Trzeba myśleć, zamiast wyrzucać

Pod panowaniem PiS rozszerza się obszar skrajnego ubóstwa w Polsce, więc tym bardziej nie wolno dopuszczać do marnotrawstwa żywności.

Jak marnujemy żywność w Polsce? Można to ocenić na podstawie wyników badań przeprowadzonych przez Instytut Ochrony Środowiska – Państwowy Instytut Badawczy, Szkołę Główną Gospodarstwa Wiejskiego oraz Federację Polskich Banków Żywności, opublikowanych w monografii pt. „Straty i marnotrawstwo żywności w Polsce. Skala i przyczyny problemu”.

 Zaczyna się już od produkcji. Roczne straty w skali naszego kraju w produkcji rolniczej wynoszą około 2 mln ton, z czego najwięcej marnuje się w sektorze zbożowym i owocowo-warzywnym. Tu w największym stopniu za marnowanie żywności odpowiedzialne są gospodarstwa rolne – to właśnie w nich powstaje nawet 99 proc. strat w sektorze mięsnym i aż 71 proc. w owocowo- warzywnym.

Dlaczego żywność marnuje się w gospodarstwach rolnych? Przyczyny strat i marnotrawstwa są tu bardzo zróżnicowane. Wpływają na to przede wszystkim warunki atmosferyczne (burze, gradobicia, podtopienia, powodzie, czy susze), ale także niewłaściwy czas zbioru czy szkodliwe praktyki stosowane podczas zbiorów  czy przeładunku. Wiele żywności marnuje się także ze względu na nieodpowiednie warunki przechowywania (zbytnią wilgoć w magazynach).

Przetwórstwo to kolejny etap łańcucha żywnościowego oraz strat. Ze względu na złożoność procesów produkcyjnych, trudno dokładnie oszacować skalę marnowania na tym szczeblu. Z rozmaitych danych jednak wynika, że najwięcej strat (w stosunku do wielkości produkcji) w tym obszarze generuje się w sektorze owocowo-warzywnym (8,58 proc.). Na drugim miejscu tego niechlubnego podium plasuje się branża mięsna i olejarska, a czołówkę zamyka przemysł rybny.

Najmniej strat jest zaś w sektorze zbożowym – 0,45 proc., potem w mleczarskim – tylko 0,53 proc., co wydaje się dziwne, zważywszy, że mleko jest znacznie bardziej wrażliwym na zepsucie produktem niż olej i rośliny z których się go wytwarza – a tymczasem w branży olejarskiej straty, jak podaje raport Federacji Polskich Banków Żywności wynoszą aż  4,94 proc.

Żywność marnuje się w zakładach przetwórczych przede wszystkim ze względu na przekroczenie okresu przydatności przetwarzanych produktów. W przypadku owoców i warzyw obserwujemy znacznie wyższe straty w porównaniu z takimi na przykład sektorami, jak zbożowo-młynarski. Tak samo jest w naszych domach – częściej wyrzucamy świeże produkty, których nie zużyliśmy w krótkim oknie czasowym, niż artykuły o wydłużonym terminie przydatności do spożycia – wskazuje raport Federacji Polskich Banków Żywności.

Częstą przyczyną strat w tym obszarze są także nierzetelni dostawcy, którzy zaopatrywali zakłady przetwórcze w niskiej jakości surowce. Czasem wyrzucanie żywności wiąże się też z przerwą w dostawie prądu czy ludzkim błędem podczas pracy.

Kolejne ogniwo, transport to stosunkowo najmniej marnotrawcza gałąź przemysłu spożywczego. Straty generowane w trakcie przewożenia produktów żywnościowych stanowią średnio zaledwie 0,019 proc. transportowanej żywności. O większej – choć równie znikomej – skali marnowania można mówić w przypadku magazynowania. Powstałe w centrach logistycznych straty stanowią średnio 0,18 proc. przechowywanej żywności. Pod względem tonażu, ilość strat w transporcie spadła w ciągu ostatnich lat, od 2017 r. To wynik oddawania do użytku coraz lepiej przygotowanych powierzchni magazynowych. Tym niemniej, również i w centrach dystrybucyjnych marnuje się żywność. Przyczyny to głównie  zbyt długi okres przechowywania towarów, nieprzestrzeganie zasady FIFO (first in, first out), czyli dbałości o szybką rotację najmniej trwałych produktów, a także niedbalstwo pracowników, pośpiech i brak dokładności – czyli błędy ludzkie.

Na podstawie wyników z badań w zakładach gastronomicznych, przeprowadzonych przez Szkołę Główną Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, widać, że największe rozmiary przybiera marnowanie na talerzu. Gastronomia  to  dotychczas chyba najbardziej  enigmatyczny  pod  względem  marnowania  żywności  obszar. Ze względu na dużą liczbę lokali i ich różnorodną charakterystykę, jest to grupa trudna do zbadania.

Problemy z marnowaniem żywności zaczynają się już w momencie dostarczenia dostaw do zakładów gastronomicznych. Część danych może napawać optymizmem – niemal wszyscy przedstawiciele restauracji zapewniają, że zawsze lub zazwyczaj sprawdzają stan magazynów przed zakupami (99,23 proc.) i po zaopatrzenie wybierają się z listą niezbędnych produktów (95,4 proc.), by uniknąć nadmiernych, kosztownych i mogących się zmarnować zapasów. Jednocześnie, niemal 11 proc. z nich kupuje niezaplanowane wcześniej produkty (czyniąc to zawsze lub zazwyczaj), co sprzyja marnotrawstwu. Ponad 22 proc. z kolei deklaruje, że świadomie robi zakupy „na zapas”. Ze względów organizacyjnych, w wielu lokalach często potrawy przygotowywane są  wcześniej, czyli innego dnia niż następuje ich sprzedaż. Przygotowywanie dań z wyprzedzeniem czasowym zostało zadeklarowane przez 4 na 10 respondentów – co zapewne kłóci się z informacjami przekazywanymi  konsumentom, którzy na ogół są przekonani, iż spożywają świeże, dopiero co przygotowane potrawy.

W przypadku takich lokali gotujących na zapas, bardzo ważne jest przechowywanie wstępnie przyrządzonych dań. Niektóre zimne przekąski, takie jak np. tartinki czy koreczki są przechowywane nawet do 72 godzin, podobnie z ciepłymi przystawkami. Najdłużej, bo aż do 5 dni, bywają składowane wyroby mączne, takie jak pierogi, kopytka, knedle czy placki ziemniaczane (3,6 proc.).

W żadnym przypadku, wedle deklaracji restauratorów, potrawy przygotowane z wyprzedzeniem czasowym nie były przechowywane powyżej 5 dni. W przypadku większości potraw, o które zapytano w kwestionariuszu, respondenci deklarowali, że najczęściej są one składowane tylko do dnia następnego (do 24 godzin) – wyjątek stanowiły ciasta, które z reguły były przechowywane do 48 godzin.

Poza czasem, istotny jest również sposób przechowywania. Niemal ¾ lokali deklaruje, że zawsze lub zazwyczaj znakuje danie datą produkcji. Z kolei aż 40 proc. lokali nie zamieszcza na produktach czy daniach informacji o terminie przydatności do spożycia, co może wpływać na większe straty żywności.

Ponadto, na podstawie deklaracji respondentów stwierdzono, że tylko w części obiektów znajduje się szybkoschładzarka,  urządzenie  niezbędne  do  produkcji  dań  ciepłych  z  wyprzedzeniem  czasowym.  Zaledwie około 50 proc. zakładów przygotowujących zupy z wyprzedzeniem czasowym posiadało odpowiednie wyposażenie przeznaczone do procesu szybkiego schładzania. W przypadku niezastosowania takiego urządzenia istnieje zaś znacznie wyższe ryzyko zmarnowania dania lub zagrożenia dla zdrowia konsumenta.

Do najczęściej wyrzucanych na tym etapie artykułów spożywczych (z częstotliwością codziennie i prawie codziennie) przez ponad jedną trzecią respondentów, należą przede wszystkim produkty napoczęte z oznakami zepsucia, przeterminowane produkty, zwiędnięte warzywa i owoce. Oczywiście, trzeba je wyrzucić – ale nie wolno dopuszczać, by się popsuły i przeterminowały. Codziennie w jednej czwartej badanych zakładów gastronomicznych wyrzucano potrawy ciepłe, a w co piątym zakładzie, potrawy serwowane na zimno i pieczywo. Natomiast najrzadziej deklarowano wyrzucanie półproduktów.

W zakładach gastronomicznych ze świeżych, przygotowanych danego dnia dań najczęściej wyrzucane były surówki, sałaty i sałatki (40,9 proc. ). Z kolei najrzadziej w koszu lądują zupy, wywary czy sosy (20,2 proc.) oraz produkty mączne (25,8 proc.).

Tylko 1 na 10 respondentów powiedział, że w jego lokalu praktykowane jest zabieranie niesprzedanej żywności do domu przez pracowników. Jeszcze mniej osób sprzedaje takie potrawy w niższej cenie lub wykorzystuje je do przyrządzenia innych dań – co wszakże trzeba robić ostrożnie ze względów sanitarnych. Okazuje się także, że restauratorzy raczej nie praktykują sprzedaży połowy porcji – taką możliwość deklaruje także zaledwie 1 na 10 lokali gastronomicznych.

Jeżeli chodzi o ustalenie sposobu postępowania z daniami, które były poddawane tzw.  bemarowaniu, czyli były utrzymywane w wysokiej temperaturze przez określony czas (zgodnie z zaleceniami powyżej 66°C),  a nie zostały w danym dniu wydane konsumentom, to około 30% przebadanych lokali deklarowało, że korzysta z bemarów w swojej działalności. Najczęściej w tych urządzeniach znajdowały się zupy, dania mięsne, podroby, ziemniaki, jarzyny, ryż czy kasza. Jeśli ich nie zjedzono czy sprzedano na czas, to najczęściej wskazywanym przez respondentów sposobem postępowania było po prostu ich wyrzucenie.

Według danych Komisji Europejskiej, straty żywności w sektorze handlu to około 5 proc. ogółu marnowanej żywności. W porównaniu do marnotrawstwa konsumentów (53 proc.) wydaje się to nieistotnym wynikiem, jednak ze względu na duży wpływ, jaki sieci handlowe wywierają na postawy konsumenckie, obszar handlu powinien zostać poddany szeregowi regulacji, mających na celu ograniczenie zjawiska wyrzucania jedzenia. Niektóre kraje (w tym Polska, gdzie w 2019 r. weszła w życie ustawa o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności) już wprowadziły odpowiednie ustawodawstwo, wedle którego na sklepy nakładana jest kara za marnowanie żywności. Skuteczność tych rozwiązań jest wszakże znikoma, a sklepy w Polsce wciąż wyrzucają żywność.

Do najczęściej marnowanych produktów spożywczych w sklepach należały: pieczywo, owoce i warzywa, świeże nie zapakowane mięso, drób i ryby oraz artykuły chłodnicze z bardzo krótką datą ważności. Z zebranych danych wynika, że aż 60 proc placówek handlowych wyrzuca codziennie chleb czy bułki. W przypadku warzyw i owoców postępuje tak niemal 50 proc. badanych. Wyrzucanie nie omija nawet produktów suchych, takich jak kasze czy makarony – aż 51,6 proc. ankietowanych sklepów utylizuje takie towary minimum dwa, trzy razy w miesiącu i częściej.

Sklepy marnują żywność, bo najczęściej przekraczają terminy przydatności do spożycia lub daty minimalnej trwałości. To deklarowana główna przyczyna i przeważający powód, dla którego w koszach lądowało paczkowane mięso (42,5 proc.), świeże produkty np. mleko czy wędliny (58,6 proc.), artykuły mrożone (33,3 proc.), a także paczkowane pieczywo (46 proc.) czy produkty suche – takie jak mąka, kasza bądź makarony (łącznie 51,7 proc.).

Kolejną częstą przyczyną marnowania jedzenia była zauważalna organoleptycznie utrata świeżości produktów. To dotyczyło przede wszystkim owoców i warzyw (78,2 proc),  pieczywa (65,3 proc.) oraz świeżego – teoretycznie – mięsa, drobiu czy ryb (46 proc.). W przypadku artykułów mrożonych częstą przyczyną marnowania było także przerwanie procesu mrożenia (26,4 proc.). Mechaniczne uszkodzenia opakowań skazywały na straty najczęściej produkty suche (31 proc.) oraz napoje (28,7 proc.).

Ograniczenie marnowania żywności przez sklepy jest ważne nie tylko ze względu na koszty środowiskowe i ekonomiczne, ale także z punktu widzenia szeregu organizacji społecznych, które niesprzedaną, ale dobrą jakościowo żywność mogą przekazać osobom potrzebującym. Tu do pożądanych zmian mogłyby zachęcić wyższe koszty utylizacji odpadów oraz zobowiązania prawne, obowiązujące m.in. we Francji, Czechach i Polsce.

Zgodnie z polską ustawą, na wszystkie wielkopowierzchniowe placówki (powyżej 400 m2) nałożony został wymóg przekazywania niesprzedanej żywności do organizacji pozarządowych, a za każdy zmarnowany kilogram żywności obowiązuje opłata w wysokości 10 groszy. To jednak nie za bardzo pomaga i pomimo maksymalnie ponoć zoptymalizowanych procesów zamawiania i wykorzystania dostaw, śmietniki wielu supermarketów są pełne.

Ostatnie ogniwo marnotrawstwa to konsumenci. 53,75 proc. Polaków przyznaje, że zdarza im się  wyrzucić żywność, z czego większość dotyczy wyrzucania gotowych, niespożytych posiłków (aż 70,3 proc.), a  37,2 proc., wyrzucania produktów spożywczych.

Aż 62,9 proc. mieszkańców naszego kraju deklaruje, że z różną częstotliwością (często, czasami, rzadko), ale jednak wyrzuca pieczywo. Na kolejnych pozycjach znajdują się: owoce (57,4 proc.) , warzywa tzw. nietrwałe, typu sałata, rzodkiewka, pomidory, czy ogórki (56,5 proc.), wędliny (51,6 proc.) oraz napoje mleczne (47,3 proc.). Najczęściej wskazywanym powodem wyrzucania żywności jest, co oczywiste,  jej zepsucie (62 proc.). Dlaczego jednak doprowadzamy do tego, że się zepsuła?

Zachowania sprzyjające marnowaniu żywności są rozmaite, ale opisywane powody wyrzucania jedzenia pokazują, że jednym z kluczowych czynników jest nieodpowiednie przygotowanie się do zakupów oraz bezplanowe dokonywanie samych zakupów (41,9 proc.). Tylko czterech na dziesięciu dorosłych Polaków przed zakupami ma w zwyczaju sprawdzenie zawartości lodówki. Połowa Polaków przyznaje, że nigdy nie nabywa produktów, które są pełnowartościowe, ale trochę gorzej wyglądają, np. małych, niekształtnych warzyw bądź owoców (50,9 proc.) lub produktów w zdeformowanych opakowaniach (50,3 proc.) – czemu trudno się dziwić.

Tylko 39,0 proc. przygotowuje listy niezbędnych produktów przed pójściem do sklepu. 18,9 proc. konsumentów regularnie (czyli  zawsze lub zazwyczaj) nabywający produkty, których wcześniej nie planowali kupić, a 16,7 proc. robi zakupy „na zapas”. Prawie połowa dorosłych Polaków (48,9 proc.) nigdy nie spożywa produktów spożywczych po upływie ich daty ważności – ale skoro je wyrzucają, to znaczy, że nieodpowiednio zarządzają zawartością spiżarni i lodówek oraz nie uwzględniają daty ważności przechowywanych produktów.

 Zaledwie 31,3 proc. naszego społeczeństwa przyznaje, że regularnie układa produkty w lodówce zgodnie z datami ważności, czyli najbliżej drzwi te produkty, które mają najkrótszy termin (wspomniana zasada FIFO:  first in, first out, czyli „pierwsze weszło,  pierwsze wyszło”). 41,9 proc. Polaków twierdzi, że zdarza im się dbać o odpowiednie ustawienie produktów, a 26,8 proc. respondentów zupełnie nie przywiązuje do tego wagi, co zrozumiałe, bo raczej mamy niezbyt duże lodówki, w których trudno wymierzać odległość od drzwi.

Nie zjedzonych produktów i posiłków zwykle nie wyrzucamy od razu. Przede wszystkim wykorzystujemy je do przygotowywania innych potraw  (85,8 proc. pytanych czyni tak zawsze, zazwyczaj,  czasami bądź  rzadko) albo zamrażamy  (74 proc. odpowiedzi). 70,3 proc. spośród nas przyznaje, że wyrzuca je do kosza.

Niesprzedana, dobra jakościowo żywność zamiast na śmietniki, powinna trafiać na talerze. W Polsce wciąż ponad 1,6 mln osób żyje w skrajnym ubóstwie, co często jest równoznaczne z doświadczaniem głodu – przypominają Banki Żywności. A pod panowaniem Prawa i Sprawiedliwości rozszerza się obszar skrajnego niedostatku w naszym kraju.

Nic o pandemii czyli po staremu

„Le Monde Diplomatique”, nr 2/ 2021

Jeśli by oceniać po zawartości najnowszego numeru „Le Monde diplomatique”, to można wysnuć wniosek,że pandemia przestaje być osiowym tematem światowej publicystyki. O ile bowiem pierwszy tegoroczny numer pisma był zasadniczo numerem monotematycznym, w znaczącej części poświęconym rozmaitym, medycznym, ekonomicznym, politycznym i kulturowym konsekwencjom pandemii, o tyle w numerze niniejszym pandemii właściwie nie ma. Niestety niekoniecznie oznacza to, że odeszła już ona w przeszłość, bo mimo spadku intensywności ciągle się tli i daje we znaki, ale oznacza to być może, że znacząca część pracy intelektualnej na jej temat została dokonana i teraz wypadnie oczekiwać na jej skutki.
Numer otwiera tekst Pierre Rimbert i Serge Halimi „Dziennikarstwo wojen kulturowych”, którego autorzy rozważają najbardziej jaskrawo zauważalny rys współczesnego dziennikarstwa: „Bycie pośrodku już się nie opłaca. Dawniej karmiąca się reklamową manną prasa umiarkowana celowała w masowego odbiorcę, kusząc go fałszywym obiektywizmem.
Teraz mamy nowy przepis. Media kwitną, podsycając wojny kulturowe spolaryzowanych, wojowniczych społeczeństw. Na dobre i złe, pod czujnym, chwilami sekciarskim okiem własnego czytelnika. Zamiast krytycyzmu i zaangażowania rozwija się kultura moralizatorskiego wzmożenia i stadnej lojalności. Coraz bardziej izolowane bańki medialne oferują swym członkom raczej terapię utwierdzającą w słuszności własnych poglądów niż konfrontację ze złożoną rzeczywistością”. Ten sam duet autorski zilustrował to zjawisko na przykładzie USA czasu prezydentury Trumpa („Jak Donald Trump i media spustoszyli życie publiczne”). Serge Halimi zastanawia się też, jak ułożą się relacje chińsko-amerykańskie po tym, jak Joe Biden ogłosił wielkiego program ożywienia gospodarczego, połączony z potężnym programem świadczeń socjalnych
Przemysław Wielgosz zajął się Hondurasem, jako jednym z najniebezpieczniejszych krajów współczesnego świata. Z kolei Frédéric Lordon zastanawia się, czy możliwa jest w świecie „tęczowa koalicja”, która połączy we wspólnej walce antykapitalistów i antyrasistów. „Renaud Lambert („Ikar czyli niemożliwa demokracja latynoamerykańska”) analizuje uwarunkowania społeczno-polityczno-ekonomiczne w Ameryce Łacińskiej i wysnuwa z nich generalnie pesymistyczny wniosek, że w tym regionie, mimo wielkich wysiłków trwających dziesięciolecia nadal nie ma odpowiedniego gruntu do budowania stabilnej demokracji.
Michał Rozworski zajął się kwestią tzw. dochodu podstawowego. Choć Niemcy rozpoczynają właśnie eksperyment z tym dochodem, to – wbrew niektórym przypuszczeniom – pandemia generalnie nie przyczyniła się do wzmocnienia tej idei i nie zachęciła do podejmowania prób wprowadzania jej w życie.
Dominique Pinsolle pokazał, na przykładzie Francji, jak walka z różnymi ekstremizmami, w tym z radykalnym, wojowniczym, terrorystycznym islamizmem, staje się dla władzy pretekstem do zaostrzania kursu administracyjnego skierowanego przeciw wszelakim grupom „radykalnym”, także tym, które nie stwarzają niebezpieczeństwa dla porządku publicznego i dla życia innych. Bliską problematykę podejmuje Philippe Baqué w tekście „Jak państwo terroryzuje antyterrorystów”, a Romain Mielcarek pisze o tym, jak „W Sahelu Francja wojny zleca podwykonawcom”. O Włoszech jako o „europejskim laboratorium politycznym” napisał Stefano Pallombini. O co chodzi?
O to, że Włochy są tym krajem „starej Unii”, w którym największe siły ma skrajna prawica. Obserwacja jej taktyki, strategi, ewolucji i jej meandrów mogą więc dać wyobrażenie o tym, czego świat liberalno-demokratyczny może się po nich w Europie spodziewać. Na razie zawarli sojusz z „mieszczańskim” establishmentem, weszli do rządu Draghiego, pogodzili się z Brukselą i wypada czekać co z tego wyniknie, czy to tylko doraźna taktyka, czy trwała tendencja. Władimir Pawlocki napisał o tym, jak „Moskwa marzy o staniu się „miastem globalnym”, a Rachel Knaebel o „Dyktacie ekonomii w niemieckiej służbie zdrowia”. Razmig Keucheyan („Czy znowu będziemy oglądać gwiazdy?”) zajął się kwestią o istnieniu której wie zapewne relatywnie niewiele osób na świecie i którą wielu może uznać za wydumaną i ekscentryczną: o problemie nadmiernego sztucznego oświetlenia w porach zmierzchu i ciemności. Okazuje się, że istnieje już ruch walki z „zanieczyszczeniem światłem”, które sprawia, że „gwiaździste niebo zanika, pożerane przez sztuczne światło”, a „w wielu krajach Drogę Mleczną można oglądać już tylko w rezerwatach przyrody”. Ruch dąży do redukcji tej części sztucznego światła, które nie jest w ciemnej porze konieczne (n.p. reklam).
Zjawisko nie pojawiło się wczoraj. We Francji walka o prawo do nocnej ciemności trwa od 1993 roku, gdzie powstała „karta ochrony środowiska nocnego”. Aktywiści walczący o prawo do ciemności dzielą się na radykałów i realistów. Ci pierwsi chcieliby powrotu do stanu sprzed wynalezienia światła czyli powrotu do stanu natury, ci drudzy jedynie redukcji sztucznego światła do poziomu niezbędnego. Ladislau Dowbor („Społeczeństwo w poszukiwaniu nowych kierunków”) rozpoczyna swój tekst tak: „Wszystko ulega dramatycznemu przyspieszeniu. Czas społeczny funkcjonuje w tempie odmiennym dla technologii, rozwijających się w sposób, który nas oszałamia, dla kultury, która ewoluuje znacznie wolniej, oraz dla praw, które zmieniają się dopiero wtedy, gdy nagromadzone przeobrażenia społeczne dosłownie rozsadzają odziedziczone ramy prawne.
Części całości przestają do siebie pasować”. O tym chaosie i niedopasowaniu, o cywilizacyjnej arytmii, o życiu różnych krajów w różnych czasach historycznych i o wielości proponowanych rozwiązań traktuje Dowbor w swoim tekście. Jean Ziegler („Bitwy, które musimy wygrać”) opowiada o tym, że wbrew złudzeniom, iż żyjemy dziś w epoce mniej wojennej niż jeszcze kilkanaście lat temu, „to każda nowa zdobycz sprawia, że wojenne zapędy są bardziej śmiercionośne i skuteczne”. Tomasz S. Markiewka („Przeciw zielonej polityce zaciskania pasa”) zastanawia się, na ile możliwa jest taka „polityka zielonego ładu”, która będzie racjonalnym kompromisem między potrzebą ratowania Ziemi, zatrzymywania, hamowania zmian klimatycznych z potrzebami ludzi żyjących w warunkach niedoboru i niedostatku. Jarosław Pietrzak zastanawia się, na przykładzie analizowanego tureckiego serialu „Etos”, na ile motyw zderzenia tradycji z nowoczesnością opisuje jakąkolwiek współczesną rzeczywistość. I konkluduje swoje rozważania tak: „Odgrzana „tradycja” jest w takich warunkach nie tyle przeciwieństwem nowoczesności, formą zastanego, skostniałego oporu przed nią, co raczej jej produktem i rewersem, uzupełnieniem „nowoczesności” w jej wersji bardzo konkretnej i wąskiej: neoliberalnej, takiej, która postęp zredukowała do tempa akumulacji kapitału i efektywności jej procesów. Jej jedyną ofertą dla tych, którzy muszą sprzątać i być ochroniarzami w przybytkach zwycięzców.
Propozycją gwarantującą jednocześnie, że pogodzą się oni z miejscem, jakie im przypadło w neoliberalnym rozdaniu”. Z materiałów historycznych warto przeczytać „Komunę na paryskich murach” Mathilde Larrére, która napisała o tym, że 150 lat temu narodził się ruch grafficiarski i o jego współczesnej kontynuacji, a także omówienie książki „My, naród” Jilla Lepore, która jest nową historią Stanów Zjednoczonych oraz „La Guerre des Pauvres” (Wojny biednych) Erica Vuillard o wojnach ludowych w czasach średniowiecza, od Johna Wycliffa do Thomasa Műnzera.
Jak więc widać, choć mówi się, że pandemia zmieniła świat, to na pewno nie rozwiązał żadnego z jego najpoważniejszych problemów.

Balcerowicz zabiera głos

Czasy realnego socjalizmu nie były u nas okresem uwiądu intelektualnego. O reformie gospodarczej wiele mówiono i pisano – choć niestety, zabrakło efektów.

W latach siedemdziesiątych w Polsce zintensyfikowane zostały prace nad reformą gospodarczą. Prowadziły je również organizacje społeczno-zawodowe, Polskie Towarzystwo Ekonomiczne i Towarzystwo Naukowe Organizacji i Kierownictwa, instytuty ekonomiczne i uczelnie.
Publikowane były liczne artykuły na te tematy w pismach ekonomicznych (Gospodarce Planowej, Życiu Gospodarczym, Przeglądzie Organizacji, Ekonomice i Organizacji Pracy, Inwestycjach i Budownictwie, itd.). Były wydawane liczne opracowania, organizowano konferencje i dyskusje, powstawały specjalistyczne kluby i zespoły (Kluby Ekspertów, Klub Jednostek Inicjujących itp.). Za pośrednictwem wspomnianych organizacji działano również w terenie (posiadały oddziały w każdym województwie).
W każdej z tych organizacji powoływane były komisje d.s. reformy (byłem członkiem tej komisji w PTE i przewodniczącym takiej komisji w TNOiK). Organizowano na szeroką skalę szkolenia dla kadr kierowniczych. Wydano szereg skryptów i opracowań szkoleniowych zarówno w PTE jak i TNOiK, opublikowano szereg książek. Uczelnie ekonomiczne również w swoich wydawnictwach publikowały swój dorobek w zakresie reform. Dla jego popularyzacji za granicą, Komitet Ekonomiczny PAN wspólnie z PTE wydawał miesięcznik w języku angielskim i rosyjskim „Ekonomika Polona”. Publikowałem tam artykuły omawiające zakres i tryb realizacji zmian w gospodarce polskiej. Węgierski miesięcznik Organizacja i Zarządzanie („Szervezes es Vezetes”) w 1978 r. zamieścił mój artykuł na temat integracji sfery produkcyjnej w polskich Wielkich Organizacjach Gospodarczych.
We wszystkich tych działaniach brałem aktywny udział. W okresie 1970-1979 opublikowałem 55 pozycji. Były to bezprecedensowe poczynania polskich ekonomistów. Powstał wielki dorobek merytoryczny dotyczący reformowania gospodarki socjalistycznej w kierunku gospodarki rynkowej.
Był to dorobek największy spośród krajów socjalistycznych. W żadnym kraju nie przeprowadzono wówczas działań na tak szeroką skalę. Było to wynikiem narastania sytuacji politycznej w Polsce, począwszy od marca 1968 i wydarzeń z grudnia 1970 r., w wyniku których Edward Gierek doszedł do władzy.
Pod koniec lat siedemdziesiątych powstała inicjatywa obywatelska pod nazwą „Konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość”. Konwersatorium wydało w 1979 r. Raport pt. „O stanie Rzeczpospolitej i drogach do naprawy”.
Leszek Balcerowicz (urodzony w styczniu 1947) wtedy nie był jeszcze szeroko znany. Sporadycznie uczestniczył w procesie tworzenia i dyskusji nad zmianami w gospodarce. Nie zasiadał wówczas w licznych, w owym czasie, gronach eksperckich. Jednak pod koniec lat 70-tych organizuje zespół młodych gniewnych, poza ogólnym nurtem działań, który też przygotowywał nieoficjalny program i propozycje reform – nie lepsze ani nie gorsze niż propozycje przygotowywane oficjalnie.
Wyniki tych prac zostały zawarte w raporcie jego zespołu zatytułowanym: „Reforma Gospodarcza – główne kierunki i sposoby realizacji”. Ukazał się on w serii wydawniczej PTE pt. „Alternatywy rozwoju” w listopadzie 1980 r. Propozycje zespołu Balcerowicza dotyczyły konkretnych rozwiązań jak i sposobu wprowadzania ich w życie. Już wtedy zespół postulował wprowadzenie reformy jednym skokiem (później nazwano to „szokiem”).
Raport zespołu Balcerowicza był przedmiotem dyskusji w Klubie Ekspertów PTE w dniu 18 grudnia 1980 r. Opublikowano go w broszurze PTE, ponadto niektóre wystąpienia Leszka Balcerowicza na różnych forach były powielane przez PTE – na przykład w roku 1980 PTE powiela tekst pt. „Tezy innowacyjności gospodarki polskiej”, a w 1981 r. tekst „Uwagi na temat opracowania kierunków reformy gospodarczej”. Jego rozwiązania merytoryczne mieściły się w ogólnym kanonie wówczas proponowanych zmian, oraz w ramach społecznej gospodarki rynkowej.
Reformy z tego okresu, tak jak i poprzednie poniosły całkowite fiasko. Nie dlatego że brak było właściwych rozwiązań. Opór materii ideologicznej okazał się zbyt duży. Pojawiało się hasło „wyprzedaż socjalizmu”, WOG-i wymykały się spod kontroli partyjnej oraz centrum gospodarczgo.
Pod wpływem ideologicznego nacisku nastąpił tzw. „manewr ekonomiczny”, zapoczątkowany już w roku 1974. Resorty odzyskały swoją dawną pozycję władczą wobec zjednoczeń. Już nie zespoły rządowe zatwierdzały rozwiązania dla podległych zjednoczeń, a właściwe ministerstwo branżowe. Powstała koncepcja „ministerstwo jako WOG”. Przodowało tu Ministerstwo Przemysłu Maszynowego pod egidą wicepremiera Tadeusza Wrzaszczyka. O reformie zapomniano, aż do kolejnego przesilenia politycznego.

„Le Monde diplomatique” (nr 6 (160), XI/XII/2019

Numer otwiera tekst „Maskra” Serge Halimi o młodych we francuskich protestach. Obok edytorial (zwany kiedyś „wstępniakiem”) „Ekonomia (polityczna) głupcze” Przemysława Wielgosza, w którym od podanej w telegraficznym skrócie sytuacji światowej płynnie przeszedł autor do sytuacji polskiej. Alexander Zevin demaskuje rolę uważanego za liberalne, założonego w 1843 roku (!!!) pisma „The Economist” jako rzecznika brytyjskiego imperializmu, Tony Wood o „mianowanych miliarderach Rosji”, Jean-Louis Rocca o wojnie handlowej Chin z zachodem jako o „zderzeniu cywilizacji”. W drugim tekście „chińskim” Alain Bihr stawia ciekawe, inspirujące pytanie, „dlaczego kapitalizm nie narodził w Chinach?”.
Pierre Souchon portretuje francuskie miasteczko Ardèche. Na pograniczu historii i teraźniejszości sytuuje się tekst Pauline Perrenot i Vladimira Slonska-Malvaud „Franco znów dzieli dzisiejszą Hiszpanię”, w kontekście ekshumacji i przeniesienia jego szczątków. Paul Preston z kolei przypomniał klasowe ludobójstwo dokonane przez frankistów na czerwonych republikanach („Rozstrzelać parzystokopytne bestie”).
O milczeniu Anny Seghers (1900-1983) – czołowej niemieckiej pisarki-antyfaszystki, emigrantki z III Rzeszy – w obliczu wypaczeń demokracji i łamania wolności w Niemieckiej Republice Demokratycznej. Dający do myślenia esej „ponownym zaczarowaniu świata” napisała Silvia Federici. A potem recenzja „Drżących kadrów”, zbioru 13 wywiadów z wybitnymi reżyserami, których Piotr Czerkawski namówił na retrospektywę.

Jak pisać o PiS

Od dłuższego czasu w mediach lewicowych, liberalnych, centrowych i niektórych zaliczanych do prawicy, obserwujemy lawinę tekstów piętnujących poczynania PiS-u i jego sprzymierzeńców.

 

Nie kwestionując słuszności opisów skandalicznych nadużyć nie sposób jednak nie zwrócić uwagi na widoczny w tej nawale brak zastanowienia. Należy bowiem domyślać się, że podstawą pełnego zapału i wytrwałości wysiłku publicystów jest przekonanie, iż wykazywanie błędów spowoduje naprawienie sytuacji grożącej katastrofą, że doprowadzi władze do opamiętania, a przede wszystkim wywoła otrzeźwienie społeczeństwa aprobującego utrzymującą większość parlamentarną grupę demagogów. I w tym momencie zdumiewa, że walczący z dewiacją w ogóle nie zdają sobie sprawy z tego, że być może, zło, które pokazują i usiłują naprawić, są to jedynie objawy choroby, której istoty owi krytycy nie dostrzegają. A przecież za tym przemawia np. fakt, iż wspomniane piętnowanie błędów jest nieskuteczne.
Oskarżające PiS osoby zapamiętałe są w tej działalności do tego stopnia, że zapominają o obowiązku rozważenia swoich własnych błędów, do których niekiedy półgębkiem przyznają się nie próbując jednak poznać ich istoty. Przecież zawsze popadnięcie w zależność od złych i głupich wynika z bierności tych, którzy potrafią rządzić mądrze, a oczywiste dla każdej rozsądnej osoby rozważenie takiej możliwości narzuca się tym bardziej, że po dwu latach rządów PiS nie można mieć wątpliwości, iż wspomniana walka na argumenty nie daje rezultatu zwłaszcza wobec wyraźnego u autorów przekonania o braku pozytywnej alternatywy politycznej. Podobnie nieskuteczność „walki z demagogią” osądza np. prof. Cas Mudde w krótkim artykule „Realnym problemem nie jest populizm”. Należy więc, nie zaprzestając wskazywania błędów władzy, zastanowić się wreszcie, jakie mogą być inne przyczyny zła i jak je należy naprawiać? Zarazem, w odpowiedzi na ten swój apel przedstawiam własne w omawianej sprawie zdanie: rzeczywistą przyczyną fatalnego stanu porządków w naszym kraju jest powszechny marazm umysłowy oraz kulturalny i jakiekolwiek działania pomijające konieczność ożywienia umysłów a także naprawy obyczajów są daremne. A oto, jakie są dowody na to, że uśpienie umysłów i dekadencja kulturalna mają miejsce w naszym kraju.
Co do intelektu sprawa jest prosta. Zanik zdolności rozumowania, jeżeli jest powszechny, powinien, z natury rzeczy, uwidocznić się przede wszystkim w środowisku elity umysłowej. Otóż wyraźnym przejawem dowodzącym złego stanu tej części społeczeństwa jest zanik dialogu, wiadomo bowiem, że myślenie nie istnieje bez pytań, wątpliwości i sporów. I właśnie brak tych podstawowych przejawów myśli jest uderzający w ośrodkach głównie tych nastawionych na poświęconą polityce i zagadnieniom społecznym tzw. poważną publicystykę jak np. Przegląd Socjalistyczny, Krytyka Polityczna, Kultura Liberalna, internetowa witryna Towarzystwa Kultury Świeckiej im. Tadeusza Kotarbińskiego i in. Nie ma tam dyskusji, jedyne uwagi krytyczne dotyczą obozu władzy i stanowią niejako uzgodniony rytuał legitymujący przynależność do „swoich” na równi z obowiązującym niedostrzeganiem błędów popełnianych we własnym gronie. Gdy przyjrzymy się czy tym periodykom, czy publicystyce powstającej w ramach inicjatyw takich jak Kongres Kultury, Kongres Obywatelski itp. widzimy same jedynie monologi i kazania autorów niezdolnych zauważyć tekstów ani tych, które w jakiejś mierze zaprzeczają ich tezom, ani zgodnych. Szczególnie zaś zdumiewa brak w całym środowisku obejmującym autorów, redakcje i czytelników zaniepokojenia tym, że nawet najbardziej udramatyzowane wystąpienia nie wywołują odzewu.
Z kolei mówiąc o upadku kultury również należy skupić się na elicie. I tu powstaje problem wymagający obszernych wyjaśnień.. Powszechnie uważamy, że podstawowym przejawem kultury są: dbałość o poprawność mowy i unikanie – co błędnie utożsamiamy z empatią – agresji, a pod tym względem znaczna część elit jest bez zarzutu. Liczne są bowiem osoby i publikatory, które dbają o formę tekstu i nie używają „brzydkich” wyrazów, a krytykę skrzętnie ukrywają w ogólnikowych, bezosobowych wzmiankach, a więc, na podstawie wspomnianego „powszechnego uważania”, spełniają wbrew moim zarzutom warunki do uznania ich za kulturalne bez jakiegokolwiek „marazmu”.
W moim jednak przekonaniu podstawą kultury jest uznanie wartości umysłu każdego spotkanego człowieka, a wspomniane temperowanie mowy i uprzejmość świadczą o kulturze jedynie, gdy powstają jako produkt poszanowania godności innej osoby. Przecież znamy z doświadczenia ludzi dbających o poprawne wysławianie się i zręcznie zachowujących uznane formy postępowania, którzy jednak są bezwzględnymi egoistami. Mówimy o takich: cywilizowany cham.
Owo „uznanie wartości umysłu” polega na zrozumieniu, iż świat myśli każdej spotkanej osoby ma wartość niezależnie od tego, czy jest on bogatszy od mojego, czy uboższy. Że w każdym wypadku poznając go otrzymujemy szansę rozszerzenia swojej wiedzy, swoich zdolności, a także poznania błędów swojego własnego rozumowania. A także owo „uznanie wartości” narzuca – nasuwający nieraz wątpliwość – obowiązek dążenia do naprawy zauważonych u tego drugiego błędów, temperowany oczywiście świadomością zarówno ograniczoności własnego sądu jak i ludzkiej skłonności do emocjonalnego reagowania na krytykę. Jeżeli bowiem szczerze uznajemy jakiś przedmiot za wartościowy, nie pozostajemy obojętni wobec zauważonej na nim skazy, dbając zarazem, by cennego obiektu nie uszkodzić.
I jeszcze jedno: najpełniej „uznanie wartości” realizuje się w dialogu, którego idealną postać opisuje formuła: minimum 50 proc. słuchania drugiej strony, minimum 30 proc. mówienia o jej sądach i maximum 20 proc. przedstawiania własnego widzimisię. Mistrzem w tej sztuce był ponoć Sokrates, który ograniczał się do pytań i rozważania racji rozmówcy naprowadzając go tym do własnego poprawnego wnioskowania.
Po takich wyjaśnieniach mogę mówić o marazmie kulturalnym polskich elit i – wynikającym z niego – całej reszty społeczeństwa. Zanikła bowiem zdolność uznania godności innego człowieka, co zresztą jest faktem znanym (np. Małgorzata Anna Maciejewska „O zbędności elit, a zwłaszcza buców”). Dowody na to są liczne. Tak więc czasopisma i autorzy przejawiają solipsystyczny brak zainteresowania poglądami zarówno czytelników jak i wyrażonymi w innych niż swoje artykułach czy esejach. Większość poświęconych sprawom społecznym, politycznym i kulturalnym czasopism i witryn internetowych nie reagują nawet na najbardziej udramatyzowane diagnozy i postulaty publikowane w mediach, a zarazem („Przegląd Socjalistyczny”, „Centrum im. Daszyńskiego” i in.) w ogóle nie ukazują opinii czytelników, podczas gdy inne (np. „Kultura Liberalna”, „Lewica.pl”) dopuszczają co prawda czytelników do głosu w postaci komentarzy, jednak demonstracyjnie okazują lekceważenie przedstawianym opiniom. Uderza brak choćby śladu zainteresowania treścią uwag odbiorców przedstawianych treści ani ze strony autorek/autorów, ani redakcji, ani postronnych obserwatorów. Ciekawy kazus mamy w przypadku „Zdania” wydawanego przez stowarzyszenie „Kuźnica”, gdzie jedynym przejawem zainteresowania czytelnikami jest apel o dodatkowe wpłaty.
Ten brak zainteresowania głoszonymi wokół nas sądami przedstawiony jako objaw marazmu kulturalnego wymieniałem poprzednio jako objaw bezczynności umysłu. To połączenie nie jest bynajmniej przypadkiem, gdyż wzajemne powiązanie ze sobą kultury i dbałości o sprawne myślenie uważam za oczywistość dotyczącą wszystkich. Czy mamy do czynienia z osobnikiem obdarzonym wybitnymi zdolnościami, czy z posiadającym skromny zasób wrodzonych możliwości rozumowych, zaniedbanie rozwoju dokonującego się w trakcie poznawania poglądów innych ludzi powoduje degradację osobowości przejawiającą się uśpieniem umysłu i niedorozwojem kulturowym.
Tak wygląda uproszczone dowodzenie marazmu powiązanych ze sobą kultury i intelektu. Ale czy rzeczywiście ten marazm może w sposób istotny spowodować rozpanoszenie się demagogii i związany z nią regres społeczności? Sądzę, że wynika to choćby ze znanego powiedzenia: „gdy rozum śpi, budzą się upiory”. A zatem przedstawiona (w ogromnym skrócie) analiza, po pierwsze pozwala poznać proces, który doprowadził do tego upadku, oraz po drugie umożliwia podjęcie próby określenia działań naprawczych. W obu wypadkach chodzi mianowicie przede wszystkim o dialog w skali całego społeczeństwa rozumiany jako wzajemne porozumiewanie i poznawanie. Marazm więc wynika z zaniedbania takiej właśnie wymiany myśli inicjowanej i formowanej przez część społeczeństwa dysponująca autorytetem (twórcy i propagatorzy kultury oraz nauki), a podstawę odbudowy winno stanowić odrobienie tego zaniedbania.
Jako podsumowanie stawiam apel o rozważenie przedstawionej tezy, iż kultura i intelekt mas stanowią istotny czynnik formujący stosunki społeczne i polityczne, oraz o poważną dyskusję nad szeroko pojętym dialogiem rozumianym jako narzędzie niezbędne dla formowania myśli oraz obyczajów.