trwają gwałtowne walki.

Atak na uniwersytet rozpoczął się w kilka godzin po propozycji „rządu” jemeńskiego z siedzibą w Adenie rozmów pokojowych z obrońcami kraju. Ów „rząd”, zainstalowany przez Saudów w podbitym mieście, z „prezydentem” Mansurem Hadim od dawna urzędującym w stolicy Arabii Saudyjskiej Rijadzie, odpowiedział w ten sposób na monity ONZ, która domaga się zakończenia wojny. Jednocześnie uczestniczy jednak w atakach na Hudajdę. We wrześniu odmówił wzięcia udziału w rozmowach pokojowych, które ONZ próbowała zorganizować w Genewie.

Od początku agresji saudyjskiej na Jemen, tj. od marca 2015 r., zginęło – według źródeł lokalnych – ok. 200 tys. Jemeńczyków, ponad pół miliona zostało rannych. Siedem milionów dzieci – według ONZ – jest zagrożonych śmiercią głodową, zniszczenia są ogromne. Arabię Saudyjską – najbogatszy kraj arabski – czynnie wspierają zachodni sprzedawcy broni (w Europie głównie Wielka Brytania i Francja). Los mieszkańców Jemenu – najbiedniejszego państwa arabskiego – nic nie znaczy w porównaniu do znacznych zysków.

Prawa człowieka i kompleks militarno-przemysłowy

Zabójstwo saudyjskiego dziennikarza i felietonisty „Washington Post” Dżamala Chaszodżdżiego stworzyło napięcie w relacjach między USA i Arabią Saudyjską. Donald Trump ostrzegł Arabię Saudyjską przed „surową karą”. Saudyjski rząd, gdy jeszcze twierdził, że nie ma nic wspólnego ze zniknięciem dziennikarza, odpowiedział na pogróżki, zapowiadając „silniejsze” kroki wymierzone przeciw Trumpowi, jeśli monarchia stanie się celem sankcji ze strony USA.

 

Wymiana pogróżek [ostatecznie Arabia Saudyjska była zmuszona przyznać się do śmierć dziennikarza w konsulacie] spowodowała największy jednodniowy spadek wartości saudyjskiej giełdy od czasu jej otwarcia w 2016 r. Efektem tej wymiany jest również spadek zaufania dla saudyjskiej organizacji ekonomicznej o nazwie Future Investment Initiative. Jednakże istnieje ważny dowód wskazujący, że odpowiedź USA na sprawę zaginięcia Chaszodżdżiego wynika nie z samego faktu zaginięcia. Istotną kwestią jest raczej to, czy saudyjski rząd dotrzyma obietnicy kupna wartego 15 miliardów dolarów amerykańskiego systemu rakietowego THAAD, czy jednak wybierze tańszy rosyjski odpowiednik – S-400. Jak się okazuje, saudyjski rząd nie dotrzymał terminu kupna systemu THAAD, a pod koniec września napomknął o zakupie rosyjskiego zamiennika.

Podczas gdy amerykańska reakcja na morderstwo dziennikarza przedstawiana jest jako wysiłek w obronie wolności prasy i długo oczekiwana reakcji na długoletnie łamanie przez Arabię Saudyjską praw człowieka, to jednak wszystko wskazuje na to, że USA nie chce ukarać Saudów za ich rolę w domniemanym morderstwie dziennikarza, lecz za niedotrzymanie umowy z gigantem zbrojeniowym Lockheed Martin, produkującym system THAAD. Zaginięcie Chaszodżdżiego jedynie dostarczyło rządowi USA użytecznego narzędzia, dającemu szansę, by wywrzeć presję na saudyjski rząd, poprzez wypunktowanie jego niehumanitarnych praktyk. Jaki będzie ciąg dalszy?

Możliwe są dwa scenariusze. Według pierwszego presja będzie narastać, jeśli Saudowie nie wykażą woli kupna amerykańskiego systemu rakietowego. Amerykański rząd potępi Arabię Saudyjską za morderstwo i nałoży na nią sankcje. Drugi scenariusz wskazuje na to, że presja zniknie, a cała sprawa przycichnie, jeżeli Saudowie zachowają się lojalnie i kupią system rakietowy amerykańskiej produkcji. Nietrudno zauważyć, że ostateczna odpowiedź amerykańskiej klasy politycznej na zaginięcie opozycyjnego dziennikarza to więc najnowszy przykład tego, jak interesy przemysłu zbrojeniowego wpływają na rząd Stanów Zjednoczonych, a wszystko to dzieje się pod przykrywką walki o „prawa człowieka”.

Odkąd sprawa Chaszodżdżiego wyszła na jaw na początku tego miesiąca, wielu obserwatorów zauważyło nagłe zainteresowanie korporacyjnych mediów i amerykańskiego rządu prawami człowieka w polityce Arabii Saudyjskiej, szczególnie kwestii traktowania opozycyjnych dziennikarzy. Reporters Without Borders (RSF) ogłosili, że 15 saudyjskich dziennikarzy i blogerów zostało zatrzymanych w przeciągu ostatniego roku, wskazali również, że „w większości spraw, aresztowań nigdy oficjalnie nie potwierdzono, a żaden urzędnik nigdy nie powiedział o co są oskarżeni, ani gdzie są przetrzymywani”.

W dodatku Arabia Saudyjska, podczas wojny, którą prowadzi, bierze udział w zabijaniu dziesiątek tysięcy jemeńskich cywilów. Większość ofiar pada podczas nalotów kierowanej przez Saudów koalicji, które rutynowo za cel obierają właśnie skupiska cywilów. Blokada dostaw żywności i medykamentów sprowadziła Jemen na granice klęski żywieniowej. Aż 18 milionów ludzi jest zagrożonych śmiercią z głodu, w tym ponad 5 milionów dzieci, do tego tysiące ludzi umiera na możliwe do wyleczenia choroby.

Podczas gdy zabójstwo dziennikarza w placówce dyplomatycznej położonej na obcej ziemi stanowiłoby z pewnością niebezpieczny precedens, kierowane przez Arabię Saudyjską ludobójstwo z pewnością jest zdecydowanie bardziej niebezpiecznym zdarzeniem i to trwającym od dawna. Jednakże ludobójstwo to nikogo nie obchodzi, szczególnie tych, którzy teraz tak bardzo domagają się sprawiedliwości w związku z zabójstwem dziennikarza.

Donald Trump powiedział w wywiadzie dla telewizji CBS, że „byłoby w tym coś naprawdę obrzydliwego i strasznego, jeśli okazałyby się prawdą nasze przypuszczenia, więc musimy się przyjrzeć tej sprawie. Będziemy ją badać, a jeśli będzie trzeba, dotkliwie ukarzemy Saudów”. Inne wpływowe postaci amerykańskiej polityki wezwały do podjęcia silnych kroków przeciw saudyjskiemu rządowi, szczególnie wobec księcia Muhammada ibn Salmana. John Brennan, były szef CIA w administracji Obamy, obecnie komentator telewizyjny, lobbował niedawno w Washington Post za detronizacją księcia. Brennan również usilnie wzywał USA do wprowadzenia „jak najprędzej sankcji uderzających we wszystkich zaangażowanych Saudów; zamrożenia wszelkich transakcji zbrojeniowych; zawieszenia wszelkiej rutynowej współpracy wywiadów amerykańskich z saudyjskimi agencjami bezpieczeństwa; oraz wniesienia przez USA rezolucji na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ, która potępiłaby morderstwo”. Inną prominentną postacią wzywającą do podjęcia środków przeciw saudyjskiej monarchii jest senator Lindsey Graham. Niedawno powiedział, że „piekło będzie czekać” na Arabię Saudyjską, jeśli ta okaże się winna zaginięcia i domniemanego morderstwa dziennikarza. Co warto zauważyć, głównym sponsorem senatora w kampanii w walce o reelekcję w 2020 roku jest koncern zbrojeniowy Lockheed Martin.

Cała kampania oskarżeń i wezwań do działania, jaką podjął amerykański establishment, rozpoczęła się po zaginięciu jednego dziennikarza. Inne sprawy nadal pozostają nietknięte, przez tych samych ludzi, którzy biorą udział w tejże kampanii. A więc coś innego powoduje Waszyngtonem, z pewnością nie troska o prawa człowieka.

Co chroniło rząd saudyjski przed surowymi karami ze strony USA, za notoryczne łamanie praw człowieka? Bogate złoża ropy naftowej zdają się oczywistą odpowiedzią, ale niedawno ujawniona notatka Departamentu Stanu wskazuje, że jedynym powodem, który stał za poparciem Arabii Saudyjskiej przez administrację Trumpa w trakcie niszczycielskiej wojny w Jemenie, były transakcje zbrojeniowe. To intratne umowy zbrojeniowe były powodem, który skłonił sekretarza stanu Mike’a Pompeo do akceptowania operacji lotniczych saudyjskiej koalicji mających miejsce w Jemenie, bez względu na to, że ich celem były autobusy wiozące cywili, domy oraz infrastruktura. Gdyby jednak Saudowie zechcieli wycofać się z wielkiego, lukratywnego interesu z amerykańskimi producentami broni, musieliby spodziewać się mocnej odpowiedzi ze strony Waszyngtonu. Na przykład wszczęcia kampanii przeciwko łamaniu praw człowieka.

A to właśnie miało miejsce dwa dni przed zaginięciem Chaszodżdżiego w konsulacie w Stambule.

Rok temu prezydent Trump odwiedził Arabię Saudyjską i chwalił księcia Muhammada za finalizację ogromnego zakupu broni od USA, który oszacowany został na 110 miliardów dolarów. Jednakże niedługo potem okazało się, że umowa ta nie była oparta na zobowiązaniach, lecz na „intencjach”. Prawie rok później Washington Post wskazał, że większość planowanego sprzętu nigdy nie została zakupiona.

Jednym z przedmiotów umowy był zakup wartego 15 miliardów dolarów systemu o nazwie Terminal High Altitude Area Defense System (THAAD), który produkowany jest przez amerykańskiego giganta zbrojeniowego Lockheed Martin. Termin finalizacji umowy minął 30 września, dwa dni przez zaginięciem Chaszodżdżiego. Jednakże przedstawiciel Arabii Saudyjskiej poinformował Washington Post, że rząd nadal jest „bardzo zainteresowany” ofertą, lecz „tak jak zwykle w trakcie zakupów zbrojeniowych, mają miejsce negocjacje, które miejmy nadzieje zakończą się jak najszybciej”. Tyle, że Arabia Saudyjska nie tylko wycofała się z umowy o wartości 15 miliardów dolarów, ale też aktywnie rozważa zakup rosyjskiego obronnego systemu rakietowego S-400.

Odmówiła USA, gdy została poproszona o zerwanie negocjacji w sprawie kupna rosyjskiego systemu.

21 września saudyjski ambasador w Moskwie Raid ibn Chalid Karimli ogłosił: „Nasza współpraca z Rosją nadal ma miejsce i rozwija się. Podczas historycznej wizyty króla Salmana, podpisaliśmy 14 umów, które teraz zaczynają być wdrażane w życie. Wśród nich cztery dotyczyły płaszczyzny militarnej, trzy z nich już zaczęły być implementowane. Jeśli mowa o czwartej umowie, nadal prowadzona jest dyskusja dotycząca technologii, ponieważ sam system jest nowoczesny i skomplikowany”. Czwarta umowa, do której nawiązywał, jak się okazuje, dotyczy systemu S-400. Saudyjski ambasador ogłosił również, że ma nadzieję, że „nikt nie nałoży na nas sankcji” za interesy z Rosją. To dalsza sugestia wskazująca na system S-400, ponieważ chwilę przed wypowiedzią ambasadora, USA objęły sankcjami za jego zakup Chiny.

Co znamienne, chwilę po fiasku umowy dotyczącej systemu THAAD, Trump zaczął publicznie krytykować Saudów za „niepłacenie” za swoje bezpieczeństwo. Przemawiając na zebraniu w Missisipi 3 października, dzień po zaginięciu Chaszodżdżiego, a trzy dni po upadku wyżej wspomnianego kontraktu Trump skomentował: „Kocham króla, króla Salmana, ale tak jak powiedziałem: chronimy cię. Bez nas mogłoby cię nie być w przeciągu dwóch tygodni. Musisz płacić za tę ochronę, musisz płacić””. Następnie prezydent USA powiedział dziennikarzom, że nie chciał pozostawiać sprawy ukarania monarchii w rękach „głównych potentatów przemysłu zbrojeniowego”. – Mówię wam, czego nie chcę zrobić. Boeing, Lockheed, Raytheon, wszystkie te firmy. Nie chcę ryzykować miejsc pracy. Nie chcę stracić takiego stanu rzeczy, jaki mamy. Mówiąc ostro, ale zgodnie z prawdą, są inne metody wymierzania kary – skomentował.

Jeśli Saudowie zakupią system S-400, Lockheed Martin straci 15 miliardów dolarów. Precedens ten będzie również stanowił zagrożenie dla innych potencjalnych zakupów broni, które już zostały aprobowane przez Trumpa. Na tej podstawie analityk Scott Creighton z Nomadic Everyman skłania się do stwierdzenia, że sprawa Chaszodżdżiego jest używana jako „narzędzie” służące do wywarcia presji na Saudach, do zmuszenia ich do „kupna amerykańskiego sprzętu” i odwołania umowy mówiącej o kupnie systemu S-400.

Czy USA użyłoby takiej taktyki wobec bliskiego sojusznika, jakim jest Arabia Saudyjska, w świetle jej umów z Rosją? Odpowiadałoby to taktyce USA wobec innych krajów, na które nałożyła sankcje, za kupno systemu S-400. Na przykład w czerwcu amerykański Asystent Sekretarza Stanu do Spaw Europy i Euroazji Wess Mitchell zagroził Turcji sankcjami, jeśli ta zakupi system S-400. We wrześniu za to samo Trump nałożył sankcje na Chiny.

Pozostaje jeszcze jedna część tej układanki, która nie może zostać zignorowana. Już po zaginięciu Chaszodżdżiego był on chwalony zarówno przez członków establishmentu, jak i osoby spoza niego, za bycie „dysydentem” i „odważnym dziennikarzem”. Rzeczywistość była bardziej złożona. Jak niedawno pisał Federico Pieraccini dla „Strategic Culture”, „Chaszodżdżi był przedstawicielem świata cieni, który niekiedy istnieje pomiędzy światem dziennikarskim a światem wywiadów, w tym wypadku mowa o wywiadach amerykańskich i saudyjskich. Ludzi z kręgów rodziny Saudów potwierdzają tezę, że Chaszodżdżi był agentem na usługach Ar-Rijadu i CIA w trakcie radzieckiej interwencji w Afganistanie”.

Chaszodżdżi byłby więc dziennikarzem, jak i podwójnym agentem saudyjskiego i amerykańskiego wywiadu, a do tego, do niedawna, członkiem Bractwa Muzułmańskiego. Niewątpliwie był również protegowanym Turkiego ibn Fajsala as-Sauda, pełniącego przez 24 lata funkcję szefa saudyjskiego wywiadu, który był również saudyjskim ambasadorem w Waszyngtonie i Londynie (wtedy też Chaszodżdżi był jego doradcą ds. mediów). Co ciekawe, Chaszodżdżi stał się krytykiem reżimu chwilę po tym, gdy wewnętrzne konflikty wybuchły pomiędzy nieżyjącym już saudyjskim królem Abd Allahem a księciem Turkim właśnie.

Stronnicy króla Abd Allaha oskarżyli Chaszodżdżiego w tym czasie o zrekrutowanie i opłacanie kilku dziennikarzy z pomocą CIA. W tym czasie, tj. w latach 1999-2003, był on redaktorem naczelnym głównego anglojęzycznego magazynu w Arabii Saudyjskiej, Arab News. Kilkanaście lat później Chaszodżdżi silnie wspierał Bractwo Muzułmańskie podczas Arabskiej Wiosny. Oznaczało to zaangażowanie w wysiłki Baracka Obamy i Hillary Clinton w kierunku obalania reżimów bliskowschodnich, między innymi w Syrii. Jednak za rządów króla Salmana obecność Bractwa Muzułmańskiego w Arabii Saudyjskiej została zagrożona i wyciszona. To zmusiło Chaszodżdżiego do wyjazdu i zamieszkania w Turcji. Możliwe, że znaczące jest również to, że przed swym zaginięciem Chaszodżdżi „pracował w ukryciu z intelektualistami, reformistami i islamistami nad założeniem grupy o nazwie Demokracja dla Arabskiego Świata Teraz”. Jak pisze Moon of Alabama projekty, w które był zaangażowany przed zaginięciem „ciągnęły za sobą fetor przygotowań do rewolucji kontrolowanej przez CIA w Arabii Saudyjskiej”.

Powiązania dziennikarza z CIA i wywiadem saudyjskim, które zresztą często współpracują, to jedno. Wuj dziennikarza, Adnan Chaszodżdżi, był znanym dealerem zbrojeniowym, ważnym graczem w sporze z Iranem, a niegdyś i najbogatszym Saudyjczykiem. Adnan Chaszodżdżi był głęboko powiązany z Lockheed Martin, co ukazuje fakt, iż w latach 1970-75 otrzymał 106 milionów dolarów prowizji od amerykańskiego giganta zbrojeniowego. Prowizje od sprzedaży broni sięgały niekiedy nawet 15 proc. wartości kontraktu. Były wiceprezes do spraw Międzynarodowego Marketingu Lockheed Martin Max Helzel stwierdził, że „stał się ze względów praktycznych marketingowym ramieniem Lockheed Martin. Adnan zapewniał nie tylko wejście na rynek, ale również strategie i doradztwo podparte analizami”. Adnan Chaszodżdżi związany był również z Richardem Nixonem i Ronaldem Reaganem, natomiast swój wart 30 mln dolarów jacht sprzedał Donaldowi Trumpowi, który nazwał go ” świetnym pośrednikiem i wstrętnym biznesmanem”.

Czy zaginięcie i śmierć Chaszodżdżiego, w świetle tych wszystkich powiązań, mogło być ustawione w celu wywarcia presji na saudyjski rząd, który nie zakupił systemu THAAD? Teorię tę wspiera fakt, że amerykański wywiad był świadomy spisku na życie dziennikarza, ale go nie ostrzegł. Dopuszczenie, by został zamordowany, mogło być pretekstem nie tylko dla ukarania Saudów za robienie interesów z Rosjanami, ale też po to, by usunąć księcia Muhammada ibn Salmana i zastąpić go księciem Muhammadem ibn Najifem, który został odsunięty przez swego konkurenta rok temu i również posiada bliskie kontakty z CIA. Zdaje się jednak, że to fiasko transakcji zbrojeniowych jest głównym powodem, dla którego administracja Trumpa chce podtrzymywać fałszywe oburzenie spowodowane rzekomo sprawą dziennikarza.

Równie prawdopodobna jest jednak wersja prostsza, w której schwytanie i zamordowanie nie było w żaden sposób ustawione, a książę Muhammad ibn Salman jest po prostu autorytarnym tyranem, który nie znosi krytyki pod swoim adresem, a jego bliskie związki z Trumpem ochronią go przed sankcjami i karami. Jednak poprzednie jego zagrywki mające na celu wyeliminowanie opozycji, jak grudniowe „zwalczanie korupcji”, były znacznie bardziej akceptowane przez Zachód. Nawet jednak w takim wypadku zaangażowanie rządu saudyjskiego w zabójstwo dziennikarza jest skapitalizowane przez CIA i część amerykańskiej sceny politycznej, jak i przemysł zbrojeniowy, a każda z tych grup stara się realizować własne interesy.

Chociaż dotychczasowa amerykańska taktyka wzmacniania Arabii Saudyjskiej jest dość oczywista, powyższa sytuacja może niebezpiecznie eskalować, tym bardziej, że zarówno książę Muhammad ibn Salman, jak i Trump, są ludźmi upartymi i nieprzewidywalnymi. Co więcej, sam czas, w jakim ma miejsce ta sytuacja, jest niebezpieczny. Na początku listopada wysiłki administracji Trumpa mające na celu ukaranie państw, które importują irańską ropę, zaczną zbierać swoje żniwo, a Trump liczy na Saudów, którzy mają mu pomóc w uchronieniu cen ropy od dramatycznego wzrostu.

Ten w razie wycofania irańskiej ropy z rynku jest bardzo prawdopodobny. Saudowie współpracują w tym celu również z Rosją.

Czy Stany są w stanie zaryzykować dramatyczny wzrost cen ropy, który dla nich samych może mieć poważne polityczne konsekwencje, aby powstrzymać Saudów przed zakupem systemu S-400?

Trudno prognozować. Bitwa charakterów Trumpa i saudyjskiego księcia będzie miała z pewnością globalne skutki.

 

Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński, adaptacja: Małgorzata Kulbaczewska-Figat. Oryginalny tekst ukazał się na portalu Mint Press News.

Zleceniodawca mordu?

Odkryte ślady morderstwa saudyjskiego dziennikarza Dżamala Chaszodżdżiego w Stambule prowadzą do pałacu królewskiego w Rijadzie, do rządzącego Arabią księcia i następcy tronu Mohammeda ben Salmana. Według śledczych, dowódcą 15-osobowej grupy zabójców, która zjawiła się w saudyjskim konsulacie przed wizytą Chaszodżdżiego, był oficer ochrony osobistej księcia Maher Abdulaziz Mutreb. Widać go na zdjęciach i kontaktował się z biurem ben Salmana zaraz po zabójstwie.

 

Mohammed ben Salman stoi na czele najbogatszej dyktatury Półwyspu Arabskiego, strategicznego partnera imperium amerykańskiego w regionie. Jest pomysłodawcą i gorącym zwolennikiem saudyjskiej agresji na Jemen, prowadzonej od ponad trzech lat. Krwawo tępi wszelką krajową opozycję. Wygląda na to, że to on rozkazał zabić dziennikarza. Saudyjski MSZ zakomunikował od razu, że ben Salman „nie był poinformowany” o „niedozwolonej” operacji saudyjskich służb specjalnych.

Według dzisiejszego wydania tureckiej gazety Hurriyet, dziennikarz, zaraz po przyjściu do konsulatu został skierowany do biura konsula i tam „zaduszony”, co miało trwać 7-8 minut. Jego ciało zostało następnie podzielone na 15 kawałków przez specjalnie sprowadzonego z Rijadu lekarza sądowego i potem wywiezione w nieznane miejsce Stambułu.

Jak podaje gazeta, po morderstwie szef komanda zabójców cztery razy dzwonił do Badra al-Asakera, dyrektora biura księcia-następcy tronu. Zaraz potem Mutrem dzwonił do Stanów Zjednoczonych, do Chaleda ben Salmana, brata rządzącego księcia i ambasadora Arabii w Waszyngtonie.

Kraje zachodnioeuropejskie – Zjednoczone Królestwo, Francja i Niemcy we wspólnym komunikacie domagają się od Arabii „natychmiastowych wyjaśnień” na temat okoliczności śmierci dziennikarza i niektóre zagroziły nawet wstrzymaniem sprzedaży broni tyranii saudyjskiej, co obserwatorzy uważają jednak za nieprawdopodobne.

Według ostatniej oficjalnej wersji saudyjskiej, Chasodżdżi wdał się w bójkę i zginął w jej skutku. Według wcześniejszej wersji oficjalnej miał po prostu wyjść cały i zdrowy z konsulatu. Stany Zjednoczone są tak, czy inaczej, gotowe wierzyć w każdą saudyjską wersję, nawet jeśli powstały pewne wątpliwości. Wołania o dymisję księcia pozostaną raczej bez odpowiedzi.

Rijad kręci

Władze Arabii Saudyskiej przyznały, że dziennikarz „The Washington Post”, obywatel Arabii Saudyjskiej, Dżamal Chaszodżdżi został zabity w konsulacie tego kraju w Stambule.

 

Wersja władz saudyjskich jest taka, że śmierć dziennikarza nastąpiła w wyniku bójki, w której wzięło udział 18 osób. Bójka zaś była rezultatem kłótni. Uczestniczyli w niej również przedstawiciele konsulatu.

– Wstępne śledztwo w sprawie Chaszodżdżi wykazało, że jest martwy. Rozmowa Chaszodżdżi z ludźmi, z którymi spotkał się na terenie konsulatu zamieniła się w kłótnię i rękoczyny, które w rezultacie doprowadziły do jego śmierci – powiedział generalny prokurator Arabii Saudyjskiej Saud al-Muadżib. Prokurator dodał, że w związku z tym wydarzeniem zostało zatrzymanych 18 osób, które stanąć mają przed sądem w Arabii Saudyjskiej.

Wcześniej, przez dwa tygodnie władze Arabii Saudyjskiej zaprzeczały, by miały coś wspólnego ze zniknięciem i możliwą śmiercią dziennikarza.

Tłumaczenie Rijadu zostało przyjęte jako wiarygodne przez wadze USA i prezydenta Trumpa. Wyjaśnienia, które prezentują władze Arabii Saudyjskiej pozwala Trumpowi wyjść z twarzą z całej tej sytuacji, choć wcześniej niektórzy senatorowie wzywali Trumpa do wprowadzenia sankcji przeciwko swemu dotychczasowemu najbliższemu sojusznikowi na Bliskim Wschodzie. Teraz uda się tego uniknąć.

Tłumaczenie Rijadu o „bójce” jest sprzeczne z zapewnieniami strony tureckiej, która oznajmiła, jak podaje dzisiejsza „Gazeta Wyborcza”, że dysponuje nagraniami, że dziennikarz został żywcem rozkawałkowany na stole w konsulacie, i że dostarczyła video z tej kaźni władzom w Rijadzie i Waszyngtonie.

W każdym razie jak na dłoni widać, że USA, tak chętnie i nie czekając na żadne dowody wprowadza sankcje wobec innych krajów lub nimi grozi, tutaj wzięła tłumaczenia za dobrą monetę, byle tylko nie psuć sobie relacji ze swym wiernym sojusznikiem i jednym z najbardziej agresywnych państw w tym regionie.

Śmierć w konsulacie

Media amerykańskie żyją sprawą zniknięcia opozycyjnego dziennikarza saudyjskiego, mieszkającego od 2017 r. w USA Jamala Khashoggiego. Wiele wskazuje na to, iż Khashoggi został zabity (lub porwany) przez saudyjskich agentów służb specjalnych podczas pobytu w Stambule.

 

Poszukiwany przez reżim w Rijadzie, krytyk stosunków panujących w Arabii Saudyjskiej, dziennikarz współpracujący z czołowymi mediami w Stanach Zjednoczonych, Khashoggi przybył z początkiem października br. do Stambułu, aby uzyskać w konsulacie saudyjskim stosowny dokument potrzebny do zawarcia małżeństwa. Narzeczona czekała przed budynkiem placówki, ale dziennikarz już z niej nie wyszedł. Oficjalne oświadczenie brzmi, iż opuścił on gmach tylnym wyjściem, a jego dalsze losy są Rijadowi nie znane.

Tych faktów nie potwierdzają jednak źródła tureckie. Turecka policja stoi na stanowisku, że ​​Khashoggi był brutalnie torturowany, a następnie zabity przez specjalną grupę agentów przywiezionych z Arabii Saudyjskiej. Władze Turcji nie dementują pogłosek, że martwe ciało zostało rozczłonkowane na kawałki, po cichu wywiezione z konsulatu, a wszystko nagrano na wideo, jako dowód wykonania misji. Rijad ustami księcia Muhammada ibn Salmana (następcy tronu saudyjskiego i faktycznego władcy) oświadczył, że Khashoggi opuścił konsulat, a ambasador Arabii Saudyjskiej w USA potępił złośliwe wycieki i ponure plotki jako absolutnie bezpodstawne.

Wzrosło napięcie na liniach Ankara – Rijad – Waszyngton. Mike Pompeo, sekretarz stanu USA, zaapelował do Arabii Saudyjskiej o dogłębne wyjaśnienie sprawy oraz o prowadzenie śledztwa w sposób maksymalnie przejrzysty. Także prezydent Donald Trump wyraził zaniepokojenie tymi doniesieniami. Wszak Arabia Saudyjska to główny sojusznik Ameryki na Bliskim Wschodzie i ważny kontrahent handlowy (zakup amerykańskiego uzbrojenia). Niektórzy senatorowie zaczęli przebąkiwać o ewentualnych retorsjach wobec Rijadu. Jednak tureckie media rządowe nie mają wątpliwości, że Saudowie stali się głównym i strategicznym sojusznikiem Waszyngtonu w tym regionie świata, toteż interesy geopolityczne oraz handlowe uniemożliwią dogłębne wyjaśnienie tej sprawy oraz ukaranie ewentualnych sprawców.

Ta sprawa ma jednak swój podtekst. Jest niezwykle podobna do historii Siergieja i Julii Skripalów z Salisbury. Czy jeśli potwierdzą się informacje o śmierci Jamala Khashoggiego, Rijad spotkają podobne sankcje, jakie nakłada się na Moskwę? A może chociaż odpowiednio demonstracyjne solidarne odwoływanie dyplomatów? Na razie bowiem wolne i demokratyczne, tak czułe na prawa człowieka i piętnujące tego typu akcje, media europejskie (i polskie) nie huczą od tej sprawy.

Odpowiedź na pytania zdaje się oczywista. Arabia Saudyjska może liczyć na inne oceny i standardy niźli Moskwa przy tak samo etyczno-moralnie nagannych przedsięwzięciach. Ciągnąca się latami już agresja Rijadu na Jemen, katastrofa humanitarna jaka w tym jednym z najbiedniejszych krajów świat z tego tytułu ma miejsce, jest wystarczającym dowodem podwójnych standardów i manipulacji uniwersalnymi treściami praw człowieka.

Odżegnywanie od zbrodni

Na świecie narasta potępienie zbrodni, jakich koalicja Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich dopuszcza się w Jemenie. Przedstawiciele ONZ prowadzący śledztwo w sprawie łamania praw człowieka jemeńskim konflikcie ujawnili, że koalicjanci celowo utrudniają im pracę.

 

Doniesienia o zbrodniach wojennych i łamaniu praw człowieka w Jemenie bada specjalna międzynarodowa komisja działająca z ramienia ONZ. Już w sierpniu zespół dochodzeniowy, któremu przewodzi Kamel Dżendubi, opublikował raport bardzo krytyczny wobec koalicji AS i ZEA. Dokument dowodził, że od początku 2015 r., kiedy rozpoczął się atak AS na Jemen, intensywne naloty i bombardowania były powodem większości ofiar cywilnych w tym konflikcie. W okresie trzech lat wojny koalicja nie wykazywała żadnych oporów przed zabijaniem cywilów: bombardowano wesela i pogrzeby, zbiorniki wody, szkoły i szpitale. Sierpniowy raport podaje liczbę 10 tys. spowodowanych w ten sposób niewinnych ofiar śmiertelnych, jednak oszacowanie to wydaje się mocno zaniżone, ponieważ bazuje na danych nie aktualizowanych od dwóch lat.

W publikacji opisano również skutki ekonomicznej blokady Jemenu prowadzonej przez koalicję. Odcięcie kraju od dostaw żywności, leków i pomocy humanitarnej spowodowało masowy głód, który dotknął miliony ludzi, oraz epidemię cholery. ONZ-owska grupa dochodzeniowa wyraziła też zaniepokojenie milczeniem, z jakim katastrofalna sytuacja Jemeńczyków spotyka się w światowych mediach głównego nurtu.

Teraz okazuje się, że od czasu, gdy komisja wydała raport, jej dalsza praca jest sabotowana. Przyznał to jej Dżendubi w wypowiedzi dla telewizji Al-Dżazira. Mówił, że przedstawiciele koalicji bezpośrednio mieszają się do czynności dokumentowania zbrodni wojennych.

– Nie spodziewaliśmy się tak ostrej reakcji [ze strony AS i ZEA]. Wykonywaliśmy naszą pracę rzetelnie, bezstronnie i profesjonalnie – podkreślił. – Wszystko co zrobiliśmy to po prostu opublikowaliśmy raport oparty na zarzutach, jakie zebraliśmy podczas naszych wizyt, w oparciu o zeznania.

Arabia Saudyjska nieustannie zaprzecza oskarżeniom o zbrodnie wojenne. Zdecydowanie skrytykowała raport wydany w sierpniu, zarzucając autorom „bezpodstawne oskarżenia”, „liczne nieścisłości” i opieranie się na „niewiarygodnych doniesieniach organizacji pozarządowych”. Twierdzą, że w stosunku do komisji dochodzeniowej postępują w sposób „otwarty i przejrzysty”.
Po światowym oburzeniu w wyniku zbombrdowania przez samoloty koalicji cywilnego autobusu (przy użyciu amerykańskich pocisków), wskutek czego zginęło 40 dzieci, USA i Wielka Brytania wspierająca koalicję za pomocą doradztwa, logistyki dostaw broni, zapowiedziały, że ich współpraca z AS i ZEA „nie jest bezwarunkowa”. Był to sygnał, że mocarstwa nie są skłonne akceptować wszelkich zbrodni wojennych, których dopuszczają się ich bliskowschodni sojusznicy – oczekują raczej „cywilizowanych metod”. W praktyce jednak nie zaszły żadne zmiany. Sekretarz Stanu USA

Mike Pompeo opowiedział się za kontynuacją wsparcia koalicji, mimo że od własnych ekspertów wiedział o skali zbrodni AS i ZEA w Jemenie.

W piątek w kilku jemeńskich miastach odbyły się wielotysięczne manifestacje, w których mieszkańcy kraju zdecydowali się wykrzyczeć swój sprzeciw wobec agresji koalicji, ofiarami której padają od trzech lat.

Jemeński interes

Nowe informacje dotyczące Jemenu grzebią wszelkie nadzieje na szybki koniec wojny. ONZ ostrzega, że klęska głodu może wkrótce dosięgnąć aż 11 milionów ludzi, czyli ponad jedną trzecią całej populacji. Jednocześnie okazuje się, że skala wykorzystania amerykańskiej broni przez wojska Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest wyższa niż przypuszczano. Co więcej, na handel bronią w regionie ma chęć coraz więcej państw.

 

„Jemen to obecnie największy kryzys humanitarny na świecie. W wyniku trwającego już cztery lata konfliktu, ponad 22 miliony ludzi – trzy czwarte populacji – potrzebuje pomocy i ochrony” – mówił sekretarz generalny Narodów Zjednoczonych António Guterres podczas specjalnej konferencji zwołanej w kwietniu w Genewie. Chociaż większość obecnych na niej państw dotrzymało słowa i zwiększyło wsparcie finansowe, od tego czasu sytuacja w Jemenie jedynie uległa pogorszeniu. Wszystko przez galopujące ceny żywności. W porównaniu z 2015 rokiem, kiedy wybuchła wojna domowa, koszt podstawowych produktów żywnościowych na lokalnym rynku wzrósł o niemal 70 proc. Zarazem wartość riala – jemeńskiej waluty – spadła o 180 proc. Mimo więc rosnących nakładów na pomoc humanitarną, rzeczywista jej wartość spadła.

Według brytyjskiej organizacji charytatywnej „Save the Children”, ponad 5 milionów dzieci cierpi głód, a kolejny milion może wkrótce do nich dołączyć. „Miliony dzieci nie wie, kiedy zjedzą następny posiłek. W jednym ze szpitali, które odwiedziłam w północnym Jemenie, niemowlęta były zbyt słabe, żeby płakać, a ich ciała były wykończone z głodu” – powiedziała prezes organizacji Helle Thorning-Schmidt dla BBC. Jej zdaniem przy obecnym rozwoju sytuacji, do końca roku z głodu może umrzeć nawet 38 tys. dzieci.

Jeszcze gorsze wiadomości płyną od przedstawicieli ONZ w Jemenie. Niemal 8,5 mln ludzi już cierpi głód, a do końca tego roku liczba ta zapewne zwiększy się o ponad 2 miliony. Z każdym dniem wzrasta też niebezpieczeństwo ponownego rozprzestrzenienia się cholery i biegunki. Tymczasem wiele regionów kraju jeszcze nie poradziło sobie ze skutkami pandemii cholery z 2016 roku, kiedy zachorowało na nią ponad 600 tys. osób. Chociaż organizacje charytatywne dysponują wystarczającym zapasem leków, to w wielu przypadkach nie mają one szans dotrzeć do potrzebujących. „Nasi ludzie są zatrzymywani i zastraszani, wizy otrzymuje się późno albo wcale. Poszczególne misje i programy padają ofiarą ingerencji ze strony walczących stron, co zupełnie kłóci się z ich humanitarnym charakterem” – żalił się niedawno Mark Lowcock, koordynator pomocy w sytuacjach kryzysowych z ramienia ONZ.

Kryzys humanitarny w Jemenie pogłębia się proporcjonalnie do stopnia zaangażowania się w konflikt mocarstw. Kilka tygodni temu świat zelektryzowała informacja, że bomba, którą w połowie sierpnia saudyjskie lotnictwo zrzuciło na szkolny autobus, zabijając 40 dzieci, pochodziła z USA. W minionym tygodniu okazało się, że nie był to pojedynczy przypadek. Jak dowodzą tego rezultaty wspólnego śledztwa CNN i jemeńskiej organizacji praw człowieka „Mwatana”, amerykańska broń została wykorzystana w co najmniej jedenastu atakach przeprowadzonych przez wojska Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA) od 2015 roku. Zginęło w nich łącznie ponad stu cywilów. Przewodnicząca „Mwatany”, Radhya al-Mutawakel, powiedziała CNN, że USA „ponoszą legalną i moralną odpowiedzialność za sprzedaż broni dla saudyjskiej koalicji. Jemeńscy cywile giną każdego dnia w wojnie wspieranej przez Amerykę. To hańba, że ekonomiczne interesy są warte więcej niż krew niewinnych osób”.

Przedstawiciele Departamentu Obrony usprawiedliwiają się, że Stany Zjednoczone jedynie sprzedają broń, nie mają natomiast wpływu jak i gdzie zostanie ona użyta. Przeczą temu jednak doniesienia mediów oraz obecność w Jemenie – wciąż nieoficjalna – amerykańskich żołnierzy. Chociaż na początku 2018 roku grupa senatorów wezwała administrację Donalda Trumpa o zaprzestanie udziału w wojnie w Jemenie (na który rząd federalny nigdy nie otrzymał zgody Kongresu), nic nie zapowiada zmiany amerykańskiej polityki. Także wbrew sugestiom wysokich urzędników Departamentu Stanu, Mark Pompeo wypowiedział się jednoznacznie pozytywnie o udziale USA w Jemenie. W zeszłym tygodniu „The Wall Street Journal” donosił, że ewentualne wycofanie amerykańskiego wsparcia logistycznego i militarnego dla Arabii Saudyjskiej i ZEA może grozić zerwaniem wartej 2 miliardy dolarów umowy o dostawy amerykańskiej broni dla tych dwóch państw.

Jednak nie tylko USA pragną się wzbogacić na jemeńskiej wojnie. Wśród dostawców sprzętu wojskowego dla Arabii Saudyjskiej i ZEA są m.in. Francja i Wielka Brytania. W miniony czwartek, 20 września, do tego grona dołączyły Niemcy. Rząd w Berlinie przyznał, że podpisał umowę na dostawy broni dla Arabii Saudyjskiej, ZEA i Jordanii – mimo że w styczniu 2018 roku zobowiązał się do bojkotu wszystkich stron konfliktu. W rezultacie na Bliski Wschód trafi niemiecki system obsługi artylerii, a także głowice i pociski przeciwczołgowe.

Za przedłużającą się wojnę w Jemenie trudno oskarżać jedynie Saudów i zachodnie mocarstwa. Odpowiedzialność ponosi także Iran, który aktywnie wspiera rebeliantów Huti, z nadzieją na umocnienie swoich wpływów w tej części Bliskiego Wschodu. O silną pozycję w regionie zabiega również Rosja, której już udało się przejąć polityczną i militarną inicjatywę w Syrii, zastępując USA w roli głównego rozgrywającego. Prezydent Putin nie ukrywa, że liczy na podobny scenariusz w Jemenie. Tymczasem do tej pory wojna kosztowała życie ponad 15 tys. ludzi.