Wyprowadzenie wojsk radzieckich/rosyjskich z Polski

W listopadowym numerze ”Trybuny” opublikowałem artykuł nt. „Wyprowadzenia wojsk radzieckich/rosyjskich z Niemiec Wschodnich”. Zajmowanie się tą problematyką przez Przedstawicielstwo Ambasady Polskiej w Berlinie (taki status otrzymała nasza placówka po zjednoczeniu Niemiec – Ambasada była w Kolonii) wynikało z chęci i potrzeby wykorzystania przez Polskę doświadczeń niemieckich w kwestii wycofywania wojsk radzieckich z Niemiec Wschodnich.

7 września 1990 r. rząd Tadeusza Mazowieckiego zwrócił się do rządu ZSRR z notą o zawarcie układu o wycofaniu wojsk radzieckich z Polski. Ówczesny przywódca radziecki Michaił Gorbaczow obiecał to już wcześniej, lecz bez rezultatu. Jednocześnie władze polskie nie zgadzały się na wycofanie wojsk radzieckich z b. NRD przez polskie terytorium bez wcześniejszego porozumienia o wycofaniu wojsk z Polski. 11 grudnia 1990 r. w Moskwie rozpoczęły się oficjalne rozmowy między rządem RP a rządem ZSRR o wycofaniu wojsk radzieckich. Stronie polskiej przewodniczył sekretarz stanu w MSZ prof. Jerzy Makarczyk, a stronie radzieckiej Ambasador ZSRR w Warszawie Koptielcew.

Pierwszym głównym negocjatorem umowy o wycofywaniu z Polski wojsk Armii Radzieckiej był wicedyrektor Departamentu Europy dr Grzegorz Kostrzewa-Zorbas. Jednakże o ile rozmowy, zawarcie układów i proces wycofywania wojsk radzieckich z innych krajów przebiegały efektywnie (w 1990 r. wycofano z Węgier znaczną część radzieckich wojsk i uzbrojenia, w Niemczech rozpoczęto wycofywanie wcześniej – w IV kwartale 1990 r.) polskie negocjacje ze stroną radziecką toczyły się jak po grudzie, bez postępu, z ogromnymi problemami.

W końcu lutego 1991 r. poprosił mnie do siebie do gabinetu kierownik Przedstawicielstwa Ambasady Polskiej ambasador Wieczorek i poinformował o depeszy otrzymanej z MSZ od wiceministra Makarczyka, koordynującego negocjacje ws. wycofywania wojsk ze stroną radziecką.
Polski wiceminister zwrócił się o przekazanie niemieckich, pozytywnych doświadczeń w postępowaniu, negocjacjach i wycofywaniu wojsk radzieckich z Niemiec Wschodnich. Ambasador Wieczorek poprosił mnie, abym wykorzystując „swoje dobre kontakty z kompetentnymi władzami niemieckimi, a także w Ambasadzie Radzieckiej”, przygotował tę ważną i pilną informację. Niezmiernie cenne były tu moje kontakty i rozmowa z dr. Helmutem Domke (kontakty te miałem z nim jeszcze z okresu, kiedy był członkiem Synodu Kościoła Ewangelickiego, a później sekretarzem stanu w MSZ NRD po wyborach 18 marca 1990 r.), który zwrócił uwagę na aspekt ludzki związany z wycofywaniem wojsk radzieckich. Powiedział, że „zrozumiałe są rozterki i obawy o brak perspektyw powracających do ZSRR żołnierzy, oficerów i ich rodzin. Tutaj w Niemczech przyzwyczaili się do innego poziomu życia, teraz nie wiedzą, jaka oczekuje ich przyszłość.
Podstawowa kwestia to brak mieszkań i w rozwiązaniu tego problemu strona niemiecka musi bezwzględnie im pomóc.” Według Helmuta Domke współpraca w kwestiach związanych z wycofywaniem wojsk stwarzała szansę dla nowego kształtowania stosunków między ZSRR a Niemcami i ta szansa nie powinna być przegrana. Jeśli wycofywanie wojsk radzieckich byłoby tylko operacją techniczną, to historyczna szansa zostałaby zaprzepaszczona. Chcieliby, aby radzieccy oficerowie i ich rodziny wrócili do ZSRR z dobrymi wspomnieniami i doświadczeniami.

Nasiliły się kontakty wojsk radzieckich z władzami nowych landów, a ich pełnomocnicy zostali upoważnieni do rozwiązywania wszystkich pojawiających się problemów. Żołnierze radzieccy po raz pierwszy zostali zaproszeni na Święta Bożego Narodzenia do rodzin niemieckich. W jednostkach radzieckich wprowadzono dni „otwartych drzwi” dla społeczeństwa niemieckiego.

Ponieważ na jednym terytorium (zjednoczonych Niemiec) funkcjonowały nadal dwa systemy polityczno-gospodarcze i w Niemczech Wschodnich miało miejsce przechodzenie od scentralizowanej gospodarki planowej do gospodarki rynkowej, sprzyjaniu przejrzystości tej sytuacji miało służyć polityczne oddziaływanie, docieranie z informacją do radzieckich oficerów, podoficerów i żołnierzy. Ważnym zadaniem było rozszerzanie kontaktów między stacjonującymi wojskami a miejscową ludnością.

Służyło temu utworzenie centrum prasowego i działalność radia „Wołga”. Istotną rolę do spełnienia mieli przedstawiciele miejscowych władz, zwłaszcza w kwestii usuwania istniejących uprzedzeń. Stworzenie modelu stabilnej współpracy miało się odbywać na zasadzie wzajemności. Konieczna była aktywność w kontaktach dla przezwyciężenia problemów.
Była to polityka zagraniczna realizowana „od dołu”. To wszystko miało prowadzić do konwersji. Domke poinformował jeszcze o „programie przekwalifikowania i kształcenia radzieckich żołnierzy organizowanym na terenie Niemiec, który miał być kontynuowany także po demobilizacji”.
Ponadto zmienił się krytyczny ton prasy niemieckiej w kwestii stacjonowania wojsk – informując o negatywnych zjawiskach, nastąpiło odejście od dramatyzowania sytuacji w wojskach Armii Radzieckiej stacjonujących w Niemczech. W oficjalnych wypowiedziach podkreślano natomiast, że „żołnierzy radzieckich nie należy obecnie traktować jako wrogów, lecz przedstawicieli obcej armii stacjonującej w Niemczech”. Interesującą myśl wypowiedział Hans Dietrich Genscher – „stąd powinno wyjść 500 tysięcy przyjaciół Niemiec”.

Podobne informacje w tej kwestii, potwierdzające aspekt ludzki i dobrą współpracę niemiecko-radziecką w przebiegu tego procesu, uzyskałem także od dyplomatów radzieckich. Tak zebrane doświadczenia niemieckie przekazane zostały do Warszawy do ministra Makarczyka i dosyć szybko widać było, że strona polska z nich skorzystała.

Przede wszystkim zmieniono głównego negocjatora –dr. Grzegorza Kostrzewę-Zorbasa zastąpił znakomity dyplomata, świetny negocjator – prof. dr hab. Jerzy Sułek i sprawy ruszyły z miejsca. 8 kwietnia rozpoczęło się oficjalne wycofywanie z Polski Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej. 27 października 1991 r. parafowano traktat o wycofaniu Sił Zbrojnych ZSRR z terytorium Rzeczypospolitej Polskiej.

Sam miałem kilka miesięcy później przyjemność bezpośredniej współpracy z prof. Jerzym Sułkiem, który zastąpił ambasadora Wieczorka na stanowisku kierownika Przedstawicielstwa Ambasady RP w Berlinie, także w temacie wyprowadzenia wojsk radzieckich z Niemiec Wschodnich i z Polski. M.in. odbywając w maju 1992 r. wspólną rozmowę z gen Hartmutem Förtschem – szefem Niemieckiej Grupy Kontaktowej, w trakcie której prof. Sułek ponowił propozycję ministra Krzysztofa Skubiszewskiego skierowania części pomocy Zachodu dla Rosji poprzez Polskę z przeznaczeniem na budowę mieszkań dla wycofywanych z Polski oficerów i podoficerów. Gen. Förtsch obiecał, że sprawę przekaże do Bonn, choć nie wie, z jakim skutkiem.

Ostatecznie wycofywanie Północnej Grupy Wojsk z Polski zakończono 17 września 1993 r. w symboliczną rocznicę agresji radzieckiej na Polskę. Były prezydent Lech Wałęsa podkreślił, że „wycofanie radzieckich wojsk z Polski uważa za jedno z największych osiągnięć swojej prezydentury”. I tak z pewnością było.

Zręczność, spryt, ale także takt, dyplomacja polskiego prezydenta, umiejętność rozmów z b. prezydentem Rosji Borysem Jelcynem były tu nie do przecenienia. Były decydujące dla operacji przywracającej pełną suwerenność Polsce. Z moich obserwacji już poza dyplomacją wynika, że postępowanie byłego prezydenta Lecha Wałęsy, wbrew formułowanym przez niektórych polityków zarzutom, było jedynie słuszne i skuteczne. Lech Wałęsa dobrze odczytał „wiatr historii”.

dr Adam Zaborowski był I Sekretarzem Ambasady RP w Berlinie w latach 1988-1992 oraz Radcą Ambasady RP w Berlinie w latach 2005-2010.

Nie rozpędzajmy się tak bardzo,

gdyż niezręczna zbitka słów wywołuje co najmniej spore wątpliwości.

Prawo prasowe przyznaje redakcji możliwość nadania tytułu tekstowi planowanemu do druku. Często jednak, szczególnie gdy nie ma ku temu potrzeby, akceptuje tytuł zaproponowany przez autora. W tym przypadku ma miejsce druga okoliczność, co wynika z treści materiału zamieszczonego w „Dziennik-Trybuna” (21-22.09) pt. „Armia Radziecka a suwerenność Polski”.
Tytuł czyli nazwa własna utworu
ze względu na jego związek z utworem może: wskazywać centralną postać bądź sprawę, wyjaśnia jego ideologię, wskazuje główny motyw czy nastrój, określa jego najważniejszy rys. Ze względu na konstrukcję mogą być tytuły: reklamowe, tajemnicze, oryginalne w doborze elementów, również w ujęciu formalnym, ale i bezbarwne (wg „Encyklopedii prasy polskiej”). Można także w tytule przywoływać powszechnie znane tytuły innych utworów, tworzyć ich parafrazy, nadto wprowadzać grę słów, cytaty, ciekawe powiedzenia, fragmenty zamieszczanego tekstu.
Jeżeli pod takim właśnie kątem spojrzymy na przywoływany tytuł to jest to niewątpliwie gra słów o ideologicznym zabarwieniu. Nie wiadomo tylko czy zamierzona, czy też przypadkowa, bo w sumie wywołująca konotacje dalekie od przekonań i przemyśleń autora tekstu.
Konstrukcja artykułu
obejmuje kilka wątków, niestety bardzo często wzajemnie i nie zawsze zasadnie przenikających się, co w swojej ostatecznej wymowie przypomina raczej orację, przepełnioną aktywnością mówcy, niż zwarty wywód publicysty. Autor pisze niejako o wszystkim: o wielkiej polityce tamtych czasów i o niemieckim rewizjonizmie, o zadłużeniu Polski w okresie Gierka i, jego zdaniem, niespójnej polityce Zachodu, szeroko o Legnicy jako małej Moskwie i dużo szerzej o dyslokacji jednostek radzieckich w Polsce, a następnie o ich wycofaniu z naszych terenów. Spora część wypowiedzi stanowi także krytyka treści tablicy – nota bene to znana i w swoim czasie szeroko opisana sprawa – na ścianie Sanktuarium Matki Boskiej Zwycięskiej na Pradze, naprzeciw dworca kolejowego Warszawa-Wschodnia.
Spośród tych licznych myśli niektóre zasługują na szczególną uwagę.
Wyjaśnijmy na początku
co znaczy słowo suwerenność. Wg autora omawianego materiału Gabriela Zmarzlińskiego: „Suwerenność najkrócej jest rozumiana jako zależność władzy państwowej w stosunkach z innymi państwami i organizacjami międzynarodowymi”, natomiast w myśl powszechnego rozumienia tego pojęcia to zdolność do samodzielnego, niezależnego od innych działania, a suwerenność państwa oznacza niezależność w sprawach wewnętrznych i zewnętrznych.
Jeżeli nawet autor przeoczył to „nie”, to jednak pozostaje wiele fragmentów tego artykułu do wyjaśnienia.
Należy przede wszystkim uściślić następujące kwestie.
Po pierwsze – łącznie roli armii, a w tym przypadku Armii Radzieckiej, z suwerennością Polski jest zbyt dalekim i w sumie błędnym skrótem myślowym. Wpływ na zakres naszej ówczesnej suwerenności zależał od dokonanego podziału na sfery wpływu wielkich, zwycięskich mocarstw, a co za tym nie od wojska, ale od ich rządów i prowadzonej przez nie polityki w stosunku do podległych państw. Siły zbrojne mogły – i czyniły to w różny sposób – wspierać rządowe decyzje będąc jedynie ich narzędziem, ale same nigdy w Europie Wschodniej nie były podmiotem w omawianej dziedzinie.
Po drugie – jest rzeczą oczywistą, że zawsze granice suwerenności danego państwa były z różnych względów i powodów ograniczone, tak przez odmienny rodzaj dominacji hegemona, rozliczne związki i zależności międzynarodowe, także dobrowolnie poprzez udział w międzynarodowych organizacjach. Nie zmienia to jednak faktu, że można określać i nazywać granice tej suwerenności, również wymuszonego przystawania na decyzje, w naszym położeniu, ZSRR.
Po trzecie – nie ma żadnych wątpliwości, że radzieckie decyzje w polskich kwestiach w latach 1944-1989, co prawda w różnym stopniu i zakresie zależały od wielu czynników, miały jednak wpływ liczący się, a często i decydujący.
Po czwarte – nie zmienia to w żadnym stopniu doniosłego faktu, że w ograniczonej suwerennie Polsce Ludowej lewicowy program społeczno-ekonomiczny oraz niektóre inicjatywy zagraniczne, podobnie jak zachowanie rodzimej historii i narodowej tradycji, również dokonania różnie przecież myślących Polaków, zmieniły w zasadniczym, pozytywnym stopniu oblicze kraju. Godne więc są szacunku jak i dobrej pamięci.
Skorygować również należy pewne opinie i interpretacje autora dotyczące także kwestii suwerenności.
„Austria – Armia Radziecka kwaterowała do 1957 r. Czy to oznacza, że kraj ten nie był suwerenny?” – oczywiście, że nie był (nie tle kraj co państwo) gdyż teren Austrii, podobnie jak Niemiec, podzielony został na strefy okupacyjne czterech wielkich mocarstw. Wojska radzieckie, podobnie jak wszystkie obce, wycofały się nie w 1957,a w 1955 roku po tzw. traktacie państwowym.
„Podobnie CSRS – do 1968 r. wojsk radzieckich nie było!” – ubolewam nad wyobrażeniami autora, że tyko za pomocą wojska można ograniczać czyjąś państwową suwerenność. Zależność ówczesnej Czechosłowacji od ZSRR była głębsza i pełniejsza niż PRL, w której stacjonowała Północna Grupa Armii Radzieckiej.
„Węgry – Armia Radziecka stacjonowała od zakończenia wojny. Podczas pamiętnych zdarzeń Października ’56 [nazwa tego miesiąca pisana z dużej litery odnosi się do wydarzeń w Polsce, natomiast przyjęło się używać sformułowanie „wydarzenia węgierskie”, które rozciągnęły się na dwa miesiące – Z.T.], garnizon wojskowy wyszedł na kilka dni z Budapesztu. Powrócił na prośbę władz, właśnie węgierskich, gdy na ulicach stolicy doszło do krwawych, bratobójczych walk. Czyli – można mniemać – że był potrzebny, był „pod ręką”.” Tych wyjść i powrotów było dwa i to z różnych powodów – po raz drugi na prośbę utworzonego w Szolnoku proradzieckiego rządu Jánosa Kádára, który prosił władze ZSRR o pomoc w stłumieniu „kontrrewolucyjnego powstania”. A tak na marginesie to zapewne nie tylko ja bardzo dziękuję za to „pod ręką”.
Wyjaśnijmy sobie
jak lewicowiec z lewicowcem, ale również jak Polak z Polakiem, że spore obiekcje budzi fragment pierwszego akapitu tekstu: „Można być niemal pewnym, że w Polsce nie spotka się nikogo, kto zaprzeczyłby, że Armia Radziecka pozbawiała nas suwerenności.” Aby zrozumieć
stosunek Polaków do sił zbrojnych ZSRR należy odnieść się do stosunkowo niedawnych historycznych wydarzeń, w zasadniczym stopniu diametralnie odmiennych. Abstrahując od chronologii, pierwszymi przedstawionymi odniesieniami będą te lepsze, dobre, pozytywne.
Nie ulega żadnej wątpliwości,
poza sfałszowaną historią w wydaniu IPN, upowszechnianą obecnie w szkolnictwie i poprzez propagandę, że wyzwolenia Polski spod hitlerowskiej okupacji dokonała Armia Czerwona, okupując to wielkimi stratami. Nie może zmienić tej fundamentalnej oceny rozgrywająca się, na tle ówczesnych militarnych wysiłków, gra polityczna o rodzaj rządów i wpływów w Polsce, wyrażająca się w akcjach typu „Ostra Brama” czy Powstanie Warszawskie, ale także aresztowanie przywódców Polskiego Państwa Podziemnego czy podobnych działań władz radzieckich.
Incydentalne, niejako naturalne w okresie wojny, wydarzenia konfliktowe jak maruderstwo, zabór minia (imiejesz czasy?) i wszystkie oboczne nie ograniczają w żadnym stopniu pozytywnej oceny tego istotnego aktu wyzwolenia i dlatego skandalem jest obecna, powszechna akcja zacierania jego śladów w przestrzeni publicznej i świadomości współczesnego pokolenia. Tym bardziej, że dotyczą tragicznych losów przede wszystkim szeregowych, radzieckich żołnierzy, często jednak i dowódców o rożnych rangach.
Natomiast przywoływany przez autora fakt „że Armia Radziecka stała się gwarantem polskiej granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej” jest tylko cząstkową prawdą, gdyż taką pewność dawała przede wszystkim obecność Polski w Układzie Warszawskim, szerzej w bloku ówczesnej wspólnoty socjalistyczne, a na samym końcu w polityce prowadzonej przez władze Związku Radzieckiego.
Ale również nie ulega wątpliwości,
że złe konotacje dotyczące działań Armii Czerwonej, a później Radzieckiej mają swoje podstawy nie tyle w rozbiorowych czasach, co przede wszystkim w wieku XX.
Wojna polsko-bolszewicka, której początek dała nasza wyprawa aż na Kijów, niosła w możliwych skutkach utratę niedawno przez Polskę odzyskanej niepodległości i suwerenności. Powszechne narodowe zjednoczenie w ich obronie, poniesione straty i wojenne czyny pozostały na trwale w powszechnej pamięci, i to nie tylko dlatego, że obecnie tak dużo o nich się mówi.
Agresja radziecka na suwerenną Polskę w dniu 17 września 1939 roku nie zapisuje także chwalebnych kart Armii Czerwonej w naszych wspomnieniach, podobnie jak osamotnione, z winy londyńskich polityków i AK-owskich dowódców, dogorywające warszawskie powstanie.
Jeszcze podczas trwającej wojny, szczególnie, ale nie tylko, na Kresach Wschodnich miały miejsce ataki polskich oddziałów partyzanckich różnej proweniencji na wojskowe jednostki radzieckie, traktowane jako nowy okupant. Podobnie jak we wczesnych latach powojennych gdy nie tylko przeciętny obserwator nie dostrzegał różnicy między oddziałami Armii Czerwonej, a jednostkami wojsk NKWD, które uczestniczyły również w walce ze zbrojnym podziemiem.
W okresie stalinizmu obsadzenie przez radzieckich wojskowych dowódczych stanowisk w Ludowym Wojsku Polskim, także w jego osławionej Informacji, nie wzbudzało powszechnego zachwytu. I co prawda wielu z nich, jak wybitny strateg marszałek Konstanty Rokossowski, nota bene syn Polaka, swym wojskowym doświadczeniem wielokrotnie przewyższało polskich odpowiedników, to nie zmienia to faktu, że przybyli z Armii Radzieckiej.
Stacjonujące na stałe radzieckie jednostki w Polsce Ludowej nie wywoływały protestu, okolicznych mieszkańców często cieszyły wzajemnie korzystne handlowe kontakty, to jednak potencjalnie stanowiły zagrożenie dla ewentualnych suwerennych decyzji władz polskich. Tak było jesienią 1956 roku, gdy radzieckie czołgi zbliżyły się do Warszawy na 150 km, podobnie być mogło zimą 1980 i w roku następnym.
Historia jest bardziej skomplikowana
niż proste rozróżnienie na biel i czerń, stąd warto, mimo swoich sympatii, wstrzymać się z apologią związku Armii Radzieckiej z suwerennością Polski, w imię rzeczywistej roli jaką w swoim czasie odgrywała. Tak będzie najlepiej, bo dużo bliżej prawdy, nie tylko wkoło tego dziejowego sporu.