Tron bez ołtarza

To rozważania o suwerenności państwa polskiego w kontekście jego stosunków z Kościołem katolickim, także o poczynaniach polityków i stanie świadomości obywateli w historycznej i współczesnej perspektywie
Książka prof. Danuty Waniek „ Ołtarz bez tronu? Walka o rząd polskich dusz” , podobnie jak wcześniejsze zainteresowania i dokonania autorki, są ważnym głosem w stale obecnej, acz odmiennie się nasilającej, debacie o relacjach tych instytucji.

Wydany przez ASPRA-JR

w tym roku w Warszawie trzystustronicowy tom zawiera sześć rozdziałów, epilog i aneks, bibliografię obejmującą ponad 400 pozycji. Wrażenie robi indeks prawie 1000 nazwisk, zwracają również uwagę bardzo liczne przypisy niejednokrotnie w poważnym stopniu rozszerzające tekst zasadniczy, przynoszące także wykraczające niejako poza temat, ale bardzo ważne, a czasem nie znane informacje i dokumenty. Do analiz Danuty Waniek dołączony został tekst Jolanty Banach o jakże dziś aktualnym problemie pedofilii w polskim Kościele.

Granice chronologiczne

tych rozważań wyznacza okres upadku I Rzeczpospolitej a zamyka nasza współczesność. Autorka rozpoczyna je od prezentacji kwestii Kościół a niepodległość Polski – stanowiska hierarchów, ale i Watykanu, w stosunku do zmieniającej się sytuacji w obliczu upadku państwa, powstań narodowych, ugodowości hierarchii wobec zaborców, również nadchodzącego odrodzenia Polski. W tej części na uwagę zasługują opis niezwykle zróżnicowanej sytuacji wierzących na ziemiach zaborczych, a w jeszcze większej skali źródła narodzin stereotypu Polak-katolik. To ostatnie, zaprezentowane w historycznej perspektywie, wielokrotnie i na różne sposoby oraz okoliczności wykorzystywane tak przez cały Kościół oraz różne polityczne opcje, posiada wyjątkową aktualność.

Konkordat z 10 lutego 1925 r,.

w nawiązaniu do obecnie obowiązującego, stanowi oczywistą część tych rozważaniach. Poza przywołaniem rządowych dokumentów, jeszcze z okresu II RP, wyrażających krytyczne opinie na temat jego przestrzegania przez stronę kościelną, znajdziemy tu prezentację aspektów prawnych i moralno-politycznych, którymi kierował się w sprawie jego dalszego obowiązywania Tymczasowy Rządu Jedności Narodowej, którego część stanowili politycy skupieni wokół byłego premiera na uchodźstwie, a wtedy wicepremiera TRJN Stanisława Mikołajczyka.

Uwarunkowania prawno-polityczne i międzynarodowe wygaśnięcia konkordatu 1925 r. zostały w III RP uznane jako „bezprawne i jednostronne zerwanie przez komunistyczny rząd”, a Konkordat z 1993 r. stanowić miał zadośćuczynienie m. in. za doznane krzywdy.

Refleksje na temat stosunków państwo-Kościół

po Październiku 1956 obejmują także uwarunkowania polityczno-społeczne zmian w sytuacji Kościoła po II wojnie światowe, rozdział Kościoła od państwa, sekularyzację i laicyzację w polityce władz Polski Ludowej, ale również próby uporządkowania stosunków z Watykanem i ich normalizację w latach 70‘. Kontynuacją tego procesu było powołanie i prace Zespołu Legislacyjnego Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu i propozycje prawnych uregulowań.

Zimna wojna o Polskę,

tak można by też nazwać kolejną część książki, w której przedstawiono wpływ okresu pontyfikatu Jana Pawła II na wydarzenia polityczne w kraju i na świecie, sięgający zresztą w różnej formie i skutkach po dzień dzisiejszy. Odnajdują się one w kwestiach suwerenności wewnętrznej III RP w stosunkach z Kościołem, obliczu współczesnej kontrreformacji, obszarach sporu, interpretacji konkordatu i konstytucji, ale także na przyspieszonej i poszerzonej laicyzacji w Polsce.

„Kościół był jednym z organizatorów Okrągłego Stołu

– pisze w ostatnich partiach swojej pracy Danuta Waniek – i wydawało się. że zarazem gwarantem zawartych tam porozumień, „zaraz po wyborach czerwcowych zaczął iść w inną stronę, to znaczy dążył do uzyskania maksimum przywilejów”. Co ciekawe, w krótkim czasie kościół hierarchiczny „zaczął się wypierać swojej, skądinąd kluczowej, roli w tych wydarzeniach”. W rezultacie tak postępowa zdobycz i wartość, jaką jest świeckość państwa demokratycznego, została przewrotnie zakwestionowana jako pokłosie komunizmu i dowód na niedostatek narodowej treści. W ślad za tym…stanął w pierwszym szeregu politycznie nieskazitelnych, a wkrótce potem nawet w pierwszym szeregu rozliczających. W tych okolicznościach uległość polityków z różnych partii politycznych wobec żądań i oczekiwań Kościoła dała w praktyce państwowej nieoczekiwany wcześniej efekt polityczny: polityczną dwuwładzę co w znacznej mierze przyczyniło się do stopniowego demontażu konstytucyjnego ustroju III Rzeczypospolitej Polskiej. Na gruncie państwowym zaowocowało to głębokimi podziałami społecznymi i otworzyło drogę prawicowemu autorytaryzmowi.”

Opracowanie powyższe,

prezentujące syntetyczny przegląd stosunków państwo polskie a Kościół katolicki na przestrzeni ponad dwóch wieków, w oczywisty i z tego złożenia wynikający sposób, pomija szereg kwestii szczegółowych. Niekiedy jednak podejmuje, jak włączanie się niższego duchowieństwa w czyn bojowy Polaków organizujących walkę o niepodległość, stanowiąc pośrednio przeciwieństwo postaw licznych hierarchów.

Wydaje się, że podobną sprzeczność zaobserwować można, godną także uwagi, pomiędzy osądem Stolicy Apostolskiej a całym polskim Kościołem w okresie II wojny światowej, w czasie której zginęło 3 tysiące księży, nie wspominając już o odważnych decyzjach innych, takich jak mój szkolny katecheta, który walczył w partyzanckim oddziale.

Podobnie wzbogaciłbym tę pracę o teksty dwóch konkordatów, gdyż powszechnie podobno znane akty prawa nie koniecznie są czytane nawet w Internecie.

Ta książka

jest nie do przecenienia z wielu względów. Właśnie w obecnej Polsce ukazała się praca całościowo, źródłowo, kompetentnie, a jednocześnie przystępnie, pomimo spełnienia naukowych wymogów prawniczo-politologicznej analizy, prezentująca wielopłaszczyznowo stosunki państwo polskie a polski Kościół katolicki w historycznej i współczesnej perspektywie.

Opracowanie stanowi ewenement nie tylko naukowy w tej sferze rozważań, ale także niesie w sobie bogactwo przemyśleń dotyczących współczesności, a przede wszystkim przyszłości. Nie można jeszcze nie dodać, że Autorka poprzez właśnie taką wypowiedź wykazała się również wyjątkową osobistą odwagą, na którą nie tak wielu dzisiaj stać, także w naukach historycznych i społecznych, w powszechnej dusznej atmosferze.

Aktualność omawianego dzieła

potwierdzają codzienne wydarzenia. „Ateiści nie nadają się do edukacji – mówił filozof, prof. Paweł Skrzydlewski, który pełni funkcję doradcy ministra edukacji i nauki Przemysława Czarnka. Zapytany o te słowa min. Czarnek odpowiada, że ten doradca »nie doradza w zakresie filozofii, w tym filozofii religii«”.

Jeszcze bardziej kuriozalna jest ostatnia wypowiedź abp Stanisława Gądeckiego, przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski dla Katolickiej Agencji Informacyjnej. „Sprawy, w jakich księża – pod pretekstem zwalczania epidemii – są oskarżani, iż nie godzą się na ograniczenie wiernym dostępu do świątyni, są sprzeczne z konkordatem, Konstytucją i nie znajdują umocowania w ustawach… państwo jednostronnie zawiesiło wszelkiego rodzaju zgromadzenia, na skutek czego Msze święte i nabożeństwa stały się po większej części niedostępne dla wiernych. Nic podobnego nie wydarzyło się w dwutysiącletniej historii Kościoła. Nie wydarzyło się też podczas wojen, bombardowań czy w czasach zarazy, często dotykającej ludność naszego kraju… polskie państwo nakładając swego rodzaju „interdykt” państwowy – nie zachowało w tym przypadku autonomii (suwerenności) Kościoła. Księża i wierni mają przecież prawo bronić się przed ingerencjami w życie religijne, a świątynie zgodnie z prawem – jako miejsca święte – winny cieszyć się autonomią.” Autor wypowiedzi przypomina, że radykalne ograniczenia swobód obywatelskich mogą być zastosowane jedynie po wprowadzeniu stanu nadzwyczajnego.

Powyższa wypowiedź wpisuje się

na liczne sposoby dodatkowym aneksem w strony omawianej książki. Do hierarchy dopiero po ponad rocznym, powszechnym wołaniu o łamaniu Konstytucji dotarł wreszcie ten fakt. I to nie w przekonaniu niszczenia praw i wolności obywatelskich w ogóle, nie mówiąc już o ustroju demokratycznym, a w kontekście konkordatu i interesów Kościoła. Rodzi się więc pytanie co zadecydowało o tak spóźnionej reakcji i dlaczego Kościół tymi słowami po raz pierwszy zganił władze państwowe, tak przecież mu na różne sposoby, decyzje i działania życzliwe. Pamiętał jednak o tym i jak zawsze posłużył się swoim ulubionym, ezopowym językiem, zapewne zapominając, że w tym kraju rządzi Prawo i Sprawiedliwość.

Pandemia przyniosła Kościołowi

także kryzys wiary, o którym mówi szeroko Arcybiskup. M. in.: „Zauważyliśmy jesienią zeszłego roku, z jaką łatwością – w okresie nauki zdalnej licealistów i studentów – można manipulować młodymi podczas tzw. marszów, a jednocześnie musimy z pokorą uznać, że mamy zadanie do wykonania: mamy trudność w wyjaśnianiu młodzieży współistnienia i „napięcia” pomiędzy demokratyczną wolnością a ewangeliczną miłością.”

Rozwiązanie tego

i szeregu innych dylematów polskiego Kościoła katolickiego stanowić niewątpliwie będzie długi i często dramatyczny proces. Aby zrozumieć jego podłoże i przyczyny warto przeczytać książkę Danuty Waniek.

Cnoty nasz niepolskie

Dla Sokratesa cnotą jest poszukiwanie prawdy i dobra. W zasadzie dla niego prawda była dobrem, a dobro prawdą. Znając prawdę, należy postępować dobrze. Nie o takie cnoty chodzi jednak zapewne ministrom rządu Morawieckiego. A z ostrożności procesowej, na wypadek gdyby Sokrates miał odrobinę racji, ministrowie wolą trzymać się od prawdy z daleka, by nawet przypadkiem jej nie odkryć. A nuż poznanie prawdy zmusiłoby ich do dobrego postepowania, do realizacji cnót klasycznych i czynienia dobra? Uważają, że nie należy podejmować takiego ryzyka, i ja ich rozumiem.

Nieco inaczej patrzyli na cnoty Rzymianie, przynajmniej dopóki funkcjonował tam ustrój republikański. Virtus to troska o dobro publiczne, obowiązek służby republice nałożony na każdego obywatela odpowiednio do jego możliwości. To także nie są cnoty, które polecałby nasz przewielebny rząd, tym bardziej że sam musiałby się do nich stosować. Jakże być tłustym kotem w służbie republiki i demokracji?

Zdaniem Jego Eminencji Ministra ateiści pozbawieni są cnót i niezdolni do nauczania innych, w szczególności zaś do nauczania etyki. To nie jest specjalnie nowy pogląd. Powiedziałbym nawet, że jest raczej stary. Można go znaleźć u jednego z prekursorów koncepcji współczesnej demokracji, Johna Locke’a. Zapewne ktoś streścił ministrowi streszczenie poglądów tego filozofa, zapomniał jednak dodać, że w opinii Locke’a również katolicy ( i muzułmanie) nie są zdolni do życia w państwie demokratycznym. Z tymi tezami można by dziś polemizować, ale niestety minister, jeśli dostarcza jakichś argumentów, to raczej wspierających Locke’a, a zwłaszcza jego opinie o katolickich politykach.

W poglądach Locke’a istotna wydaje się dzisiaj (a żył przecież w wieku XVII) teza, że celem państwa (republiki) nie jest dążenie do zbawienia jednostek, ale do realizacji dobra wspólnego i dobrego życia. Podstawą funkcjonowania republiki miała być umowa społeczna i rządy prawa. Na określonych przez Locke’a zasadach republikańskich opierali się twórcy amerykańskiej konstytucji. Zasady te w dużym stopniu zostały przejęte przez współczesne systemy demokratyczne, rzecz jasna poza wykluczeniem z demokracji ateistów i katolików (oraz muzułmanów), o ile oni sami się z niej nie wykluczają.

Rządowi Zjednoczonej Prawicy znacznie bliższe są zasady i cnoty promowane przez Królestwo Prus w okresie kanclerza Bismarcka. Zasady były proste: mężczyźni mieli pracować dla cesarza i ojczyzny, służyć w wojsku i w razie potrzeby umierać na rozkaz. Kobiety też miały wyraźnie określone zadania, ujęte jako słynne już trzy K: Kinder , Kuche i Kirche – dzieci, kuchnia i kościół , niejako naprzemiennie. Wszystkich obowiązywało posłuszeństwo, z tym że mężczyźni mieli być posłuszni klerowi i cesarzowi a kobiety dodatkowo mężczyznom, którzy się nimi opiekowali. Piękny sen konserwatystów. I komu to przeszkadzało? – pyta siebie w myślach minister Czarnek. A chyba nie jest w tych snach odosobniony, bo marzenie to podziela polska hierarchia katolicka oraz wielu polityków – nie tylko z rządzących aktualnie partii. Pokorni obywatele, a w szczególności obywatelki, to marzenie części polskiej klasy (?) politycznej.

Pokorę jako główną cnotę ma się propagować wśród młodzieży na lekcjach religii i etyki, czyli po nowemu religii i religii: pokorę i wstrzemięźliwość seksualną aż do ślubu – kościelnego – a zaraz po ślubie wielodzietność. I tak w koło kościół, praca, dzieci, kuchnia. I pokora. Pana (Wojciecha) Pokorę uprzejmie przepraszam, to przecież nie jego wina.

Ceniącym sobie nieco inne cnoty, tym, którzy chcą rozwijać w sobie etykę taką bardziej pozytywną i współczesną, polecam portal http://www.etykawszkole.pl – dopóki jeszcze działa. To przydatna pomoc dydaktyczna, a niedługo być może pomoc w nauce na tajnych kompletach etycznych.

A poza tym warto przeczytać „Traktat o dobrej robocie” Tadeusza Kotarbińskiego. Premier Morawiecki na pewno go nie zna.

I oczywiście wypowiedzieć konkordat. Locke by się ze mną zgodził.

Bóg mi świadkiem, że Boga nie ma

Ten francuski, prowincjonalny proboszcz z Etrepigny żył w latach 1664-1729, ale zwykłym ani proboszczem ani księdzem katolickim nie był. Nawet laicka Francja pamięta o nim raczej słabo, a poza tym ma ona bez liku laickich bohaterów. W Polsce to postać właściwie nieznana. Nic dziwnego. Jean Meslier był bowiem nie tylko ateistą, co wśród księży zdarza się prawdopodobnie częściej niż mogłoby nam się zdawać, ale w swoim „Testamencie” dał namiętny, ale też bardzo rozumny wyraz swojemu odrzuceniu i oskarżeniu fenomenu religii jako takiego.

W polskim piśmiennictwie pierwsza wzmianka o księdzu Meslier pojawiła się dopiero w 1784 roku, czyli w okresie polskiego, wątłego Oświecenia, acz i tak w tonie negatywnym. Jednak i we Francji trzeba było dopiero Woltera i ateisty barona d’Holbacha, by ukazały się najpierw opracowane przez nich skróty pracy księdza (1762 i 1772). W Polsce obie wersje „Testamentu” opublikował w swoim opracowaniu Zbigniew Bieńkowski (1955).
Co jest w „Testamencie”
„Testament” Mesliera jest jednym z najmocniejszych i najbardziej bezkompromisowych manifestów przeciw religii, wierze w Boga i instytucji Kościoła. Meslier krytycznie przeanalizował treść wierzeń religijnych oraz ich funkcję społeczną, w wyniku czego stał się ateistą i materialistą. To dlatego w 1793 roku jakobin Anacharsis Cloots doprowadził do uchwalenia dekretu o wystawieniu Meslierowi pomnika. Dekret nigdy nie doczekał się realizacji. Testament składa się z 99 rozdziałów, w których Meslier zawarł 8 „dowodów jałowości i fałszywości religii.
Pierwszy dotyczy genezy religii, której źródeł dopatrywał się wyłącznie w motywacjach ludzkich, a konkretnie widział w niej instrument panowania klasowego bogatych nad biednymi. W drugim dowodzie przeanalizował podstawy religii, w której widział wyłącznie ślepą wiarę i posłuszeństwo wobec autorytetu. W trzecim i czwartym poddał krytycznej ocenie wiarę w cuda, proroctwa, objawienia itp. W piątym przeanalizował krytycznie dogmatykę chrześcijańską (i stricte katolicką) (n.p. mit Wcielenia, kult hostii i doktrynę grzechu pierworodnego) Szósty poświęcił instytucjom religijnym jako rozsadnikowi zła. Przedmiotem dowodu siódmego są filozoficzno-teologiczne koncepcje Boga i tzw. dowody na jego istnienie. Dowód ósmy dotyczy krytycznej analizy dogmatu o nieśmiertelności duszy.
Bóg mi świadkiem, że Bóg nie istnieje
Wolter zbadał biografię Mesliera (dość zresztą banalną, choć proboszcz wyróżniał się przyjaźnią dla ludu i napominaniem bogatych, ale to było wolno robić). Po lekturze „Testamentu” wielki filozof napisał: „Ksiądz, który umierając oskarżał się o to, że wyznawał religię chrześcijańską, większe wywarł wrażenie na umysłach niż „Myśli” Pascala”. Od odruchowo zapewne (rutyna zawodowa) napisanych słów „Bóg mi świadkiem” zaczął swój wstęp do testamentu, który dalej brzmiał tak: „W głębokiej pogardzie miałem także tych, którzy naigrawali się z prostoty nieokrzesanego ludu, pobożnie łożącego wielkie sumy na zakup modlitw. Jakże ten monopol jest obrzydliwy! (…) Nienawidzę ich nienasyconej chciwości i nieukrywanej przyjemności, z jaką podobni im naigrawają się z niewiedzy tych, których starannie utrzymują w stanie ślepoty. (…) Musiałem jako proboszcz wykonywać obowiązki mojego urzędu. Jakichż jednak doznawałem sam cierpień, zmuszony nauczać was tych pobożnych kłamstw, których nienawidziłem z całego serca. (…) Tysiące razy byłem o krok od publicznego wybuchu, tysiące razy chciałem otworzyć wam oczy, lecz obawa większa od moich sił powstrzymywała mnie i zmusiła do milczenia aż do śmierci”.
„Zawracanie głowy”
Wolter tak napisał o Meslierze: „Ośmiela się traktować uniesienie przez szatana naszego zbawcy na górę, gody w Kanie, rozmnożenie chleba i ryb jako bajki niedorzeczne i obelżywe (…) posuwa się nawet do tego, że porównuje Jezusa Chrystusa do Don Kichota, a świętego Piotra do Sanczo Pansy. Pisał tak przeciwko Jezusowi w objęciach śmierci, w chwili kiedy najbardziej nawet nieszczerzy ludzie nie śmią kłamać, a najodważniejsi drżą z przerażenia”. A encyklopedysta d’Alembert napisał bez ogródek: „ Kochany filozofie (…) czy rodzaj ludzki będzie miał kiedyś dość oleju w głowie, aby zrozumieć, że trzy to nie jeden i że kawałek chleb to nie Bóg?”. Sam Meslier był oburzony koszmarnym absurdem niektórych treści chrześcijaństwa: „Czciciele Chrystusa niedorzecznie uważają, że sprawiają Bogu Ojcu największą przyjemność, ofiarowując mu wiecznie mękę boskiego syna na pamiątkę jego haniebnej śmierci na krzyżu”. Uważał, że treści ewangeliczne są alegoriami, zaś teologiczne spekulacje wokół natury „Trójcy Świętej” określił jako „zawracanie głowy”.
Teologia – „obelga dla rozumu ludzkiego”
Baron d’Holbach uwypuklił jeszcze inne aspekty poglądów Mesliera. Ten na pytanie, co to jest teologia tak odpowiedział: „Istnieje nauka, której przedmiotem są same rzeczy niezrozumiałe. W przeciwieństwie do innych nauk, zajmuje się ona tym jedynie, co nie popada pod zmysły. Hobbes nazywa ją królestwem ciemności. Ta nauka nazywa się teologią. Teologia jest ustawiczną obelgą dla rozumu ludzkiego”. W rozdziale „Wiara w Boga nie jest konieczna i najrozsądniej o nim nie myśleć” napisał: „Kapłani głoszą, że istota Boga jest niepojęta dla człowieka, a jednocześnie wciąż przypisują temu niepojętemu Bogu pewne właściwości (…) Najważniejszą rzeczą dla ludzi ma być ta rzecz, której absolutnie nie są w stanie pojąć. Skoro Bóg jest niepojęty dla człowieka, najrozsądniej byłoby nigdy o nim nie myśleć. Religia zdecydowała jednak, że człowiek popełnia zbrodnię, jeśli przez chwilę bodaj o nim nie myśli. (…) W sprawach religii ludzie zachowują się jak duże dzieci. Im bardziej religia jest niedorzeczna i pełna cudowności, tym większy ma na nich wpływ. (…) Czcić Boga, to czcić fikcję”.
Rozważając kwestię bezrefleksyjnego funkcjonowania religii w życiu społecznym Meslier uczynił taką uwagę: „Gdy idzie o objęcie jakiegoś stanowiska, o kupno ziemi czy domu, o ulokowanie pieniędzy, o jakąś transakcję czy umowę, człowiek bada wszystko starannie, zachowuje największą ostrożność, zastanawia się nad każdym słowem, zabezpiecza się przed każdą możliwą niespodzianką. Nic podobnego nie miejsca w sprawach religii. W nie wierzy się na słowo”.
Meslier kwestionuje, nawet wbrew wielu ateistom, pozytywny związek religii z moralnością. „Religia sprawiła, że ludzie wyobrażają sobie, że mogą bezkarnie szkodzić innym, jeśli tylko dadzą zadośćuczynienie istocie wszechmocnej”. Drwił też ze śmiesznych, teatralnych i błazeńskich strojów duchowieństwa. A pisząc o zgubnym wpływie religii na politykę, stwierdził, że „król świętoszek jest plagą dla królestwa”. „Testament” Jeana Mesliera byłby bardzo aktualną lekturę w obecnej Polsce.
Rzecz napisana na przełomie XVII i XVIII wieku! Oby ktoś ją w końcu wydał po ponad sześćdziesięciu latach od poprzedniej edycji.

Dyskryminacja nauczycielki-ateistki trwa

Nie od dziś wiadomo, po co PiS-owi była potrzebna nowelizacja prawa o ustroju sądów powszechnych oraz ustawy o Sądzie Najwyższym. Po to, by już więcej nie zapadały wyroki, które nie podobają się zapleczu politycznemu ministra Ziobry oraz klerowi katolickiemu popierającemu rząd PiS. Mamy kolejny tego przykład.
Chodzi o Grażynę Juszczyk, nauczycielkę matematyki z Krapkowic, zadeklarowaną ateistkę, która w 2013 roku zdjęła krzyż ze ściany w pokoju nauczycielskim, gdyż uznała, że publiczna szkoła to nie miejsce na eksponowanie swoich poglądów religijnych. Pomimo, że nauczycielka zrobiła to w obecności świadków, dyrekcja początkowo niczego nie zauważyła. Po kilku tygodniach, gdy do dyrekcji dotarło wreszcie, co się stało, w szkole rozpętało się piekło.
Grażyna Juszczyk, nauczycielka z 30-letnim stażem, zaczęła być szykanowana. Stała się ofiarą donosów i pomówień. Sugerowano na przykład, że zdjęła krucyfiks, żeby go ukraść. Kobieta poczuła się upokorzona i zaczęła walczyć o swoje dobre imię.
Skarżyła się władzom gminy i kuratorium. Te instytucje uznały jednak, że wszystko jest w porządku. W końcu złożyła zawiadomienie do sądu pracy, skarżąc dyrekcję szkoły o dyskryminację w miejscu pracy ze względu na bezwyznaniowość. Powoływała się także na przepisy dotyczące molestowania psychicznego.
Zarówno Sąd Okręgowy w Opolu, jak również Sąd Apelacyjny we Wrocławiu przyznały rację nauczycielce, stwierdzając, że była dyskryminowana ze względu na swoje poglądy.
To jednak nie spodobało się ministrowi sprawiedliwości i prokuratorowi generalnemu Zbigniewowi Ziobrze. Prokuratura pod jego kierownictwem wystąpiła do Sądu Najwyższego ze skargą kasacyjną. Jednakże Sąd Najwyższy, wciąż jeszcze opanowany przez “gorszy sort”, oddalił skargę.
Sprawa wydawała się zamknięta. Minister Ziobro jednak się nie poddał. Nowelizacja ustawy o ustroju sądów powszechnych oraz ustawy o Sądzie Najwyższym wyposażyła go w nową super broń. Może teraz kwestionować wyroki, które nie podobają się jemu, jego skrajnie konserwatywnemu zapleczu politycznemu i wspierającym pisowską kontrrewolucję biskupom.
Tą bronią jest skarga nadzwyczajna do Sądu Najwyższego. Właśnie taką skargę Ziobro złożył do Sądu Najwyższego, domagając się uchylenia wyroku.
Minister sprawiedliwości zarzuca sądom obu instancji, iż niewystarczająco wyjaśniły, na czym polegała dyskryminacja światopoglądowa nauczycielki z Krapkowic w miejscu pracy oraz nie wskazały związku przyczynowo-skutkowego między jej światopoglądem, a molestowaniem psychicznym, którego doświadczyła. Zdaniem Ziobry nie było znamion dyskryminacji światopoglądowej, a wyroki sądów należy uznać za niezgodne z wolnościami i prawami wynikającymi z Konstytucji RP.
Czy tym razem wyrok Sądu Najwyższego będzie inny? Sąd Najwyższy na razie opiera się apetytom polityków PiS na osiągnięcie w państwie władzy absolutnej i kwestionuje nowe uprawnienia Ziobry. Aż strach pomyśleć, co się stanie, kiedy jego skład osobowy zacznie w końcu odpowiadać gustom prezesa Kaczyńskiego i ministra Ziobry. Możliwe, że taki sąd “dobrej zmiany” uzna nauczycielkę z Krapkowic za terrorystkę, która zamachnęła się na krzyż. A to w państwie PiS jest niewybaczalne.

Nie chcemy reformować religii, chcemy się jej pozbyć

Z NINĄ SANKARI, wiceprezeską Fundacji imienia Kazimierza Łyszczyńskiego (przy udziale Marka Łukaszewicza) – rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Czy jest szansa na godne upamiętnienie Kazimierza Łyszczyńskiego pomnikiem, tablicą, nazwą ulicy czy placu?
Nie tylko jest szansa, ale to upamiętnienie będzie.
Pytam o to dlatego, że w 1989 roku, w 300 rocznicę kaźni Łyszczyńskiego taki pomysł na chwilę się pojawił, ale już do niego nie wrócono.
W czasie panelu poświęconego Łyszczyńskiemu zorganizowanego przez naszą Fundację w ramach Dni Ateizmu 2019, z udziałem licznej grupy gości zagranicznych, kilkudziesięciu znakomitości światowego ruchu ateistycznego, przyjęliśmy deklarację w sprawie oddania sprawiedliwości historycznej patronowi naszej Fundacji i znalezienia dla niego należnego miejsca w historii Polski oraz myśli ateistycznej. Dotąd nikt nie był tym zainteresowany, także w PRL, kiedy to przeszkadzało jego szlacheckie, a nie ludowe pochodzenie. Z kolei po 1989 roku sprawa Łyszczyńskiego przeczyła, zadawała kłam tezie, że ateizm został „zawleczony” do Polski na bagnetach Armii Czerwonej.
Makieta tablicy poświęconej Łyszczyńskiemu została zresztą przygotowana i była noszona podczas marszów podczas w czasie poprzednich Dni Ateizmu i eksponowana pod podestem, na którym odbywały się rekonstrukcje egzekucji Łyszczyńskiego. Przez wiele lat okoliczności dla upamiętnienia tej postaci nie były sprzyjające, ale obecnie sytuacja zdaje się zmieniać. W szeregu miast polskich, w tym w Warszawie, rządzą ludzie, którzy jeśli nawet nie deklarują się jako ateiści, to są bardziej otwarci na tradycje świeckości.
Podczas wspomnianego panelu z udziałem zagranicznych gości pojawiło się hasło: „Bądźmy ambasadorami Kazimierza Łyszczyńskiego i jego idei”. Pojawił się także pomysł utworzenia międzynarodowego społecznego trybunału do rehabilitacji osób skazanych na śmierć za ateizm (herezję, bluźnierstwo czy apostazję) w przeszłości, a także mordowanych z podobnej motywacji religijnej w naszych czasach.
Łyszczyński poniósł śmierć tylko za to, że zadeklarował ateizm w traktacie „De non existentia dei”?
To był główny pretekst, ale powody były bardziej przyziemne. Swoimi wyrokami, jako podsędek, zalazł za skórę klerowi, naruszając jego interesy finansowe. Tym co ich szczególnie wzburzyło było to, że uznał małżeństwo za kontrakt prywatny, co wyprowadziłoby je poza jurysdykcję kościelną, a w konsekwencji przyniosło utratę dochodów z udzielania ślubów i chrztów. U schyłku XVII wieku Łyszczyński był w tym prekursorem, bo takie rozwiązania wprowadzono dopiero w XX wieku.
Czym wyróżnia się Fundacja imienia Kazimierza Łyszczyńskiego pośród innych organizacji laickich, których naliczyłem kilkanaście?
Pierwsza uwaga – nie jesteśmy organizacją laicką, lecz ateistyczną, nasz patron zobowiązuje. Oczywiście w naszych celach statutowych mamy promowanie idei laickości, ale naszą ideą jest ateizm. Popieramy laickość z jej rozdziałem Kościoła od Państwa i gwarancjami światopoglądowymi, ale naszym dalekosiężnym celem jest szerzenie idei ateistycznych i znalezienie dla religii miejsca w muzeum.
Mieszkałam w kilku krajach, w tym we Francji, gdzie rozdział Kościoła od Państwa gwarantuje ustawa z 1905 roku, ale zawsze jest tak, że realizacja określonych praw zależy także od układu sił politycznych i jeśli w danym kraju dochodzą do władzy siły konserwatywne, wsteczne, to działają na rzecz tego by niemiłe im ustawy podlegały erozji, by nie były przestrzegane. Takie próby podejmowane są nawet w laickiej Francji.
W procesie Łyszczyńskiego sądził go sąd świecki, ale podtrzymał on tylko wyrok wydany przez sąd kościelny składający się z biskupów, więc choćby to pokazuje, że przy sojuszu tronu i ołtarza instytucje świeckie mają ograniczoną suwerenność. Jedynym więc sposobem na pozbycie się garbu religijnego jest ateizm, pozbycie się religii. Laickość jest jedynie prawną formułą. Tak naprawdę, mówiąc o świeckości jako o znakomitym politycznym modelu organizacji państwa, ucieka się od faktów pokazujących, że to niezupełnie prawda.
Jeśli mówi się o rozdziale Kościoła od Państwa, a każdy obywatel ma prawo deklarowania wiary bądź niewiary religijnej, to pierwszy problem pojawia się w edukacji. Jaka ona ma być? Czy taka, jak w wyobrażeniu byłego wiceministra edukacji rządu AWS, Mirosława Orzechowskiego, który uważał, że ewolucjonizm i kreacjonizm są równoprawnymi teoriami i w związku z tym obie powinny być na równi nauczane w szkole? W 2014 r. grupa nauczycieli poszła z pielgrzymką do Częstochowy i podpisała „Deklarację Wiary”, czyli pośrednio zadeklarowali oni nauczanie treści zgodnych z ich światopoglądem religijnym i odrzucenie tych, które nie są z nim zgodne, a miałoby się to dokonywać w szkole publicznej. W tej sytuacji państwo, które, jak w polskiej konstytucji, deklaruje się jako bezstronne, pozostaje bezczynne wobec takich uroszczeń.
Jeśli państwo jest bezstronne, to znaczy, że ci którzy mają przewagę liczebną, mogą ją narzucić inaczej myślącym. Bo jeśli państwo nie jest stroną, to wygrywa silniejszy, ten kto ma więcej władzy do dyktowania swoich warunków. Taką interpretację bezstronności światopoglądowej państwa zastosował abp Gądecki odbierając Ministerstwu Edukacji Narodowej prawo do interweniowania w sprawie nauczycieli podpisujących tę Deklarację. Sama laickość niczego więc nie gwarantuje. Dlatego w prawie powinny znaleźć się zapisy, że szkoła jest wolna od religii. Urzędnik państwowy zobowiązany do przestrzegania świeckości musiałby być ideałem, a takich nie ma.
Nie można przepołowić sobie głowy na część prywatną, religijną i część świecką w pracy, na urzędzie. Dopóki zatem od tego szkodliwego na każdym polu zjawiska – psychologicznym, moralnym, kulturowym, społecznym, politycznym ekonomicznym – jakim jest religia, ludzkość się nie uwolni, dopóty problem nie zostanie rozwiązany.
Miejsce religii jest w muzeum, są przecież religie martwe, muzealne, jak starożytna religia grecka, której przecież nikt dziś nie wyznaje, a Zeus i inni bogowie są znani jako bohaterowie mitów. My nie chcemy reformować religii, chcemy się jej pozbyć. Przede wszystkim uważamy ją za szkodliwą z powodów poznawczych, dlatego, że jest zdeformowanym odzwierciedleniem w ludzkiej świadomości realnie działających sił, prezentuje fałszywy, zatruwający ludzkie umysły obraz rzeczywistości.
Czy organizacje, fundacje, stowarzyszenia, czy to laickie, świeckie, czy krytyczne w stosunku do religii czy wprost ateistyczne, w jakimś stopniu ze sobą współpracują?
Generalnie z tą współpracą jest kiepsko. Po 2015 roku Koalicja Ateistyczna jednostronną decyzją przejęła organizację Marszu Ateistów podczas Dni Ateizmu i odmówiła nam współpracy w ramach wspólnego komitetu. Skończyło się to klapą organizacyjną ostatniego Marszu Ateistów, od braku nagłośnienia począwszy, a skończywszy na braku haseł identyfikujących to wydarzenie. Brało w nim udział zaledwie około 150 uczestników, którzy się szybko się rozeszli. Niezależnie od braku nagłośnienia, 60 gości zagranicznych i tak nic by nie zrozumiało, bo po raz kolejny nie było tłumaczenia.
Marsz od 3 lat jest coraz słabszy, a powinno być na odwrót, powinien rosnąć w siłę. Wygląda więc na to, że obecni organizatorzy nie dają sobie rady. Dlatego uważamy, że konieczna jest taka zmiana formuły, która zapewni temu wydarzeniu atrakcyjną oprawę i odpowiednią organizację. Mamy taką koncepcję i będziemy zapraszać zainteresowane organizacje do współpracy w ramach komitetu organizacyjnego. Jeśli chodzi o współpracę polskich organizacji światopoglądowych, to trzeba odnotować, że wśród ateistów zdarzają się zwolennicy homofobii, wrogowie feminizmu, antysemici, ludzie o poglądach antydemokratycznych, jest pełny przegląd poglądów w społeczeństwie, więc trudno tu o jedność. Z niektórymi nam nie po drodze. Mamy natomiast dobrą współpracę z Fundacją Wolność od Religii, uczestniczymy w pracach stowarzyszenia Kongresu Świeckości, dobrze dogadujemy się z organizacjami feministycznymi i LGBT.
Czy można dziś mówić o recydywie religii w świecie?
Te procesy nie mają jednoznacznego kierunku. Moim zdaniem, mamy do czynienia z jednoczesnym odgórnym narzucaniem religii przez prawicowe rządy i oddolną sekularyzacją społeczeństw. Po załamaniu się porządku sprzed 1989 roku, upadku realnego socjalizmu w krajach Europy Wschodniej, nastąpił kryzys idei emancypacyjnych i wzmożenie sił konserwatywnych w całej Europie. Pojawiły się siły nowej kontrreformacji, fundamentaliści religijni różnych religii, w tym islamiści, koordynują swoje działania, korzystają z doświadczeń katolickich, na przykład skierowali swoją uwagę na aborcję, którą do tej pory mało się interesowali. Wrogie sobie religie zaczęły ze sobą współpracować, a wielu polityków, jak Orban na Węgrzech, choć sami są mało religijni, używają religii jako skutecznego instrumentu kontroli społeczeństwa. A wszystkim im zgodnie chodzi o zabijanie wolności człowieka, odbieranie mu prawa do wyboru, do aborcji, antykoncepcji czy eutanazji. Religia mówi: twoje życie nie należy do ciebie, twój brzuch nie należy do ciebie, twoja śmierć nie należy do ciebie. Z drugiej strony, w Polsce ubyło ok. dwóch milionów wiernych w ciągu 10 lat.
A Pew Research Center ogłosił przed rokiem dane wskazujące na polską młodzież jako podlegającą najbardziej dynamicznemu procesowi sekularyzacji na świecie…
Nie mam wielkiego zaufania do PRC, bo to ośrodek sympatyzujący z religiami. Jeśli zatem wykazali taką skalę tego zjawiska, to znaczy, że w rzeczywistości przebiega ono jeszcze bardziej radykalnie. Przełom zaczął się w 2016 roku w wyniku „czarnych protestów” w odpowiedzi na atak Ordo Iuris na tzw. „kompromis aborcyjny”, a ostatnio pod wpływem afer pedofilskich w Kościele i uwrażliwienia na krzywdę dzieci. To właśnie w 2016 roku Ogólnopolski Strajk Kobiet Marty Lempart wsparł jednogłośnie ważny dla nas postulat świeckości państwa w zradykalizowanej postaci
„Dość zabobonów”.
Na koniec raz jeszcze o Kazimierzu Łyszczyńskim. Dobrą formą przybliżenia szerszej publiczności jego postaci mógłby być, poza pomnikiem czy tablicą, np. film dokumentalny czy widowisko. W latach 70-tych w Teatrze Telewizji powstał spektakl o procesie Giordano Bruno.
Dziś trudno na to liczyć, ale ja nie tracę nadziei na zainteresowania tą postacią Hollywoodu.
Brzmi to dość fantastycznie…
Ale wcale nie jest takie nieprawdopodobne. Jestem dobrej myśli co do szans na wydobycie postaci Łyszczyńskiego z głębokiego cienia. To już się dzieje, w Wikipedii są już różne wersje językowe hasła o Łyszczyńskim, w tym bengalska…
Dziękuję za rozmowę.

Nowy mit założycielski

Po co mamy renegocjować konkordat, skoro jest on nieprawomocny. Poddanie Polski wpływom obcego państwa Watykan i płacenie dziesiątków miliardów na utrzymanie jego funkcjonariuszy bez referendum i wymaganej konstytucyjnej większości głosów w Sejmie przekreśla zgodność tej umowy z wolą społeczeństwa. Kiedy politycy wrócą do tego tematu? Kto ma rozpocząć
rozmowy w tej sprawie? Brak opodatkowania kościoła katolickiego to strata miliardów w budżecie państwa.

Frédéric Mercel w swojej nowej książce „W szafie Watykanu” informuje, że z wywiadów, które przeprowadził wynika, iż 80 proc. kleru pracującego w Watykanie to aktywni homoseksualiści. To znaczy, że są w związkach lub korzystają z męskich prostytutek. Dlaczego w takim razie Watykan robi tyle krzyku na temat tego, że homoseksualizm i związki homoseksualne są przeciwne naturze? Dlaczego katolicy udają, że tego nie widzą? Przecież to widać!

Ano dlatego, że pierwszą nauką jaką wynoszą z kościoła jest hipokryzja.

Kiedy Polacy przestaną szukać autorytetów pośród bankrutów moralnych?

Od półtora roku nie ma dnia, żeby media nie mówiły o aferach pedofilsko-złodziejskich dotyczących kk. Jego chciwość i cynizm znów stały się przysłowiowe. Pan Kosiniak-Kamysz zdaje się nie być zainteresowany przekrętami watykańskiej sekty, gdyż uważa, że stała się ona ofiarą manipulacji polityków. Historia pokazuje, że kk nie da się zmanipulować, ponieważ on tę sztukę opanował równie dobrze jak sztukę wypierania faktów i wybielania się.

Człowiek jest wzrokowcem, a przepych kościołów skłania go do milczącego podziwu na klęczkach, zamiast pytania, ilu ludzi okradziono by je zbudować? Ilu ludzi zostało pozbawionych domostw, kultury, własnej wiary i życia, żeby budynki zwane świątyniami mogły być dowodem na wyższość katolickiego boga nad bogami innych religii. Takiej agresywnej i głupiej bajki dzieci są uczone na lekcjach religii. Lekcje religii od przedszkola są potrzebne po to, żeby auta ze zdjęciami płodów uszkodzonych na skutek aborcji mogły bezkarnie przecinać miasta bez protestu mieszkańców. I żeby chciwi księża, często homoseksualiści i pedofile mogli mówić Polakom o wartościach rodzinnych i ochronie życia.

Po ostatniej „wpadce” w Rwandzie, hierarchowie mówili do księży: „udawajcie, że niczego nie wiecie”. Żeby takie „udawajcie” zaakceptowała opinia publiczna, a społeczeństwo stało się obojętne na sprawę ludobójstwa, muszą mieć miejsce jakieś niezwykłe okoliczności. Najważniejszą jest powoływanie się na boga. Potem pojawiają się magiczne rytuały penetrujące podświadomość i podprogowe wciskanie strachu, poczucia grzechu i bezsilności w wobec struktury pretendującej do związku z bogiem.

Każda religia ma te same słabości i ten sam mechanizm wyparcia. Dlatego do nas należy przejrzenie na wylot tych, których bóg jest lepszy i potężniejszy od innych bogów. To zaprzecza idei, którą głosi każda religia. Idei jedności boga i człowieka. Każda religia wyklucza inne i dzieli ludzi na wierzących i niewierzących. Zatem każda religia zadaje kłam tej podstawowej zasadzie. Tak jak katolicka kłamie na temat katedr, które stały się miejscem dla ich biskupów, a przecież były budowane by czcić boginię, czyli matkę-rodzicielkę wszechświata i jego wielowymiarowej głębi, wciąż niepoznanych przez nas.

Kryzys, który narasta w Polsce i na świecie jest kryzysem egzystencjalnym z bardzo silnym kompleksem utraty tożsamości. To znaczy, że mniej czy bardziej świadomie poszukujemy nowych wartości, nowej tożsamości, która by bardziej łączyła niż dzieliła. Potrzebujemy nowego Mitu Założycielskiego, który odpowie na naszą potrzebę budowania nowej cywilizacji, nowej Ziemi.

To nie są słowa na wyrost. Stary porządek musi odejść, gdyż przyniósł całkowite bankructwo mitu patriarchalnego wywodzącego się z patriarchalnej religii. Religie muszą odejść, gdyż ludzkość potrzebuje intymnego związku z boskością. Bez dogmatów i zbrodni w imię boga, lukrowanych ewangelizacją. Dosyć, basta! Człowiek jest zagadką i tajemnicą sam dla siebie i jego potrzeba poznania choćby części tej tajemnicy, jest potężna i stanowi o postępie.

Świat jeszcze długo nie stanie się ateistyczny, ale musi uwolnić się od religii, bo one nas dzielą i budują mur stojący na drodze do poznania. Ludzie chodzący do kościoła muszą zrozumieć, że za każdym razem gdy do niego wchodzą, oddają mu swoją siłę energię wiarę i nadzieję. Podczas gdy to „spotkanie” na które liczą, tak ważne dla wielu, może mieć miejsce tylko we własnym wnętrzu. Do tego kościół jest niepotrzebny, gdyż dużo więcej zabiera niż daje. Nie zapominajmy o tym, że jest to toksyczny związek, w którym wciąż tkwi większość ludzkiej populacji.

Mit założycielski Polaka nie jest mitem katolickim. Polak jest najpierw człowiekiem. W nowym micie widzę: Jestem człowiekiem, jestem świadomy, mam wolny wybór. Moim niezbywalnym prawem jest prawo do poszukiwania prawdy o sobie i świecie. Świadomość daje mi narzędzia do tego, by być twórczym. Jako twórca korzystam z natchnienia. To jest mój kontakt z tajemnicą.

Państwo wspiera kreatywność i inicjatywę. Pomaga słabszym lecz tępi lenistwo. Dopóki dzisiejszy system istnieje, prawo musi stać po stronie słabszego, w walce z korporacjami i nieludzkim traktowaniem, jak również wykorzystywaniem ludzkiej naiwności przez cwaniaków od sprzedaży czegokolwiek i wszystkiego. Jeżeli człowiek nie ma z kim dzielić swoich radości i smutków, pozostaje mu niechęć do życia lub religia. Jednak nic nie zastąpi człowiekowi bliskości drugiego człowieka.

Powinniśmy o tym pamiętać w naszym Micie Założycielskim, gdyż uwikłani w politykę i religię, prawa i definicje, zapominamy o rzeczach, bez których życie staje się cierpieniem ponad miarę. Tak przemożnym, że można zabić, bo nie znajduje się żadnego sensu, by cierpliwe dawać świadectwo piękna człowieka i świata.

Co trafiło Senyszyn? Wywiad

Z Joanną Senyszyn, liderką lewicy w wyborach do Sejmiku Województwa Pomorskiego, rozmawia Dariusz Cychol.

 

Joanna Senyszyn kandyduje na radną Sejmiku Województwa Pomorskiego z listy nr 5 SLD – Lewica Razem z okręgu nr 2 – Gdyni, Sopotu oraz powiatów puckiego i wejherowskiego.

 

Szanowna Pani Profesor…

Przestań się wygłupiać (śmiech).

 

Przepraszam, chciałem, żeby było oficjalnie. Czy Twoim zdaniem Bóg istnieje?

Wielu jest przekonanych, że istnieje, ale zarazem coraz rzadziej spotyka się ludzi wierzących w religijne opisy stworzenia świata. Kopernik obalił teorię geocentryczną, a Darwin uświadomił, że jesteśmy efektem ewolucji, a nie najdoskonalszym dziełem stworzenia. Należę do obecnie najliczniejszej na świecie grupy ludzi, którzy nie potrzebują Boga ani do życia, ani do rozumienia świata.

 

Pytam, bo na wózku wyglądasz jakby Cię grom trafił…

Coś mnie faktycznie trafiło, ale na pewno nie grom i nie z jasnego nieba. Kiedy się przewróciłam i połamałam, był ciemny, styczniowy wieczór, błyskawice nie rozświetliły nieba, nie grzmiało. Zresztą obecnie, nawet według ludzi wierzących, Bóg nie ciska już piorunami i nie karze za grzechy trzęsieniami ziemi, huraganami, powodziami, suszami, zarazami, choć faktycznie zdarzają się księża, którzy wciąż takie absurdy wmawiają wiernym. Po prostu wypadki chodzą po ludziach i to częściej nieszczęśliwe niż szczęśliwe. Miałam wyjątkowego pecha, bo kiedy w czerwcu, po poważnej operacji i kilkumiesięcznej rehabilitacji, pierwszy raz wybrałam się do miasta o własnych siłach, upadłam i wszystko zaczęło się od początku. Jestem po kolejnej operacji w gdyńskim szpitalu i w trakcie bolesnej rehabilitacji. Za miesiąc, może dwa wstanę z wózka i będę chodzić o kulach, aż dojdę do pełnej sprawności. Na szczęście głowa cały czas pracuje bez zarzutu i mam już mnóstwo pomysłów na lepsze zarządzanie naszym województwem.

 

Czy „przykucie” do wózka nauczyło Cię czegoś? Spokorniejesz?

Będę bardziej uważać i częściej spoglądać pod nogi. A tak poważnie, to przekonałam się na własnej skórze, z jakimi trudnościami borykają się osoby przykute do łóżka, wózka inwalidzkiego, poruszające się z balkonikiem lub o kulach. To niewyobrażalne dla zdrowych. Najprostsze czynności są problemem. Z kulami wprawdzie można z trudem zrobić sobie herbatę, ale już się jej nie przeniesie do pokoju i trzeba pić na miejscu, przy kuchni. Wcześniej znałam to tylko z relacji, teraz mam własne doświadczenia. Od dziewięciu miesięcy niesamodzielność boli mnie bardziej niż złamania. Jestem wdzięczna lekarzom, pielęgniarkom, opiekunom, znajomym i przyjaciołom za pomoc, zainteresowanie i serce, które mi okazują. Dużo lepiej poznałam bolączki służby zdrowia i chorych. Nieszczęście podobne do mojego może spotkać każdego. Niby o tym wiemy, ale naprawdę nie dopuszczamy do siebie takich myśli. Współczujemy osobom niepełnosprawnym, ale nie zastanawiamy się nad koszmarem ich społecznego wykluczenia.

 

Czujesz się odmieniona tym doświadczeniem?

Podobno ciężka choroba zmienia człowieka i to częściej na gorsze niż na lepsze, ale na szczęście mnie chyba nie zmieniła. Nie poddaję się, wciąż czuję się młodo i kipię energią. Pomimo choroby pracuję, jestem aktywna w mediach społecznościowych, komentuję wydarzenia polityczne, piszę felietony, a ostatnio także książkę. Po raz pierwszy nie naukową, ale o sobie. I już się cieszę na nowe wyzwania. Kandyduję do Sejmiku Województwa Pomorskiego z okręgu Gdynia, Sopot oraz powiaty pucki i wejherowski. Jestem w szale kampanii wyborczej, co bardzo lubię. W samorządzie znacznie więc uwagi będę chciała poświęcić osobom zmagającym się z różnymi formami wykluczenia.

 

Dlaczego warto iść na wybory samorządowe?

Warto, ale tylko pod warunkiem, że się zagłosuje na listę nr 5 SLD – Lewica Razem. Jeśli ktoś ma wybrać PiS albo PO lepiej nich 21 października zostanie w domu. Sejm bez lewicy jest katastrofą. Dla równowagi musi być nas zdecydowanie więcej w sejmikach, które mają w swojej gestii policję, szpitale, teatry, drogi, czyli nasze bezpieczeństwo, zdrowie, kulturę, transport. Nie wierzcie, że kto nie głosuje na Platformę, ten popiera PiS. Przestańcie wybierać mniejsze zło. Zagłosujcie na dobro!

 

W imieniu Czytelników „FiM” i własnym pozostaje mi życzyć Ci szybkiego powrotu do zdrowia.

Bardzo dziękuję i wzajemnie: życzę Czytelnikom naszej rozmowy i tobie dużo, dużo zdrowia, pogody ducha, cieszenia się każdą miłą chwilą. W pierwszym odruchu chciałam życzyć także cierpliwości, bo kiedy patrzymy, co się dzieje wokół, wydaje się bardzo potrzebna, ale się rozmyśliłam. Cierpliwość wcale nie jest cnotą. Nie bądźmy cierpliwi, nie znośmy z pokorą ciosów od życia, nie zgadzajmy się na to, czego nie chcemy i co się nam nie podoba. Nie tolerujemy nieudolnych rządów, łamania prawa, niszczenia naszej demokracji. Bądźmy aktywni, nie odkładajmy niczego do jutra, bo „szczęście trzeba rwać jak świeże wiśnie…”.

 

Dziękuję za rozmowę.